Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 13 czerwca 2017 - 11:53
  • Historii na głównej: 24 z 27
  • Punktów za historie: 6082
  • Komentarzy: 115
  • Punktów za komentarze: 536
 

#75737

(PW) ·
| Do ulubionych
Wolnostrzelectwo postanowiło złośliwie się skończyć i trafiłam do etatowej pracy. Razem ze mną trafił tu student z III roku na jakieś zaległe praktyki, których nie zrobił w wakacje. Razem siedzimy w labie i usiłujemy nie osiwieć ze zgrozy.

1. Facet, którego zastępuję, miał pod opieką praktykantów. Pracuję tu dopiero tydzień. Nie przeszkodziło to Głównej Szefowej stwierdzić, że skoro przejęłam wszystkie obowiązki tamtego gościa, to praktykanta też. Mam go szkolić i nadzorować, a potem wypisać mu opinię z praktyk. Powinnam mu też ułożyć plan i program. Oczywiście. Praktykant siedzi i zgrzyta zębami.

2. Pracuję tutaj dopiero tydzień, czyli sama muszę chodzić na szkolenia do obecnych pracowników. Pracy, owszem, jest huk, procesy dość skomplikowane, w dodatku ogromna odpowiedzialność majątkowa i akurat gorący okres, toteż nikt nie jest zachwycony, że musi wszystko robić powoli, powtarzać, kiedy czegoś nie zrozumiem za pierwszym razem i odpowiadać na moje pytania. Też bym nie była. Praktykant nie może być ze mną przez cały czas, bo nie można go dopuścić do wszystkich etapów pracy, umowa praktyk nie ma wszystkich klauzul zachowania tajemnicy (czy coś takiego). Teoretycznie powinnam sama określić, co można mu powierzyć, a czego nie i po takim "profesjonalnym" przeszkoleniu sama zrobić mu przyspieszony kurs. Biorąc pod uwagę to, że - jak oceniłam - dojście do samodzielności w większości obowiązków zajmie mi 3 tygodnie i dopiero po tym czasie pozostawiłabym siebie samą z robotą, to jestem pełna chęci i zapału, żeby już teraz robić praktykantowi szkolenia. Jak nigdy. Praktykant upewnia się po raz setny, czy na pewno nie może zmienić już miejsca praktyk. Nie może.

3. Zazwyczaj studenci łapali się po odbytych praktykach na jakieś staże i podobne rzeczy, nawet trochę płatne. Z tego, co udało mi się wyciągnąć od innych pracowników wynika, że takie rzeczy zazwyczaj załatwiał mój poprzednik i jeśli co roku było 5 osób na darmowych praktykach, to 2 albo 3 najlepsze dostawały staż (40% pensji z najniższego szczebla pracowniczego, za to ten sam zakres obowiązków i odpowiedzialności, brać i tarzać się w forsie). Świetnie. Firma stosunkowo uznana w branży, zdecydowanie nie górna półka, ale byle kogo się tu nie przyjmuje (jednak bajzel organizacyjny taki, jakby było wręcz przeciwnie) i ludziom zależy, żeby ten kwartał na stażu przebiedować. Mój poprzednik, jak ustaliłam, wiedząc, że go nie będzie, nie zrobił w tej sprawie nic. To by wyjaśniało pytania w służbowym mailu, czy wiem już coś w sprawie miejsc w tym roku. Problem w tym, że jestem tu od niedawna i jestem tutaj tylko na zastępstwo, więc nawet nie wiem, jak pracują poszczególne działy, nie mówiąc już o tym, który potrzebuje stażysty i kim byli praktykanci. Ba, sama siebie bym na takim stażu zostawiła, kiedy mi się zastępstwo skończy! Praktykant płacze.

4. Papierologia. Student musi oddać na uczelnię plan, program, umowę i inne papiery. Na każdej kartce powinnam się podpisać (noooo, od biedy mogę) i podbić imienną pieczątką. I tutaj robi się problem, nie mam imiennej pieczątki, bo jestem na zastępstwie. Do posługiwania się pieczątką poprzednika nie mam uprawnień. Poprosiłam o świstek stwierdzający, że mogę sobie stawiać w/z przed nazwiskiem i używać tej pieczątki - dostanę "w swoim czasie". W firmowym żargonie oznacza to miesiąc. Albo i dłużej. Student wyje do Księżyca, więc sama zadzwoniłam na jego uczelnię, żeby to wyjaśnić. I się zaczęło...

Ustalenie nazwiska opiekuna praktyk zajęło mi cały dzień i dzwonienie pod 21(!!!) uczelnianych numerów telefonów.
Złapanie opiekuna praktyk w pracy zajęło mi 2 dni.
Po wyjaśnieniu sprawy opiekun praktyk uznał, że nie wie, o co mi chodzi i mam mu nie zawracać głowy, po czym rzucił słuchawką.

Praktykant przyjął moje zaproszenie na piwo, bo to było jedyne, co wymyśliłam i mogłam zrealizować z organizowania mu czasu.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (226)

#75445

(PW) ·
| Do ulubionych
Dokumentacja medyczna to coś, co powinno być szczególnie chronione, zabezpieczone przed możliwością wglądu przez osoby trzecie, ludzie mający do niej służbowy dostęp podpisują zobowiązania do zachowania tajemnicy i tak dalej. W teorii wszystko pięknie.

W praktyce to nie piękne, nie ładne, nawet nie nijakie, tylko smród i załamanie rąk.
Wielka liczba podmiotów wytwarzających dokumentację medyczną lub pracujących z nią nie jest technicznie przygotowana do obracania takimi danymi. Zabezpieczenia informatyczne są żadne (podobnie, niestety, jak wiedza przedmiotowa większości użytkowników tej infrastruktury). Organizacja przestrzenna też mogłaby reinkarnować. Dzisiaj rano stanęłam sobie na chodniku pod przychodnią i mogłam spokojnie przeczytać wszystko, co w historię choroby jakiegoś Tadeusza wklepywano w gabinecie. To, że sobie poszłam dalej, to wyłącznie moja dobra wola. W rejestracji monitor biurka A jest doskonale widoczny dla interesantów biurka B. I odwrotnie. Serwer? Zdalny dostęp do danych? Niejedna placówka medyczna przyznaje, że po prostu nie stać ich na profesjonalne, czyli bezpieczne archiwizowanie danych medycznych i liczy na to, że nikt nie wpadnie na pomysł zdalnego włamania i kradzieży. Nie brakuje też zwyczajnych wpadek, np. kilka lat temu, podczas wyjazdowej akcji krwiodawstwa, ktoś zapomniał torby z laptopem, w którym rejestrowano dawców. Gdzie, kiedy - nieważne. Zorientowali się po kilkunastu minutach i w te pędy z powrotem. Torba była. Ale równie dobrze mogło jej nie być. Na dysku wyniki badań, dane kontaktowe, wywiad...

A papiery?

1) Kumpel. Czekał na wizytę w remontowanej, ale pracującej przychodni. Szafki z dokumentacją stały obok niego przez kilkadziesiąt minut, bo tam akurat je postawili panowie od przenoszenia mebli. Szafki bez zamka. Pełne. Monitoringu brak. Mógł wynieść, co tylko by zechciał.

2) Drugi kumpel. Zabierał kopię swojej karty, bo zmieniał przychodnię. Relację miałam na świeżo. Wydali mu cudzą dokumentację - w zaklejonej kopercie, bo przecież to tajne, rozpoznawali koperty po numerach zlecenia wydania kopii. Dopiero w domu - prawie 50 kilometrów od przychodni - zorientował się, że ma kartę jakiejś kobiety. Człowiek uczciwy, zadzwonił - niech przyślą kuriera z jego papierami, to cudze odeśle. Nie przysłali, za to przez telefon postraszyli go prokuratorem, jak sam do nich nie odwiezie. Cóż, na prokuraturę zadzwonił on.

3) Ja. Kilka lat temu, praca na studiach - prywatna firma zajmująca się przeprowadzkami, transportem mebli itp. Opróżnialiśmy mieszkanie po jakimś zmarłym lekarzu. Całą jego dokumentację mieliśmy "zutylizować" na polecenie rodziny (swoją drogą, straszliwie się uwijali z likwidacją ruchomości). Tylko taka utylizacja nie dość, że nie zawsze jest legalna, to jeszcze ekstra kosztuje, kiedy można ją wykonać, a oni tego ekstra nie płacili. Więc szef zwiózł ją do siebie, miał czym rozpalać w piecu.

Tego, czego się naczytałam na studiach i praktykach z dokumentów pacjentów, ile się nasłuchałam - jako osoba w żaden sposób nieuprawniona, wystarczyło, że jestem w ciuchach roboczych i siedzę w tym samym pomieszczeniu - to już nawet nie chcę wspominać. Serio, jak ktoś mi mówi, że jest "tajemnica lekarska" i "tajemnica dokumentacji", to mnie pusty śmiech ogarnia.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (182)
zarchiwizowany

#75484

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wciąż trawię wczorajszą sytuację i zastanawiam się, czy dzisiejsi ludzie naprawdę uczą się czegoś tylko na błędach. Na przykład tego, że jak się kogoś uderzy, to może oddać.

Piątkowe popołudniowe i wieczorne pociągi w tzw. regionie są zazwyczaj zapchane do granic możliwości - kto chce siedzieć, musi się wepchać w centrum, poza nim nie ma szans nawet na wygodniejsze stanie. Ścisk, zaduch, hałas i poczucie przeciążenia światem.

Miejsca przy drzwiach są specjalnie oznakowane - dla rodziców z dziećmi, niepełnosprawnych, emerytów i innych potrzebujących. Te w moim wagonie zajęła parka, tak pod pięćdziesiątkę (więcej nawet moje wytrenowane w tym oko im nie dało). Moje przypadło naprzeciwko nich. Na ostatniej miejskiej stacji (szczęśliwy, kto w ogóle wejdzie do pociągu) wcisnęła się kobieta mniej więcej w ich wieku. I poprosiła faceta o ustąpienie jej tego oklejonego miejsca. Gość zaczął się z niego wyciskać, a jego żona... zaczęła protestować. Bo przecież "ta siksa", czyli ja, powinna wstać. Bo, uwaga: usiadłam jako ostatnia!

Siksa, po usłyszeniu tego, nie miała najmniejszej ochoty współpracować. Facet już zresztą stał, a kobieta, która go poprosiła o miejsce siedziała. Powiedziałam więc tylko, że nie życzę sobie nazywania mnie tak. I się zaczęło... Usłyszałam, że pyskuję i powinnam się zamknąć, kiedy starsi mówią, teraz jej mąż będzie stać całą drogę, bo się "młoda dupa" rozsiadła i zapomniała o całym świecie. W tym momencie wcisnęłam w uszy słuchawki i zaczęłam się na nią ostentacyjnie gapić z pogardą na twarzy. Baba nadawała jeszcze chwilę i się zamknęła. Jej mąż, kobieta, która usiadła na jego miejscu i czwarta współpasażerka siedząca obok mnie najwyraźniej nie wiedzieli, gdzie oczy podziać.

Cyrk się właśnie zaczyna.

Kilka minut później wyciągnęła z torebki wodę, otworzyła ją i trzymała odkręconą butelkę w ręce. Poczekała, aż pociągiem zakołysze i oblała mnie. Celowo. Zresztą, wystarczyła mi jej uradowana mina i fałszywe "Oj, NIE CHCIAŁAM!", żeby wykluczyć przypadek. Mąż zaczął ją opieprzać i mnie przepraszać, ona kazała mu się zamknąć, zaczęli się dochodzić między sobą.

Cóż. Jestem wredna z natury i matka nauczyła mnie, że będziemy tak traktowani, jak traktować się pozwolimy.

Wyciągnęłam z torby kałamarz i ze słowami "A JA CHCIAŁAM" wlałam atrament do jej torebki. Trzymała ją cały czas otwartą na kolanach. Przed przyłożeniem mi powstrzymał ją chyba tylko mój kułak podsunięty pod jej nos i mina mówiąca wyraźnie, że jeżeli ona dotknie mnie, to ja dotknę jej, tylko o wiele mocniej. Pluła się jeszcze prawie godzinę, do ich stacji, na mnie i na jej męża. Bo mąż uznał, że dobrze jej tak.

Szkoda mi tylko atramentu...

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (257)

#75353

(PW) ·
| Do ulubionych
Popełniam standardową przewinę piekielnych, czyli to miał być komentarz, ale wyjdzie za długie!

Chodzi mi o historię glana: http://piekielni.pl/75340

Na moich poprzednich studiach uczelnia dogadała się z lokalnym biznesem. Biznes ufundował "poprawę jakości kształcenia", czyli remont gabinetów pracowników (klucz doboru pomieszczeń wymagających remontu był przeciekawy, ale to inna opowieść), wyposażenie do kilku pracowni (i nagle wszyscy przekonaliśmy się, że strach przed wyciekiem z archaicznej aparatury jednak nie jest nieodłączną częścią laborek), wakacje, o, przepraszam, "ważny kongres" w Hiszpanii dla dziekana i stypendia "projakościowe" dla studentów. Konkretnie dla krewnych i znajomych królika, stypendiów było bodajże 10 czy 12 na cały kierunek (~220 osób na każdym roku), a o ich przyznaniu nie decydował pomysł, projekt, specjalizacja przedmiotowa, średnia ocen czy wybór pań i panów fundatorów, skąd. Decydowała "rozmowa z komisją wydziałową". Za pierwszym razem ludzie pchali się drzwiami i oknami, za drugim i trzecim zainteresowanie było sporo mniejsze, za czwartym kolejka do tych trzech stypendialnych miejsc liczyła niecałe 10 osób i dziwnym trafem wszystkie były rodzinnie powiązane z kadrą nauczającą (stanęłam sobie na fajce pod oknem pokoju obrad komisji, kiedy "ustalali werdykt" i co się nasłuchałam o tym, kto z kim, to moje).

Ludzie szczególnie wybrani mieli mieć specjalne seminaria i laboratoria, specjalne projekty, zajęcia po angielsku, lektorat angielskiego zamiast zwyczajnej uczelnianej miernoty miał być z angielskiego specjalistycznego i biznesowego. Mieli wyjeżdżać na zagraniczne staże, część roku akademickiego spędzać na praktykach w sponsorskich fabrykach, przez wakacje u nich pracować, budować doświadczenie, gromadzić staż, reszta tej operetki jest chyba wszystkim znana. W zamian mieli dostęp do specjalistycznego oprogramowania, preferencyjne godziny zajęć (serio, to WIELKA różnica, czy laborkę dyplomową robi się w godzinach 9-16, czy 7-9, 19-21 i całą sobotę, modląc się, żeby ktoś tymczasem nie wypieprzył całej roboty do zlewu albo nie zajął/zepsuł aparatury). Największą marchewką były jednak pieniądze - stypendyści dostawali około 1500 zł miesięcznie (najwyższe stypendium naukowe wynosiło wtedy 400 zł), czyli mniej więcej tyle, ile najniżej opłacani pracownicy naukowi. Brać, kształcić się, specjalizować i prosto po dyplomie iść do znanej i zaprzyjaźnionej firmy.

Gdzie w tym wszystkim ten jeden rozchwiany schodek, na którym się to wszystko przewróciło?

Nikt nie kazał stypendystom podpisywać lojalek. Innymi słowy, po kilku latach pobierania stypendium mieli pełne dossier, jakieś tam doświadczenie i sporego zaskórniaka na koncie, bo wystarczyło odkładać to 1500 zł miesięcznie przez rok, żeby pod koniec mieć całkiem przyjemną rezerwę finansową na start. W rezultacie z pierwszych trzech roczników wydyplomowanych stypendystów zatrudnienia u dobrodziejów nie podjął nikt - wszyscy wyjechali za granicę albo rozkręcili własne biznesy, niedobitki trafiły do konkurencji. Następnym w trybie pilnym podsunięto zobowiązania, że przepracują dla fundatorów jakiś czas. W tym momencie stypendystom wyraźnie przygasł zapał do rozwoju, co poskutkowało tym, że większość czasu spędzali za granicą. Jednocześnie uczelnia zaczęła mieć "drobne kłopoty" - a to się lab "zepsuł" (czytaj: uczelnia poskąpiła na konserwacji), a to licencje na oprogramowanie trzeba było wykupić, ale sponsorzy już tak chętnie kasy nie wyłożyli, bo się inwestycja kiepsko zwraca, a to zaczęli przebąkiwać, że oni chcą zobaczyć, ja te wysokojakościowe zajęcia wyglądają po naszej stronie... I tu był największy problem.

Wysokojakościowe zajęcia odbywały się w iście pozytywistycznym duchu, czyli razem z zajęciami niskojakościowymi z kierunkowym plebsem, czytaj: resztą roku. Oficjalnie wszystko było w fazie organizacji, wszyscy mieliśmy z tego korzystać, nieoficjalnie, ale, w moim odczuciu, o wiele bliżej prawdy chodziły pogłoski, że nasza kadra zwyczajnie nie chciała się podjąć prowadzenia projektów tak wyspecjalizowanych - bo specyfikacja z wymaganiami wedle bieżącego zapotrzebowania przychodziła regularnie. Uczelnia, zaznaczam, jedna z większych w kraju i uznawana za "tę lepszą", gdzie kandydatów i studentów jak mrówków. Jak oni to rozliczali między sobą, tego już nie wiem, ale na początku wszystko działało dobrze (bo studenci sami chcieli to robić, więc robili), a później najwyraźniej nie bez zgrzytów, bo skoro i tak mają ich zatrudnić, to po co się starać?

Dlaczego na początku wspomniałam, że nawiązuję do glana?
Bo sama stałam w laboratorium i świrowałam pawiana, czyli udawałam kogoś innego przy cudzej robocie. Byłam na czwartym roku, wtedy już relacje na linii pieniądzodawcy - uczelnia były odrobinę nieufne. Jeden ze sponsorów, akurat ten, który ufundował jedną pracownię postanowił zobaczyć, jak studenci tam pracują. Pani sekretarka zapisała, stypendyści powiadomieni, że za miesiąc będzie wizytacja, więc mają się stawić w rynsztunku bojowym. Ale miesiąc to dużo czasu, a wiosna w pełni, więc ten sobie pojechał do Szwecji na konferencję, ten na targi do Berlina, tamta miała "wizję lokalną" nad Adriatykiem, jeszcze innych po prostu wcięło. I nadeszła godzina kary. Komuś coś się pokręciło i państwo sponsorstwo pojawili się nie po miesiącu, ale po tygodniu (widziałam to na własne oczy, słyszałam na własne uszy i naprawdę uważam, że to była pomyłka, a nie dywersja). Stypendystów brak. Do pracowni mojego koła naukowego wpadła spanikowana opiekunka i prawie płacząc zagnała nas na pokazówkę. Czepki na włosy, pełne maski ochronne, gogle, fartuchy (należy pamiętać, że w czasie zajęć nikomu do głowy nie przyszło dać nam choćby po parze rękawic ochronnych, bo jeszcze nam się w dupach poprzewraca), generalnie każdy centymetr kwadratowy ciała zasłonięty. I kategoryczny zakaz odzywania się. Wszyscy siedzieć, przeprowadzać pomiary, majstrować przy aparaturze.

Goście przyszli, zobaczyli, że uwijamy się jak mróweczki, kolega pieczołowicie wypełnia dziennik obserwacji, drugi uzupełnia tabelki w excelu, ja klęczałam do połowy schowana w szafce laboratoryjnej i czegoś szukałam, chyba sensu życia, generalnie był ruch w interesie. Po 2-3 minutach gapienia się przeszli na kawkę do dziekana. A opiekunka koła naukowego, jak już zaczęła oddychać, to się rozpłakała ze śmiechu i zażądała wódki. Dlaczego?

Pracownia działała na sucho, czyli bez odczynników, z którymi moglibyśmy mieć bezpośredni kontakt. Każdy, kto się znał na robocie wiedziałby od razu, że nasze skafandry kosmiczne to nieporozumienie, wystarczyłby zwyczajny kitel. I koleżanka, która pieczołowicie rozdrabniała zwyczajną sól kuchenną w moździerzu też była tam co najmniej nie na miejscu. Państwo sponsorzy byli jednak zachwyceni, bo ich pieniądze nie idą na marne.

Z opiekunką koła poszliśmy potem na bardzo dużo wódki. Ona prędziutko skoczyła szczebelek wyżej w uczelnianej hierarchii, moje koło naukowe przez rok pławiło się w finansowej łasce dziekana, my sami jakoś na jego egzaminach i obronach dostawaliśmy podejrzanie dobre oceny. Stypendyści zaś dostali po zadkach, ale - ponieważ każdy miał tatusia lub mamusię gdzieś wysoko na wydziale - bito ich przez poduszkę.

Sprawdziłam i ten program stypendialny wciąż działa, tylko jest o wiele skromniejszy - to już nie czterokrotność stypendium uczelnianego, ale jego równowartość. I znajomi, którzy zostali na wydziale mówią, że chętnych też o wiele mniej, za to efektów wręcz przeciwnie - coraz więcej. Może dlatego, że ustalili sztywne kryteria naboru...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (225)

#75171

(PW) ·
| Do ulubionych
Ogarniałam przyjaciółkę z depresją. Ciężką, głęboką, rozwijającą się latami, doskonale zresztą maskowaną i z uporem godnym lepszej sprawy wypieraną. Przez 4 lata dziewczyna ukrywała objawy, w tym przeróżne akty autoagresji, tak skutecznie, że nawet jej chłopak niczego nie zauważył. Sama miałam ochotę prać się po pysku, że zignorowałam kilka słabych, izolowanych sygnałów i nie poskładałam ich w całość, tylko po czasie każdy jest mądry. Nic to, trzeba działać.

Recepta załatwiona na leki tak dobrane, żeby było jak najmniej działań niepożądanych, za to efekty w miarę szybkie (niestety, etap "najpierw musi być gorzej", czyli zamknięcie w domu, apatię, reakcje lękowe, zanik poczucia przyjemności i resztę trzeba było zaliczyć) i można było je łączyć z branymi stale fitofarmaceutykami. Zmuszanie do regularnego przyjmowania pomijam, ale były fajerwerki i rzucanie ostrymi przedmiotami. Jak chemia zaczęła działać, zaczęło się odprowadzanie pod drzwi psychiatry i szukanie odpowiedniej terapii miękkiej. Najpierw grupowo (jeżeli jesteś w związku od 4 lat z kimś, kto wymaga terapii, też potrzebujesz na nią iść), potem stopniowo przechodzenie na spotkania indywidualnie - wszystko przy stałym oporze dziewczyny, w końcu nie po to wypierała chorobę ze świadomości latami, żeby się przyznać do niej w ciągu kilku miesięcy. W zasadzie sztampowy kurs postępowania z trudnym pacjentem w praktyce. Nakłady czasu, wysiłku i pieniędzy ze strony jej, jej faceta i mojej były olbrzymie. Efekty normalnie i wk*rwiająco powolne, kroczki w dobrą stronę mikroskopijnie małe, ale przynajmniej są. A raczej były.

Rzecz pierwsza - otoczenie, czyli rodzina i przyjaciele. Pomijam to, że dla większości ludzi depresję ma się w czwartek wieczorem i w piątek już znika, bo weekend, żeby wrócić od poniedziałku. Tutaj mamy do czynienia ze środowiskiem około- i medycznym, ludzie uświadomieni co do natury problemu z wielu różnych źródeł na, wydawałoby się, specjalistycznym poziomie. Jej matka w miejscu publicznym (wyszła z domu! W gwarne miejsce! Gratulacje!) przywitała ją słowami "w coś ty się ubrała, wyglądasz jak menelka". Cóż, był w tył zwrot i kurs na dom. Mamuśka, solidnie przeze mnie opieprzona, stwierdziła, że przecież ona jest lekarzem i wie, jak się postępuje z ludźmi z depresją, czyli ostro i brutalnie, bo nie ma co się cackać. Jest laryngologiem, ale i tak współczuję jej pacjentom. Jej ojca interesowało tylko to, czy nie zawali roku przez "te humory", bo przecież poszła na terapię, to dlaczego nie jest już zdrowa? Wspólni znajomi stwierdzili, że oni też mają depresję i takich cyrków nie robią, a poza tym, przesadzamy, bo tego się nie dostaje z dnia na dzień, a oni nic nie zauważyli.

Rzecz druga - uczelnia. W zasadzie zawaliła rok, bo przez chorobę i początkowe fazy terapii odstawiła sprawy studiów na bok. Trudno, bierzemy od prowadzącego psychiatry papier o tym, że dziewczyna była niezdolna do ogarnięcia obowiązków, sadzamy ją nad kartką papieru, niech pisze prośbę o urlop z powodów zdrowotnych. Napisała, podpisała, zaniosła na uczelnię (poszła załatwiać swoje sprawy i naprawiać skutki choroby! Brawo! Postęp!), oddała. Uczelnia stwierdziła, że jasne, urlopu udzieli, ale jeżeli to naprawdę choroba umysłowa, to raczej się pożegnają, bo będzie przeszkadzać w studiach i późniejszym wykonywaniu zawodu. Dziewczyna załamana, chce wszystko odkręcać, woli płacić za powtarzanie roku niż bruździć sobie w papierach. Po dokładnym przewertowaniu wszystkich możliwych uregulowań okazało się, że niestety, mogą ją zmusić do badań lekarskich. Motywacja do leczenia i oswajania się z diagnozą spadła niemal do zera.

Rzecz trzecia, której na pewno nie zostawimy i skończy się olbrzymią awanturą - aptekarka. Miasto duże, ale apteka osiedlowa, mała, stali pacjenci, niemal wyłącznie z okolicznych kamienic i małych bloków. Recepty realizowane od początku w tym miejscu. Zadzwonił do mnie chłopak przyjaciółki - wściekły jak nieboskie stworzenie. Jedna z aptekarek podzieliła się z jedną (przynajmniej jedną) z ich sąsiadek wiadomością, że "taka młoda, a psychotropy bierze, psychiczna, pani!". Sąsiadka zdążyła rozgadać w kamienicy (szczęście, że o źródle informacji też się wygadała). Dziewczynę wytykają palcami i zdążyli z niej zrobić niebezpieczną dla otoczenia. Reakcja chorej łatwa do przewidzenia - zanegowanie sensu jakichkolwiek działań. Dziś niedziela, przybytek zamknięty, ale jutro robimy z chłopakiem nalot szturmowy i albo postawię babę przed izbą aptekarską, albo wybiję jej zęby.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 346 (390)

#74931

(PW) ·
| Do ulubionych
Samorządy studenckie niewiele różnią się od tych... samorządowych.

Wydział, na którym studiuję jest z tych, gdzie jedna połowa kadry nauczającej nosi to samo nazwisko, a druga połowa nie, bo zachowała panieńskie/kawalerskie, zaś krewni dalszych stopni zajmują różne stanowiska w administracji. Przekonałam się o tym na własnej skórze.

Swojego czasu oblałam zaliczenie przedmiotu. Zdarza się, nie pierwsze, nie ostatnie w karierze, ale chciałam zobaczyć swoją pracę, żeby przed poprawką wiedzieć, czego jednak nie wiedziałam wcześniej. Profesor odpowiedzialny za zaliczenia to chcenie potraktował tak, jakbym mu co najmniej napluła w gębę. Mój argument, że regulamin studiów daje mi święte prawo zobaczenia swojej pracy, ba, nawet uzasadnienia oceny mogę się domagać, wywołał reakcję, którą mogę streścić w zwrocie "poszła won!". Poszłam więc, przeczytałam jeszcze raz regulamin, przeczytałam wszystko, co na stronach uczelni na temat rozwiązywania konfliktów było (niewiele, swoją drogą), zorientowałam się, że starosta roku wyjechany i postanowiłam zwrócić się do samorządu studenckiego, niech mediują (jest bardzo duża różnica między tym, jak pozwalałam się traktować, mając lat 12 i 22).

Pierwsze zderzenie z rzeczywistością: przedstawiciele samorządu na moim wydziale (11 osób) przyjmują przez godzinę w co drugi tydzień - i to pod warunkiem wcześniejszego ogłoszenia, że w tym tygodniu dyżur będzie. Mail kontaktowy co prawda podany, ale prywatny i w ogłoszeniu sprzed 3 lat, więc coś mi mówiło, że droga do sukcesu niekoniecznie wiedzie tamtędy. Miałam jednak blisko do ich biura, postanowiłam zajrzeć mimo wszystko.

W biurze zastałam 3 osoby, wszystkie zatopione w lekturze. Po moim "cześć" obrzuciły mnie bardzo niechętnym spojrzeniem, jedna wydusiła z siebie "cześć" i wróciły do książek. Potrafię poznać, kiedy nie jestem mile witana. Ale uważam też, że na głowę wchodzi się tym, którzy wejść sobie pozwalają, więc usiadłam na krześle i postanowiłam przeczekać.

To było najbardziej dłużące się 10 minut mojego życia. Wygrałam tę wojnę ignorowania się tylko dlatego, że z nudów zaczęłam podśpiewywać pod nosem. Nie wytrzymali. Siedząca tam dziewczyna rzuciła w moją stronę bardzo nieuprzejme "potrzebujesz czegoś?" - ton informował od razu, że jedyną prawidłową odpowiedzią jest "nie".

Dziewczyna, do której mówiłam (bo rozmową tego nie nazwę) słuchała mnie z kamienną twarzą. Druga dziewczyna i chłopak usiłowali powstrzymać chichot. Kiedy skończyłam, spojrzała na mnie z bezbrzeżną pogardą i zapytała: "Więc co właściwie mam zrobić, powiedzieć ojcu, żeby ci pokazał tę kartkę?"

Cóż. Spurpurowiałam, odparłam, że sama sobie poradzę i poszłam.
Poradziłam sobie tak, że po opłaceniu warunku wybłagałam w dziekanacie zapisanie do grupy, którą zaliczać miał ktoś inny. I na każdym kroku plułam na samorząd, w czym wtórowało mi jeszcze parę osób.

Tak się zdarzyło, że skończyła się kadencja samorządu, trzeba było przeprowadzić wybory. Wystartowałam na starościnę wydziału. I przekonałam się, jak naprawdę wygląda ten światek. Z osób, które namawiały mnie do startu prawie nikt nie przyszedł na głosowanie. Za to przyszła jedna z prodziekanów - matka mojego kontrkandydata. Pogratulować mu stołka. Jeszcze zanim otwarto urnę. Wybory, oczywiście, przegrałam.

Dzisiaj (sobota!) miały się odbyć konsultacje studenckie w sprawie zmian w programach studiów, zaliczeniach przedmiotów, praktyk i kilku innych bardzo ważnych rzeczy. Konsultacje służą m.in. po to, żeby zebrać głosy studentów i wypracować jedyne oficjalne stanowisko wobec władz wydziału. Informację o konsultacjach "znalazłam" tylko dlatego, że stałam w kolejce za dziewczyną z wydziałowej rady samorządu i podsłuchałam jej rozmowę. Wybrałam się na te konsultacje - drzwi zamknięte. Zrobiłam zdjęcie, zrobiłam filmik, w którym główną rolę zagrała klamka szarpana moją ręką i wrzuciłam na grupę na fejsie mojego roku. Głosów oburzenia jest już kilkadziesiąt. Osób, które odpowiedziały na prośbę o podpisanie skargi do rektora brak.

I po raz kolejny dziekan z zadowoleniem stwierdzi, że przecież studenci nie mają żadnych zastrzeżeń do np. całkowicie fikcyjnego systemu ECTS.

Ale jeżeli w poniedziałek do biura dziekana trafi raport z konsultacji, to będę bardzo, bardzo zła.

uczelnia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (199)

#74961

(PW) ·
| Do ulubionych
Budżetówka.

Narobiłam się dla instytucji finansowanej z podatków. Stawkę dostałam godziwą, ale termin realizacji już napięty, w zasadzie na styk, a i tak wyszły z tego cyrki.

Miałam skończyć, powiedzmy, w środę. Tydzień wcześniej dostaję telefon - ma być w piątek. Nie będzie, bo nie, musiałabym się rozdwoić i przenieść w czasie, bo to, co zrobię za godzinę zależy bezpośrednio od tego, co mi wyjdzie za kwadrans.

Ma być i koniec, to jest potrzebne na już, wczoraj, tydzień temu, świat się skończy, jak tego nie będzie. To może dodatkowe wynagrodzenie? I pieniądze szybciej, a nie po kwartale, jak zazwyczaj? Na poniedziałek rano bym się może wyrobiła (kosztem innych, żelaznych planów, ale złotówki powodują korozję takiego żelaza). "No jak się pani upiera". Pani się uparła, zaparła, zrobiła, o 7 rano wysłała.

Przed chwilą dzwoniłam - pani, z którą rozmawiałam dziś jest na zwolnieniu lekarskim, do piątku jej nie będzie. Zapytałam o wynagrodzenie - nooooooo najpierw to musi to zatwierdzić ta pani, której nie ma, potem to pójdzie do [długa lista osób władających magicznymi pieczątkami], a poza tym, to oni umowy o dzieło zazwyczaj rozliczają kwartalnie.

Czy urząd zdaje sobie sprawę z tego, że ustalenia były cokolwiek inne? "Ale tu nie ma żadnej notatki, że termin płatności się zmienił, żadnego aneksu pani nie podpisała."

Przyznam, że mam ochotę znaleźć tę panią i sprawić, że jej choroba naprawdę uczyni ją niezdolną do pracy.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (286)