Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ejcia

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2012 - 20:47
Ostatnio: 22 marca 2017 - 22:13
  • Historii na głównej: 86 z 200
  • Punktów za historie: 42332
  • Komentarzy: 316
  • Punktów za komentarze: 1336
 

#77540

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy nie wymawiają (bądź niepoprawnie) głoskę "r". No cóż. Niemiłe, ale mówi się "tludno" i kocha się dalej. Tak, wiem, można to korygować, mam swoje powody, dla których nic z tym nie robię, dopóki da się bez większych problemów funkcjonować.

Ludzie rozumieją mnie bez problemu, a już na pewno nie spodziewałam się cyrków ze strony osoby mi podobnej.

W pracy (laboratorium), każdego klienta muszę zapytać o nazwisko. Tylko dla potwierdzenia, czy nie zaszła jakaś pomyłka, bo i tak mam je napisane na skierowaniu.
Przyszła dzisiaj kobieta, dajmy na to Kurczyńska. Zmieniłam, ale chodziło o nazwisko, które istnieje zarówno w wersji z "l", jak i "r". W każdym razie pani również mówiła niewyraźnie i nie byłam pewna, powtórzyłam więc. (Poniżej piszę, tak jak wymawiałyśmy, jak było słychać. W mojej wymowie wychodzi coś zbliżonego do "L", ale wiadomo doskonale, jaka głoska była w planach).

Ja - Kulczyńska? Przez L jak Lobelt?
Pani - Nie. KuLczyńska. Przez L! Jak Lobelt!
J - Tak, rozumiem. L. Jak Lobelt, albo Lyszald.
P - Nie! L! Jak L-Y-S-Z-A-L-D!

I w koło Macieju. Może nie tyle piekielne, co dziwaczne, że obie miałyśmy dokładnie ten sam problem, a powtarzała po mnie jak echo, jakby nie rozumiejąc, że coś takiego istnieje.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 239)

#77297

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że piekielność nie popłaca.

Czasy wczesnej młodości, obóz harcerski. Jedna dziewczyna z tzw kadry była bardzo złośliwa, często mająca pretensje do przysłowiowego garbatego o proste dzieci, a przy tym zdarzało się jej nadużywać władzy.

Pewnego dnia odbiło jej i postanowiła ukarać mnie i koleżankę za jakąś żartobliwą sprzeczkę, zabierając podwieczorek. Było to jabłko, więc nie chodziło o żadne głodzenie, raczej o sygnał, że wg niej coś jest nie halo i - co tu dużo mówić - jej powszechnie znane łakomstwo. Sama zjadła swój i nasz przydział.

No cóż. Karma bywa podła. Okazało się, że jabłka były najprawdopodobniej czymś pryskane, czy coś w tym stylu, dość, że pomimo umycia wszyscy, którzy je jedli (przypadała jedna sztuka na osobę), mieli lekki rozstrój żołądka. W całym obozie tylko my dwie z koleżanką byłyśmy zdrowe, a owa dziewczyna... Podpowiem, że za wiele jej tego dnia nie było widać:-)

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (Głosów: 220)
zarchiwizowany

#76782

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Byłam na zakupach w jednym z popularnych supermarketów. Sieć nieważna, bo wszędzie jest podobnie, choć dopiero dzisiaj bardziej zwróciłam na to uwagę. Na kasie siedział młody chłopak, widać było, że nowy, jeszcze nie wszystko do końca wiedział, ale bardzo się starał i dawał radę, choć kolejka jak to w sobotnie południe. Po skasowaniu rzucił w pośpiechu niemal jednym tchem: Dziękujędowidzeniażyczęmiłegodniadziękujemyzazakupywsiecixzapraszamyponownie. Mało się przy tym nie popluł z pośpiechu, a tu już kolejny klient podsuwa mu zakupy pod nos.
Ok, walka o klienta, uprzejmość, wszystko rozumiem, ale czy naprawdę tej gadaniny musi być tyle? Zwykłe "dziękuję, do widzenia" również by wystarczyło, a poza tym kiedy kasjer pracuje w pospiechu i wygłasza nakazaną formułkę tak jak ten chłopak jednym tchem, najczęściej robiąc już coś innego ona naprawdę nie pozostawia zamierzonego dobrego wrażenia.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (Głosów: 117)

#76680

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki w laboratorium.
Wiadomo, że ludzie starsi szybko się męczą. Półpiętro (11 schodków od poziomu gruntu), to niby nie wysoko, choć dla niektórych może stanowić wyzwanie. Ale... Sytuacja świeżutka, jeszcze ciepła.

Byłam akurat zajęta pobieraniem komuś krwi, więc kiedy weszła starsza pani poprosiłam, żeby zaczekała minutkę. (Załoga jednoosobowa). Po chwili wchodzę do rejestracji, gdzie owa pani przebywała, stała sobie spokojnie, czytała jakiś plakat. (A trzy metry dalej były krzesła, skoro była zmęczona mogła usiąść, ale nie, przecież jak ktoś wejdzie po niej, to się wepchnie w kolejkę, jeśli ona nie będzie pilnowała).

Ok, mniejsza, ważne, że kobieta nie wykazywała żadnych oznak złego samopoczucia. Natomiast kiedy tylko zauważyła, że do niej podchodzę, rozpoczęła teatr polegający na bardzo głębokim i szybkim oddychaniu, z wręcz astmatycznym świszczeniem:
- Ło jejku... (wdech, wydech). Ło matko... (wdech, wydech). Jak żym się zmynczoła... (wdech, wydech). Jak wy tu macie... (wdech, wydech) wysoko...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (Głosów: 254)

#76505

(PW) ·
| Do ulubionych
Z dzieckiem trzeba rozmawiać i tłumaczyć mu. Daleka jestem od zaprzeczenia, ale czasami po prostu trzeba podjąć bardziej stanowcze działania i dobrze by było, gdyby niektórzy rodzice o tym pamiętali.

Mam koleżankę z synkiem, powiedzmy Pawełkiem, lat 4. Odwiedzili mnie dość nagle, nie zdążyłam się przygotować, skutkiem czego na środku pokoju stał mały stolik z układanymi puzzlami. Mały poszedł i zaczął dewastować ułożone części. Matka ani słowa. Dopiero na moją uwagę, rozpoczęła strofowanie syna. Łagodnym, anemicznym tonem, przywodzącym na myśl rozważania filozoficzne.
Pawełku... Pawełku, zostaw. Pawełku, nie wolno. Pawełku, nie niszcz cioci.

Pawełek mając matkę w tylnej części ciała rozwalał w najlepsze. Podeszłam sama, złapałam dzieciaka lekko za ręce, stanowczo nagadałam na temat: nie lubię, jest mi przykro, nie niszcz. Poskutkowało od razu, ale mamusia spojrzała na mnie jak na skorpiona.

Inna sytuacja, z innej wizyty. Zajmuje się hobbystycznie wyrobem biżuterii. Kolczyków swoich własnych mam ok 100 par, więc żeby jakoś o nich pamiętać i nosić, wiszą na firanie. Pod oknem stoi tapczan z wysokim oparciem, takim powyżej pasa. Pawełek wgramolił się na tapczan i zaczął oglądać świecidełka. Ok, jestem w stanie zrozumieć, że dla dziecka to przedmioty ciekawe, nie oponowałam, dopóki nie zrzucił jednego za tapczan. Trudno, zdarzyło się, mi też nie raz spadnie. Ale za pierwszym poleciał drugi. Niechcący, nie zrzucił specjalnie, tylko oglądał, ale poprosiłam matkę, żeby zareagowała. Śpiewka się powtórzyła.
Pawełku... Pawełku... bez reakcji.

Próbuję ja, że tam jest ciasno, że nie można sięgnąć, że trzeba tapczan odsunąć, nic. Na podłogę lecą kolejne kolczyki. Znów musiałam młodego ostro osadzić, dostał mój dyżurny do takich spraw magnes na sznurku i polecenie wyzbierania tego, co spadło. Całe szczęście, że potraktował to jako zabawę w łowienie rybek, bo mamuśka chyba by szału dostała.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (Głosów: 227)
zarchiwizowany

#76467

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wysiadłam z tramwaju, podeszłam kilka metrów do przodu do przejścia dla pieszych. Lewa, prawa, lewa wolne, moja ex taxi stoi i ani myśli ruszać, więc dawaj na drugą stronę.
Dryyyń! Zawyło nad uchem, mało zawału nie dostałam. Nie mam pojęcia, o co szanownemu panu motorniczemu chodziło. Że śmiałam wejśc na przejście, podczas gdy powinnam była wywróżyć z herbacianych fusów, że on właśnie ma zamiar ruszyć, tylko jeszcze nie zdążył o tym jakkolwiek poinformować?
P.S. "Za" tramajem nic nie jechało, więc motyw ostrzegania odpada.

komunikacja_miejska

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -13 (Głosów: 17)
zarchiwizowany

#76466

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Hej kolęda, kolęda.
No właśnie, kolęda. Nie wiem, czy wszędzie, ale u nas utarło się, że każdego dnia jakaś rodzina częstuje księży kolacją. Kto chce i kto się dogada z resztą sąsiadów, nikt nikogo nie zmusza. U nas są to dwie panie na zmianę. Rok temu przyszła kolej na panią X. Kobieta uszykowała co trzeba, po czym w dniu samej kolędy wzięła się i zachorowała tak konkretnie, że kroku z łóżka zrobić nie miała siły. Mąż samą kolędę owszem, przyjął, ale co do kolacji stanął okoniem, bo on nie umie podgrzać.
Skończyło się na tym, że poczęstnego nie było.
Po kilku dniach po mieście rozeszła się plotka, że w tym a tym bloku nikt księży kolacją nie podjął.
Teraz zagadka stulecia. Kto o tym wiedział? Rodzina pani X... i sami zainteresowani. Na logikę: pani X siebie sama oplotkowywać nie będzie. Więc kto pobiegł się ludziom wypłakiwać, zamiast w domu w pięć minut uszykować kilka kanapek?

ksieza

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (Głosów: 40)
zarchiwizowany

#76367

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przyzwyczajanie niemowlaka do świata, w którym istnieją bakterie i nie wszystko wyjmowane jest wprost ze sterylizatora. Idea szczytna, no ale... Bez przesady.
Pomagałam mojej siostrze kąpać jej pierworodnego. Rozdzieram opakowanie z gazikiem do zabezpieczenia pępka, jakimś cudem wypadł mi z ręki. Ok, zwykła rzecz. Biorę następny, ale siostra odwrócona tyłem do mnie nie widziała sytuacji i pogania:
- Podaj mi gazik.
- Już, tylko otworzę, bo mi spadł i brałam następny.
- Teraz się nie trzyma dzieci w sterylnych warunkach! Muszą mieć kontakt z bakteriami!
Spokojnie podniosła opatrunek z ziemi i założyła na niezagojoną jeszcze rankę.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (Głosów: 32)

#76226

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy ktoś może mi to wytłumaczyć?

Paradoks 1
Małe laboratorium, a właściwie punkt pobrań (mieszczący się w przychodni, więc wejście nie od ulicy, tylko z korytarza).
Siedzę w gabinecie, nikogo nie ma, chwila oddechu, pukanie do drzwi. Wołam "proszę" - nikt nie wchodzi. Powtórzę kilka razy, coraz głośniej - albo pomaga, albo nie. Najczęściej trzeba podejść i otworzyć samemu. Człowiek twierdzi, że nie słyszał wołania. Ok, może niedosłyszy, może co...

Podobnie rzecz się ma w sytuacji przeciwnej - pukanie, a ja mam akurat pacjenta. W takim wypadku drę się "zajęte". Tak samo nie słychać, ale zazwyczaj pukający wchodzi. Pół biedy, jeśli przekonawszy się naocznie, że musi poczekać sam się wycofa, ale zdarzają się (nierzadko!) tacy, co widząc, że właśnie trwa pobieranie domagają się natychmiastowego wydania wyniku. Już, w tej sekundzie, nie jak skończę i wyjmę komuś igłę z łapy.

Obie sytuacje sprowadzają sie w gruncie rzeczy do jednego. Ludzie nie słyszą. Trudno, bywa. Ale niech tylko siądę po pracy, w swoim prywatnym czasie w gabinecie (jest mój i tylko mój), bo muszę na coś poczekać godzinę i nie opłaca mi się jechać do domu. Siedzę jak myszka pod miotłą, książkę czytam, od razu zza drzwi głosy. Osoba czekająca do innego lekarza, do kogoś, kto przyszedł do labo i widzi na tabliczce, że już nieczynne.
- Niech pani puka, słyszałem, że ktoś tam jest.
Aaa, czyli nagle słychać. Nagminnie, kilka razy w tygodniu słychać dosłownie szmer. A w ciągu dnia muszę nierzadko aż wrzeszczeć, że wieczorem gardło boli.

Paradoks 2
Inne laboratorium, w kamienicy. Klatka schodowa, drzwi, a za nimi cała instytucja. Wiadomo, że kilka razy dziennie trzeba udać się w pewne miejsce, a że jestem sama, to drzwi na chwilę zamykam, nigdy nie wiadomo, kto wejdzie, czy czegoś nie ukradnie. Na zewnętrzną stronę drzwi wędruje więc karteczka "zaraz wracam". Nie nadużywam tego i "zaraz" nie trwa 15 min, ale wiadomo, że czasem człowiek musi. W ciągu półtora roku pracy w tym miejscu zdarzyło się dwa! razy, że ktoś doczytał i faktycznie zaczekał tę minutę. Cała reszta szarpie ile siły za klamkę, wali do drzwi (słychać). A kartka wisi jedna jedyna, nie ginie w tłumie innych.

Ale jeśli labo otwarte, kartka wisi w mało widocznym miejscu, z boczku na wewnętrznej stronie drzwi, żeby była pod ręką. Wchodzi człowiek, otwiera drzwi, przekracza próg, zamyka, zauważa kartkę! Ło matko, cud nad cudy! Zauważył i na dodatek przeczytał! Po czym zaczyna się rozmowa:
- Dzień dobry, można?
- Dzień dobry, tak, zapraszam.
- Ale można? (głośniej)
- Tak, proszę!
- Możnaaa? (jeszcze głośniej)
- P-r-o-s-z-ę!
- Bo tu pisze "zaraz wracam"...

I zawsze na opak... Postronnemu czytelnikowi może się to wydawać co najwyżej nieco intrygujące, ale uwierzcie, że dzień w dzień po kilka razy potrafi zirytować.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (Głosów: 271)

#76237

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszystko rozumiem, starość, chorobę, ale nie rozumiem braku kultury.
Kilka lat temu miałam wypadek, noga niby poskładana, ale mimo wszystko co jakiś czas wchodzi w kolano stan zapalny, że ledwo kuśtykam.

Jadę dzisiaj tramwajem, cała szczęśliwa, że udało mi się usiąść, podchodzi do mnie starszy pan i mówi uprzejmie:
- Przepraszam, czy mogłaby pani ustąpić mi miejsca?
Zrobiło mi się go autentycznie żal, ale co poradzę? Więc równie grzecznie odpowiadam:
- Przykro mi, zazwyczaj chętnie, ale mam chorą nogę po wypadku.

W tym momencie miły pan przeszedł w krzyk na pół pojazdu:
- Ja też jestem chory! Mam orzeczenie o niepełnosprawności!
Poczułam się zwolniona z ciepłej uprzejmości, więc odparłam spokojnie, że nie będę się z nim licytować, kto jest bardziej chory i zakończyłam rozmowę. Na szczęście wstała jakaś pani i go wpuściła, ale ciśnienie mi podniósł. Grzeczniutki, milutki, póki wszystko po jego myśli, a niech tylko coś nie tak, zrzuca maskę.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (Głosów: 212)