Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 8 grudnia 2017 - 6:06
  • Historii na głównej: 30 z 35
  • Punktów za historie: 7159
  • Komentarzy: 126
  • Punktów za komentarze: 592
 

#76886

(PW) ·
| Do ulubionych
W miasteczku moich rodziców w czasie ferii zimowych jest akcja prowadzenia zajęć dla dzieciaków szkolnych w domu kultury i okolicach - planszówki, zajęcia plastyczne, tańce, śpiewy, łyżwy i podobne. Dzięki temu dzieci nie siedzą bite 2 tygodnie przed komputerami i część dowiaduje się, że w ogóle jest w mieście lodowisko i budynek ze sceną. Kilka razy prowadziłam w tym czasie zajęcia z kaligrafii - uczyłam prawidłowo trzymać pióro, ćwiczyłam różne alfabety, pokazywałam też zabawy z atramentem i papierem (choćby pisanie głupim sokiem z cytryny i ogrzewanie kartki). Prowadziłam, bo chciałam i mogłam. Do tej pory przed świętami albo tuż po odzywał się ktoś z organizatorów akcji, sprawdzając, czy wciąż chcę i mogę i uzgadniając szczegóły.
W tym roku nikt się nie odezwał, a i ja się nie wyrywałam, bo mam swoje sprawy, którymi muszę się zająć. Aż do wczoraj.

Wczoraj po południu dostałam SMS od dziewczyny, z którą byłam razem w gimnazjum - i do tego ograniczały się nasze kontakty, nawet nie miałam jej numeru telefonu. Napisała mi, że wysyła mi mail z informacjami o tegorocznych warsztatach, bo w tym roku jest w grupie organizatorów - i tyle. Pomyślałam, że trochę późno mnie werbują, ale że i tak nie planowałam się włączać, to sprawę olałam, pocztę sprawdziłam dopiero późnym wieczorem. I się deczko wpieniłam.

Zamiast zaproszenia dostałam gotowy program. Ze swoimi warsztatami wpisanymi 3 razy w tygodniu - środa, czwartek, piątek. Dodatkowo informacje, że w tym roku budżet jest ograniczony i prowadzący zajęcia muszą sami przynieść materiały, jeżeli nie ma ich na liście tych, które już kupiono (tutaj krótki spis podstawowych przyborów plastycznych, na których, rzecz jasna, nie było papieru piórkowego, peluru czy papieru biblijnego).
Odpisałam krótko i jadowicie, że żądam usunięcia mnie z programu i wpisania nazwiska osoby, która poprowadzi zajęcia, ponieważ ze mną nikt sprawy nie konsultował i nie deklarowałam udziału.

Dzisiaj, godzina 11 z minutami, mieszam rosół w garze i odbieram telefon. Dzwoni była koleżanka z gimnazjum. Dlaczego nie chcę prowadzić kaligrafii?
Hm... Bo nie? Bo mam swoje sprawy? Z których nie muszę się tłumaczyć? Bo nikt mnie nie zapytał, czy w tym roku chcę i mogę? I, wreszcie, bo nie podoba mi się dłużej zasuwanie za darmo, skoro część prowadzących dostała w zeszłym roku za to wynagrodzenie (nagrody pracownicze i gadżety dla załogi domu kultury i nauczycieli), a ja głupiej koszulki nie dostałam?
Jej odpowiedzi składały się w dużej mierze z "ale". Ale jak to, ale dlaczego, ale przecież wolontariuszom nie można płacić, ale co ona ma teraz zrobić (a tego to ja już nie wiem i nie mój problem)?
Zapytałam, dlaczego nie zapytała odpowiednio wcześniej, czy w tym roku się piszę. "Bo nie miałam ani twojego maila, ani telefonu, dopiero teraz dostałam" (guzik prawda, a jeżeli nawet, to pozostali organizatorzy mieli moje kontakty od lat). To dlaczego w ogóle wpisała nieuzgodnioną atrakcję do grafiku? "Bo... bo przecież co roku byłaś! Skąd miałam wiedzieć, że teraz się zrobisz wielką panią i się wypniesz!"
No to się tak wypięłam, że skończyłam rozmowę.

Dwie godziny temu zadzwoniła moja matka. Rozmawiała ze swoją koleżanką z domu kultury - podobno zostawiłam wszystkich w bardzo trudnej sytuacji, bo w ostatniej chwili odwołałam warsztaty uzgodnione od 2 miesięcy i to jeszcze w weekend. Ktoś tu usiłuje ratować swoją skórę.

Dziewczyna załapała się do pracy w miejskim wydziale kultury (wypytałam matkę). Cóż, maile z opisem sprawy do jej zwierzchnika i dotychczasowych organizatorów (większość wciąż siedzi w tej akcji) już poszły.

Tak sobie czekam na to, co się jutro będzie działo.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 395 (417)

#76861

(PW) ·
| Do ulubionych
Weganie, weganie...
1) Współlokator pracuje w korpo z "zachodnimi tradycjami". Oznacza to, że każde słowo pracowników z zachodniego importu zachodnia wierchuszka traktuje jak świętość. Choćby się skarżyli na to, że w Polszy za często pada - wtedy pewnie przyszedłby mail, że wrażliwi zagraniczni ciepłolubni mają pracować tylko w dni słoneczne i być często wysyłani służbowo do ciepłych krajów.

Francuzka z innego niż jego polskiego oddziału zrobiła gównoburzę o zasięgu szefostwa na całą Europę. Bo ktoś specjalnie położył jakieś mięsne jedzenie na tej samej półce w lodówce, co jej full wegańska sałatka. Mail z jej żalem dostali wszyscy pracownicy w Polsce (stąd wie o tym współlokator, a od niego ja) oraz szefowie krajowi w Europie - napisała w nim, że czuje się prześladowana ze względu na wyznawany światopogląd... Po kilku dniach góra wysłała odpowiedź - we wszystkich placówkach korporacji ma być podział na półki wege i niewege w proporcji równej, a złapani na sabotażu podkładania mięsa poza granicę mają być karani obcinaniem benefitów. W imię równości, wolności i dbania o dobrą atmosferę w pracy w postaci korpofolku...

Ale to jeszcze nic.

2) 2 lata wyżej niż ja na studiach była dziewczyna, która pacjentom potrafiła powiedzieć, że chorują z powodu jedzenia mięsa. Albo że jego niejedzenie przyspieszy zdrowienie. Święcie w to wierzyła - jako studentka uniwersytetu medycznego. Próby konfrontacji jej poglądów z badaniami (które szły w tym kierunku, ale bardzo, bardzo małymi kroczkami i z wyraźnie inna marszrutą) kwitowała tym, że ma prawo do swoich przekonań, a nie wykazano, że jest inaczej (tu ma rację tylko dlatego, że akurat nikt nie prowadził badań w kierunku obalenia tezy "niejedzenie mięsa wzmacnia działanie terapeutyczne XYZ"). Jej przykład udowodnił mi, że dowolny kretynizm może zainfekować każdego.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (232)

#76785

(PW) ·
| Do ulubionych
Pani sprzątająca u mnie w pracy podzieliła się ze mną opowieścią o właścicielu obiektu, który zasłużył na Złotą Cebulę w konkursie na największego sknerę biznesu.

Żeby zaoszczędzić na kosztach utrzymania budynku, ekipie sprzątającej kazał przychodzić z własną wodą (! - bo zużywają na własną pracę, a pewnie w dodatku kradną z jego krwawicy) i pokrywać część kosztów odprowadzania ścieków (! - bo brudną wodę wylewają do jego kanalizacji). Po proteście i tłumaczeniu, że nikt nie wywozi mu z budynku beczek Chlorowianki Kran Deluxe, nikt też wwozić nie ma zamiaru, a woda do sprzątania jest niezbędna stwierdził, że rozwiąże sprawę inaczej - przed przyjściem sprzątaczy zakręcał główny zawór wody i wydawał sprzątającym po pięciolitrowej butli kranówki na głowę. Bo w domu patrzył, jak żona sprząta i wyliczył, że tyle wystarczy.

Ceremonia taka odbyła się raz. Pan podobno nie mógł zrozumieć, dlaczego firma sprzątająca wymówiła umowę świadczenia usług w trybie natychmiastowym - i to jeszcze z winy zleceniodawcy, tacy bezczelni ci sprzątacze byli.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 531 (537)
zarchiwizowany

#76529

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeczytałam w komentarzu do http://piekielni.pl/76458#comments zdanie mówiące, że małżonkowie osób chorych na raka powinni być objęci opieką psychologa.

Chciałam odpowiedzieć w komentarzu, że gówno prawda, ale to chyba zasługuje na mocniejszy głos. Otóż: gówno prawda.

Oferowanie opieki tylko psychologicznej tylko małżonkom tylko ludzi chorych na raka to jak naklejać plaster na złamanie otwarte i twierdzić, że tak właśnie powinno być. Skutki niezliczonych chorób nie ograniczają się tylko do fizycznego stanu zdrowia chorego. Nie ograniczają się do psychicznej kondycji jego rodziny. Jego najbliższego otoczenia. Olbrzymia liczba chorób oddziałuje na wszystkich, z którymi w jakiś sposób styka się chory.

Mieszkałam przez kilkanaście lat nad wiekowym małżeństwem, on z przeszłością wojenną, ona była chora na SM. On nie tolerował najmniejszego sprzeciwu z jakiejkolwiek strony. Ona wyła. Przez kilkanaście godzin każdej doby wyła, jak zwierzę, nie mogąc wytrzymać z bólu, więc wyła i wrzeszczała tak długo i tak głośno, póki całkowicie nie opadła z sił. On - też wrzeszczał. Do niej i na nią. I na nas, sąsiadów - reagował agresją na każdy kontakt, asekuracyjnie. Bo wiedział, że nie radzi sobie z sytuacją i że my wiemy, że nie daje rady - ta świadomość była dla niego nie do zniesienia. Teraz to rozumiem - wtedy zwyczajnie go nienawidziłam i się go bałam.

Jeżeli ktoś chce wiedzieć, co dzieje się z umysłem dziecka, która musi żyć w takich warunkach, to powiem tyle: mój przyjaciel z innego piętra na dwunaste urodziny chciał dostać piłę łańcuchową, żeby ich oboje zaszlachtować, a "jak zabić Ryję" było wiecznie aktualnym tematem zabaw dzieci na podwórku. Przez długi czas codziennie szczerze życzyłam im natychmiastowej śmierci.

Kiedyś dorośli próbowali zainteresować tym media i służby. Pamiętam, jak dziennikarka przepytywała moją dorosłą siostrę, czy jej nie wstyd napadać na schorowanych staruszków, którzy po prostu starają się żyć! Przymusowa eksmisja? Jasne - każdy z chęcią zacząłby temat, patrząc z okna na spontaniczną pikietę ludzi dobrej woli, którzy nie pozwolą krzywdzić kombatanta i jego chorej żony!

Chłonęliśmy to latami - dorośli i dzieci. Przez lata żyliśmy w koszmarnym stresie, ze świadomością, że możemy jedynie próbować uciec albo czekać na ich śmierć. Dzisiaj teoria zakłada, że ona powinna znaleźć się w ośrodku wyspecjalizowanym w leczeniu bólu. Teoria, bo nawet dzisiaj nie byłoby na to większych szans. Dzisiaj każdego z nas regularnie odwiedzałaby ich pielęgniarka środowiskowa i pomagałaby nam sobie z tym radzić - a przynajmniej powinna tak robić. Czysto teoretycznie. Bo nie odwiedzałaby.

Pomocą psychologa powinny być objęte 3 klatki mieszkaniowe, jakieś 36 rodzin, o ile dobrze szacuję, 120 osób. Z każdą z nich należałoby przeprowadzić przynajmniej jeden wywiad indywidualny (żeby oddzielić ludzi, na których długotrwały stres nie wpłynął aż tak szkodliwie oraz tych, którzy natychmiast potrzebowali pomocy psychiatrycznej), z większością należałoby prowadzić długotrwałą terapię indywidualną i równolegle grupową - rodzinną, małżeńską, wreszcie społecznościową (wiecie, jak trudno zaakceptować dziwne zachowania sąsiadów po tylu latach programowania się, że staruszkowie spod podłogi są wcielonym złem?), żeby wypracować zbliżone do normalności mechanizmy funkcjonowania. To nie trwa miesiąca. W wielu przypadkach to nie trwa roku. W wielu przypadkach terapeuta jest zadowolony, jeżeli po roku uda mu się jednoznacznie stwierdzić, że znalazł już skuteczną metodę prowadzenia pacjenta - i wtedy może zacząć pracować.

I to tylko psycholog. Dodajcie psychiatrów, dodajcie pielęgniarki, które w takich warunkach musiały uczyć, jak np. opiekować się własnymi seniorami, dodajcie położne, które musiałyby tłumaczyć, że tak, dziecko krzyczy, płacze i nie przestanie i to nie jest powód, żeby wpadać we wściekłość.

I teraz wyobraźcie sobie, że ktoś musiałby za to zapłacić i to jest tylko jedna taka sytuacja.

Wracając do początku - nie, małżonkowie osób chorych na raka nie powinni być objęci pomocą psychologa. Ich całe rodziny i najbliższe sąsiedztwo powinno być objęte kompleksową pomocą psychologiczno-medyczno-edukacyjną. Inaczej to nie ma żadnego sensu.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (120)

#76519

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko po jedenastej była u mnie sąsiadka. Mam natychmiast przestać odkurzać i w ogóle hałasować, bo ona musi wyspać się przed imprezą sylwestrową, a ja jej w tym przeszkadzam sobotnimi porządkami, przez ścianę wszystko słyszy.

Złośliwie odkurzać nie przestałam. Hałasować porządkami też nie. Sąsiadka jest oburzona moją znieczulicą i chamstwem, bo ona potrzebuje(!) odpocząć - wiem, bo wróciła powtórzyć żądanie.

Imprezę robi u siebie w mieszkaniu. Ciekawe, czy jak pójdę do niej i zażądam natychmiastowego końca imprezy, bo jestem zmęczona po sprzątaniu i muszę się wyspać, to znajdzie w sobie więcej zrozumienia dla sąsiedzkich potrzeb.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (260)

#76418

(PW) ·
| Do ulubionych
Po czym niezawodnie poznać, że idą dowolne święta lub dłuższy weekend?
Po świątecznych matkach.

Przed świętami mamy huk roboty w firmie, bo wieeeelu instytucjom i przedsiębiorstwom przypomniało się, że jednak mają pieniądze na złożenie u nas zamówienia. W moim wydziale brak jednej osoby w normalnym trybie pracy byłby co najwyżej niedogodnością. Teraz brak jednej osoby oznacza małą katastrofę. I właśnie wtedy na scenę wychodzą matki świąteczne.

W poniedziałek pod ekspresem z kawą (na szczęście do przełożonej wydziału dotarło, że przerwy są jednak konieczne, bo sama machnęła się w analizie z przemęczenia i to ją otrzeźwiło) Matka X żaliła się Matce Y, że jej córka jakaś taka niewyraźna, markotna, katar ma i pokasłuje, a ona wraca taka zmęczona z pracy, że się nią już nie ma siły dobrze zająć. I żeby to się w chorobę nie obróciło, bo kto się biedną zaopiekuje!
W tym momencie wciął się kolega, że przecież mąż X ma wolny zawód i pracuje w domu, to przecież może się zająć dzieckiem. Został obrzucony spojrzeniem wyrażającym czystą pogardę i nieskrywaną kpinę. Kiedy odchodził, mruknął mi, że możemy już brać robotę i X, i Y, bo ich do stycznia nie zobaczymy.

Rzeczywiście, we wtorek z samego rana X dzwoni, że jej córka "jednak zachorowała" i ona bierze zwolnienie na dziecko. Kilka godzin później swój papierek podrzuciła Y. Oba zwolnienia są - cóż za niespodzianka - do 27 grudnia włącznie. Y nawet nie chciała widzieć się z naszą przełożoną, zostawiła papier na portierni.

Nadgodziny już nawet nie są czymś, o co szefostwo nas pyta, bo szefostwo po czternastej godzinie spędzonej w labie kontrolnym i na hali produkcyjnej nie pyta o nic, tylko idzie się przebrać i do domu. A, przepraszam, dzisiaj przełożona zapytała, czy któreś z nas może się podzielić chusteczkami, bo zwolnienie na dziecko przyniosła matka Z i się szefówka z bezsilności rozpłakała. Córka Z ma 13 lat i jest tak ciężko chora, że wymaga opieki do końca roku. Z tego, co szefowa podliczyła, dzieci X, Y i Z chorują przed Wielkanocą, weekendem majowym, początkiem listopada i Bożym Narodzeniem już drugi rok z kolei. I nigdy nie mogą się nimi zająć ojcowie. Niestety, paniusie są na kontraktach eksperckich i firmy nie stać na wywalenie ich jeszcze przez 2 lata.

Matka Y wysłała mi przed chwilą SMS z życzeniami "spokojnych, pogodnych, szczęśliwych świąt i udanego wypoczynku".

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (276)

#76167

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zmarnować sobotę ludziom, którzy naprawdę mają co robić?

Miej zajęcia w piątki od 17 do 20 z dyplomantami. Prowadź je tak, żeby każdy wiedział, że nie chcesz, ale musisz, a w dodatku to ty masz władzę (wiedzę też, ale się nie podzielisz, bo nie) i nie pyskować. Odwołuj je regularnie (bo piątunio, a ty mieszkasz za miastem) i każ przychodzić w soboty na odrobienie, bo zajęcia potrzebne tobie do projektu (po co płacić wykonawcom, jak studenci zrobią to samo, ale za darmo), a im do dyplomu. W soboty przychodź spóźniony co najmniej 20 minut albo 2 godziny (bo kacyk). Nikt nie podskoczy, bo grupa z poprzedniego roku, którą traktowałeś tak samo wciąż nie ma dyplomów (i prawa wykonywania zawodu). Prodziekan zupełnie przypadkiem jest twoim szwagrem. Zupełnym i czystym przypadkiem.

Siedzę już trzecią godzinę i uskuteczniam medytację zen pod labem, bo 1) pan doktor będzie, ale nie wie, o której 2), ale będzie, więc siadać na dupach i czekać 3) te zajęcia i tak będą trwać 3 godziny, nieważne, o której on przyjdzie, bo trzeba je zrobić 4) jak ktoś sobie pójdzie, to koledzy ze starszego roku nam powiedzą, jak się odpracowuje nieobecności. Planowany start o 7.30, ale przecież kto by wstawał w sobotę i przyjeżdżał na tę godzinę do pracy. To już trzecia taka akcja od października.

O 13 planowałam być w zupełnie innym miejscu i będę, choćbym miała jego wnętrzności zapoznać z zawartością sterylizatorni i spalarni odpadów.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (201)

#75895

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwie baby w pracy się pokłóciły i poszły w zajadłą nienawiść. Po etapie zwyczajnej upierdliwości współpracowniczej (czytaj: solidnym obrabianiu dupy przed wszystkimi, którzy chcieli i nie chcieli słuchać), nadszedł czas na ciężki kaliber.

Pani A została oskarżona o dodanie czegoś do pudełka z obiadem pani B. Tym czymś miała być niesławna pigułka gwałtu. Jakość fabuły nieco obniżyło to, że obiad został zjedzony, więc brak materiału dowodowego. Osobiście podejrzewam, że pani B szukała usprawiedliwienia dla potężnego kaca. Pani A nie pozostała dłużna i wreszcie znalazła winną uporczywego niespuszczania wody w pracowniczym kibelku. I tak to się toczyło przez ostatnie 2 tygodnie (niestety, tylko tyle tam pracuję, wcześniejsze odcinki podobno były ciekawsze).

Dzisiaj pani B przypuściła finalny kontratak i zaczęła grzmieć po piętrze, że ona już tego nie wytrzyma, nie zostawi, do prezesa pójdzie i tę [wstaw dowolny długi ciąg słów powszechnie uznanych za obelżywe] zwolni, choćby to miało być po jej trupie. Podobno pani A podrzuciła B do torebki zwierzęce odchody. Pani A się nie przyznaje i równie głośno i burzliwie odpiera zarzuty, co produkuje własne inwektywy.

Niezależnie od przyczyn, przez kilka minut machano mi przed twarzą woreczkiem foliowym z jakimś gównem. Doświadczenie życiowe mało przyjemne i raczej nie wzbogacające.

Nie mogę się doczekać poniedziałku...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (260)

#75737

(PW) ·
| Do ulubionych
Wolnostrzelectwo postanowiło złośliwie się skończyć i trafiłam do etatowej pracy. Razem ze mną trafił tu student z III roku na jakieś zaległe praktyki, których nie zrobił w wakacje. Razem siedzimy w labie i usiłujemy nie osiwieć ze zgrozy.

1. Facet, którego zastępuję, miał pod opieką praktykantów. Pracuję tu dopiero tydzień. Nie przeszkodziło to Głównej Szefowej stwierdzić, że skoro przejęłam wszystkie obowiązki tamtego gościa, to praktykanta też. Mam go szkolić i nadzorować, a potem wypisać mu opinię z praktyk. Powinnam mu też ułożyć plan i program. Oczywiście. Praktykant siedzi i zgrzyta zębami.

2. Pracuję tutaj dopiero tydzień, czyli sama muszę chodzić na szkolenia do obecnych pracowników. Pracy, owszem, jest huk, procesy dość skomplikowane, w dodatku ogromna odpowiedzialność majątkowa i akurat gorący okres, toteż nikt nie jest zachwycony, że musi wszystko robić powoli, powtarzać, kiedy czegoś nie zrozumiem za pierwszym razem i odpowiadać na moje pytania. Też bym nie była. Praktykant nie może być ze mną przez cały czas, bo nie można go dopuścić do wszystkich etapów pracy, umowa praktyk nie ma wszystkich klauzul zachowania tajemnicy (czy coś takiego). Teoretycznie powinnam sama określić, co można mu powierzyć, a czego nie i po takim "profesjonalnym" przeszkoleniu sama zrobić mu przyspieszony kurs. Biorąc pod uwagę to, że - jak oceniłam - dojście do samodzielności w większości obowiązków zajmie mi 3 tygodnie i dopiero po tym czasie pozostawiłabym siebie samą z robotą, to jestem pełna chęci i zapału, żeby już teraz robić praktykantowi szkolenia. Jak nigdy. Praktykant upewnia się po raz setny, czy na pewno nie może zmienić już miejsca praktyk. Nie może.

3. Zazwyczaj studenci łapali się po odbytych praktykach na jakieś staże i podobne rzeczy, nawet trochę płatne. Z tego, co udało mi się wyciągnąć od innych pracowników wynika, że takie rzeczy zazwyczaj załatwiał mój poprzednik i jeśli co roku było 5 osób na darmowych praktykach, to 2 albo 3 najlepsze dostawały staż (40% pensji z najniższego szczebla pracowniczego, za to ten sam zakres obowiązków i odpowiedzialności, brać i tarzać się w forsie). Świetnie. Firma stosunkowo uznana w branży, zdecydowanie nie górna półka, ale byle kogo się tu nie przyjmuje (jednak bajzel organizacyjny taki, jakby było wręcz przeciwnie) i ludziom zależy, żeby ten kwartał na stażu przebiedować. Mój poprzednik, jak ustaliłam, wiedząc, że go nie będzie, nie zrobił w tej sprawie nic. To by wyjaśniało pytania w służbowym mailu, czy wiem już coś w sprawie miejsc w tym roku. Problem w tym, że jestem tu od niedawna i jestem tutaj tylko na zastępstwo, więc nawet nie wiem, jak pracują poszczególne działy, nie mówiąc już o tym, który potrzebuje stażysty i kim byli praktykanci. Ba, sama siebie bym na takim stażu zostawiła, kiedy mi się zastępstwo skończy! Praktykant płacze.

4. Papierologia. Student musi oddać na uczelnię plan, program, umowę i inne papiery. Na każdej kartce powinnam się podpisać (noooo, od biedy mogę) i podbić imienną pieczątką. I tutaj robi się problem, nie mam imiennej pieczątki, bo jestem na zastępstwie. Do posługiwania się pieczątką poprzednika nie mam uprawnień. Poprosiłam o świstek stwierdzający, że mogę sobie stawiać w/z przed nazwiskiem i używać tej pieczątki - dostanę "w swoim czasie". W firmowym żargonie oznacza to miesiąc. Albo i dłużej. Student wyje do Księżyca, więc sama zadzwoniłam na jego uczelnię, żeby to wyjaśnić. I się zaczęło...

Ustalenie nazwiska opiekuna praktyk zajęło mi cały dzień i dzwonienie pod 21(!!!) uczelnianych numerów telefonów.
Złapanie opiekuna praktyk w pracy zajęło mi 2 dni.
Po wyjaśnieniu sprawy opiekun praktyk uznał, że nie wie, o co mi chodzi i mam mu nie zawracać głowy, po czym rzucił słuchawką.

Praktykant przyjął moje zaproszenie na piwo, bo to było jedyne, co wymyśliłam i mogłam zrealizować z organizowania mu czasu.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (230)

#75445

(PW) ·
| Do ulubionych
Dokumentacja medyczna to coś, co powinno być szczególnie chronione, zabezpieczone przed możliwością wglądu przez osoby trzecie, ludzie mający do niej służbowy dostęp podpisują zobowiązania do zachowania tajemnicy i tak dalej. W teorii wszystko pięknie.

W praktyce to nie piękne, nie ładne, nawet nie nijakie, tylko smród i załamanie rąk.
Wielka liczba podmiotów wytwarzających dokumentację medyczną lub pracujących z nią nie jest technicznie przygotowana do obracania takimi danymi. Zabezpieczenia informatyczne są żadne (podobnie, niestety, jak wiedza przedmiotowa większości użytkowników tej infrastruktury). Organizacja przestrzenna też mogłaby reinkarnować. Dzisiaj rano stanęłam sobie na chodniku pod przychodnią i mogłam spokojnie przeczytać wszystko, co w historię choroby jakiegoś Tadeusza wklepywano w gabinecie. To, że sobie poszłam dalej, to wyłącznie moja dobra wola. W rejestracji monitor biurka A jest doskonale widoczny dla interesantów biurka B. I odwrotnie. Serwer? Zdalny dostęp do danych? Niejedna placówka medyczna przyznaje, że po prostu nie stać ich na profesjonalne, czyli bezpieczne archiwizowanie danych medycznych i liczy na to, że nikt nie wpadnie na pomysł zdalnego włamania i kradzieży. Nie brakuje też zwyczajnych wpadek, np. kilka lat temu, podczas wyjazdowej akcji krwiodawstwa, ktoś zapomniał torby z laptopem, w którym rejestrowano dawców. Gdzie, kiedy - nieważne. Zorientowali się po kilkunastu minutach i w te pędy z powrotem. Torba była. Ale równie dobrze mogło jej nie być. Na dysku wyniki badań, dane kontaktowe, wywiad...

A papiery?

1) Kumpel. Czekał na wizytę w remontowanej, ale pracującej przychodni. Szafki z dokumentacją stały obok niego przez kilkadziesiąt minut, bo tam akurat je postawili panowie od przenoszenia mebli. Szafki bez zamka. Pełne. Monitoringu brak. Mógł wynieść, co tylko by zechciał.

2) Drugi kumpel. Zabierał kopię swojej karty, bo zmieniał przychodnię. Relację miałam na świeżo. Wydali mu cudzą dokumentację - w zaklejonej kopercie, bo przecież to tajne, rozpoznawali koperty po numerach zlecenia wydania kopii. Dopiero w domu - prawie 50 kilometrów od przychodni - zorientował się, że ma kartę jakiejś kobiety. Człowiek uczciwy, zadzwonił - niech przyślą kuriera z jego papierami, to cudze odeśle. Nie przysłali, za to przez telefon postraszyli go prokuratorem, jak sam do nich nie odwiezie. Cóż, na prokuraturę zadzwonił on.

3) Ja. Kilka lat temu, praca na studiach - prywatna firma zajmująca się przeprowadzkami, transportem mebli itp. Opróżnialiśmy mieszkanie po jakimś zmarłym lekarzu. Całą jego dokumentację mieliśmy "zutylizować" na polecenie rodziny (swoją drogą, straszliwie się uwijali z likwidacją ruchomości). Tylko taka utylizacja nie dość, że nie zawsze jest legalna, to jeszcze ekstra kosztuje, kiedy można ją wykonać, a oni tego ekstra nie płacili. Więc szef zwiózł ją do siebie, miał czym rozpalać w piecu.

Tego, czego się naczytałam na studiach i praktykach z dokumentów pacjentów, ile się nasłuchałam - jako osoba w żaden sposób nieuprawniona, wystarczyło, że jestem w ciuchach roboczych i siedzę w tym samym pomieszczeniu - to już nawet nie chcę wspominać. Serio, jak ktoś mi mówi, że jest "tajemnica lekarska" i "tajemnica dokumentacji", to mnie pusty śmiech ogarnia.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (185)