Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 7 sierpnia 2018 - 11:45
  • Historii na głównej: 39 z 46
  • Punktów za historie: 9002
  • Komentarzy: 162
  • Punktów za komentarze: 895
 

#82848

(PW) ·
| Do ulubionych
Kuzyn miał w piątek usuwaną ósemkę. Ósemkę paskudną, muszę przyznać, nawet w czasopismach poświęconych chirurgii szczękowej rzadko widziałam tak obrzydliwie uformowane korzenie. Chirurg kazała mu przyjść z samego rana, bo taka robota "może potrwać", więc lepiej, żeby zabrać się do niego na świeżo.

Gdyby ekstrakcja ograniczyła się do przewidywanej dawki bólu i stresu, nie byłoby tej historii.

Wizyta zaczęła się z minimalnym, kilkunastominutowym poślizgiem. Do przeżycia. Kuzyn został znieczulony, znieczulony ponownie, dziąsła zostały nacięte, żeby odsłonić system korzeniowy, a sam ząb zaczął być rozwiercany. I tak wiercono ponad 90 minut, dokładając po drodze jeszcze raz znieczulenie.

W pewnym momencie stało się COŚ. Co konkretnie, kuzyn nie wie. Chirurg i jedną z pielęgniarek wywołano do jakiejś nagłej sytuacji. Druga pielęgniarka zaczęła go uspokajać, że to potrwa tylko kilka chwil, potem lekarka wróci, dokończy zabieg i wszystko będzie dobrze.

Po ponad 40 minutach wywołano także drugą pielęgniarkę. Z kuzynem miał zostać jakiś młody facet (pielęgniarz, praktykant, czort wie), ale zmył się po kilku chwilach, mówiąc, że zaraz wróci, tylko sprawdzi, co z tamtymi. Nie wrócił w ogóle.

Następna osoba - nie lekarka, nie żadna z dwóch pielęgniarek asystujących przy zabiegu - pojawiła się po ponad dwóch godzinach. Była BARDZO zdziwiona, że kuzyn jeszcze jest w gabinecie, ba, że siedzi w fotelu. Wszyscy myśleli, że "ktoś" już go opatrzył i mu przekazał, że może iść do domu, bo lekarka dzisiaj już do niego nie wróci. No, ale skoro jeszcze siedzi, to ona (znaczy się osoba, która weszła), postara się coś zaraz załatwić.

Taaak. Pacjent z rozwalonym trzonowcem, rozpapranymi dziąsłami, słowem - z bolącą jak jasna cholera, otwartą raną tuż przy stawie żuchwowym miał się chyba sam oczyścić, pozszywać, opatrzyć, wypisać L4, receptę na środki przeciwbólowe (paracetamolem takiego bólu się nie zabije), uzupełnić dokumentację, a po wszystkim jeszcze iść i przeprosić za to, że żyje.

Wyjaśniam detalicznie: w takim stanie nie można mówić. Nie można krzyczeć. Nie można w ogóle używać głosu poza pierwotnymi jękami, które zna chyba każdy, kto trafił na rozmownego stomatologa, zadającego pytania o wakacje podczas grzebania pacjentowi w jamie ustnej. Jedyny sposób komunikacji z najbliższym otoczeniem to co najwyżej rzucanie przedmiotami znajdującymi się w zasięgu ręki, kopanie w fotel dentystyczny i wycie. Nie ma jak protestować, bronić się, powoływać na przepisy, nie ma nawet jak wstać i iść do toalety. Co lepsze, nie można nawet zamknąć ust... Człowiek jest zdany na łaskę kogoś, kto przyjdzie i go uratuje.

Po - jak relacjonował kuzyn - bardzo długim czekaniu, z pewnością dłuższym niż godzina, pojawił się jakiś inny chirurg, podał biedakowi kolejne znieczulenie i dokończył zabieg. Zeszło mu, bo bił się z tą ósemką kolejne 2 godziny, zszywał już trzęsącą się z wyczerpania dłonią.

7 godzin w jednej pozycji, z rozdziawioną, unieruchomioną chyba tylko siłą woli żuchwą, a w niej raną, bez możliwości choćby wysikania się, przepłukania gardła, niczego. Kiedy wczoraj o tym usłyszałam, nie chciało mi się wierzyć. Większość wieczoru spędziłam z kuzynostwem na pisaniu personalnej i instytucjonalnej skargi oraz szkicowaniu pozwu. A w piątek planuję wybrać się razem z kuzynem na zdjęcie szwów i kontrolę do przeprofesjonalnej "pani doktor".

Mam nadzieję, że hasło "oskarżamy panią o stosowanie tortur medycznych przez zaniechanie uśmierzania bólu po niedokończonym zabiegu" uruchomi u niej te szczątki mózgu, które musiały się wykształcić, skoro nie umarła przed urodzeniem.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (225)

#82570

(PW) ·
| Do ulubionych
Witamy w bibliotece…

Poszłam zmienić porcję popołudniowych czytadeł. W bibliotece powitał mnie ogonek, bo to i początek miesiąca (czyli możliwość negocjowania zmniejszenia kar w tej konkretnej placówce, ot, promocję zrobili, żeby ludzie w ogóle oddawali książki), i wakacje, więc dzieciaki oddawały lektury, i pewnie zwyczajny pech, trzeba swoje odstać.

Trochę przede mną stała niezwykle charakterystyczna kobieta. Była ubrana w stylu, który przypomniał mi ten widywany podczas dziecięcych niedzielnych spacerów po Saskiej Kępie - kapelusz, którego nie powstydziłaby się Hanka Bielicka, ozdobiony górą sztucznych, bardzo starannie wykonanych kwiatów, okulary w złoconych oprawkach, skórzane pantofle na niskim obcasie, elegancki kostium, ale w nieco zbyt krzykliwym kolorze, ciężki, ale starannie nałożony makijaż, biżuteria z pereł, na pierwszy rzut oka wysokiej klasy, ale bardziej pasująca do bankietu niż zwyczajnego wyjścia do miasta... Elegantka po sześćdziesiątce, która ma bardzo dużo kasy i trochę zbyt ostentacyjnie to pokazuje, ale podkręcona tak na 15%, nie 150.

Zachowaniem nadrabiała wszystkie straty wyglądowe w kategorii "Nie Wiesz, Jak Ważną Suką Jestem". Gęba jej się nie zamykała.

To skandal, że trzeba tyle czekać, żeby tylko coś załatwić w BIBLOTECE (sic!). Nic dziwnego, że dzisiaj nikt nie chce tam przychodzić!
To skandal, że w kolejce trzeba stać, nie ma żadnych krzeseł! Ona jest na emeryturze, ją nogi bolą!
To bezczelność, że nie ma żadnego dozownika z wodą! Jest lipiec, tutaj się wchodzi prosto z ulicy, jest kurz z książek, ONA MA ZAKURZONE GARDŁO! (Chłopak za mną szepnął, że szkoda, że nie zalane betonem).
KTOŚ powinien już podejść i zapytać, czy nie potrzebuje pomocy!
I to jest skandal, że ona musi za każdym razem podawać kartę, a jak ktoś podejrzy, jak się nazywa? Co oddaje i wypożycza też widać! Ona sobie nie życzy, żeby ktoś widział, co czyta! (Cały ten jęczący monolog dzielnie wygłaszała w powietrze).
W ogóle to kto to widział, żeby w bibliotece nie było żadnych perfum do pomieszczeń. Śmierdzi starym papierem!
Ona ma POWAŻNE LEKTURY, a musi czekać, aż jakaś siksa (właśnie tego słowa użyła!) weźmie sobie romansidło.
W normalnym kraju to byłoby nie do pomyślenia, że nie ma specjalnej obsługi VIP. (To powiedziała już ewidentnie do bibliotekarek, bo była pierwsza w kolejce).

W tym momencie nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Błąd, znalazłam się na celowniku.
- A TY SIĘ Z CZEGO ŚMIEJESZ, CO? TU JEST BIBLOTEKA (sic!), TU MA BYĆ SPOKÓJ!
Co mogę powiedzieć... Nie lubię, kiedy się mnie drażni.
- Powiedziałabym, z czego się śmieję, ale z plebsem nie mam zwyczaju rozmawiać.

Widziałam po czerwieniejącej twarzy i ogromniejących oczach, że przerabia w sobie moją bezczelność i kumuluje ciśnienie do wybuchu. Nie dała rady, bo zawołano ją do obsługi, więc tylko fuknęła na mnie wyniośle przez nos i zaczęła wyżywać się na bibliotekarce - że musiała tyle czekać w kolejce na coś, bezczelność! Że musiała tu iść, a nie mogła oddać w dowolnej filii, tej blisko domu (to tłumaczyłoby, dlaczego jej wcześniej nie widziałam w okolicy), to całkowity brak podejścia do klienta! Że nie można zamówić nikogo z biblioteki, żeby odebrał książki z domu! ONA JEST PRZYZWYCZAJONA DO ZUPEŁNIE INNEGO STANDARDU OBSŁUGI!

Oddała, co miała, polamentowała, że musi iść sama sobie zdjąć z regału, co chciała wypożyczyć (TO CHYBA ZROZUMIAŁE, ŻE SKORO WZIĘŁAM DRUGI TOM, TO BĘDĘ CHCIAŁA WYPOŻYCZYĆ TRZECI! DLACZEGO WSZYSCY TUTAJ ROBIĄ PROBLEMY?) i powędrowała w głąb regałów. A po chwili ja za nią.

I oczom moim ukazała się scena z teatru jednego aktora - arcyjurorka "Projektu Dama”, czy jak się ten telewizyjny szmatławiec nazywa, postanowiła ulżyć swojemu ramieniu i z przepastnej torebki zaczęła pakować za książki papierki po cukierkach, zgniecione chusteczki, opakowanie po wafelku i jakieś inne śmieci. Zobaczyłam to, wzięłam głęboki wdech i, starając się naśladować jej pretensjonalną manierę, zadudniłam: TO SKANDAL, ŻE JAKIEŚ POSPÓLSTWO PCHA SWOJE ŚMIECI NA PÓŁKI! TO JEST BIBLIOTEKA (z naciskiem na "i"), TUTAJ MA BYĆ PORZĄDEK! NIEKTÓRZY WSZĘDZIE MUSZĄ PRZYNIEŚĆ SWÓJ CHLEW!

Obejrzała się na mnie, zacisnęła szczęki, warknęła "zamknij ryj!" i odtruchtała do wyjścia. Pewnie bez książek, bo bramka nie zadzwoniła.

Śmieci już nie zabrała, widać to skandal, że nikt ich za nią nie zapakował na wynos.

szlachta (już) nie pracuje

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (186)

#82472

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega z inżynierki postanowił zmienić sześć literek przed nazwiskiem na pięć, otworzył przewód doktorski i przymierzał się do zostania doktorem. Pisanie rozprawy szło mu bardzo mozolnie jako całości, ale wyniki cząstkowe chętnie i na bieżąco publikował jako artykuły w prasie specjalistycznej. Summa summarum, na dorobek przeddoktorski składa mu się lepsza grupa publikacji niż niektórzy "wieczni adiunkci" po kilkunastu latach dłubania komunikatów przepychają jako dorobek habilitacyjny. Instytucja firmująca przewód kolegi miała w poprzednim miesiącu uchwalić przyjęcie jego pracy i skierować ją do recenzji. Miała.

Na 3 dni przed posiedzeniem rady do instytutu wpłynął uprzejmy donos o "podejrzeniu możliwości popełnienia przestępstwa plagiatu w publikacjach doktoranta dotyczących tematu X". Oczywiście, bez żadnych konkretów w stylu "to są badania kogoś innego i opublikowano je wcześniej, o, tutaj", bo tych wskazywać w donosie nie trzeba, tylko ogólnikowe stwierdzenie. Donos podpisano nazwiskiem, które koledze nic a nic nie mówi. Nikomu zresztą nic nie mówi.

Tematowi X kolega poświęcił ostatnich 10 lat swojego życia i dobrze ponad 30 artykułów, z których część - zwłaszcza tych publikowanych za granicą - była pisana z kimś innym, bo nasza dyscyplina opiera się już na całym świecie na pracy zespołowej. Ponieważ w doktoracie kolega uczciwie zaznaczył, które wyniki i wnioski cząstkowe były już publikowane, wychodzi na to, że praca też jest splagiatowana i nie można jej zatwierdzić, skierować do recenzji i w konsekwencji dopuścić do obrony. Trzeba wszcząć postępowanie wyjaśniające.

Teraz trzeba powołać osobną komisję, która 1) skontaktuje się z wydawcami wszystkich artykułów, które opublikował kolega i poinformuje ich o "procedurze wyjaśniającej", 2) usiądzie i prześledzi całe piśmiennictwo w danym temacie z ostatnich kilkunastu lat, szukając rzeczywistych oznak plagiatu, 3) jeżeli już jakieś znajdzie, musi wtedy powiadomić o nich prokuraturę. Może też powiadomić prokuraturę, uznając, że to właśnie prokurator ma się tym zająć, 4) niezależnie od tego, przeprowadzi postępowanie wyjaśniające na uczelni, czyli wezwie kolegę do wyjaśnień, zleci przyjrzenie się temu biegłemu prawnikowi itd. 5) po zakończeniu procedury wewnętrznej i śledztwa prokuratorskiego oraz ewentualnego procesu i uzyskaniu prawomocnego wyroku może pracę kolegi albo przyjąć i wreszcie skierować ją do recenzji w przypadku uniewinnienia, albo odrzucić, jeżeli zostanie skazany. Co z tego, że kolega nie plagiatował, skoro do procesu może dojść i tak.

Kolega obliczył całość na jakieś 2 lata przy czarnym scenariuszu, przy białym - pół roku. Niezależnie od tego, koszty całej zabawy pokryje on, ponieważ otworzył przewód z wolnej stopy, czyli instytut może zażądać od niego poniesienia kosztów prac komisji, jeżeli uzna ją za element niezbędny do realizacji etapów przewodu doktorskiego. Kolega już się dowiedział, że instytut na pewno tak uzna. Kwota jest "na razie trudna do oszacowania".

Kolega nie jest ani sławnym naukowcem, ani nikomu tematu nie ukradł, ani na nikim w swoich badaniach nie żerował, ani niczyjego ogólnokontynentalnego biznesu jego praca nie rujnuje, ani przełomem na miarę Nobla nie jest. Ot, kawał żmudnej dłubaniny poznawczej, interesującej w zasadzie jedynie specjalistów. A jednak komuś się chciało facetowi wbić rozgrzany gwóźdź w dupę. I to - najpewniej - za jego pieniądze.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (197)

#82202

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja sąsiadka uczy w liceum, które postanowiło zostać przedsionkiem politechniki - nacisk kładzie się tam na fizykę, matematykę, chemię i informatykę, a pozostałe przedmioty, zwłaszcza humanistyczne, realizuje się co prawda od początku do końca podstawy programowej, ale na każdym kroku można wyczuć, co (i kto) jest dla wszystkich ważniejsze.
Sąsiadka mówi, że trochę to boli, kiedy słyszy przy układaniu planu "bo oni MUSZĄ mieć tyle godzin polskiego, bo to WYMYSŁ ministerstwa, a tyle WAŻNYCH rzeczy można by zrobić w tym czasie", boli bardzo, kiedy okazuje się, że uczniowie zainteresowani np. olimpiadą historyczną są przez szkołę usilnie namawiani, żeby przestali marnować siły i skupili się na kolejnym konkursie fizycznym, a boli nie do zniesienia, kiedy usiłuje się wymuszać na nauczycielach zdawalność matur wewnętrznych.

W mijającym tygodniu sąsiadka egzaminowała z polskiego. Na szczęście nie ma już "przygotowywanych cały rok" prezentacji, tylko losuje się temat do omówienia kilkanaście minut przed egzaminem, ale usłyszałam od niej (i sama zobaczyłam na przykładowych pytaniach), że zdanie tego to formalność, a nie wysiłek intelektualny.

Sąsiadka oblała dwie osoby. Pierwsza postanowiła cwaniakować i zaczęła wymuszać na komisji zaliczenie bez przeprowadzania egzaminu - "bo przecież to wszystko bez sensu". Cóż, sens sensem, egzaminatorzy mają swoje obowiązki i protokołują przebieg matur, więc do protokołu wpisano, że zdający nie podjął się realizacji zadania maturalnego. Osoba numer dwa podłożyła się w inny sposób - wylosowała temat o tym, w jaki sposób artyści przedstawiają rodzinę i jakiś obraz tematyczny do omówienia jako punkt wyjścia. Nie powiedziała absolutnie nic, nie była w stanie nawet opisać, co przedstawia reprodukcja, którą miała na kartce. Zapytana, czy zna jakiś film albo powieść, w której występują dzieci powiedziała, że nie i umilkła.
Komisja nie miała innego wyjścia, jak ją oblać.

Przypadek osoby pierwszej pozostał bez komentarza ze strony szkoły, ale osoba numer dwa powróciła jako wiadro pomyj wylane na głowę sąsiadki - to był jakiś olimpijczyk z matematyki, wygrane zawody programistyczne, murowana kariera, geniusz ścisłowiec. Sąsiadka dowiedziała się, że to jej wina, że nie pójdzie na studia (z oblanym ustnym polskim ma się niezdaną całą maturę) mimo wygranych indeksów, bo nie starała się dość mocno, żeby go na tej maturze wyciągnąć na 30% i teraz będzie musiała przeprosić jego rodziców za zmarnowaną przyszłość dziecka. I że na pewno będą podważać ważność egzaminu w okręgowej komisji egzaminacyjnej, bo nie może być tak, żeby taka pierdoła przekreślała wszystko.

Zapytałam, dlaczego dopuszczono go do tej matury. Bo to olimpijczyk i "na pewno sobie poradzi".

Mam wrażenie, że od moich czasów tak zwana "wychowawcza" funkcja szkoły i świecenie przykładem odpowiednich wartości w życiu mocno zmieniły oblicze.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (200)

#82062

(PW) ·
| Do ulubionych
Za każdym razem, kiedy myślę, że już nic mnie nie zaskoczy, kuszę los. Los za każdym razem daje się skusić.

Poszłam rano na tai chi do parku. Po ćwiczeniach usiadłam z kolegą w parkowej kawiarence, żeby poplotkować i wypić kawę (dzień ciepły, piękny, kawiarniany ogródek aż zapraszał do tego, żeby usiąść i wypić frappe). Siedzieliśmy, gwarzyliśmy, w pewnym momencie poprosiłam kolegę, żeby się dyskretnie obrócił i spojrzał na jeden z dalszych stolików, przy ogródkowym płotku.

Do płotka był przywiązany jakiś mały pies, który najwidoczniej chwilę wcześniej zdefekował na ziemię. Właścicielka - na oko dobrze utrzymana sześćdziesiątka - wyciągnęła z torebki woreczek, zapakowała w niego psie odchody i położyła na parkiecie pod stolikiem. W tym momencie poprosiłam kolegę o dołączenie do obserwacji (byłam pewna, że babka wstanie i całkowicie nieprzypadkowo zapomni o worku).

Po jakichś 10 sekundach kobieta schyliła się, wyciągnęła woreczek i wytrząsnęła jego zawartość do wazonu na stoliku, a samą torebkę zmięła i schowała pod zużytymi serwetkami na talerzyku. Odwiązała psa, wstała i skierowała się do wyjścia.

Zaczęliśmy za nią wołać, żeby wróciła, bo moment, co ona sobie myśli, ale potruchtała ze smyczą bez odwrócenia się. Udało nam się zwrócić za to uwagę bufetowej, która z oczywistych powodów nie była ucieszona pozostawionym "napiwkiem".

A myślałam, że to szpitalna kolekcja przedmiotów, które utknęły w odbytach pacjentów jest szczytem wszystkiego.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (123)

#81777

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja babcia stała się wrogiem publicznym numer 1 w swoim miasteczku.

Babcia wybrała sobie w życiu fach niecodzienny - jest rzeźbiarką. Nie prowadzi już swojej pracowni, karierę artystki rozwijała głównie za granicą. Po przejściu na emeryturę zwinęli się z dziadkiem i osiedli na zadupiu, blisko gór, lasów, czystej wody i błękitnego nieba. Babcia nauczała rzeźby w lokalnym domu kultury i projektowała duperele w rodzaju okazjonalnych statuetek wręczanych w nagrodę za wieloletnią służbę dla partii.

Pewien czas temu została zaproszona do ratusza na spotkanie z burmistrzem. Zbliżała się wyjątkowa uroczystość, drugi ślub trzeciej córki czy coś podobnego. Grunt - pannie młodej zamarzyło się ozdobienie ogrodu weselnego rzeźbą swoją i małżonka w skali 1:1. W marmurze. Najlepiej w pozie pary tańczącej walca. I oto burmistrz proponuje babci taki interes, że w kasie miejskiej jest fundusz na obiekty artystyczne do wystawienia na jakimś skwerku, to babcia zrobi tę rzeźbę, oni rozpiszą konkurs, babcia wygra, dostanie pieniądze i po ślubie się ten kawał kamienia ustawi na skwerku.

Babcia zadała trzy pytania:
1) czy wiedzą, że to nielegalne,
2) czy wiedzą, że to zajmie około 2 lat,
3) czy wiedzą, że koszt takiej imprezy jest sześciocyfrowy.
Okazało się, że żadnej z tych rzeczy nie wiedzieli. Pomysł upadł.

Po kilku dniach znowu odezwali się od burmistrza, bo jego córka strasznie napaliła się na te rzeźby i już zdążyła się pochwalić, że będą, a tutaj zonk, stara baba ma wąty.

Po negocjacjach stanęło na tym, że babcia wypożyczy jakieś prace, wypisze się rewers na dom kultury, postoją w holu i potem wrócą do babci. Stety niestety, jedyne prace, które rozmiarowo odpowiadały panience, były wykonane z połączenia kamienia, metalu i szkła. Z przewagą szkła.

Babcia oddała 3 rzeźby, wzięła kwit na 3 rzeźby, ekspozycja czasowa miesięcy tyle i tyle w budynku miejskiego ośrodka kultury, po tym czasie wracają do właścicielki.

Chwalić Boga, że tego rewersu nie wyrzuciła, bo ślub się odbył, a po ślubie okazało się, że jedna z rzeźb nie przetrwała w całości. Praca skończyła w kilkunastu(!) częściach i wyglądała, jakby ją ktoś potraktował młotem kowalskim. Babcia dostała przeprosiny, zapewnienia o głębokim żalu, wielka szkoda, no nie wiedzą, jak to się mogło stać, ogólnie im przykro i liczą na to, że sprawa rozejdzie się po kościach. Nie rozeszła, bo w babcię wstąpił demon. Wezwała miasto do zwrotu prac i wypłaty odszkodowania za zniszczenia. I w tym momencie zaczęła się cała afera.

Miasto stwierdziło, że zapłaci, ale chce wiedzieć, ile.

Babcia pokazała kwit z austriackiego domu aukcyjnego, że 5 lat temu praca z tej samej grupy poszła za wiele tysięcy euro i ona domaga się równorzędnej kwoty.

Miasto potrzebowało chwili, żeby odzyskać głos i przyznało, że spodziewali się 5-6 tysięcy złotych…

Babcia oddała sprawę do sądu. W pierwszej instancji sąd uznał, że należy jej się wiele tysięcy, ale złotych, bo trzeba brać pod uwagę realia gospodarcze wpływające na rynek dzieł sztuki i to, że kasa miejska nie może sobie pozwolić na szastanie kwotami takimi, jak w zachodnich domach aukcyjnych, a w ogóle to ona też jest winna, bo nie upewniła się, że jest ochrona, zabezpieczenia, ubezpieczenie i podobne rzeczy. Radca płakał ze śmiechu, kiedy czytał uzasadnienie wyroku.

Poszła apelacja. Z przeniesieniem sądu rozpatrującego sprawę z Nieco Większego Zadupia do Bardzo Dużego Miasta.

W apelacji uznano, że miasto wzięło odpowiedzialność za los rzeźby, samo oświadczyło, że znało jej wartość i zapłacić musi zgodnie z aktualnym szacunkiem domu aukcyjnego, a to, że artystka nie jest znana w kraju, nie znaczy wcale, że jej twórczość jest bezwartościowa. Jednocześnie nie ma znaczenia dla sprawy, czy rzeźby stały na sali weselnej, w kościele, czy w garażu, bo oddano je w pieczę miastu reprezentowanemu przez miejską instytucję i to instytucja za nie odpowiadała. Wyrok zapadł.

Całość kołomyi trwała ładne 4 lata. Podobno bardzo prędko, jak na taką sprawę. Przez 4 lata babcia była wskazywana palcami i obmawiana jako ta, która chce się dorobić na wspólnym dobru lokalnej społeczności, wielka artystka, która każe sobie płacić bajońskie sumy za jakieś barachło i baba z miasta, co myśli, że będzie ustawiać lokalsów po kątach, a w ogóle to teraz nic nie będzie się działo w tej mieścinie, trzeba jeszcze wziąć kredyt, żeby ją spłacić. Oczywiście, lekcji w domu kultury już nie udziela.

Babcia z dziadkiem kupili już działkę na innym zadupiu, tym razem na przeciwległym końcu kraju, a swoją artystyczną przeszłością staruszka nie ma zamiaru nikomu się tam chwalić.

Przeprowadzka zaraz po świętach.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 252 (258)

#81644

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj wieczorem rozmawiałam z koleżanką z poprzedniej pracy, która składa pozew przeciwko szefom o niesłuszne zwolnienie dyscyplinarne.

W firmie, w której poprzednio pracowałam zachował się relikt minionej epoki - biblioteka zakładowa. Nie była jakoś świetnie zaopatrzona, ale prenumerowała kilka tytułów prasy branżowej, w tym dwa czy trzy czasopisma poza Open Accessem (a czasopisma w tej branży są naprawdę za drogie na kieszeń mieszkańca naszej części Europy) i co jakiś czas pojawiały się tam pozycje przydatne w pracy mniej lub bardziej bezpośrednio. Nie było przymusu korzystania z tego przybytku, ale był przymus oddania wypożyczonych materiałów.

Koleżance przydarzyła się taka historia, że najpierw trafiła na dłuższe L4 z powodu złamania ręki, co uniemożliwiło jej pracę, potem na jeszcze dłuższe z powodu zagrożonej ciąży, a potem na macierzyński. W sumie wróciła do pracy po ponad dwóch latach. I na dzień dobry dostała dyscyplinarkę za nieoddanie materiałów bibliotecznych.

Siedziałam i sama nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Dyscyplinarka powinna używana tylko w przypadku ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych, więc w pierwszej chwili podzieliłam wściekłość i frustrację koleżanki. A potem zaczęłam dopytywać o szczegóły tej sytuacji i zrodziły się we mnie wątpliwości.

Koleżanka wzięła materiały o wartości rynkowej ponad dwóch tysięcy złotych - czasopisma zagraniczne (160 zł za jeden zeszyt...), kilka zagranicznych książek i nie oddała ich przez 3 lata (a wg regulaminu, który podpisywaliśmy dostawaliśmy rzeczy z biblioteki na 2 tygodnie). Rzeczy niskonakładowe, drogie, których ponowne zakupienie mogło być trudne i/lub drogie. Jednocześnie te materiały naprawdę mogły być przydatne innym w pracy, bo mieliśmy w umowach obowiązek podnoszenia kwalifikacji. Przyznała się, że zalegała ze zwrotem jeszcze przed pójściem na zwolnienie, a w trakcie tych trzech lat kilkakrotnie obiecywała, że je odda i tego nie zrobiła do dzisiaj. Jej tłumaczenie - "bo to tylko książki i gazety, zresztą, potrzebowałam ich do magisterki".

I teraz siedzę i dumam. W obecnej pracy też mamy obowiązek podnoszenia kwalifikacji i dalszego kształcenia. Firma zapewnia nam - na szczęście tylko elektroniczny - dostęp do bazy pełnotekstowej z kilkoma czasopismami, żebyśmy mieli dostęp do nowinek z branży. Nie wiem, czy jako szef zdecydowałabym się na dyscyplinarne zwolnienie za zaleganie ze zwrotem książek i czasopism.

Z drugiej strony, na pewno byłabym nieziemsko wnerwiona na pracownika, który mnie regularnie zwodzi z rozliczeniem się z własności firmy i korciłoby mnie, żeby mocno kopnąć go w dupę.

Mam przeczucie, że szykuje się precedensowy proces i jakaś kancelaria adwokacka albo radcowska nieźle się obłowi.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (152)
zarchiwizowany

#81546

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny odcinek niekończącej się tragifarsy "dlaczego nie lubię mojej grupy zawodowej".

Rozmawiałam z koleżanką z roku, która zdecydowała się praktykować. Pomiędzy wypominkami "ta się zeszła z tym, a ten rzucił tamtego, a tamten pozdrawia ze Szwecji" dowiedziałam się, że koleżanka zapisała się na jakieś szkolenia prowadzone przez prawników. Temat szkoleń "jak nie dać się pozwać" - adresowane specjalnie do lekarzy (specjalnie zapytałam, czy to na pewno tak właśnie brzmi...)

Na moją uwagę, że najprościej będzie pracować tak, żeby jej nikt pozwać i nie chciał, i nie musiał odpowiedziała mi "przecież wiesz, jak jest".

Właśnie wiem. Dlatego wołami nie zaciągną mnie do praktykowania medycyny, nieważne, jak wielkiej presji społecznej ministerstwo by na mnie nie nałożyło. Między innymi dlatego, żeby nie dać się pozwać - i nie musieć zapisywać się na takie szkolenia.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (23)

#81442

(PW) ·
| Do ulubionych
Popełniłam życiowy błąd i spędziłam weekend, udzielając awaryjnych i ekspresowych korków z chemii ogólnej, biochemii, farmakologii i fizjologii studentce pewnej stołecznej uczelni medycznej. Takie kombo, do pełni szczęścia zabrakło tylko anatomii i etyki w postępowaniu medycznym.

W życiu bym się nie ugięła, gdyby nie to, że Bardzo Była Uczennica to kuzynka dobrej przyjaciółki, której wisiałam od dawien dawna ogromną przysługę i w ten sposób przyszło mi spłacić dług. Dziewczyna ma jakieś warunki, jakieś poprawki, sesję mocno przedłużoną, średnio mnie to zresztą interesowało, ważne było dla niej, że potrzebuje pomocy na już, teraz, natychmiast, a dla mnie - co w zasadzie mam jej tłumaczyć.

Okazało się, że wszystko...
I niech mi stawy zaczną wyginać się w drugą stronę, jeżeli przesadzam. Wszystko. Zaczęłam z grubej rury - kazałam jej zaznaczyć na listach zagadnień wszystko, co już umie, żebym wiedziała, z czym się mierzymy. Dziewczynka po minucie czy dwóch gapienia się tępo w przestrzeń wyjąkała "No... ale ja nic jeszcze nie umiem. Dlatego korków potrzebuję, nie?".

Po bardzo niedługim czasie okazało się, że "nic" to bardzo trafne określenie. Podręczników i skryptów dziewczyna nie czyta, bo ich nie rozumie (i - w większości - ich nie posiada). Na zajęciach "trochę byłam, no wiesz, hehe, bo sprawdzali obecność, ale średnio ogarniałam". Dlaczego nie odpaliła choć Wikipedii, żeby tam sobie przeczytać absolutne minimum? Nie potrafiła powiedzieć.

Zdusiłam w sobie ubolewanie, szok, gorycz i resztę operetkowych odruchów i przeszłam do tłuczenia bazy pytań, bo nie streszczę jej kilkuset godzin wykładów i nauki własnej w 2 dni, może przynajmniej prawidłowe odpowiedzi zapamięta. Rozmowy o pytaniach wyglądały przeważnie tak:
- Ale ja nie rozumiem, o co chodzi w tym pytaniu.
- Którego słowa nie rozumiesz?
- Wszystkich...

Skracając przydługą opowieść - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spotkać studentkę IV roku, która planuje mieć napisane na dyplomie "lekarz-dentysta", a której trzeba było wyjaśniać, czym są - z chemicznego punktu widzenia - białka. Tak, białka. Jak trzynastolatkowi w gimnazjum. Przy aminokwasach jej twarz się rozjaśniła i zachwycona wystękała "aaaaa... TO BYŁO!...". Na całe szczęście, bo chyba bym udusiła dla dobra ludzkiej puli genetycznej.

Pod koniec drugiego dnia poinformowałam ją z mocą i przekonaniem, że nie ma najmniejszych szans zdać żadnego z egzaminów i zapytałam, jak zdała maturę z biologii i chemii.

Ściągała.
Najciekawsza była jej reakcja na moją złowrogą wróżbę - wzruszyła ramionami i stwierdziła, że "tatuś zadzwoni, zapłaci i dadzą jej zdawać znowu, w następnej sesji".
Zaciekawiłam się, kim jest tatuś.
Tatuś jest profesorem kardiochirurgiem. Nawet kiedyś byłam na jego wykładzie, tylko nazwiska nie skojarzyłam.
Zastanawiam się, dlaczego sam nie uzupełnia braków w wykształceniu córeczki. Może przejdę się na jego dyżur i zapytam.

niestety moja kuchnia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (250)
zarchiwizowany

#81478

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zrobiłam dzisiaj sobie baaardzo długą wycieczkę komunikacją miejską i przypadło mi miejsce za dwoma dziewczątkami w wielu okołomaturalnym (sądząc z tego, co mówiły, bo z twarzy wywnioskowałam jedynie, że praktykują sztukę hodowania masek weneckich z warstw osadowych makijażu).

Dziewczynki konwersowały na tak ważny społecznie temat, jakim jest aborcja. Dowiedziałam się następujących rzeczy o sposobach przerywania ciąży:
-należy jak najszybciej przespać się z innym facetem i koniecznie pozwolić mu skończyć w środku, bo cudza sperma podziała toksycznie na zarodek zaimplementowany w macicy ("ta Mariola, wiesz, ta od Patrycji tej od czarnego Witka, to ona zawsze tak robi i przecież jej nikt z brzuchem nie widział!")
-równie dobrze można też zrobić sobie płukankę z octu i spirytusu (zabolało mnie na samą myśl)
-trzeba bardzo dużo chodzić po schodach i jeździć na rowerze, no i tańczyć, bo od tego ciąża się wytrzęsie na zewnątrz
-dobrze jest też dać się pobić po podbrzuszu albo skopać w krocze ("tylko wiesz, to trzeba tak naprawdę na fest, dobrze wcześniej sobie walnąć setkę albo dwie i tabsa połknąć, żeby wytrzymać")
-w skrajnej ostateczności należy iść "do znajomych Aleksa tego co się trzyma z Elizą", bo oni mogą skombinować "jakieś tabsy" na poronienie
-a najlepiej by było, jakby się dało skombinować paralizator, bo "słyszałam, że od tego to się od razu wszystko w środku obrywa i po gówniaku".

XXI wiek, internety, Czechy, Holandia, zorganizowane wycieczki do klinik przygranicznych z polskojęzyczną obsługą, podziemie aborcyjne tak podziemne, że trzeba się do niego wspinać po schodach, a ludzie nadal wierzą w ocet... Już chyba wolałam wieszaki.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (139)