Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 2 lipca 2020 - 19:52
  • Historii na głównej: 52 z 60
  • Punktów za historie: 11532
  • Komentarzy: 244
  • Punktów za komentarze: 1284
 

#86804

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (242)

#86661

(PW) ·
| Do ulubionych
Z dzieciństwa został mi nawyk zamykania drzwi na klucz także od wewnątrz, kiedy jestem sama w domu. Nawyk, jak się dzisiaj przekonałam, słuszny, bo poznałam od gorszej strony jedną z sąsiadek, z którą do tej pory nie miałam do czynienia.

Godzina 10 z minutami, macham żelazkiem i setny raz przysięgam sobie, że od teraz będę prasować na bieżąco po każdym praniu (jasssne), kiedy klamka drzwi wejściowych kilka razy się porusza - ale jakoś tak cicho i ostrożnie, jakby ktoś sprawdzał, czy drzwi są otwarte.

Podeszłam, wyjrzałam przez wizjer - niby nikogo, ale usłyszałam, że coś się porusza w korytarzu, więc otwieram drzwi z pełnym rozmachem, bo złodziejstwa nie mam zamiaru tolerować (bo kto to niby miał być, jak nie złodziej?). I staję twarzą w twarz z [s]ąsiadką, o której wiem tylko, że mieszka gdzieś na wyższych piętrach, bo w życiu z nią słowa nie zamieniłam, nawet na "dzień dobry" na schodach odpowiada mi minimalnym skinieniem głowy.

Otwieram usta, żeby zapytać, co tu robi, ale zostaję uprzedzona:
[S] A czemu pani ma drzwi zakluczone, jak pani w domu jest?!
[Ja] CO??? - nie jest to może najbłyskotliwsza odpowiedź na świecie, ale ludzie, wbiło mnie w glebę.
[S] Pani jest w domu i drzwi zamyka, czemu tak?
[Ja] A pani po co do cudzego domu usiłuje wejść? Zgubiła pani coś u mnie?
[S] Ja do pani B. (poprzedniej właścicielki) przyszłam!
[Ja] To się pani mocno spóźniła, bo ona już prawie 2 lata tu nie mieszka.
[S] Ona zawsze miała drzwi otwarte, można było wejść i porozmawiać, a pani się zamyka! Nie można tak, z ludźmi trzeba żyć, z sąsiadami!
[Ja] A niby co to wszystko panią obchodzi, moje drzwi i moje mieszkanie. Jak pani chciała przyjść z wizytą, to mogła zapukać. JAK NORMALNY CZŁOWIEK. Bez zaproszenia to wchodzą złodzieje!
[S] Pani jest za pyskata, ja to zgłoszę!
[Ja] Niech się pani do psychiatryka prędzej zgłosi, jak się pani obcym do domu ukradkiem ładuje!
[S] Ja z chamstwem nie będę rozmawiać! I WSZYSTKO ZGŁOSZĘ!

Ponieważ większość tego kuriozum przechodziła od podniesionego głosu do krzyku i nazad, drzwi pootwierali inni sąsiedzi. Widać mieli dobrą rozrywkę, ale postanowili pomóc mi z tego wybrnąć.
[Sąsiadka inna] Pani XYZ, niech się pani znowu nie kłóci i nie zawraca ludziom głowy, tylko idzie do siebie, sobota jest, ja chcę mieć spokój! - i dołączyły do niej głosy poparcia.

Baba jeszcze pomamrotała coś pod nosem, ale bardzo szybko zmyła się jak niepyszna. A mnie oświecono, że 1) kiedyś pracowała w spółdzielni mieszkaniowej i z tamtych czasów jej zostało przekonanie, że w budynku jest panem i władcą, dlatego ludzi traktuje z góry, 2) poprzednią właścicielkę mojego mieszkania owinęła sobie wokół palca tak, że rzeczywiście wchodziła do niej jak do siebie i potrafiła siedzieć cały dzień, kiedy się wyprowadziła, zaczęła nachodzić innego sąsiada, 3) odkąd do tamtego zimą wprowadzili się córka z zięciem, to szuka sobie nowej ofiary w klatce, odstawiając różne dziwne akcje, w tym takie jak dzisiejsza, czyli pchanie się ludziom do domów "na kawę" albo przychodząc pożyczyć sól i siedząc, póki ktoś jej nie wyprosi.

Widać do mnie sąsiedzkie plotki docierają z większym opóźnieniem, ale ja dość mocno odstaję tu od średniej wiekowej i w zasadzie żyję pracą.

Chyba zamiast "dzień dobry" zacznę jej mówić "drzwi już sprawdzone?", bo wątpię, żeby mi się chciało budować z nią cieplejsze relacje.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (205)

#86588

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypadkiem wbiłam komuś szpilkę w sam środek rozdętego ego.

Napisałam artykuł, redakcja czasopisma skierowała go do recenzji, recenzję przesłała mi. Z częścią uwag się zgodziłam merytorycznie, część uwag przyjęłam dla świętego spokoju ("kolor tej krzywej proszę zmienić na niebieski, bo zielony jest nieładny"), nad jedną - zaznaczoną kilkunastoma czerwonymi wykrzyknikami - parsknęłam i stwierdziłam, że z czystej złośliwości nie ustąpię.

Publikacje w naukach technicznych i medycznych rzadko mają niewielką liczbę autorów. 7-8 i więcej nazwisk przy artykule na kilka stron nikogo nie dziwi i w moich odwołaniach takie przeważały.
Zwyczaj nakazuje w takich sytuacjach podawać nazwisko pierwszego autora i zaznaczać, że nie jest jedyny, więc mój adres bibliograficzny wyglądał mniej więcej tak: KTOŚTAM et al. blablabla.

Recenzja zaznaczyła mi to tak, jakbym napisała, że cząsteczka wody to pińcetplus atomów uranu. Mam wymienić wszystkich 11 autorów, inaczej nie ma mowy o dopuszczeniu tekstu do publikacji. Redakcja zajęła bardzo pomocne stanowisko "proszę odpowiedzieć w formularzu recenzyjnym, my nie możemy komentować recenzji".

Nie poprawiłam, bo nie będę robić z siebie kretynki na czyjeś żądanie, opis byłby dłuższy niż zdanie, w którym się odwoływałam do tamtego tekstu i jedyny taki w spisie piśmiennictwa. Recenzent nie dopuścił mnie do publikacji. Zapytałam redakcję, czy wysłali mój tekst do kogoś, kto tworzył cytowany tekst. "Oficjalnie nie mogę pani nic powiedzieć, ale sama pani widzi."
Wycofałam artykuł. Dzisiaj dostałam nieprzyjemny list z czasopisma, że przeze mnie tylko zmarnowali czas i pieniądze, bo redaktor się napracował, recenzent wziął wynagrodzenie za recenzję, a ja się zbiesiłam.

Pora emigrować, przynajmniej publikacyjnie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (174)

#86499

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodzwonić się do okolicznej przychodni w normalnym czasie to był prawie cud (spora placówka i tylko jeden numer telefonu), a teraz podobno w ogóle jest to niemożliwe. Drzwi są za to zamknięte na głucho z wywieszoną kartką "proszę dzwonić pod numer..." Z tego powodu od pewnego czasu daję się ubłagać i naginam swoje zasady, pomagając sąsiadom.

1) Niewchłanialne szwy na prawej łopatce, przenoszone ponad 3 tygodnie, zaczął się stan zapalny, bo o ile samo przenoszenie szwów co najwyżej skutkuje brzydką blizną, o tyle tutaj ewidentnie tkanka się naderwała, sąsiadowi skończyło się L4, musiał wrócić do pracy i tam "jakoś czymś zahaczył", mimo ostrożności. Facet nie chciał iść z tym na SOR, bo oni nie są od takich rzeczy (prawda), szyli go właśnie w lokalnej przychodni i gdziekolwiek się zwrócił, mówili, że powinni mu szwy zdjąć tam, gdzie zakładali (też prawda). I tak sobie chodził ze szwami prawie 2 miesiące od momentu założenia, bo w tak zwanym międzyczasie wybuchła pandemia i poradnia chirurgiczna w lecznicy zamknęła się na głucho, a dodzwonić się nie dał rady mimo kilkuset prób. Na miejscu usłyszał, że nie ma chirurga i ma sobie iść, świąteczna pomoc powiedziała mu to samo.

Zdjęłam, opatrzyłam, zaaplikowałam lek przeciwzapalny z własnych zapasów i - zaciskając w sumieniu zęby ze złości - w razie jakichkolwiek komplikacji kazałam jechać na ten SOR, bo lepiej jemu tam czekać pół doby na obejrzenie przez kogoś mającego na podorędziu coś więcej niż oczy, pincetę i apteczkę niż zapaskudzić zaognioną ranę i dostać posocznicy, skoro się ma brudną pracę, a nocna opieka lekarska odmówiła wystawienia zwolnienia, bo przecież już go leczy chirurg specjalista... Doradziłam napisanie skargi i kazałam na siebie uważać.

2) Sąsiadka ma cykliczne iniekcje. Raz się dodzwoniła i umówiła, że przyjdzie, więc jej otworzono, raz się nie dodzwoniła i kołatała do drzwi ponad 20 minut, aż ktoś jej otworzył i z wielkim fochem zastrzyk zrobił, za drugim niedodzwonionym razem odmówiono jej wpuszczenia i przyszła do mnie. Zastrzyk zrobiłam z duszą na ramieniu, bo domięśniowe podanie leku to już poważniejszy paragraf niż wyciągnięcie nitki ze skóry w razie jakichkolwiek komplikacji. Poradziłam następnym razem walić do drzwi tak długo, aż ktoś otworzy i grozić wezwaniem policji za odmowę pomocy.

3) Zmiana opatrunku na odleżynie - pielęgniarka miała przyjść, ale się spóźnia czwarty dzień. Sklęłam w duchu pigułę, na czymś świat stoi, bo to po prostu skazanie człowieka na cierpienie. Na szczęście materiały opatrunkowe były na miejscu, przeszkoliłam rodzinę, jak się dało (co też powinna zrobić pielęgniarka, ale okazało się, że nawet pacjentowi nie pokazała, co może samodzielnie ze sobą zrobić!) i poważnie zaczęłam się zastanawiać nad jakimiś regułami podziemnego medclubu, bo sytuacja przestała mi się podobać w najmniejszym stopniu. Choć za opatrunki jeszcze nikogo nie posadzili, to wolałabym nie tłumaczyć sądowi, że muszą mi udowodnić winę, a nie ja swoją niewinność.

4) Perełka z dzisiejszego ranka. Odsypiam nockę, kiedy do drzwi dzwoni sąsiadka znana mi ledwo-ledwo z widzenia. Wnuczka opiekuje się pradziadkiem (człowiek rakowy, łóżkowy, po dziewięćdziesiątce...), dziadek zacewnikowany, miał mieć zmieniony cewnik prawie dwa tygodnie temu, ale nie przyjechała po niego umówiona transportówka, dwa razy dodzwoniła się do poradni, kazali jej czekać, potem już nie dała rady się skontaktować. Żadna prywatna praktyka pielęgniarska, żadna inna przychodnia nie zgodziła się wysłać nikogo na przecewnikowanie, pogotowie nie zgodziło się wysłać karetki, bo to nie bezpośrednie zagrożenie życia. Ja też nie zmieniłam tego cewnika.

Zakładanie cewnika u kobiety to pikuś, ale u faceta to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza u pacjenta onkologicznego. Nie może tego zrobić pierwszy lepszy sanitariusz, tylko pielęgniarz urologiczny po specjalistycznym przeszkoleniu, a sytuacje, w których woła się do pomocy urologa nie są wcale takie wyjątkowe. Ze współczuciem rozłożyłam ręce, bo po latach od ostatniego cewnikowania uznałam, że ryzyko zrobienia jakiegoś mimowolnego błędu jest za duże. Może gdybym robiła to często, może gdybym ostatni raz robiła to kilka miesięcy temu, ale nie raz jeden w ogóle w życiu na praktykach. Dałam bardzo wredny, bardzo brzydki patent na to, co powiedzieć, żeby dyspozytor musiał wysłać karetkę... i życzyłam powodzenia.

To nie były rzeczy ratujące życie, ale na pewno ich zrobienie od razu poprawiło tego życia jakość u tych ludzi. Przyszli do mnie nie dlatego, że nie chciało im się działać normalnymi sposobami, ale dlatego, że już nie wiedzieli, co mają zrobić, bo lokalne struktury ich zlały z góry na dół, a rozsądek podpowiadał, że to jeszcze nie czas na służby nagłego reagowania. I było im bardzo głupio, szczególnie kiedy mówiłam, że np. za taki zastrzyk, w razie powikłań, będę mieć poważne nieprzyjemności.

Dlaczego, do ciężkiej cholery, żeby uzyskać DROBNĄ pomoc medyczną w tym świecie człowiek musi zacząć grać bardzo nieczysto, sięgać po nieetyczne sposoby i oszukiwać, bo inaczej zostanie zostawiony samemu sobie na wieczne czekanie z pustą obietnicą, że ktoś się nim zajmie, a ten ktoś nawet nie zadzwoni, że nie dotrze i trzeba szukać pomocy gdzie indziej?

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (192)

#86151

(PW) ·
| Do ulubionych
Bladym świtem pojechałam na cmentarz. Przechodząc alejkami, na jednym z grobów zobaczyłam napis "żydowski cwel" i fallusokształtne bohomazy. Świeży sprej, tydzień temu nagrobek był czysty. Akcja najwyraźniej celowa, bo nie zauważyłam wokoło podobnych atrakcji.
I ktoś wyszedł na debila.
W grobie leży Rut. Przyznaję, przy obecnej nieporadności intelektualnej to imię może być... podchwytliwe.
Ale umieszczony pod datami napis "zmarła śmiercią tragiczną" jest chyba wystarczającą sugestią, że "cwelem" świętej pamięci Rut prawdopodobnie nie była.

cmentarz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (128)
zarchiwizowany

#86103

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj usłyszałam najbardziej denny komentarz odnośnie do tego, że ośmieliłam się skończyć medycynę i nie planować kariery w tym zawodzie, jaki chyba można wymyślić.
Kolega z roku uświadomił mnie, że to było z mojej niewyobrażalne świństwo wobec tego kogoś, kto był pierwszy pod kreską na liście chętnych, bo ten ktoś, cytuję, dostałby się, zrobił jakąś dochodową specjalizację i zarabiał jak człowiek, a tak to nie wiadomo co się z nim stało.

Uświadomiłam kolegę, że ja się dostałam, bo byłam lepsza w rekrutacji niż ten ktoś, specjalizacji nie zrobiłam i jakoś jak człowiek zarabiam, ba, nawet więcej niż kolega. Wypomniałam mu też, że przez całe studia zaczytywał się artykułami typu "po jakiej specjalizacji są największe zarobki w Mazowieckiem" i jego "zainteresowania" zmieniały się wraz z kolejnymi rankingami, a i tak nie dostał się na tę, która była na topie w godzinie zero.
Kolega uznał, że zawsze byłam dziwna i on nie wie, czemu ja do niego w ogóle piję, po czym się obraził i powiedział, że więcej do mnie nie zadzwoni.
Jakoś nie ubolewam nad tym faktem.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (31)

#85363

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracujesz sobie przez kilka lat i w pewnym momencie wzywają cię na rozmowę do szefostwa. Tam zostaje ci zakomunikowane, że wydajność masz równo na linii najmniejszego oporu i to tylko dlatego, że część wpadek idzie na konto całego zespołu, a nie twoje własne (akurat twoich niedociągnięć jest w tej puli najwięcej). Rozwój zawodowy od momentu zatrudnienia ogranicza się do szkoleń obowiązkowych dla całej załogi plus jedno, góra dwa, jednodniowe przeszkolenia w roku, ale tylko jeśli są w centrum miasta i są w godzinach twojej zmiany (dla porównania, ponad dwie trzecie załogi robi takich przeszkoleń 8-9 rocznie, zazwyczaj weekendowych). Koledzy z pracy za bardzo za tobą nie przepadają, przeciwnie, masz opinię osoby swarliwej i gburowatej, która tylko patrzy, jak podrzucić komuś swoje zadania, a podstawową formą aktywności społecznej w pracy jest dla ciebie obrabianie wszystkim dupy.

Na początku roku szefowie już z tobą o tym wszystkim rozmawiali, ale po twoim zachowaniu nie widać, żeby cokolwiek w mózgu zatrybiło. Dlatego teraz firma daje ci ostatnią szansę. Dostajesz konkretne zadania do zrealizowania i jeśli uporasz się z nimi do końca roku, a atmosfera w zespole przestanie ociekać twoim jadem, to w ramach prezentu noworocznego nie dostaniesz wypowiedzenia. Chyba że chcesz odejść, wtedy możesz dostać i porozumienie stron.

To było w czwartek.

W piątek kadry dostają twoje półroczne (!!!) L4 od psychiatry. Masz depresję.

Osoba psychiatry jest dobrze znana w firmie, bo to twoja szwagierka, która nie pierwszy raz wystawia ci zwolnienie. Zupełnym przypadkiem dwa tygodnie temu w socjalnym wszyscy słyszeli od ciebie, że udawanie depresji przed lekarzem jest dziecinnie proste, a żadne badania w ZUS-ie nie podważą diagnozy, bo to niemożliwe. Akurat rozmawialiśmy o weryfikacji zwolnień lekarskich, bo mieliśmy na produkcji dyscyplinarkę symulanta. Owszem, to niemożliwe i odrzucenie diagnozy zaburzeń depresyjnych można uzyskać w zasadzie wyłącznie w wyniku obserwacji klinicznej, jeśli symulant dobrze przygotował się do roli. Ale wiesz też, że w ZUS-ie się nie p*erdolą w tańcu i tam badanie psychiatryczne trwa 30 sekund ze z góry znanym wynikiem negatywnym - tak, masz tego świadomość. „To muszę zajść w ciążę”.

Jak wrócisz, to na pewno wszyscy będą tak za tobą stęsknieni, że postanowią cię nie zwalniać, no skąd...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (166)

#85300

(PW) ·
| Do ulubionych
Po pracy wstąpiłam do kiosku garmażeryjnego po coś na szybki obiad. Miałam słuchawki w uszach, więc średnio zwracałam uwagę na to, co dzieje się przy ladzie, ale po dłuższej chwili dotarło do mnie, że ogonek posuwa się jakoś podejrzanie powoli. Konkretnie - obsługa utknęła na jednej pani.

Pani zażyczyła sobie równo trzy czwarte kilograma pierogów z mięsem i żeby to było 15 sztuk. W tej garmażerce to właśnie około 14-15 pierogów, więc na pozór nic odbiegającego od normy się nie działo. Na pozór, bo pani nie zgodziła się na najmniejsze wahnięcia wagi. Dosłownie najmniejsze - 76 dg - NIE. 74 - NIE. Ekspedientka po prostu próbowała trafić po jednej sztuce w te idealnie 750 gramów. Zabawa trwała na pewno ponad 15 minut. Żadne tłumaczenia - ani obsługi, ani ludzi z ogonka nie docierały. Pierwsze kwitowała "płacę, to wymagam, ma być równo, bo mam wyliczone pieniądze", drugie zbywała "A co się pani wtrąca, z panią nie rozmawiam!".

Kiedy 749 gramów (sic!) zostało odrzucone, bo "za mało", kolejka się zbuntowała i pani usłyszała, że albo natychmiast się oddali w podskokach, albo zostanie oddalona siłami kolejki, bo, cytuję, "normalni ludzie chcą zrobić zakupy, a nie teatrzyk oglądać".

Wzięła te 749 gramów, zapłaciła i w drzwiach rzuciła "więcej do tego chlewu nie wrócę". Mam nadzieję, że dotrzyma słowa, bo lubię tam kupować.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 239 (253)

#85199

(PW) ·
| Do ulubionych
Odezwała się do mnie matka szukająca korepetycji dla syna.

Mogłam rozłączyć się już po tym, kiedy zignorowała moje „w zasadzie już nie udzielam korepetycji”, ale chyba trafiła na moment obniżonej asertywności i dałam się namówić na to, że przez weekend sprawę przemyślę i w niedzielę wieczorem dam odpowiedź. Myślałam, że chodzi tylko o kilka godzin na dobry start w liceum.

Nie zdążyłam jej napisać, że decyzję podjęłam negatywną, kiedy dostałam od niej rozpiskę nadchodzącego tygodnia z wiadomością, że popatrzyła w kalendarz i już „wstępnie” zaplanowała spotkania z chłopakiem. Codziennie, od poniedziałku do piątku, od 18.30 do 22.30, w weekend od 9 do 19.

I nie był to przedział czasowy na wyznaczenie godziny albo dwóch, tylko pięć razy po cztery godziny zegarowe i cały weekend, bo napisała też „40 godzin wyjdzie, troszkę za mało, ale może potem uda się więcej czasu wygospodarować, to pani od razu powiem”.

Stwierdziłam, że krótkim „NIE” raczej sprowokuję ją do ofensywy, zamiast zamknąć temat, więc zadzwoniłam i dowiedziałam się, co, jak i dlaczego.

Syn nie dostał się do klasy biologiczno-chemicznej, a on tak bardzo, bardzo, bardzo chce być lekarzem. Takie rozczarowanie, ale co zrobić, jest w matematyczno-informatycznej i tam na pewno nie przygotują go dobrze do matury, więc mama zawczasu przeciwdziała. Umówiła mu już angielski techniczny i myślała, że ja szkoliłabym go z chemii i biologii i gdybym jeszcze mogła polecić dobrego fizyka...

Codziennie, do oporu, najlepiej tak z 50 godzin w tygodniu, bo skoro nawet do liceum do odpowiedniej klasy się nie dostał, to znaczy, że jest bardzo źle i trzeba jak najszybciej zacząć rzecz naprawiać.

Zatkało mnie. Dosłownie mnie zatkało i byłam w stanie wystękać tylko tyle, że jedną pracę na etat to ja już mam i drugiej nie potrzebuję. I że szczerze wątpię, żeby takie korepetycje miały jakikolwiek sens i radzę porozmawiać z synem, a nie cudować.

Poprosiłam jeszcze, żeby więcej nie dzwoniła, ale nie zrozumiała, bo jej ostatnie słowa, zanim się rozłączyłam, to: „Pani jeszcze się zastanowi, tak? I jutro pani zadzwoni? Halo?”.

Naprawdę, naprawdę współczuję temu chłopakowi, jeśli mamuśka znajdzie kogoś, kto przystanie na jej szaleństwo i zacznie zmuszać syna do siedzenia nad książkami przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (197)

#84975

(PW) ·
| Do ulubionych
Wściekłam się, wnerwiłam, odpaliłam tryb wzmożonej perfidii oraz mściwości i przez noc wysmarowałam kilkanaście stron różnych dokumentów.

Pierwszy jest pozwem skierowanym przeciwko jednej ze stołecznych aptek, w którym domagam się publicznych, całostronicowych przeprosin ze strony właściciela apteki oraz "magystra" farmacji, który na moje nieszczęście mnie obsługiwał, opublikowanych w "Farmacji Polskiej" i "Aptekarzu Polskim" za naruszenie moich dóbr osobistych przez nazwanie mnie wyłudzaczką leków i oszustką.

Drugi to skarga do Okręgowej Izby Aptekarskiej na nieobecność w aptece w godzinach jej pracy kierownika apteki oraz magistra farmacji o uprawnieniach kierownika apteki wraz z żądaniem przeprowadzenia detalicznej kontroli takiego stanu rzeczy w tej placówce do 5 lat wstecz. Temat ostatnio głośny z powodu wyroku sądowego stwierdzającego konieczność takiej obecności zawsze, więc mam nadzieję, że zrobi im się cieplutko.

Trzeci to żądanie informacji o działaniach wszystkich okręgowych izb aptekarskich mających na celu sprawdzanie stanu wiedzy polskich aptekarzy (farmaceutów i techników) w zakresie przepisów prawa regulujących realizację recept w okresie ostatnich 5 lat. Adresowane do NIA.

Czwarty to żądanie udzielenia informacji o wszystkich błędnie niezrealizowanych ważnych, ręcznie wypisanych receptach, których niezrealizowanie zostało zaskarżone do izb jako bezprawne i konsekwencjach, jakie spotkały osoby odmawiające realizacji mimo braku prerogatyw oraz wszystkich czynnościach podejmowanych w tej sprawie przez okręgowe izby. Też adresowane do NIA.

W każdym pisemku uwypukliłam, że mam zamiar bezwzględnie korzystać z prawa do informacji o każdym kroku każdej osoby, która będzie zaangażowana w realizację moich spraw i piętnować wszelkie przejawy działania z pominięciem ustawowo narzuconego braku zbędnej zwłoki, zwłaszcza składać skargi na opieszałość urzędniczą. Jak się pienić, to pienić.

A o co poszło?

Wczoraj straciłam receptę na lek, który musiałam i chciałam właśnie wczoraj wykupić. Szczęśliwie akurat byłam z wizytą u dziadka, który, mimo długo już trwającej emerytury, zachował prawo wykonywania zawodu lekarza, więc wypisał mi receptę pro familiae. Ponieważ mi się bardzo spieszyło, a on nie miał specjalnych druków, zrobił to na kartce wyrwanej z notesu w formacie A6. Nie wyglądało to estetycznie, ale nie na wyglądzie mi zależało, lecz dostaniu leku w aptece. Trafiłam do niej na 20 minut przed zamknięciem.

Aptekarz odmówił mi realizacji recepty, bo... nie była na specjalnym druczku, nie miała kodów kreskowych i według niego była bezwartościowym świstkiem papieru, on w życiu nie miał czegoś takiego w rękach i na pewno nie przyjmie tego do realizacji

Spokojnie - naprawdę spokojnie - powiedziałam mu, że to recepta pro familiae i na dobrą sprawę może być napisana na papierowej serwetce, ma wszystkie wymagane prawem informacje i jest ważna, niech sprawdzi w przepisach.

Nie, bo on zaraz zamyka, a za mną jest kolejka, nie ma na to czasu. Mam sobie iść i nie blokować obsługi.

Ostatkiem sił i nerwów wycedziłam: "to prawnie ważna recepta, wystawiona przez lekarza posiadającego prawo wykonywania zawodu, proszę mi sprzedać zapisaną substancję".

Kolejna odmowa, wsparta pokazaniem przepisu o tym, że leki refundowane muszą być oznaczone różnymi numerami, których na mojej kartce nie było.

Zdenerwowana pokazałam mu palcem: "Odpłatność 100%" i wysyczałam, że w tym kraju nikt nie może mnie zmusić do korzystania z refundacji leków, jeśli tego nie chcę i właśnie teraz nie korzystam.

Pan zniknął na zapleczu, słyszałam, że z kimś rozmawiał, wrócił kilka minut później i powiedział, że to nie jest recepta i jak nie wyjdę, to on zgłosi policji fałszerstwo i próbę wyłudzenia leków.

Najpierw zdębiałam, potem musiałam wziąć bardzo głęboki wdech, a potem powiedziałam mu, że policję wzywam ja, bo jakiś debil postawił jeszcze większego debila w aptece i kazał mu udawać aptekarza. Proszę do lady kierownika - kierownika nie ma, przecież jest sobotni wieczór.

Policja odmówiła przyjazdu nam obojgu. Moją karteczkę zrealizowałam w całodobowej aptece kilka ulic dalej. Wzbudziła spore zdziwienie, ale aptekarka po prostu sięgnęła do komórki, znalazła wytyczne co do recept nierefundowanych i powiedziała, że choć od kilku dobrych lat nie widziała tak kuriozalnie napisanej recepty, to jest w porządku.

Jutro mam zamiar urządzić w tej aptece i w izbie wcale nie takie małe piekło.

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (318)