Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Maati

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 15:33
Ostatnio: 12 lipca 2018 - 0:43
  • Historii na głównej: 14 z 17
  • Punktów za historie: 3848
  • Komentarzy: 18
  • Punktów za komentarze: 53
 

#82660

(PW) ·
| Do ulubionych
W tym roku pogoda powariowała.
Wcześnie zrobiło się ciepło, więc okres wegetacyjny roślin przyspieszył.
Ale była i susza, więc niektóre rośliny szlag trafił bez nawadniania.

Ale w skupach owoców powariowali jeszcze bardziej!

Cena za kilogram maliny? 1,30zł (słownie 1 złoty i trzydzieści groszy)! Jak masz dobry dzień, to trafisz cenę 1,70zł.
Inne owoce wcale nie lepiej, żeby nie powiedzieć, że gorzej.

Jedna pełna łubianka malin to jakieś 2 - 2,5 kg owoców. Ale żeby zerwać tyle, to te kilkanaście/kilkadziesiąt minut trzeba rwać owoce z krzaków. Ile więc jesteście w stanie urwać w godzinę? 2-3 łubianki? Brawo - zerwaliście 7,5 kg owoców (optymistycznie). Macie stawkę za godzinę 10zł.

Powiedziałem stawkę? O, przepraszam. Przecież te maliny trzeba było podlać, nawozić, opryskać, zawieźć owoce na skup (paliwo do ciągnika i opryski kosztują). A jak masz dużą plantację, a nie przydomowy ogródek, to musisz wynająć kogoś do pomocy w zbiorach (jeszcze nie wymyślili kombajnu do zbioru malin).
A pracownikowi trzeba by dać coś zjeść (jak cały dzień w polu pracuje), ubezpieczyć, czasami i mieszkanie dać (jak blisko nie można nikogo znaleźć).

Podliczmy - taka osoba niech nawet urwie owoców za 80zł (10h po 3 łubianki na godzinę). Po odliczeniu kosztów plantatora - ile można jej zaoferować zarobku?

Ile osób na Piekielnych jest chętnych do pracy za 30-40 zł dziennie, w słońcu, na polu?
Wyjedźcie z miasta i zobaczcie, ile ogłoszeń jest o poszukiwanych pracownikach do zbiorów. Chętnych nie ma. I to nie jest wina "januszowatych" rolników (jak by to chcieli tłumaczyć niektórzy). Oni choćby chcieli, nie mają jak zapłacić pracownikowi więcej, bo dołożyliby do interesu. Efekt jest taki, że część owoców marnieje na krzakach, a na jesieni dostaniemy po kieszeni w cenach dżemów itp.

A na deser smaczek.
Na targach możecie znaleźć maliny w takich "tekturowych" pojemniczkach. Pojemniczek zawiera jakieś 0,4-0,5kg owoców. I za taki pojemniczek płacicie 8-10zł! A rolnik dostał za niego około 0,5 zł.
Ktoś tu zarobił, ale na pewno nie ten, co się narobił...

rolnik rolnictwo skup owoców maliny

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (193)

#82044

(PW) ·
| Do ulubionych
Wierzę w szczepienia, nie wierzę w argumenty STOP-NOP, więc swoje dzieci szczepię. NFZ finansuje tylko szczepienia obowiązkowe (a i to tylko w podstawowej wersji - za szczepionki skojarzone, żeby dziecko miało mniej zastrzyków, trzeba dopłacić). Za szczepienia dodatkowe i tak jest opłata.

NFZ prowadzi akcję promocji szczepień na ospę (przynajmniej u mnie w powiecie). Jeżeli dziecko chodzi do przedszkola, to wystarczy mieć ze sobą zaświadczenie wydane przez przedszkole - i szczepienie na ospę jest darmowe.

Zatem wziąłem takie zaświadczenie i uzbrojony w nie dzwonię do przychodni mającej kontrakt z NFZ, żeby zapisać dziecko na szczepienie. Jest termin - za 2 miesiące! Wróżką ani czarodziejem nie jestem, żeby wiedzieć, czy dzieciak za te 2 miesiące będzie zdrowy - ale co tam, biorę.

2 miesiące później pojawiam się na planowanej wizycie. Dzieciak, na szczęście, nie chorował w ostatnich 2 tygodniach, do szczepienia dopuszczony. Wręczam więc zaświadczenie i rozpoczyna się dialog z lekarką:
L: Ale dziecko skończyło już 3 lata.
Ja: Owszem, dwa tygodnie temu.
L: To szczepienie nie może być wykonane na NFZ, bo to jest tylko dla dzieci do 3 lat.
Ja: Naprawdę? To o tym nikt mnie nie poinformował (tak, wiem, moja wina, nie doczytałem i zdałem się na to, co mi mówił lekarz wcześniej). Ale to ja nie do końca się zgodzę z panią - bo jak zapisywałem dziecko do państwa, to ono nie miało skończonych 3 lat.
L: To czemu pan wcześniej nie przyszedł?
Ja: Bo taki mi państwo dali termin, że musiałem czekać 2 miesiące na wizytę.
L: To nie nasza wina.
Ja: No, moja też nie. Rozumiem, że Ppnie nie są winne, ale to znaczy, że system zapisów źle działa. I na pewno nie ja za to odpowiadam
L: Ale to rodzice się zapisują, a potem nie przychodzą.
Ja: Ja, jak pani widzi, przyszedłem. No, ale nic, trudno, zapłacę. Ale na pewno złożę reklamację na całą sytuację (przychodnia prywatna, tylko ma kontrakt z NFZ - zamierzałem reklamację do przychodzi złożyć).

Efekt - pani zadzwoniła gdzieś i dowiedziała się, że może zaszczepić na NFZ.

Wiem, że w całej tej historii piekielnym okazałem się ja. Chociaż - ze stenogramu rozmowy może nie wynika, ale naprawdę z panią spokojnie rozmawialiśmy, trochę żartowaliśmy (przedstawiłem sam sens zdań, a nie wszystkie wtrącenia:))
Tylko że czasami takie zachowanie jest po prostu potrzebne... Trzeba się było postawić i zagrozić (chociaż, czy ja wiem, czy to była groźba) reklamacją, żeby otrzymać to, co nam się należy (tutaj - refundowane szczepienie).
Ale, z drugiej strony, pokazuje ona, że czasami takie zachowanie jest po prostu potrzebne...

Jedna dawka szczepionki na ospę to 240 zł. Dawki są dwie (jak pierwsza była na NFZ to druga też będzie, niezależnie od wieku dziecka).
W tej samej przychodni była też kilka tygodni temu znajoma - zgadaliśmy się dopiero teraz - ona nie miała tyle samozaparcia, co ja. Zapłaciła za dwie dawki szczepienia...

szczepienie służba zdrowia NFZ

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (126)

#70876

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym tygodniu zaprowadziłem dziecko do przedszkola.
Kiedy przebierałem je w szatni, usłyszałem dźwięk jakby ktoś płuca wypluwał. To jedno z dzieci w sali miało napad kaszlu.
Zasugerowałem paniom, żeby może jednak rozważyły wezwanie rodziców do tego dziecka. Bo jest ewidentnie chore (kaszel gruźliczy prawie, mokry, słychać odrywającą się wydzielinę z płuc).
Okazało się, że Panie nawet próbowały. Dzień wcześniej nie przyjęły tego dziecka do przedszkola*. Ale tego dnia rodzic przywiózł zaświadczenie od lekarza stwierdzające, że dziecko jest zdrowe i nie zaraża innych dzieci. Kaszle, ale nie ma temperatury ani innych oznak choroby. Zatem - Panie nie miały już podstaw do nieprzyjęcia dziecka.

Cóż, lekarz jednak się mylił. W tym tygodniu moje dziecko nie poszło do przedszkola - atypowe zapalenie płuc. Chorobie nie towarzyszy gorączka, jedyny objaw to kaszel (i potem osłuchowe zmiany w płucach). Poza moim dzieckiem w przedszkolu, nie ma już prawie połowy innych dzieci - wszystkie chore na to samo.

Mamy dwóch bohaterów negatywnych w tej opowieści:
- lekarza, który nie rozpoznał choroby. Wolę o tym myśleć w ten sposób, niż że rozpoznał, ale "poproszony" przez rodzica, wystawił odpowiednią karteczkę dla przedszkola.
- rodzic, który za wszelką cenę chciał wysłać dziecko do przedszkola. Bo praca jest ważniejsza, niż zdrowie dziecka (umówmy się, w przedszkolu dziecko nie wyzdrowieje samo z siebie!)
Dzięki nim (lub jednemu z nich) choruje teraz nie jedno, a kilkadziesiąt dzieciaków. I nie jedna osoba musi wziąć wolne w pracy, a kilkadziesiąt...

* Dla osób nie mających dzieci w przedszkolu - przedszkole ma prawo nieprzyjęcia dziecka chorego. Co to znaczy "chorego" nie jest nigdzie określone. Na zdrowy rozsądek chodzi o temperaturę, katar do pasa, kaszel gruźliczy. Zdarza się, że dziecko ma np. duży katar (alergia) albo kaszel (po chorobie kaszel jeszcze przez pewien czas się utrzymuje), ale już nie zaraża. Wtedy lekarz pediatra wystawia zazwyczaj zaświadczenie dla przedszkola, że dziecko jest zdrowe i może uczestniczyć w zajęciach w przedszkolu.

przedszkole choroba

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (256)

#70735

(PW) ·
| Do ulubionych
Mikołajki w przedszkolu.
Do dzieci miał przyjść Mikołaj, miał dawać prezenty. W tym celu Rada Rodziców zarządziła składkę 30zł na dziecko, żeby ten prezent kupić. Nie ma problemu, zapłaciłem, Mikołaj był, dzieci były zadowolone, dostały zabawkę.

Coś mi się jednak nie spodobało. Za 30zł nie wymagałem nie wiadomo jak wypasionej zabawki, ale to, co dostało moje dziecko, wydało mi się nieco za małe jak na 30zł. Szybkie sprawdzenie u wujka Google - taka zabawka kosztuje 15-20zł, w zależności od sklepu.

Gdzie się podziało brakujące 10 zł? Dopuszczałem możliwości:
- może partycypacja w kosztach Mikołaja - chociaż uważam, że przedszkole samo powinno go opłacić, skoro organizuje.
- może jakiś upominek dla Pań z przedszkola? Taki miły gest nie budziłby mojego sprzeciwu.
- może poczęstunek, jaki był podany w czasie przedstawienia jasełkowego dla rodziców (ciastka, kawa, herbata). Też dla mnie do zrozumienia.

Rada Rodziców na pewno wszystkie wydatki dokumentuje. Poprosiłem o przedstawienie rozliczenia tego wydatku.

I oto odpowiedź na powyższy quiz. Brakujące pieniądze poszły na... zwiększenie budżetu prezentowego dla starszych dzieci.
Dzieci z najmłodszej grupy (w tym moje) dostały tańszy prezent, bo osoby z Rady Rodziców "nie mogły znaleźć nic fajnego dla starszych dzieci, w założonej cenie do 30zł". I dlatego kupiły młodszym dzieciom tańszą zabawkę, żeby starszym dzieciom móc kupić coś za 40 zł... Zebrane 30*X zł, wydane 30*X zł (w tym 20*dzieci_młodsze i 40*dzieci_starsze). Czyli bilans się zgadza.

Czy tylko ja uważam, że to jakaś kpina? Dałem pieniądze na swoje dziecko, a nie na jakieś obce, którego nawet nie znam, bo się z moim nie bawi (jest w innej grupie).

Rada Rodziców nie uważa, że zrobiła cokolwiek nie tak. Żadnego "przepraszam".
Ale chociaż zmusiłem ją, żeby przy kolejnych zbiórkach środki były rozliczane "per grupa". A nie do jednego wora, byle na końcu suma się zgadzała...

przedszkole rada rodziców mikołajki

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 422 (442)

#70717

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem list z banku. Z którego - nieważne. Pewnie wszystkie robią podobnie.

Pękam z dumy. Jestem wyjątkowym Klientem i dlatego dla takich wyjątkowych Klientów jak ja mają wyjątkową okazję - prawdziwe 0% oprocentowania za pożyczkę gotówkową do 24,900 zł. Przyznawaną na telefon, w 15 minut.
Nic, tylko BRAĆ, BRAĆ, BRAĆ!
Toż to za darmo, za 0%. Żebym przypadkiem nie przegapił tej jakże ważnej informacji, 0% zostało napisane czerwonym tuszem. I tak jakoś 2x większym rozmiarem, niż cała reszta listu.

Po chwili słabości, w czasie której rozważałem nawet, czy nie skorzystać (szybko przyszło otrzeźwienie, że nie), postanowiłem poczytać, co jest napisane "małym druczkiem".

A tam, poza całą resztą bełkotu, informacja o RRSO (Realna Roczna Stopa Oprocentowania).
Uwaga, uwaga - 21,86%!!!

Jak to możliwe, że z 0% oprocentowania robi się prawie 22% RRSO?
Proste - wszystkie opłaty to prowizje, marże, opłaty itp. Wszystko zgodnie z literą prawa. Odsetek nie ma...

Czytajcie, proszę, co jest napisane drobnym druczkiem.
Przestańcie wierzyć, że za darmo ktoś Wam da cokolwiek.
I unikajcie (jeżeli nie potrzebujecie) pożyczek gotówkowych, bo one są najdroższe... O wszelkich chwilówkach już nawet nie wspomnę.

bank pożyczka

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (258)

#70693

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym, jak próbowałem odzyskać dokumenty z Uczelni, na której nie rozpocząłem studiów.

Zdawałem na dwa kierunki, na dwóch różnych uczelniach. Priorytetowy kierunek był bardzo oblegany i posiadał trudne egzaminy wstępne. Dlatego, żeby nie być rok w plecy, ani nie trafić na pół roku w kamasze, wybrałem drugi, awaryjny kierunek.

Wyniki rekrutacji najpierw były dla kierunku awaryjnego. Dostałem się. Musiałem donieść dokumenty (a tym samym potwierdzić chęć studiowania) jeszcze zanim były wyniki z drugiego kierunku. No cóż, wiem, że w ten sposób komuś zajmowałem miejsce, ale nie moja wina, ze system jest głupi. Złożyłem dokumenty.
Potem okazało się, że na priorytetowy kierunek też się dostałem. Wiedziałem, że dwóch na raz nie dam rady pociągnąć - w związku z tym postanowiłem twórczo zinterpretować regulamin studiów mówiący o tym, że "można" w dowolnym momencie złożyć podanie o urlop dziekański". I takie podanie złożyłem w lipcu, jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów :)
Jakoś w październiku dostałem decyzję - odmowną. No nic, szat nie będę rozrywał, miałem chytry plan, nie wyszło - trudno. Studiowałem sobie mój kierunek.

Ale w sumie warto kopię świadectwa maturalnego odebrać. Po co ma się gdzieś kurzyć w archiwum uczelni, na której nie studiuję?

1) Podejście pierwsze. Ferie.
Sprawdziłem, kiedy działa dziekanat. Tego dnia pojawiłem się na Uczelni. Podszedłem do drzwi dziekanatu, pukam i chcę wejść. Ale nie daję rady. Zamknięte. Żadnej kartki na drzwiach, nic. Pokręciłem się po korytarzu kilkanaście minut. W międzyczasie więcej osób próbowało się dostać do dziekanatu, równie bezskutecznie, jak ja. Wreszcie schodzę do portierni i dowiaduję się tam, że dzisiaj dziekanat jednak nie działa:/ No nic, przyjdę później...

Po semestrze zimowym dostaję piękną informację, że zostałem skreślony z listy studentów. Chwilę później piękne pismo z WKU, że zapraszają mnie na przygodę życia - w kamasze :) Szybka wizyta w dziekanacie Uczelni, na której studiowałem, zaświadczenie o studiowaniu, szybka wizyta w WKU - uff, udało się :)

Ale zmobilizowało mnie to, że trzeba jednak szybko sprawę załatwić.

2) Podejście drugie.
Tym razem dziekanat był czynny :)
(Ja): Dzień dobry.
(Pani z Dziekanatu): Słucham! (ton głosu możecie sobie dopowiedzieć)
J: Chciałem odebrać dokumenty z Uczelni.
PzD: Słucham! (może Pani nie dosłyszała... Tłumaczę jeszcze raz zatem)
J: Dzień dobry. Składałem podanie o urlop dziekański, który nie został mi udzielony. W związku z tym chciałbym zabrać dokumenty, ponieważ nie studiuję na Państwa uczelni.
PzD: Ale jak to! Jakie dokumenty! Musiałabym do archiwum na dół zejść. A w ogóle, to już późno, za godzinę zamykamy. Sama jestem, koleżanki nie ma. No, nie dam rady zejść i zamknąć dziekanatu...
I taki monolog przez jakieś 5 minut. Z natłoku słów wyłuskałem, że Pani jest sama, nie może opuścić stanowiska pracy i iść z jednym studentem do archiwum, bo w tym czasie innym osobom nie będzie mogła pomagać. OK, rozumiem, nie ma sprawy, przyjdę kiedy indziej.

Życie studenckie się toczyło, praktyki, projekty, wyjazdy, egzaminy. I tak parę lat później znowu sobie przypomniałem, że może jednak warto odebrać te papiery :)

3) Podejście trzecie.
Dziekanat czynny. W środku sporo pań. Może się uda.
J: Dzień dobry, chciałem odebrać dokumenty, ponieważ zostałem skreślony z listy studentów i nie studiuję u Państwa.
PzD: Ale czego oczekuje?
J: Chciałem odebrać dokumenty, które składałem przy rekrutacji. Świadectwo, zdjęcia itp.
PzD: Kiedy były składane?
J: Kilka lat temu.
PzD: ŁOLABOGA! Przecież ja tego tu nie mam! To w archiwum centralnym jest! Jak ja to mam niby teraz wydostać, co? Jak to sobie wyobraża?
J: Proszę Pani, nie wyobrażam sobie. Wiem jednak, że ponieważ nie jestem Państwa studentem, to mam prawo odebrać dokumenty. W sumie, powinni mi je Państwo przesłać pocztą wraz z informacją o skreśleniu z listy studentów. Nie zrobili tego Państwo, dlatego też tu jestem.
PzD: Nazwisko! (czyli jednak, udzielono mi audiencji :))
Podałem
PzD: Data urodzenia!
Podałem
PzD: Obiegówka!
J: Słucham? Jaka obiegówka!
PzD: Wypełnił obiegówkę?
J: Nie, bo nie wiedziałem, że jest taka potrzeba.
PzD: To jak sobie wyobraża, że dostanie dokumenty, jak nie ma wypełnionej obiegówki? Tu jest, proszę, wypełni i przyniesie wypełnioną.
J: Ale proszę Pani. Czy ja na pewno muszę to wypełniać? Ja nie podjąłem studiów w ogóle.
PzD: Musi! Bo może korzystał z biblioteki i muszę mieć potwierdzenie, że nie zalega z książkami.

Argumentacja mnie przytłoczyła. Poddałem się i postanowiłem, że wypełnię tą obiegówkę. Chociaż uczelnia miała kilkanaście budynków, rozrzuconych po całym mieście - samo jeżdżenie za podpisami byłoby zatem niezłym wyzwaniem logistycznym.
Już chciałem odejść od kontuaru, gdy spojrzałem na pola w obiegówce. A tam: imię, nazwisko, nr albumu.

J: A mogę poprosić Panią o mój nr albumu?
PzD: A po co mu?
J: No jak to, do obiegówki
PzD: To sprawdzi sobie w legitymacji.
J: Ale ja nie mam legitymacji.
PzD: To w indeksie.
J: Też nie mam
PzD: Jak to nie ma?
J: No, nie rozpocząłem studiów i nie otrzymałem legitymacji
PzD: To jak mógł korzystać z biblioteki?
J: NO WŁAŚNIE, JAK?
Szach-mat? Kurtyna? Wytłumaczyłem w czym rzecz i przyznano mi rację?
Ależ skąd! Nic z tych rzeczy:) Pani z Dziekanatu nie z tych, co dadzą się przegadać.
PzD: JA NIE WIEM, JAK, ALE MOŻE MÓGŁ! OBIEGÓWKA! A tu ma nr albumu.

Logika mnie poraziła, wyszedłem. Obiegówkę wypełnił mi przy okazji kolega, który na tej uczelni studiował. Papiery dostałem.

* Starałem się możliwie wiernie oddać sposób odzywania się Pań w dziekanacie. Różne mnie obsługiwały, ale sposób zwracania się do petenta był ich częścią wspólną:)

Uczelnia dziekanat studia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (299)

#70600

(PW) ·
| Do ulubionych
Wigilia 2015. Drugi dzień świąt wypadał w sobotę, więc w wielu firmach podarowali pracownikom wolną wigilię (zgodnie z kodeksem pracy, właśnie za sobotnie święto).

Dzięki temu mogliśmy pojechać już koło południa do rodziny, żeby pomóc w przygotowaniach do wigilijnej kolacji (zawsze jest coś do roboty).

Jak z miejscowości na południe od Warszawy dostać się do miejscowości na północ od Warszawy?
Najszybciej - obwodnicą, trasą S2 (czyli można po niej jeździć szybciej niż szybko - co ważne dla historii).

Gdzieś na wysokości węzła Opacz minął mnie kierowca, który podniósł mi ciśnienie ponad normę.
Czemu podniósł? Bo minął mnie... jadąc w przeciwnym kierunku, po mojej nitce drogi!

Na szczęście w tym miejscu droga ma 3 pasy w każdą stronę. Nie było ruchu, więc jechałem skrajnym prawym pasem, grzecznie nieco ponad 100km/h.
Pan zasuwał też swoim skrajnym prawym - czyli moim skrajnym lewym! Tym co to teoretycznie dla najszybciej jadących jest zarezerwowany!
Kiedy go zobaczyłem, włosy stanęły mi dęba. Zamrugałem światłami, zatrąbiłem - może gość nie zdaje sobie sprawy, że pod prąd jedzie.
Czy zdawał sobie sprawę - nie wiem. Ale mijając mnie zauważyłem, że mi macha... :/

I teraz - co sprawia, że ludzie jadą pod prąd na autostradzie?

Przejechał zjazd swój? Nie zauważył, że na rozjeździe nie w tą uliczkę wjechał? Lubi adrenalinę?

Nie wiem. Ale co jakiś czas przewijają się informacje w mediach, że na tym kawałku drogi ktoś pod prąd jedzie. Może trzeba się przyjrzeć oznaczeniom dróg? Albo na kursach prawa jazdy uczyć ludzi więcej o jeździe po drogach szybkiego ruchu i autostradach? Bo tych, wbrew pozorom, w Polsce przybywa. A kursy uczą tylko jazdy w mieście - i potem może taka osoba myśli, że na autostradzie tak samo można zawrócić sobie?

autostrada

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (201)

#70472

(PW) ·
| Do ulubionych
Przed Świętami kurierzy, poczta, InPost - bez wyjątku są zawaleni robotą. Pojawiają się ogłoszenia, że przesyłka może nie dotrzeć na czas itp.

Uzbrojony w tą wiedzę, w tym roku postanowiłem kupić prezenty wcześniej - na początku grudnia.
I tu się zaczyna historia o tym, że nadgorliwość (wcześniejsze kupowanie prezentów świątecznych) też nie popłaca...

Pech chciał, że dostawa jednej z paczek do paczkomatów zbiegła się to w czasie z mikołajkami.
I oto w czwartek, 3 grudnia, dostaję o 18:36 SMS o treści mniej więcej: "Twoja przesyłka o numerze [tutaj kilkunastoznakowy numer przesyłki] czeka do odbioru PRZY paczkomacie XYZ, dzisiaj do godziny 20"

Akurat byłem w domu, niedaleko paczkomatu - przeszedłem się. Byłem na miejscu o 18:45.
Na parkingu rzeczywiście stał samochód. Ale bez jakiegokolwiek logo InPost. Przed nim sznurek ludzi. Grzecznie staję na końcu łańcuszka. Za mną stają kolejne osoby i tak sobie czekamy. Aż nagle ktoś z przodu woła: "Proszę Państwa, proszę podejść tu bliżej, bo Pan wyczytuje po kolei nr paczek"...
(Pan wyczytywał tylko 4 ostatnie numery z tych kilkunastu).

Jak zatem cała zabawa wyglądała potem?
- samochód InPost
- obwarzanek ludzi dookoła, próbujących usłyszeć nr przesyłki
- i biedny Pan z InPost, który bawił się w sierotkę losowania loterii: "4281? Nie ma. 2375? Nie ma. 3200? Jest - zapraszam po odbiór paczki.
Loteria pełna, zabawa w bingo gratis :)
Miej człowieku pecha i przyjdź minutę po tym, jak wyczytają Twój numer przesyłki. Czekasz, aż cała runda przeleci...

Skąd takie rozwiązanie? Z przeciążonego Paczkomatu.
Dlaczego wyczytywanie paczek, a nie jakoś po kolei? Bo w samochodzie paczki leżały w bliżej nieokreślonym bałaganie (podczas transportu chyba wszystkie się poprzewracały). Wg słów Pana z Inpost - było ich ponad 100. Więc i tak, szukając Twojej, musiałby przejrzeć wszystkie. To stwierdził, że będzie wyczytywał (w sumie nie głupie, jak się nad tym zastanowić).

Ostatecznie paczkę dostałem po pół godziny zabawy w takiego totolotka.
Zastanawiam się tylko, co by się stało, jak bym do 20 nie dał rady odebrać? Mogłem być gdziekolwiek, w innym mieście, na zajęciach. Ale na to pytanie mi Pan nie odpowiedział, zajęty czytaniem kolejnych numerków w bingo...

Był plus takiego sposobu odbioru - kolejka integrowała się niemal jak za czasów jedynie słusznie minionych :) Poniżej kilka przygód z tych 30 minut:

Jedna osoba, która była przede mną w kolejce, wciąż na swoją przesyłkę czekała.
Inna osoba przyszła i za chwilę usłyszała swój numer, odebrała szczęśliwa. Kolejka zgodnie stwierdziła, że powinna zagrać w totka :)

Jeden czekał na dwie paczki - jedną szybko dostał. Na drugą jeszcze musiał poczekać...

Przy okazji kilka osób przyjechało samochodami (paczkomat wybitnie "po drodze do domu", więc wracając z pracy ludzie podjeżdżają. Wąska dróżka dojazdowa. Kilka butików przy niej. Po chwili nie dało się wjechać ani wyjechać. Jakiś chłopak podszedł do samochodu, rozejrzał się i zwątpił... Kompletnie zastawione wszystko, bo każdy czeka na paczkę...

A już szczytem było, jak jeden gość wylosował swoją paczkę. Ale miał... za pobraniem. Kurier podszedł z nim do paczkomatu, wsadził paczkę do paczkomatu, a następnie człowiek musiał czekać na SMS, żeby paczkę odebrać. Śmiać się, czy płakać?

PS Żeby nie było, że demonizuję, mogłem kupić gdzie indziej, nie kupić przez inPost, wybrać pocztę itp.
InPost lubię, podoba mi się model biznesowy, pewnie wciąż będę kupował w ten sposób (o ile nie będzie innej tańszej opcji dostawy). Wiem, że w dużych miastach przed gorącym okresem wybiera się np 3 paczkomaty, a paczka będzie dostarczona do jednego z nich. Ja nie mam tej możliwości :/ A po gorącym okresie mikołajek, kolejne paczki już normalnie z paczkomatu odbierałem, a nie z samochodu :)

paczkomaty inPost

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (240)
zarchiwizowany

#70796

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lat temu kilkanaście byłem na wymianie studenckiej w Irlandii. Było to już po naszym wstąpieniu do Unii, zatem na miejscu było już sporo Polaków. Ale, o dziwo, ta historia nie będzie o Polakach w Irlandii, a o dziwacznych zwyczajach żywieniowo-zabawowych, jakie prezentują sami Irlandczycy.

1. Stypendium Erasmus nie pokrywało, niestety, nawet kosztów wynajmu akademika. Na szczęście, udało mi się znaleźć pracę. Na stacji benzynowej, która posiadała też kącik jedzeniowy (robienie kanapek, zupa dnia, jakieś kurczaki na gorąco itp.). Nie wnikam, czy ktoś chciał kanapkę z white-pudding (coś w rodzaju kaszanki, tylko białe - dla mnie mdłe i niesmaczne), czy chciał do jedzenia hash-brown (jakaś taka trójkątna frytka). Ale rozbroił mnie człowiek, który poprosił o kanapkę z... frytkami. I tak oto otrzymał sporej wielkości podłużną bułkę (tzw. roll), ciasno wypchaną frytkami. Polał to sobie sosem BBQ :)
roll z frytkami

2. Jedzenie typu fast-food. Na każdym rogu, czynne o każdej porze. Niby nic nie zwykłego - sytuacja jak w większości zachodnich (a i polskich również) miejscowości. Ale zachowanie irlandzkiej "młodzieży" - masakra! Ulubioną rozrywką Irlandczyków, zwłaszcza jak sobie nieco popiją (chociaż nie było to czynnikiem koniecznym), jest zdaje się rzucanie jedzeniem. Siedzę któregoś razu w ichniej odmianie KFC, przy stolikach obok siedzą dwie wyraźne grupki (jedna - młodzi przedstawiciele płci brzydszej, druga - przedstawiciele płci z nazwy tej piękniejszej). Nagle od stolika męskiego leci w kierunku damskiego pojedyncza frytka. Potem druga. Potem leci frytka z rewizytą, w stroę stolika męskiego. Po chwili w lokalu była regularna wojna na frytki, skrzydełka i sosy do kurczaka. A myślałem, że takie sceny tylko na amerykańskich filmach.
Po zużyciu całej amunicji z talerzy, młodzież kulturalnie opuściła lokal. A pracownik, nawet bez specjalnego zdziwienia, raczej ze zrezygnowaniem na twarzy, wziął się do sprzątania placu boju...

3. Picie. Napojów procentowych w każdej ilości i pod każdą postacią.
- Kiedy tam dotarłem, od kilku lat obowiązywał już limit promili niepozwalający na legalne prowadzenie alkoholu. Nie uświadczyłem osobiście fazy wejścia w życie tego przepisu, ale słyszałem z opowieści, jak wielkie było oburzenie społeczne na nowe prawo. Bo przecież, jeżeli jakiś Irlandczyk od 30 lat już codziennie przychodził tutaj, do tego pubu, żeby napić się Guiness'a lub Murphy'ego, to jak to tak. To teraz on nie będzie mógł się pinty piwa napić, albo dwóch, i pojechać do domu?
- Kolejnym prawem w Irlanii był limit czasowy na sprzedaż alkoholu. W pubach była to podaj godzina 23, w klubach nocnych/dyskotekach - jakoś koło 2 czy 3 rano. Po co tak? Otóż przeciętny Irlandczyk nawet potrafił skojarzyć, że jest w pubie, jest pijany, więc do domu musi wrócić taksówką. Tylko, że ten sam Irlandczyk, kiedy skończył pić o 4, wrócił taksówką, przespał się 3h w domu - po wstaniu i prysznicu stwierdzał, że przecież już wytrzeźwiał (3h drzemka w domu = wytrzeźwienie) i może do pracy/szkoły pojechać samochodem...
- Któregoś razu postanowiłem pójść na studencką imprezę, organizowaną przez Samorząd Studentów uczelni, na której studiowałem. Impreza od 20. Ze znajomymi umówiliśmy się zatem na 20 u nich w mieszkaniu, żeby kulturalnie wypić po drinku i o 21 zameldowaliśmy się na zabawie. W sumie, to zabawa już się kończyła:/ Pijana śmietanka irlandzkiej młodzieży dogorywała pod ścianami, na parkiecie bawili się głównie studenci z wymiany. Okazało się, że Irlandczycy też mieli swojego "biforka". Tylko ich zaczął się długo przed 20 i był bardziej intensywny, niż nasz...
- W ogóle, imprezy Irlandczyków organizowane są w czwartki. Bo w piątki każdy wraca do domu na weekend. Więc w czwartek picie jest na potęgę. A po alkoholu, różne głupie pomysły przychodzą do głowy. Darcie się na cały głos, włączanie alarmu przeciwpożarowego w akademiku (byłem jedyną osobą, która na dźwięk alarmu wyszła z pokoju w ogóle). W piątki o 9 rano miałem obowiązkowe ćwiczenia, więc razu pewnego po imprezie wracałem do siebie przed 7 rano, żeby się przebrać przed zajęciami. Na ulicach byłem tylko ja - i osoby sprzątające po nocnych wybrykach. Na ulicy było wszystko - wymioty, pojedyncze buty, koszulki, kurtki, zużyte prezerwatywy, majtki...

Słowem - działo się. I pewnie wciąż się dzieje - bo problem alkoholowy jest jednym z poważniejszych na wyspach - tak w Irlandii, jak i w Wielkiej Brytanii.

Irlandia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (154)

#70415

(PW) ·
| Do ulubionych
W tym roku Święta spędzaliśmy z rodziną żony. W innej miejscowości, oddalonej od naszej o ponad 50km.
W Wigilię młody zaczął mieć gorączkę. Ale że w przypadku takich dzieciaków (mniej niż rok życia) może to być wynikiem kilkudziesięciu potencjalnych przyczyn, zatem tylko podaliśmy leki na zbicie gorączki i czekamy. Nie miał innych objawów, więc nie jechaliśmy do lekarza.
Dodatkowo, w święta działają tylko tzw. Nocne Pomoce Lekarskie, więc nie chcieliśmy z nim czekać w kolejce. No i Wigilia, chcieliśmy spędzić ją rodzinnie, a nie w poczekalni.

Noc z Wigilii na pierwszy dzień świąt - nieprzespana. Pojawił się katar, problemy z oddychaniem (bo zatkany nos), znowu gorączka, kaszel. Decyzja - no nic, jedziemy jednak na NPL.

Inna miejscowość, inny powiat, inna NPL niż ta, gdzie byliśmy do tej pory.

I się zaczęło...
Przyjechaliśmy ok 9 rano.
Pierwsze kroki do rejestracji:
- Dzień dobry, dziecko gorączkuje, chcemy skonsultować się z lekarzem.
- Dzień dobry. Poproszę nr PESEL.

SZLAG! I wtedy sobie zdaliśmy sprawę, że książeczka dziecka została w domu (nie braliśmy do teściów). W naszych dokumentach - jak na złość nie zapisane. Próbuję zdalnie zalogować się do systemu prywatnej opieki medycznej, żeby sprawdzić - nie mogę. Prawo Murphy'ego jednym słowem.

- No, niestety, proszę Pani, nie możemy znaleźć.
- Jak nie ma PESEL, to nie mogę zarejestrować.
- Ale ja i żona jesteśmy ubezpieczeni, dziecko jest do nas dopisane w NFZ i ubezpieczone, proszę sprawdzić w systemie.

Kobieta coś grzebie, grzebie w komputerze i po jakimś czasie znowu - nie ma PESEL, to nie da się sprawdzić.

- No ale jak się nie da, jak się da.
Wreszcie się przyznała:
- Ja nie znam dobrze obsługi systemu i nie potrafię znaleźć i sprawdzić.

No, to już znamy przyczynę owego "nie da się". Pani nie wie, jak sprawdzić.
- A czy ktoś potrafi obsłużyć system?
- Tak, koleżanka.
- Może Pani poprosić koleżankę?
- Nie ma jej.
- A gdzie jest?
- Jeździ zastrzyki robić chorym.
- Kiedy będzie?
- Nie wiadomo?
Nie wytrzymałem. Mój wewnętrzny chochlik kazał mi powiedzieć:
- A nie mogła Pani pojechać robić zastrzyków, a Pani koleżanka, jako bardziej biegła w obsłudze systemu, zostać?

Ciągniemy temat dalej zatem:
- Czyli Pani nie zarejestruje mojego dziecka do lekarza?
- Nie ma PESEL, to nie zarejestruję.
- To ja poproszę, żeby mi Pani napisała, że odmawia Pani przyjęcia dziecka z powodu nieposiadania PESEL.
- To może Pan to napisać i mi zostawić, a ja przekażę.
- Proszę Pani, to nie ja chcę zostawić. Chcę, żeby mi to Pani dała, a ja z tym dalej pójdę.
- Ja Panu nic nie dam.
- To ja stąd nie wyjdę bez tego oświadczenia, albo bez przebadania dziecka.
- To może Pan bez zarejestrowania wejść. Ale wtedy będą leki bez refundacji.
- O, czyli można jednak!

Tym oto sposobem okazało się, że od "nie da się" przeszliśmy do "da się".
Pani zebrała ode mnie informacje o imieniu i nazwisku dziecka, o przychodni, gdzie jest lekarz pierwszego kontaktu, o miejscu zamieszkania. Spisała to na kartce i zaniosła do gabinetu lekarza.

Po drodze jeszcze tylko dodała:
- Proszę Pana, święta są, a Pan awanturuje się.
A ja to dla przyjemności byłem tam, prawda? Bo tak lubię sobie pojeździć po izbach przyjęć.

Potem było już z górki. Lekarz, antybiotyk, apteka całodobowa i reszta świąt w oparach inhalatorów, antybiotyków, probiotyków i innych. A na stole w kuchni, obok świątecznych dań, cała plejada leków...

Piekielnych osób w historii jest kilka.
Pierwszą osobą jestem ja. Z pewnością tak. Bo się nie dałem odbić i wymusiłem przyjęcie dziecka do lekarza.
Chciałem potem nawet Panią przeprosić za podniesiony głos. Ale akurat zniknęła gdzieś i nie było jej w rejestracji.

Drugą - jendak będę twierdził, że Pani z rejestracji. Bo dyżur w święta miała chyba za karę. Nic jej się nie chciało.
Gdyby od razu powiedziała, że mogę wejść bez rejestracji (ok, recepta wtedy nie była refundowana, bo bez PESEL, tylko z datą urodzenia), nie byłoby całej afery.

PS. Tak mi zależało na wizycie, ponieważ jechanie do domu i potem do najbliższego lekarza oznaczało min 2h kolejne w drodze (od teściów do lekarza jechałem w kierunku "nie do domu". Taka NPL jest jedna na powiat zazwyczaj).
Dodatkowo, akurat nikt za mną nie czekał, więc nawet specjalnie nie wstrzymywałem kolejki.

przychodnia nocna pomoc lekarska

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (267)