Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 21 maja 2020 - 14:06
  • Historii na głównej: 50 z 58
  • Punktów za historie: 11110
  • Komentarzy: 243
  • Punktów za komentarze: 1276
 

#86588

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypadkiem wbiłam komuś szpilkę w sam środek rozdętego ego.

Napisałam artykuł, redakcja czasopisma skierowała go do recenzji, recenzję przesłała mi. Z częścią uwag się zgodziłam merytorycznie, część uwag przyjęłam dla świętego spokoju ("kolor tej krzywej proszę zmienić na niebieski, bo zielony jest nieładny"), nad jedną - zaznaczoną kilkunastoma czerwonymi wykrzyknikami - parsknęłam i stwierdziłam, że z czystej złośliwości nie ustąpię.

Publikacje w naukach technicznych i medycznych rzadko mają niewielką liczbę autorów. 7-8 i więcej nazwisk przy artykule na kilka stron nikogo nie dziwi i w moich odwołaniach takie przeważały.
Zwyczaj nakazuje w takich sytuacjach podawać nazwisko pierwszego autora i zaznaczać, że nie jest jedyny, więc mój adres bibliograficzny wyglądał mniej więcej tak: KTOŚTAM et al. blablabla.

Recenzja zaznaczyła mi to tak, jakbym napisała, że cząsteczka wody to pińcetplus atomów uranu. Mam wymienić wszystkich 11 autorów, inaczej nie ma mowy o dopuszczeniu tekstu do publikacji. Redakcja zajęła bardzo pomocne stanowisko "proszę odpowiedzieć w formularzu recenzyjnym, my nie możemy komentować recenzji".

Nie poprawiłam, bo nie będę robić z siebie kretynki na czyjeś żądanie, opis byłby dłuższy niż zdanie, w którym się odwoływałam do tamtego tekstu i jedyny taki w spisie piśmiennictwa. Recenzent nie dopuścił mnie do publikacji. Zapytałam redakcję, czy wysłali mój tekst do kogoś, kto tworzył cytowany tekst. "Oficjalnie nie mogę pani nic powiedzieć, ale sama pani widzi."
Wycofałam artykuł. Dzisiaj dostałam nieprzyjemny list z czasopisma, że przeze mnie tylko zmarnowali czas i pieniądze, bo redaktor się napracował, recenzent wziął wynagrodzenie za recenzję, a ja się zbiesiłam.

Pora emigrować, przynajmniej publikacyjnie.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (165)

#86499

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodzwonić się do okolicznej przychodni w normalnym czasie to był prawie cud (spora placówka i tylko jeden numer telefonu), a teraz podobno w ogóle jest to niemożliwe. Drzwi są za to zamknięte na głucho z wywieszoną kartką "proszę dzwonić pod numer..." Z tego powodu od pewnego czasu daję się ubłagać i naginam swoje zasady, pomagając sąsiadom.

1) Niewchłanialne szwy na prawej łopatce, przenoszone ponad 3 tygodnie, zaczął się stan zapalny, bo o ile samo przenoszenie szwów co najwyżej skutkuje brzydką blizną, o tyle tutaj ewidentnie tkanka się naderwała, sąsiadowi skończyło się L4, musiał wrócić do pracy i tam "jakoś czymś zahaczył", mimo ostrożności. Facet nie chciał iść z tym na SOR, bo oni nie są od takich rzeczy (prawda), szyli go właśnie w lokalnej przychodni i gdziekolwiek się zwrócił, mówili, że powinni mu szwy zdjąć tam, gdzie zakładali (też prawda). I tak sobie chodził ze szwami prawie 2 miesiące od momentu założenia, bo w tak zwanym międzyczasie wybuchła pandemia i poradnia chirurgiczna w lecznicy zamknęła się na głucho, a dodzwonić się nie dał rady mimo kilkuset prób. Na miejscu usłyszał, że nie ma chirurga i ma sobie iść, świąteczna pomoc powiedziała mu to samo.

Zdjęłam, opatrzyłam, zaaplikowałam lek przeciwzapalny z własnych zapasów i - zaciskając w sumieniu zęby ze złości - w razie jakichkolwiek komplikacji kazałam jechać na ten SOR, bo lepiej jemu tam czekać pół doby na obejrzenie przez kogoś mającego na podorędziu coś więcej niż oczy, pincetę i apteczkę niż zapaskudzić zaognioną ranę i dostać posocznicy, skoro się ma brudną pracę, a nocna opieka lekarska odmówiła wystawienia zwolnienia, bo przecież już go leczy chirurg specjalista... Doradziłam napisanie skargi i kazałam na siebie uważać.

2) Sąsiadka ma cykliczne iniekcje. Raz się dodzwoniła i umówiła, że przyjdzie, więc jej otworzono, raz się nie dodzwoniła i kołatała do drzwi ponad 20 minut, aż ktoś jej otworzył i z wielkim fochem zastrzyk zrobił, za drugim niedodzwonionym razem odmówiono jej wpuszczenia i przyszła do mnie. Zastrzyk zrobiłam z duszą na ramieniu, bo domięśniowe podanie leku to już poważniejszy paragraf niż wyciągnięcie nitki ze skóry w razie jakichkolwiek komplikacji. Poradziłam następnym razem walić do drzwi tak długo, aż ktoś otworzy i grozić wezwaniem policji za odmowę pomocy.

3) Zmiana opatrunku na odleżynie - pielęgniarka miała przyjść, ale się spóźnia czwarty dzień. Sklęłam w duchu pigułę, na czymś świat stoi, bo to po prostu skazanie człowieka na cierpienie. Na szczęście materiały opatrunkowe były na miejscu, przeszkoliłam rodzinę, jak się dało (co też powinna zrobić pielęgniarka, ale okazało się, że nawet pacjentowi nie pokazała, co może samodzielnie ze sobą zrobić!) i poważnie zaczęłam się zastanawiać nad jakimiś regułami podziemnego medclubu, bo sytuacja przestała mi się podobać w najmniejszym stopniu. Choć za opatrunki jeszcze nikogo nie posadzili, to wolałabym nie tłumaczyć sądowi, że muszą mi udowodnić winę, a nie ja swoją niewinność.

4) Perełka z dzisiejszego ranka. Odsypiam nockę, kiedy do drzwi dzwoni sąsiadka znana mi ledwo-ledwo z widzenia. Wnuczka opiekuje się pradziadkiem (człowiek rakowy, łóżkowy, po dziewięćdziesiątce...), dziadek zacewnikowany, miał mieć zmieniony cewnik prawie dwa tygodnie temu, ale nie przyjechała po niego umówiona transportówka, dwa razy dodzwoniła się do poradni, kazali jej czekać, potem już nie dała rady się skontaktować. Żadna prywatna praktyka pielęgniarska, żadna inna przychodnia nie zgodziła się wysłać nikogo na przecewnikowanie, pogotowie nie zgodziło się wysłać karetki, bo to nie bezpośrednie zagrożenie życia. Ja też nie zmieniłam tego cewnika.

Zakładanie cewnika u kobiety to pikuś, ale u faceta to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza u pacjenta onkologicznego. Nie może tego zrobić pierwszy lepszy sanitariusz, tylko pielęgniarz urologiczny po specjalistycznym przeszkoleniu, a sytuacje, w których woła się do pomocy urologa nie są wcale takie wyjątkowe. Ze współczuciem rozłożyłam ręce, bo po latach od ostatniego cewnikowania uznałam, że ryzyko zrobienia jakiegoś mimowolnego błędu jest za duże. Może gdybym robiła to często, może gdybym ostatni raz robiła to kilka miesięcy temu, ale nie raz jeden w ogóle w życiu na praktykach. Dałam bardzo wredny, bardzo brzydki patent na to, co powiedzieć, żeby dyspozytor musiał wysłać karetkę... i życzyłam powodzenia.

To nie były rzeczy ratujące życie, ale na pewno ich zrobienie od razu poprawiło tego życia jakość u tych ludzi. Przyszli do mnie nie dlatego, że nie chciało im się działać normalnymi sposobami, ale dlatego, że już nie wiedzieli, co mają zrobić, bo lokalne struktury ich zlały z góry na dół, a rozsądek podpowiadał, że to jeszcze nie czas na służby nagłego reagowania. I było im bardzo głupio, szczególnie kiedy mówiłam, że np. za taki zastrzyk, w razie powikłań, będę mieć poważne nieprzyjemności.

Dlaczego, do ciężkiej cholery, żeby uzyskać DROBNĄ pomoc medyczną w tym świecie człowiek musi zacząć grać bardzo nieczysto, sięgać po nieetyczne sposoby i oszukiwać, bo inaczej zostanie zostawiony samemu sobie na wieczne czekanie z pustą obietnicą, że ktoś się nim zajmie, a ten ktoś nawet nie zadzwoni, że nie dotrze i trzeba szukać pomocy gdzie indziej?

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (187)

#86151

(PW) ·
| Do ulubionych
Bladym świtem pojechałam na cmentarz. Przechodząc alejkami, na jednym z grobów zobaczyłam napis "żydowski cwel" i fallusokształtne bohomazy. Świeży sprej, tydzień temu nagrobek był czysty. Akcja najwyraźniej celowa, bo nie zauważyłam wokoło podobnych atrakcji.
I ktoś wyszedł na debila.
W grobie leży Rut. Przyznaję, przy obecnej nieporadności intelektualnej to imię może być... podchwytliwe.
Ale umieszczony pod datami napis "zmarła śmiercią tragiczną" jest chyba wystarczającą sugestią, że "cwelem" świętej pamięci Rut prawdopodobnie nie była.

cmentarz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (126)
zarchiwizowany

#86103

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj usłyszałam najbardziej denny komentarz odnośnie do tego, że ośmieliłam się skończyć medycynę i nie planować kariery w tym zawodzie, jaki chyba można wymyślić.
Kolega z roku uświadomił mnie, że to było z mojej niewyobrażalne świństwo wobec tego kogoś, kto był pierwszy pod kreską na liście chętnych, bo ten ktoś, cytuję, dostałby się, zrobił jakąś dochodową specjalizację i zarabiał jak człowiek, a tak to nie wiadomo co się z nim stało.

Uświadomiłam kolegę, że ja się dostałam, bo byłam lepsza w rekrutacji niż ten ktoś, specjalizacji nie zrobiłam i jakoś jak człowiek zarabiam, ba, nawet więcej niż kolega. Wypomniałam mu też, że przez całe studia zaczytywał się artykułami typu "po jakiej specjalizacji są największe zarobki w Mazowieckiem" i jego "zainteresowania" zmieniały się wraz z kolejnymi rankingami, a i tak nie dostał się na tę, która była na topie w godzinie zero.
Kolega uznał, że zawsze byłam dziwna i on nie wie, czemu ja do niego w ogóle piję, po czym się obraził i powiedział, że więcej do mnie nie zadzwoni.
Jakoś nie ubolewam nad tym faktem.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (29)

#85363

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracujesz sobie przez kilka lat i w pewnym momencie wzywają cię na rozmowę do szefostwa. Tam zostaje ci zakomunikowane, że wydajność masz równo na linii najmniejszego oporu i to tylko dlatego, że część wpadek idzie na konto całego zespołu, a nie twoje własne (akurat twoich niedociągnięć jest w tej puli najwięcej). Rozwój zawodowy od momentu zatrudnienia ogranicza się do szkoleń obowiązkowych dla całej załogi plus jedno, góra dwa, jednodniowe przeszkolenia w roku, ale tylko jeśli są w centrum miasta i są w godzinach twojej zmiany (dla porównania, ponad dwie trzecie załogi robi takich przeszkoleń 8-9 rocznie, zazwyczaj weekendowych). Koledzy z pracy za bardzo za tobą nie przepadają, przeciwnie, masz opinię osoby swarliwej i gburowatej, która tylko patrzy, jak podrzucić komuś swoje zadania, a podstawową formą aktywności społecznej w pracy jest dla ciebie obrabianie wszystkim dupy.

Na początku roku szefowie już z tobą o tym wszystkim rozmawiali, ale po twoim zachowaniu nie widać, żeby cokolwiek w mózgu zatrybiło. Dlatego teraz firma daje ci ostatnią szansę. Dostajesz konkretne zadania do zrealizowania i jeśli uporasz się z nimi do końca roku, a atmosfera w zespole przestanie ociekać twoim jadem, to w ramach prezentu noworocznego nie dostaniesz wypowiedzenia. Chyba że chcesz odejść, wtedy możesz dostać i porozumienie stron.

To było w czwartek.

W piątek kadry dostają twoje półroczne (!!!) L4 od psychiatry. Masz depresję.

Osoba psychiatry jest dobrze znana w firmie, bo to twoja szwagierka, która nie pierwszy raz wystawia ci zwolnienie. Zupełnym przypadkiem dwa tygodnie temu w socjalnym wszyscy słyszeli od ciebie, że udawanie depresji przed lekarzem jest dziecinnie proste, a żadne badania w ZUS-ie nie podważą diagnozy, bo to niemożliwe. Akurat rozmawialiśmy o weryfikacji zwolnień lekarskich, bo mieliśmy na produkcji dyscyplinarkę symulanta. Owszem, to niemożliwe i odrzucenie diagnozy zaburzeń depresyjnych można uzyskać w zasadzie wyłącznie w wyniku obserwacji klinicznej, jeśli symulant dobrze przygotował się do roli. Ale wiesz też, że w ZUS-ie się nie p*erdolą w tańcu i tam badanie psychiatryczne trwa 30 sekund ze z góry znanym wynikiem negatywnym - tak, masz tego świadomość. „To muszę zajść w ciążę”.

Jak wrócisz, to na pewno wszyscy będą tak za tobą stęsknieni, że postanowią cię nie zwalniać, no skąd...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (165)

#85300

(PW) ·
| Do ulubionych
Po pracy wstąpiłam do kiosku garmażeryjnego po coś na szybki obiad. Miałam słuchawki w uszach, więc średnio zwracałam uwagę na to, co dzieje się przy ladzie, ale po dłuższej chwili dotarło do mnie, że ogonek posuwa się jakoś podejrzanie powoli. Konkretnie - obsługa utknęła na jednej pani.

Pani zażyczyła sobie równo trzy czwarte kilograma pierogów z mięsem i żeby to było 15 sztuk. W tej garmażerce to właśnie około 14-15 pierogów, więc na pozór nic odbiegającego od normy się nie działo. Na pozór, bo pani nie zgodziła się na najmniejsze wahnięcia wagi. Dosłownie najmniejsze - 76 dg - NIE. 74 - NIE. Ekspedientka po prostu próbowała trafić po jednej sztuce w te idealnie 750 gramów. Zabawa trwała na pewno ponad 15 minut. Żadne tłumaczenia - ani obsługi, ani ludzi z ogonka nie docierały. Pierwsze kwitowała "płacę, to wymagam, ma być równo, bo mam wyliczone pieniądze", drugie zbywała "A co się pani wtrąca, z panią nie rozmawiam!".

Kiedy 749 gramów (sic!) zostało odrzucone, bo "za mało", kolejka się zbuntowała i pani usłyszała, że albo natychmiast się oddali w podskokach, albo zostanie oddalona siłami kolejki, bo, cytuję, "normalni ludzie chcą zrobić zakupy, a nie teatrzyk oglądać".

Wzięła te 749 gramów, zapłaciła i w drzwiach rzuciła "więcej do tego chlewu nie wrócę". Mam nadzieję, że dotrzyma słowa, bo lubię tam kupować.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (250)

#85199

(PW) ·
| Do ulubionych
Odezwała się do mnie matka szukająca korepetycji dla syna.

Mogłam rozłączyć się już po tym, kiedy zignorowała moje „w zasadzie już nie udzielam korepetycji”, ale chyba trafiła na moment obniżonej asertywności i dałam się namówić na to, że przez weekend sprawę przemyślę i w niedzielę wieczorem dam odpowiedź. Myślałam, że chodzi tylko o kilka godzin na dobry start w liceum.

Nie zdążyłam jej napisać, że decyzję podjęłam negatywną, kiedy dostałam od niej rozpiskę nadchodzącego tygodnia z wiadomością, że popatrzyła w kalendarz i już „wstępnie” zaplanowała spotkania z chłopakiem. Codziennie, od poniedziałku do piątku, od 18.30 do 22.30, w weekend od 9 do 19.

I nie był to przedział czasowy na wyznaczenie godziny albo dwóch, tylko pięć razy po cztery godziny zegarowe i cały weekend, bo napisała też „40 godzin wyjdzie, troszkę za mało, ale może potem uda się więcej czasu wygospodarować, to pani od razu powiem”.

Stwierdziłam, że krótkim „NIE” raczej sprowokuję ją do ofensywy, zamiast zamknąć temat, więc zadzwoniłam i dowiedziałam się, co, jak i dlaczego.

Syn nie dostał się do klasy biologiczno-chemicznej, a on tak bardzo, bardzo, bardzo chce być lekarzem. Takie rozczarowanie, ale co zrobić, jest w matematyczno-informatycznej i tam na pewno nie przygotują go dobrze do matury, więc mama zawczasu przeciwdziała. Umówiła mu już angielski techniczny i myślała, że ja szkoliłabym go z chemii i biologii i gdybym jeszcze mogła polecić dobrego fizyka...

Codziennie, do oporu, najlepiej tak z 50 godzin w tygodniu, bo skoro nawet do liceum do odpowiedniej klasy się nie dostał, to znaczy, że jest bardzo źle i trzeba jak najszybciej zacząć rzecz naprawiać.

Zatkało mnie. Dosłownie mnie zatkało i byłam w stanie wystękać tylko tyle, że jedną pracę na etat to ja już mam i drugiej nie potrzebuję. I że szczerze wątpię, żeby takie korepetycje miały jakikolwiek sens i radzę porozmawiać z synem, a nie cudować.

Poprosiłam jeszcze, żeby więcej nie dzwoniła, ale nie zrozumiała, bo jej ostatnie słowa, zanim się rozłączyłam, to: „Pani jeszcze się zastanowi, tak? I jutro pani zadzwoni? Halo?”.

Naprawdę, naprawdę współczuję temu chłopakowi, jeśli mamuśka znajdzie kogoś, kto przystanie na jej szaleństwo i zacznie zmuszać syna do siedzenia nad książkami przez kilkadziesiąt godzin w tygodniu.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (195)

#84975

(PW) ·
| Do ulubionych
Wściekłam się, wnerwiłam, odpaliłam tryb wzmożonej perfidii oraz mściwości i przez noc wysmarowałam kilkanaście stron różnych dokumentów.

Pierwszy jest pozwem skierowanym przeciwko jednej ze stołecznych aptek, w którym domagam się publicznych, całostronicowych przeprosin ze strony właściciela apteki oraz "magystra" farmacji, który na moje nieszczęście mnie obsługiwał, opublikowanych w "Farmacji Polskiej" i "Aptekarzu Polskim" za naruszenie moich dóbr osobistych przez nazwanie mnie wyłudzaczką leków i oszustką.

Drugi to skarga do Okręgowej Izby Aptekarskiej na nieobecność w aptece w godzinach jej pracy kierownika apteki oraz magistra farmacji o uprawnieniach kierownika apteki wraz z żądaniem przeprowadzenia detalicznej kontroli takiego stanu rzeczy w tej placówce do 5 lat wstecz. Temat ostatnio głośny z powodu wyroku sądowego stwierdzającego konieczność takiej obecności zawsze, więc mam nadzieję, że zrobi im się cieplutko.

Trzeci to żądanie informacji o działaniach wszystkich okręgowych izb aptekarskich mających na celu sprawdzanie stanu wiedzy polskich aptekarzy (farmaceutów i techników) w zakresie przepisów prawa regulujących realizację recept w okresie ostatnich 5 lat. Adresowane do NIA.

Czwarty to żądanie udzielenia informacji o wszystkich błędnie niezrealizowanych ważnych, ręcznie wypisanych receptach, których niezrealizowanie zostało zaskarżone do izb jako bezprawne i konsekwencjach, jakie spotkały osoby odmawiające realizacji mimo braku prerogatyw oraz wszystkich czynnościach podejmowanych w tej sprawie przez okręgowe izby. Też adresowane do NIA.

W każdym pisemku uwypukliłam, że mam zamiar bezwzględnie korzystać z prawa do informacji o każdym kroku każdej osoby, która będzie zaangażowana w realizację moich spraw i piętnować wszelkie przejawy działania z pominięciem ustawowo narzuconego braku zbędnej zwłoki, zwłaszcza składać skargi na opieszałość urzędniczą. Jak się pienić, to pienić.

A o co poszło?

Wczoraj straciłam receptę na lek, który musiałam i chciałam właśnie wczoraj wykupić. Szczęśliwie akurat byłam z wizytą u dziadka, który, mimo długo już trwającej emerytury, zachował prawo wykonywania zawodu lekarza, więc wypisał mi receptę pro familiae. Ponieważ mi się bardzo spieszyło, a on nie miał specjalnych druków, zrobił to na kartce wyrwanej z notesu w formacie A6. Nie wyglądało to estetycznie, ale nie na wyglądzie mi zależało, lecz dostaniu leku w aptece. Trafiłam do niej na 20 minut przed zamknięciem.

Aptekarz odmówił mi realizacji recepty, bo... nie była na specjalnym druczku, nie miała kodów kreskowych i według niego była bezwartościowym świstkiem papieru, on w życiu nie miał czegoś takiego w rękach i na pewno nie przyjmie tego do realizacji

Spokojnie - naprawdę spokojnie - powiedziałam mu, że to recepta pro familiae i na dobrą sprawę może być napisana na papierowej serwetce, ma wszystkie wymagane prawem informacje i jest ważna, niech sprawdzi w przepisach.

Nie, bo on zaraz zamyka, a za mną jest kolejka, nie ma na to czasu. Mam sobie iść i nie blokować obsługi.

Ostatkiem sił i nerwów wycedziłam: "to prawnie ważna recepta, wystawiona przez lekarza posiadającego prawo wykonywania zawodu, proszę mi sprzedać zapisaną substancję".

Kolejna odmowa, wsparta pokazaniem przepisu o tym, że leki refundowane muszą być oznaczone różnymi numerami, których na mojej kartce nie było.

Zdenerwowana pokazałam mu palcem: "Odpłatność 100%" i wysyczałam, że w tym kraju nikt nie może mnie zmusić do korzystania z refundacji leków, jeśli tego nie chcę i właśnie teraz nie korzystam.

Pan zniknął na zapleczu, słyszałam, że z kimś rozmawiał, wrócił kilka minut później i powiedział, że to nie jest recepta i jak nie wyjdę, to on zgłosi policji fałszerstwo i próbę wyłudzenia leków.

Najpierw zdębiałam, potem musiałam wziąć bardzo głęboki wdech, a potem powiedziałam mu, że policję wzywam ja, bo jakiś debil postawił jeszcze większego debila w aptece i kazał mu udawać aptekarza. Proszę do lady kierownika - kierownika nie ma, przecież jest sobotni wieczór.

Policja odmówiła przyjazdu nam obojgu. Moją karteczkę zrealizowałam w całodobowej aptece kilka ulic dalej. Wzbudziła spore zdziwienie, ale aptekarka po prostu sięgnęła do komórki, znalazła wytyczne co do recept nierefundowanych i powiedziała, że choć od kilku dobrych lat nie widziała tak kuriozalnie napisanej recepty, to jest w porządku.

Jutro mam zamiar urządzić w tej aptece i w izbie wcale nie takie małe piekło.

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (316)

#84924

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu, będąc w odwiedzinach u znajomych, przeszłam się z nimi na grę miejską, którą organizowali. Atrakcja dla mnie ciekawa, spacer po nieznanej mi, ale zachwalanej szeroko okolicy połączony z jakąś namiastką wysiłku intelektualnego.
Rozmawiałam z tymi znajomymi wczoraj wieczorem i z ciekawości zapytałam, czy robią następną grę. Usłyszałam, że organizacja całego przedsięwzięcia stanęła pod znakiem zapytania z powodu protestu niepełnosprawnych.

Jakieś małżeństwo z ich miasteczka, z jedną połową na wózku inwalidzkim, wszczęło w urzędzie miejskim prawdziwe powstanie, ponieważ poczuło się dyskryminowane przez organizatorów. W protestowaniu wsparła je lokalna działaczka-pieniaczka, której sposobem na życie jest pisanie skarg na to, że ponad trzystuletnia dzwonnica kościelna nie ma windy, więc ktoś na wózku na nią nie może wjechać i to jest dowód na dyskryminacyjną politykę utrzymania zabytków w mieście.

Ekipie projektującej grę zarzucono, że plan trasy nie uwzględnił ograniczeń wózka inwalidzkiego (nierówne chodniki, krawężniki, przejścia przez wysepki drogowe i torowiska) i tego, że niepełnosprawni ruchowo będą iść wolniej niż inni uczestnicy, przy tym bardziej się zmęczą, więc marszruta była za długa, za skomplikowana i na pewno było na nią za mało czasu (na pewno, bo akurat oni przestali grać przed końcem).

Tak samo nie powinno być wyznaczonego czasu na pokonanie konkretnych odcinków, bo oni nie mogli zdążyć, a aplikacja, w której pojawiały się zagadki, była źle zaprojektowana, bo któreś z nich ma słaby wzrok i trudno było czytać zadania, a już prawdziwym skandalem było to, że jedno z nich polegało na rozpoznaniu instrumentu po dźwiękach z nagrania, bo słuch też mają słaby.

Po drodze nie było też żadnego zagwarantowanego dostępu do toalet i żadnych ludzi, którzy rozdawaliby wodę, a było bardzo gorące popołudnie i oni się tak bardzo zmęczyli, że nie byli w stanie skończyć gry na czas, bo po prostu nie wytrzymali. Domagają się unieważnienia wyników i rozegrania wszystkiego jeszcze raz, tylko tym razem tak, żeby ich potrzeby były na pewno uwzględnione, bo nie może być tak, że niepełnosprawni muszą rywalizować w takich grach ze zdrowymi ludźmi, którzy w dodatku w ogóle nie zwracali na nich uwagi i nikt nie zaproponował pomocy.

Znajomi powiedzieli, że w zasadzie wszyscy by to wyśmiali, gdyby nie to, że "veto" wepchnięto w formalne ramy skarg na działalność miejskich instytucji, wystąpień na sesji rady miejskiej, zażądano sprawozdań z przeciwdziałań, nadzorów, raportów z remontów tej części miasta, przez którą prowadziła trasa i sterty innych rzeczy, które wszystkim tam zajmują masę czasu przez tworzenie papierów, więc wycofali się już sponsorzy nagród i ludzie, którzy całą zabawę fizycznie tworzyli.

Jak całe zawodowe życie zajmuję się m.in. wymyślaniem sposobów na to, żeby z niepełnosprawnościami można było lepiej sobie radzić po stronie medycznej, tak tym razem pomyślałam, że najwyraźniej dawno nikt tamtej trójce nie przywalił w łeb na otrzeźwienie.

Tak sobie myślę - jak naprawdę ktoś każe organizatorom dostosowywać takie rzeczy pod wózki inwalidzkie, bo ktoś na jakimś się uprze, że chce, to ja zacznę protestować w komitecie olimpijskim, że nigdy nie zdobyłam złota olimpijskiego w skoku o tyczce, a to przecież nie moja wina, że nie umiem skakać i o takich, co nie umieją też trzeba przecież myśleć.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (223)

#84669

(PW) ·
| Do ulubionych
Zadzwonił do mnie kolega zagrać w grę pt. "500 pytań z epidemiologii". Nie dało się nie zauważyć, że każda moja odpowiedź tycząca się zapadalności, objawów, parazytologii i podobnych spraw podkręcała nerwowość w jego głosie.

Kolega pracuje w podstawówce, do której dzisiaj przyszła nowa uczennica. Kolega widział ją przez jedną lekcję, zauważył, że dziewczynka drapała się po ramionach i karku, uznał, że to dziwne, ale nie poświęcił temu więcej uwagi. Dziewczynka jego lekcję przesiedziała i na przerwie poszła bawić się z innymi dziećmi.

Po południu do kolegi odezwała się inna nauczycielka, która od koleżanek po fachu zdobyła o nowej uczennicy informację nie tyle ważną, ile wyrzucającą z butów: drapanie dało się zauważyć już w poprzedniej szkole i bynajmniej nie była to alergia na nowy płyn do prania, jak zapewniali opiekunowie dziecka, tylko świerzb i cudem udało się opanować rozprzestrzenianie się pasożyta wśród dzieci i dorosłych po "zaledwie" kilkunastu zachorowaniach. Zmiana szkoły miała być ucieczką od ostracyzmu i społecznej sprawiedliwości wymierzanej nie na sali sądowej, ale na boisku po lekcjach. Do wspomnianej nauczycielki zadzwonili dobrzy ludzie z poprzedniej placówki edukacyjnej.

Musiałam kolegę zmartwić - tak, jeśli się drapała i miała widoczne zaczerwienienia, to wciąż jest chora. Tak, jeden dzień i wspólna zabawa wystarczyły, żeby móc zarazić innych. Ba, wystarczyło, że ktoś po niej usiadł na desce klozetowej albo wziął do ręki książkę, której dotykała. Świerzbowiec ludzki może przeżyć poza organizmem żywiciela kilkadziesiąt godzin i standardowe mycie ławek, łazienek i podłogi raczej nie zagwarantuje bezpieczeństwa, więc jutro też można się zarazić. Pod tym względem to jedna z paskudniejszych chorób - wymaga ciężkiej artylerii. I nie, sanepid nie pomoże, bo świerzb od dawna nie jest chorobą podlegającą ewidencjonowaniu, więc co najwyżej przyślą mail z informacjami, które można znaleźć w 10 sekund w necie. Rodzice powinni teraz bacznie obserwować swoje dzieci, ale jak im o tym powiedzieć tak, żeby nie wywołać paniki albo nie wyjść na debila, to już lepsze głowy od mojej muszą wymyślić.

Rozczarowałam go jeszcze bardziej - jeżeli sprawa ciągnie się, jak wynika z danych, dobre dwa tygodnie, to znaczy, że leczenie było źle prowadzone albo w ogóle go nie było, mimo skierowania do lekarza, wzywania rodzinki do szkoły, pogadanek i nacisków dobro-koleżeńskich (mimo wszystko walka ze świerzbem jest diabelnie upierdliwa i męcząca). A do przymusowego leczenia rodzinkę może zmusić de facto jedynie sąd rodzinny, ale zanim to nastąpi, zarazi się cała szkoła i rodziny uczniów i pracowników.

Kolega zgodził się ze mną, że jak jutro zacznie dzień od bicia na alarm, budowania barykady, podnoszenia larum wśród rodziców i telefonu do sądu rodzinnego, to będzie mieć bardzo ładne zdjęcie w gazetach i wystąpi w telewizji. W materiale "nauczyciel narusza dobra osobiste dziecka, ujawniając informacje szczególnie chronione". Bo w świetle przepisów, ktokolwiek wygadał się, że mała ma świerzb, złamał szereg praw z niesławnym RODO na czele. I choć pierwsza naplułabym w gębę i wepchnęła butelkę czystej kapsaicyny w rzyć komuś, kto przede mną zataiłby taką informację, oddając bachora pod opiekę, to jednak lubię kolegę na tyle, żeby przypomnieć mu, że wdzięczność pokoju nauczycielskiego nie uchroni go przed oskarżeniem, grzywną i w efekcie utratą prawa wykonywania zawodu. Zagrożenia życia nie ma, trwałego kalectwa i podobnego uszczerbku na zdrowiu też od świerzbu raczej nie będzie, więc nadzwyczajne okoliczności w rozumieniu organów nadzorujących nie występują.

A wszystko to po to, żeby chronić dobro dziecka, rzecz jasna.

Mój wewnętrzny demon żałuje, że w ramach oddolnej akcji "lekarze w prawdziwym świecie", nie mogę do szkoły kolegi wysłać na przymusową praktykę znajomej ze studiów, która strajk nauczycieli skomentowała w następujący sposób: "Coooo? Po jakiejś historii i innych gównach chcą zarabiać tyle, co ja? Ja jestem po prawdziwych studiach i mam poważną pracę!".
Znajoma przypadkiem robi specjalizację z dermatologii, no jak znalazł...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (166)