Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 20 października 2020 - 14:19
  • Historii na głównej: 57 z 65
  • Punktów za historie: 13097
  • Komentarzy: 258
  • Punktów za komentarze: 2070
 

#87296

(PW) ·
| Do ulubionych
Wylądowałam wczoraj na dywaniku u szefostwa i choć całą sprawę oplakatowano hasłami o dyskryminacji religijnej, wykluczeniu kulturowym i bezmyślnej podłości, to zdaje się, że tym razem poprawność polityczna ustąpi poprawności zdroworozsądkowej.

Wydaje mi się, że w wielu zakładach pracy istnieje zwyczaj zostawiania we wspólnej kuchni jakiegoś poczęstunku, kiedy obchodzi się imieniny/urodziny/awans/z jakiejś innej okazji. U mnie okazja nadarzyła się w weekend, więc wczoraj rano przytachałam do pracy wielgachną blachę babeczek i zostawiłam w socjalnym ku pospólnemu obżarstwu z kartką "Jedzcie ze mną cukier, bo jest powód, Ursueal". Kilka godzin później wszyscy pracownicy działu dostali wiadomość od jakiejś laski, którą kojarzę wyłącznie z kwartalnych nasiadówek (nie mój zespół, nawet na tym samym piętrze nie pracuje, więc nie wiem, co ona robiła w naszej kuchni), utrzymaną w tonie "bardzo mi się nudzi, więc się doj*bię". Cytuję wiernie:

"Kochani Koledzy, czy widzieliście talerz przepysznie wyglądających ciastek w kuchni na trzecim piętrze? Wspaniałe, prawda? Na pewno są wyśmienite! Niestety, nie mogłam się poczęstować, ponieważ z powodu BEZMYŚLNOŚCI osoby, która je tam zostawiła nie wiem, czy wolno mi je jeść. Z radością i ogromną wdzięcznością skosztowałabym tych muffinek, gdybym tylko wiedziała, czy przygotowano je w koszernej kuchni. A gdyby zjadł to ktoś, kto jest uczulony na jakiś składnik? To BARDZO PRZYKRE, że wciąż są wśród nas ludzie, którzy nie przejmują się specjalną sytuacją swoich kolegów z pracy. Zostawienie informacji nie boli! APELUJĘ O ELEMENTARNĄ PRZYZWOITOŚĆ I MYŚLENIE! Z ciepłymi pozdrowieniami, zatroskana koleżanka" - słowa wypisane wersalikami dodatkowo były czerwone. A co, trzeba się upewnić, że wszyscy zauważą.

Wykazałam się brakiem elementarnej przyzwoitości i odpisałam - również do wszystkich - bardzo prosto:
"Zatroskana koleżanko, piekłam pół nocy, więc odpowiadam krótko: JAK CI SIĘ COŚ NIE PODOBA, TO NIE ŻRYJ CUDZEGO. Nie pozdrawiam, Ursueal".

Zostało to przez Zatroskaną Koleżankę uznane za atak na tle religijnym i sprawa skończyła się u Wyższych Władz Firmowych, które same powiedziały zapłakanej zwolenniczce koszernej kuchni, że jeśli naprawdę jest ortodoksyjną Żydówką, jak zaczęła podkreślać, to niech do cholery wyjaśni, dlaczego w sobotę robiła sobie w pracy kawę z ekspresu, skoro był szabas, bo jej obecne lamenty i ogólny sposób postępowania nie sklejają się w spójną historyjkę, a linia obrony "chciałam tylko zwrócić uwagę na brak wrażliwości" nie spotkała się ze zrozumieniem ani szefów bezpośrednich, ani - później - wyższych niż bezpośrednich. No cóż, peszek.

Mnie zapytano tylko, czy musiałam używać niegrzecznych sformułowań, ale zadowolono się moją odpowiedzią, że przez taki mur absurdu miękkie pociski raczej się nie przebiją...

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (162)

#87216

(PW) ·
| Do ulubionych
Solidnie rozciągnęłam i wygięłam dzisiaj kręgosłup moralny i załatwiłam przyjacielowi L4, ale jakoś nie żałuję.

Przyjaciel po kilku zakrętach zawodowych trafił do podstawówki. Dzisiaj po południu zadzwonił do mnie i podzielił się relacją z tego tygodnia, bo w tym tygodniu przyszedł nowy uczeń. Od razu zaznaczam, że relata refero, ale przez lata znajomości ani razu nie miałam powodu, żeby zakwestionować przyjaciela wiarygodność.

W poniedziałek dwunastolatek(!) powiedział mu w czasie lekcji, cytuję, "j*b się, p*zdo", kiedy przyjaciel kazał pacholęciu siedzieć w ławce, a nie biegać po sali. Rodzice wezwani do szkoły obrali taktykę obronną "w domu tak nie mówi, więc niech pan nie przerzuca na nas swojego problemu, jego zachowanie w szkole to zmartwienie szkoły".
We wtorek i środę bezczelność (o ile to wciąż odpowiednie określenie) narastała i zainfekowała kilku innych młodocianych, którzy zaczęli wyzywać personel dydaktyczny, administracyjny i techniczny. Młodsze wiekiem, stażem i zahartowaniem w bojach nauczycielki podobno wychodziły z płaczem.

Tutaj chciałabym oddać honory i przekazać wyrazy współczucia sprzątaczce, która, słysząc od w-zasadzie-już-nie-dziecka "ruszaj się, gruba śmieciaro" nie zatłukła gnoja miotłą, tylko wzruszyła ramionami i powiedziała, że gorsze rzeczy w tej pracy przeżyła.

Na szczęście, jak relacjonował przyjaciel, połowa rodziców z grupy wezwanej w trybie natychmiastowym wykazała się zrozumieniem sprawy, jednak druga połowa rozłożyła ręce "bo panie, w domu jeszcze gorzej!", a trzecia połowa, w której rej wiodła parka z początku opowieści, skupiła się na głośnym dowodzeniu, że to przecież nie wina ich dzieci, tylko szkoły, że na takie coś pozwala(sic!), więc o co w zasadzie ma się do nich pretensje. Przyjaciel przyszedł do pracy o godzinie 7 rano i wyszedł z niej po 18, bo tak długo ciągnęła się przepychanka "ale moje dziecko ma prawo do wolności wypowiedzi i swoich poglądów".

W czwartek przyjaciel znowu został zwyzywany od "frajerów, poj*ebów, miękkich fiutów i ciot" przez wiadomego ucznia. Na szczęście wcześniej inne dziecko z klasy uprzedziło go, że niebożątko przechwalało się w szatni, że jak ktoś je w tej szkole choćby złapie za ramię z kadry, to rodzice tego kogoś przeciągną przez wszystkie możliwe sądy. Przyjaciel wie, że w konflikcie "małoletni-dorosły" w sprawie o pobicie dorosły jest na pozycji wyjściowo przegranej, więc zacisnął zęby i zgłosił dyrekcji, że oddaje sprawę do prokuratury, bo w końcu znieważenie funkcjonariusza publicznego.

Dzisiaj od rana dyrekcja prośbami, płaczem i groźbami próbowała go przekonać, żeby tego nie robił. Pomysłów na poprawę sytuacji dyrekcja nie ma, ale za to wie, że najwyraźniej przyjaciel - cytuję - "nie nadaje się do tego zawodu", skoro jest, ponownie cytuję, "taki przewrażliwiony". Po takim dictum przyjaciel tylko umocnił się w postanowieniu, że zniewagę zgłosi. Dyrekcja rozpłakała się, że w ogóle nie myśli o dobru szkoły i kazała mu pakować manatki - od nowego roku, bo nie ma nikogo na jego miejsce.

Facet pracuje w tej szkole od 5 lat. Dzieciak jest tam tydzień, a to jego dziewiąta(!) podstawówka i nie powtarzał żadnej klasy.

Ktoś mógłby zapytać, gdzie szkolny pedagog. Nie ma, bo szkoła zatrudnia psychologa, więc przepisy pozwalają nie zatrudniać pedagoga. Pani psycholog w lipcu urodziła dziecko, a na ogłoszenie o tym, że szkoła zatrudni kogoś na zastępstwo na rok nikt nie odpowiedział (byłabym zdziwiona, gdyby było inaczej), więc psychologa też nie ma.

Uznałam, że wolę sięgnąć po znajomości i załatwić kumplowi zwolnienie lekarskie niż odwiedzać go w areszcie, bo choć - w porównaniu choćby ze mną - jest ucieleśnieniem cnoty cierpliwości, to nawet jemu niedługo ta cierpliwość się skończy i jak przywali bachorowi, to ino roz, zdecydowanie nie za niewinność, ale przecież dzieci bić nie wolno. Szkodliwość społeczną oceniłam na jakby nieporównywalnie mniejszą.

Szkoda tylko, że zabawę w chorobę trzeba będzie ciągnąć do końca wakacji, bo dyrekcja nie zgodzi się na odejście za porozumieniem stron (przyjaciel mówi, że wciąż brakuje im ponad 15% minimalnego stanu kadrowego, bo nikt tam nie chce iść do pracy), a odejść ze szkoły może tylko 31 sierpnia. Cóż, pożyjemy, ponarzekamy na zdrowie, poczekamy, bo w cudowną przemianę wewnętrzną młodocianej patolni i jej rodziców nie uwierzę, póki nie zobaczę.

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (137)

#87127

(PW) ·
| Do ulubionych
Chyba zacznę brać pieniądze za pokazywanie studentom, jak nie dać się zrobić na szaro i orżnąć na kasę uczelniom, bo popyt coś przyjemnie rośnie.

Odezwała się do mnie siostrzenica, która trafiła na covidowo-personalny problem z zaliczeniem zajęć na uczelni, bo skoro ostatnio walczę z deformacjami systemu nauczania na podyplomówce, to może pokażę jej światełko w tunelu?

Dziewczynie przesunęli m.in. wszystkie laboratoria na wrzesień, bo przez internet się ich nie zrobi, więc teraz trwa "odrabianie zajęć po polskiemu", czyli - jak mówi młoda - burdel na kółkach i pożar w burdelu w jednym. Ktoś, kto projektował nadrabianie tych laborek musiał mieć mocno nasrane pod deklem, bo dla jednego przedmiotu zaplanował akcję "od wtorku do piątku po 7 godzin dziennie", żeby nadgonić do wymaganych 40 w semestrze, bo w papierach ma się zgadzać, co z tego, że tak skutecznie uczyć się i uczyć innych po prostu się nie da.

Ja też miałam te zajęcia na studiach i już wtedy mówiliśmy na nie "droga krzyżowa", bo zanim się zaliczyło, parę razy trzeba było upaść, rozedrzeć szaty i umrzeć ze zgryzoty - mając cały semestr na opanowanie materiału. Podobno od początku istnienia warunków na wydziale przynajmniej 40% każdego roku powtarzało ten przedmiot. Siostrzenica twierdzi, że u niej wygląda to identycznie, pomijając patologie postlockdownowe, a właśnie o nie cała sprawa wzięła i się złośliwie wywaliła.

Zaliczenie laborek u siostrzenicy miało wyglądać tak, że studenci w piątek o - dajmy na to - 18 kończą zajęcia, mają godzinę na uzupełnienie, wydrukowanie i przyniesienie sprawozdań dziennych i semestralnych, a o 19 zaczyna się kolokwium, w poniedziałek wieczorem są wyniki i we wtorek rano egzamin. Generalnie, żeby się w tym roku wyrobić z zaliczeniem, wszyscy musieliby przyjść w piątek z gotowymi sprawozdaniami z jeszcze niedobytych zajęć i już wykuci z tych zajęć do kolokwium, które będą pisać po całym dniu obciążającej pracy. No powodzenia.

Studenci zwrócili uwagę prowadzącej na samym początku (czyli we wtorek rano), że to, co im przedstawia jako rozwiązanie sprawy weryfikacji efektów ich pracy, to się kupy dupy nie trzyma i co to ma być. Siostrzenica mówi, że prowadząca tylko się na nich wydarła, że ona miała inne plany na wrzesień niż siedzenie cały czas na wydziale, że tak ma być, bo nikt nie będzie się z nimi bawić do października i i tak mają szczęście, bo w normalnym trybie zaliczaliby każde sprawozdanie oddzielnie co tydzień i studenci mogliby WRESZCIE wykazać się odrobiną zrozumienia, że uczelnia naprawdę idzie im na rękę, że mają wszystko skumulowane w jednym miejscu i czasie, a nie jedno spotkanie o 6 i drugie o 20.

Siostrzenica po pierwszym wywrzeszczanym zdaniu zorientowała się, że pola do dyskusji za bardzo z panią doktor nie ma, więc z kolegami poszła do kierownika przedmiotu, który ich wysłał na bambus, a konkretnie do prodziekana ds. dydaktycznych, który jest na urlopie do końca miesiąca, bo może. Prowadząca następnego dnia obsobaczyła ich jak parszywe psy w cygańskim taborze, bo jak to tak, skarżyć się na nią, że podnosi głos i jest niemiła. W tym momencie siostrzenica zadzwoniła do mnie, czy znam jakiś myk, żeby całą tę sytuację ucywilizować. Podumałam, zapytałam, ile kosztuje powtarzanie tego przedmiotu - BARDZO dużo - zapytałam, czy są jakiekolwiek szanse na dojście do porozumienia - NIE MA - poczytałam sylabusy, komunikaty, regulaminy, doradziłam, co wykombinowałam, powiedziałam, żeby szukali kompromisu, a jeśli do piątku nie znajdą, to mają wszyscy trzymać wspólny front i kazałam za wszelką cenę nie tracić nerwów.

W piątek kuzynka z kolegami zajęcia zaczęli od wyciągnięcia telefonów, powiadomienia pani doktor, że nagrywają rozmowę z nią, po jej proteście, że nie wyraża zgody odparli, że skoro za organizację tych laborek płaci podatnik, czyli oni i przedmiot jest kursowy, nie autorski, jest sytuacja konfliktowa i łamie się ich prawa jako studentów, to mają święte prawo, przeszli błyskawicznie do tego, czy podtrzymuje warunki zaliczenia, o których już powiedzieli jej, że są sprzeczne z sylabusem przedmiotu i regulaminem studiów. Na pytanie "jak państwo to sobie inaczej wyobrażają" grupa odpowiedziała, że to nie im płacą za organizowanie zajęć i uczelnia miała czas od marca, żeby to wymyślić, oni do czegoś takiego nie podejdą, bo to jawne działanie wbrew ich prawu do nauki i zdobywania zaliczeń. Po kilku minutach rozmowy telefonicznej prowadzącej z bliżej niezidentyfikowanym kimś pojawił się temat zarządzeń, które zmieniały sposoby organizacji zajęć i zaliczeń na całej uczelni, więc jest legalnie. To grupa zbiła ripostą, że w zarządzeniu mowa o "dostosowaniu do możliwości organizacyjnych jednostki" i "współpracy z przedstawicielami samorządu studentów", a w regulaminie studiów, który nie został uchylony jest wyraźnie napisane, że kalendarz zaliczeń i egzaminów musi być zaaprobowany przez studentów, więc oni jako grupa chcą zobaczyć harmonogram wydziałowy z pozytywną opinią wydziałowej rady SS, bo bez tego próba przeprowadzenia zaliczenia o 19 po całym dniu tych zajęć łamie regulamin studiów, prowadząca, namawiając ich do podejścia do niego, nakłania ich do ignorowania łamania ich praw, a na koniec moja siostrzenica dowaliła "i mamy to WIELOKROTNIE nagrane na żywo".

Ponoć pani doktor zrobiła się fioletowa na twarzy, wyszła i nie wróciła, więc grupa zrobiła listę obecności, zostawili ją na biurku, zrobili zdjęcia, że zostawili, drugą listę, wraz z dopiskiem, że całe zajście miało miejsce zostawili za potwierdzeniem w sekretariacie zakładu, który laborki prowadzi i poszli robić sobie weekend.

Dzisiaj rano moją siostrzenicę i jej kolegów wezwano w trybie pilnym na wydział. Siostrzenica odparła, że dzisiaj, zgodnie z grafikiem, nie ma nic do roboty w budynku uczelni, więc jeśli uczelnia czegoś od niej chce innego niż zajęcia i zaliczenia, to ona będzie dostępna w czwartek do południa, ewentualnie może przyjść jutro na 15 minut przed egzaminem. Koledzy odpowiedzieli podobnie. Podobno kobietę w słuchawce zatkało ze zdumienia.

Niecierpliwie czekam na czwartek.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (188)

#87186

(PW) ·
| Do ulubionych
Siła przymusu bezpośredniego ze strony naciągniętego po raz n-ty mięśnia brzuchatego zmusiła mnie do zgłoszenia się wczoraj wieczorem do chirurga w trybie pilnym.
W poczekalni ostrego dyżuru standardy cywilizacyjne po polsku, czyli człowiek na człowieku. Nie wystoję i nie wysiedzę na podłodze (bo z podłogi będą musieli mnie podnosić), więc dokuśtykałam do najzdrowiej wyglądającego człowieka i zapytałam, czy może się przesunąć na ławce, bo noga boli mnie jak cholera. Przesunął się, zmieściłam się, siedzę.

Nie minęło 15 sekund, kiedy kobieta znajdująca się jakieś 3 metry ode mnie bardzo głośno powiedziała, że ona nigdy nie zajęłaby zwolnionego miejsca bez zapytania wszystkich, czy im to nie przeszkadza, bo może ktoś chce usiąść, a nie ma odwagi poprosić.

Miałam jej powiedzieć, że na szczęście nie jestem nią (i dodać parę innych ciepłych słów), kiedy babka stojąca obok niej warknęła "Boguśka, ostatni raz ci mówię, weź się wreszcie zamknij, normalnie wstyd się z tobą pokazywać!". Boguśka spurpurowiała i zajęła się komórką.

Normalnie odrobinę wiary w ludzi nagle odzyskałam.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (169)

#87074

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam nadzieję, że jakiemuś śmieszkowi pomorek i franca zeżrą całą resztę życia.

Wybrałam się do pracy w bluzie z kapturem. Gdzieś po drodze - najpewniej w autobusie - ktoś wrzucił mi do niego trzy pety, kilka gum do żucia i zasmarkaną chusteczkę. Najwyraźniej łatwo pomylić mnie ze śmietnikiem.

Odkryłam to, kiedy naciągnęłam kaptur na głowę i poczułam, że coś jest nie tak, jak powinno z moim czerepem, ale na tym etapie miałam już włosy uwalane nosowydzieliną.

Dzień w pracy musiałam zacząć od czekania, aż wyschną mi wyprane w umywalce ciuchy i włosy, bo biednemu zawsze wiatr w oczy - dzisiaj miałam działać w chłodni, a tam bez czegoś grubego pod kitlem laboratoryjnym i z mokrą głową nie wysiedzę.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (191)

#86804

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (248)

#86661

(PW) ·
| Do ulubionych
Z dzieciństwa został mi nawyk zamykania drzwi na klucz także od wewnątrz, kiedy jestem sama w domu. Nawyk, jak się dzisiaj przekonałam, słuszny, bo poznałam od gorszej strony jedną z sąsiadek, z którą do tej pory nie miałam do czynienia.

Godzina 10 z minutami, macham żelazkiem i setny raz przysięgam sobie, że od teraz będę prasować na bieżąco po każdym praniu (jasssne), kiedy klamka drzwi wejściowych kilka razy się porusza - ale jakoś tak cicho i ostrożnie, jakby ktoś sprawdzał, czy drzwi są otwarte.

Podeszłam, wyjrzałam przez wizjer - niby nikogo, ale usłyszałam, że coś się porusza w korytarzu, więc otwieram drzwi z pełnym rozmachem, bo złodziejstwa nie mam zamiaru tolerować (bo kto to niby miał być, jak nie złodziej?). I staję twarzą w twarz z [s]ąsiadką, o której wiem tylko, że mieszka gdzieś na wyższych piętrach, bo w życiu z nią słowa nie zamieniłam, nawet na "dzień dobry" na schodach odpowiada mi minimalnym skinieniem głowy.

Otwieram usta, żeby zapytać, co tu robi, ale zostaję uprzedzona:
[S] A czemu pani ma drzwi zakluczone, jak pani w domu jest?!
[Ja] CO??? - nie jest to może najbłyskotliwsza odpowiedź na świecie, ale ludzie, wbiło mnie w glebę.
[S] Pani jest w domu i drzwi zamyka, czemu tak?
[Ja] A pani po co do cudzego domu usiłuje wejść? Zgubiła pani coś u mnie?
[S] Ja do pani B. (poprzedniej właścicielki) przyszłam!
[Ja] To się pani mocno spóźniła, bo ona już prawie 2 lata tu nie mieszka.
[S] Ona zawsze miała drzwi otwarte, można było wejść i porozmawiać, a pani się zamyka! Nie można tak, z ludźmi trzeba żyć, z sąsiadami!
[Ja] A niby co to wszystko panią obchodzi, moje drzwi i moje mieszkanie. Jak pani chciała przyjść z wizytą, to mogła zapukać. JAK NORMALNY CZŁOWIEK. Bez zaproszenia to wchodzą złodzieje!
[S] Pani jest za pyskata, ja to zgłoszę!
[Ja] Niech się pani do psychiatryka prędzej zgłosi, jak się pani obcym do domu ukradkiem ładuje!
[S] Ja z chamstwem nie będę rozmawiać! I WSZYSTKO ZGŁOSZĘ!

Ponieważ większość tego kuriozum przechodziła od podniesionego głosu do krzyku i nazad, drzwi pootwierali inni sąsiedzi. Widać mieli dobrą rozrywkę, ale postanowili pomóc mi z tego wybrnąć.
[Sąsiadka inna] Pani XYZ, niech się pani znowu nie kłóci i nie zawraca ludziom głowy, tylko idzie do siebie, sobota jest, ja chcę mieć spokój! - i dołączyły do niej głosy poparcia.

Baba jeszcze pomamrotała coś pod nosem, ale bardzo szybko zmyła się jak niepyszna. A mnie oświecono, że 1) kiedyś pracowała w spółdzielni mieszkaniowej i z tamtych czasów jej zostało przekonanie, że w budynku jest panem i władcą, dlatego ludzi traktuje z góry, 2) poprzednią właścicielkę mojego mieszkania owinęła sobie wokół palca tak, że rzeczywiście wchodziła do niej jak do siebie i potrafiła siedzieć cały dzień, kiedy się wyprowadziła, zaczęła nachodzić innego sąsiada, 3) odkąd do tamtego zimą wprowadzili się córka z zięciem, to szuka sobie nowej ofiary w klatce, odstawiając różne dziwne akcje, w tym takie jak dzisiejsza, czyli pchanie się ludziom do domów "na kawę" albo przychodząc pożyczyć sól i siedząc, póki ktoś jej nie wyprosi.

Widać do mnie sąsiedzkie plotki docierają z większym opóźnieniem, ale ja dość mocno odstaję tu od średniej wiekowej i w zasadzie żyję pracą.

Chyba zamiast "dzień dobry" zacznę jej mówić "drzwi już sprawdzone?", bo wątpię, żeby mi się chciało budować z nią cieplejsze relacje.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (210)

#86588

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypadkiem wbiłam komuś szpilkę w sam środek rozdętego ego.

Napisałam artykuł, redakcja czasopisma skierowała go do recenzji, recenzję przesłała mi. Z częścią uwag się zgodziłam merytorycznie, część uwag przyjęłam dla świętego spokoju ("kolor tej krzywej proszę zmienić na niebieski, bo zielony jest nieładny"), nad jedną - zaznaczoną kilkunastoma czerwonymi wykrzyknikami - parsknęłam i stwierdziłam, że z czystej złośliwości nie ustąpię.

Publikacje w naukach technicznych i medycznych rzadko mają niewielką liczbę autorów. 7-8 i więcej nazwisk przy artykule na kilka stron nikogo nie dziwi i w moich odwołaniach takie przeważały.
Zwyczaj nakazuje w takich sytuacjach podawać nazwisko pierwszego autora i zaznaczać, że nie jest jedyny, więc mój adres bibliograficzny wyglądał mniej więcej tak: KTOŚTAM et al. blablabla.

Recenzja zaznaczyła mi to tak, jakbym napisała, że cząsteczka wody to pińcetplus atomów uranu. Mam wymienić wszystkich 11 autorów, inaczej nie ma mowy o dopuszczeniu tekstu do publikacji. Redakcja zajęła bardzo pomocne stanowisko "proszę odpowiedzieć w formularzu recenzyjnym, my nie możemy komentować recenzji".

Nie poprawiłam, bo nie będę robić z siebie kretynki na czyjeś żądanie, opis byłby dłuższy niż zdanie, w którym się odwoływałam do tamtego tekstu i jedyny taki w spisie piśmiennictwa. Recenzent nie dopuścił mnie do publikacji. Zapytałam redakcję, czy wysłali mój tekst do kogoś, kto tworzył cytowany tekst. "Oficjalnie nie mogę pani nic powiedzieć, ale sama pani widzi."
Wycofałam artykuł. Dzisiaj dostałam nieprzyjemny list z czasopisma, że przeze mnie tylko zmarnowali czas i pieniądze, bo redaktor się napracował, recenzent wziął wynagrodzenie za recenzję, a ja się zbiesiłam.

Pora emigrować, przynajmniej publikacyjnie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (178)

#86499

(PW) ·
| Do ulubionych
Dodzwonić się do okolicznej przychodni w normalnym czasie to był prawie cud (spora placówka i tylko jeden numer telefonu), a teraz podobno w ogóle jest to niemożliwe. Drzwi są za to zamknięte na głucho z wywieszoną kartką "proszę dzwonić pod numer..." Z tego powodu od pewnego czasu daję się ubłagać i naginam swoje zasady, pomagając sąsiadom.

1) Niewchłanialne szwy na prawej łopatce, przenoszone ponad 3 tygodnie, zaczął się stan zapalny, bo o ile samo przenoszenie szwów co najwyżej skutkuje brzydką blizną, o tyle tutaj ewidentnie tkanka się naderwała, sąsiadowi skończyło się L4, musiał wrócić do pracy i tam "jakoś czymś zahaczył", mimo ostrożności. Facet nie chciał iść z tym na SOR, bo oni nie są od takich rzeczy (prawda), szyli go właśnie w lokalnej przychodni i gdziekolwiek się zwrócił, mówili, że powinni mu szwy zdjąć tam, gdzie zakładali (też prawda). I tak sobie chodził ze szwami prawie 2 miesiące od momentu założenia, bo w tak zwanym międzyczasie wybuchła pandemia i poradnia chirurgiczna w lecznicy zamknęła się na głucho, a dodzwonić się nie dał rady mimo kilkuset prób. Na miejscu usłyszał, że nie ma chirurga i ma sobie iść, świąteczna pomoc powiedziała mu to samo.

Zdjęłam, opatrzyłam, zaaplikowałam lek przeciwzapalny z własnych zapasów i - zaciskając w sumieniu zęby ze złości - w razie jakichkolwiek komplikacji kazałam jechać na ten SOR, bo lepiej jemu tam czekać pół doby na obejrzenie przez kogoś mającego na podorędziu coś więcej niż oczy, pincetę i apteczkę niż zapaskudzić zaognioną ranę i dostać posocznicy, skoro się ma brudną pracę, a nocna opieka lekarska odmówiła wystawienia zwolnienia, bo przecież już go leczy chirurg specjalista... Doradziłam napisanie skargi i kazałam na siebie uważać.

2) Sąsiadka ma cykliczne iniekcje. Raz się dodzwoniła i umówiła, że przyjdzie, więc jej otworzono, raz się nie dodzwoniła i kołatała do drzwi ponad 20 minut, aż ktoś jej otworzył i z wielkim fochem zastrzyk zrobił, za drugim niedodzwonionym razem odmówiono jej wpuszczenia i przyszła do mnie. Zastrzyk zrobiłam z duszą na ramieniu, bo domięśniowe podanie leku to już poważniejszy paragraf niż wyciągnięcie nitki ze skóry w razie jakichkolwiek komplikacji. Poradziłam następnym razem walić do drzwi tak długo, aż ktoś otworzy i grozić wezwaniem policji za odmowę pomocy.

3) Zmiana opatrunku na odleżynie - pielęgniarka miała przyjść, ale się spóźnia czwarty dzień. Sklęłam w duchu pigułę, na czymś świat stoi, bo to po prostu skazanie człowieka na cierpienie. Na szczęście materiały opatrunkowe były na miejscu, przeszkoliłam rodzinę, jak się dało (co też powinna zrobić pielęgniarka, ale okazało się, że nawet pacjentowi nie pokazała, co może samodzielnie ze sobą zrobić!) i poważnie zaczęłam się zastanawiać nad jakimiś regułami podziemnego medclubu, bo sytuacja przestała mi się podobać w najmniejszym stopniu. Choć za opatrunki jeszcze nikogo nie posadzili, to wolałabym nie tłumaczyć sądowi, że muszą mi udowodnić winę, a nie ja swoją niewinność.

4) Perełka z dzisiejszego ranka. Odsypiam nockę, kiedy do drzwi dzwoni sąsiadka znana mi ledwo-ledwo z widzenia. Wnuczka opiekuje się pradziadkiem (człowiek rakowy, łóżkowy, po dziewięćdziesiątce...), dziadek zacewnikowany, miał mieć zmieniony cewnik prawie dwa tygodnie temu, ale nie przyjechała po niego umówiona transportówka, dwa razy dodzwoniła się do poradni, kazali jej czekać, potem już nie dała rady się skontaktować. Żadna prywatna praktyka pielęgniarska, żadna inna przychodnia nie zgodziła się wysłać nikogo na przecewnikowanie, pogotowie nie zgodziło się wysłać karetki, bo to nie bezpośrednie zagrożenie życia. Ja też nie zmieniłam tego cewnika.

Zakładanie cewnika u kobiety to pikuś, ale u faceta to zupełnie inna sprawa, zwłaszcza u pacjenta onkologicznego. Nie może tego zrobić pierwszy lepszy sanitariusz, tylko pielęgniarz urologiczny po specjalistycznym przeszkoleniu, a sytuacje, w których woła się do pomocy urologa nie są wcale takie wyjątkowe. Ze współczuciem rozłożyłam ręce, bo po latach od ostatniego cewnikowania uznałam, że ryzyko zrobienia jakiegoś mimowolnego błędu jest za duże. Może gdybym robiła to często, może gdybym ostatni raz robiła to kilka miesięcy temu, ale nie raz jeden w ogóle w życiu na praktykach. Dałam bardzo wredny, bardzo brzydki patent na to, co powiedzieć, żeby dyspozytor musiał wysłać karetkę... i życzyłam powodzenia.

To nie były rzeczy ratujące życie, ale na pewno ich zrobienie od razu poprawiło tego życia jakość u tych ludzi. Przyszli do mnie nie dlatego, że nie chciało im się działać normalnymi sposobami, ale dlatego, że już nie wiedzieli, co mają zrobić, bo lokalne struktury ich zlały z góry na dół, a rozsądek podpowiadał, że to jeszcze nie czas na służby nagłego reagowania. I było im bardzo głupio, szczególnie kiedy mówiłam, że np. za taki zastrzyk, w razie powikłań, będę mieć poważne nieprzyjemności.

Dlaczego, do ciężkiej cholery, żeby uzyskać DROBNĄ pomoc medyczną w tym świecie człowiek musi zacząć grać bardzo nieczysto, sięgać po nieetyczne sposoby i oszukiwać, bo inaczej zostanie zostawiony samemu sobie na wieczne czekanie z pustą obietnicą, że ktoś się nim zajmie, a ten ktoś nawet nie zadzwoni, że nie dotrze i trzeba szukać pomocy gdzie indziej?

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (197)

#86151

(PW) ·
| Do ulubionych
Bladym świtem pojechałam na cmentarz. Przechodząc alejkami, na jednym z grobów zobaczyłam napis "żydowski cwel" i fallusokształtne bohomazy. Świeży sprej, tydzień temu nagrobek był czysty. Akcja najwyraźniej celowa, bo nie zauważyłam wokoło podobnych atrakcji.
I ktoś wyszedł na debila.
W grobie leży Rut. Przyznaję, przy obecnej nieporadności intelektualnej to imię może być... podchwytliwe.
Ale umieszczony pod datami napis "zmarła śmiercią tragiczną" jest chyba wystarczającą sugestią, że "cwelem" świętej pamięci Rut prawdopodobnie nie była.

cmentarz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (131)