Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ejcia

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2012 - 20:47
Ostatnio: 30 września 2017 - 23:18
  • Historii na głównej: 92 z 209
  • Punktów za historie: 43194
  • Komentarzy: 325
  • Punktów za komentarze: 1395
 
zarchiwizowany

#80220

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie kupuję soków w sklepie. Nie pijam ich, nie wyszukuje informacji w internecie, nie interesuję się nimi itd. Dzisiaj zostałam poproszona przez znajomą o zakupienie dla niej przy okazji moich sprawunków soku konkretnej firmy. Ok, nie ma problemu. Nie płaciłam kartą, nie wrzucałam zgodnie z ostatnią modą zdjęć na fb czy inne instagramy, nie pisałam o tym w internecie ani sms-ie. Niemniej jednak po odpaleniu komputera w domu na swoim profilu fb znalazlam reklamę tegoż soku.
Zaczynam się bać.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (25)

#79581

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki w laboratorium.

Telefonuje młoda (sądząc po głosie) [K]obieta. Rozmowa może się różnić jakimś słowem, choć sens zachowany.

K - Dzień dobry, czy w poniedziałek przed świętem państwo pracują?
Ja - Tak, ale krócej, tylko do 12.
K - Aha... A czy jeśli zrobię badania rano, to będę mogła przyjść po wyniki jak zwykle o 15?
J - Nie, w poniedziałek pracujemy tylko do 12, o 15 będzie już zamknięte, ale może pani zobaczyć je w internecie.
K - Nie nie, ja przyjdę rano i po 15 wrócę po wydruk.
J - (zaczynam mówić drukowanymi) Nie proszę pani. W poniedziałek laboratorium jest czynne tylko do godziny 12. Potem zamykamy budynek i wychodzimy, nikogo tu nie będzie. (Tłumaczę, bo może kobieta myśli, że tylko nie pobieramy, ale labo jako takie czynne i chce, żeby ktoś wstał od maszyny i tylko wydał jej kwitek).
K - Ale proszę pani! Ja byłam u was w zeszłym tygodniu i odbierałam wyniki po południu! I teraz chciałabym tak samo!
J - Ponieważ pracowaliśmy w pełnym wymiarze godzin. A w poniedziałek wyjątkowo zamykamy wcześniej, o 12, więc nie może pani przyjść o 15, bo nikogo tu nie będzie!
K - Ja nie rozumiem, ale zostawmy to (tu nastąpiły dalsze pytania, na szczęście mniej problematyczne.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (142)

#79508

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj w kościele. W ławce za mną matka z dzieckiem około pięciu lat i starsza pani, nie wiem, czy razem z nimi, czy też nie.

Chłopczyk... Rozrabia. Jak pijany zając w kapuście. Piszczy, głośno gada, kopie w ławkę (przed sobą, czyli moją), chwyta za oparcie i szarpie z całej siły, wiesza się na nim tułowiem, tak że człowiek nie spojrzy siadając i dzieciaka przyciśnie. Mamuśka praktycznie bez reakcji, coś tam niby próbowała latorośli tłumaczyć, ale bardzo sporadycznie i bez efektu. Ludzie zaczęli się oglądać, cała moja ławka, ja najbardziej z racji tego, że dzieciak siedział dokładnie za mną i mi najbardziej się obrywało.

W pewnym momencie czuję silne szturchnięcie w ramię. Odwracam się - starsza pani wychylona w moją stronę syczy urażonym głosem:

- Czy pani nie ma dzieci?!

W pierwszym odruchu miałam odpalić coś o wychowaniu, ale nie wiadomo, czy to nie ukochany wnusio owej pani, więc i tak prawdopodobnie nie dotrze, dlaczego się czepiam cudownego aniołka, tym bardziej, że nie chciałam wszczynać długiej dyskusji. Odpaliłam więc:

- A pani nie wie, że w kościele się nie gada, ani nie szturcha obcych ludzi?

Spojrzenie hiszpańskiego inkwizytora, który zastanawia się, czy już spalić na stosie, czy jeszcze nie, ale uciszyła buzię.
Oczywiście. Przecież to jest dziecko, jemu wszystko wolno.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (127)

#78748

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sama w sobie nie piekielna, a wręcz przeciwnie, ale refleksja, do której prowadzi już jak najbardziej wpisuje się w charakter portalu.

Jestem pielęgniarką. Przyszła do mnie kilka dni temu starsza kobieta. Cicha, spokojna, ale bardzo pogodna. Siadłam przy niej, robię co należy, jakieś jej półsłówko zwróciło moją uwagę, dopytałam, czy jest pielęgniarką.
Okazało się: nie pielęgniarką, ale opiekunką. Zaczęła wspominać czasy swojej pracy w szpitalu, z ogniem w oczach, widać było, że ona tym żyła. Zakończyła słowami: Słońce, ja mam osiemdziesiąt cztery lata, ale żeby nie ten kręgosłup, to jeszcze bym do szpitala wróciła.

Kobieta wyszła, ja miałam akurat chwilkę spokoju, więc porządkuję stanowisko i myślę o niej. Że ona w tym wieku miała taki zapał, jak ja zaraz po studiach. I zastanawiam się, gdzie to zginęło? Po dłuższym czasie znalazłam odpowiedź. Niestety, ale w czasie. We wiecznym pośpiechu. Bo przecież nawet ta pani "ukryłaby się" w tłumie szarych ludzi, gdyby nie to, że akurat była sekunda na zamienienie słowa. Bo niestety o wiele częściej wygląda to mniej więcej: tak, dobrze, ale teraz nie czas na wspominki, tylko poproszę imię, nazwisko, pesel, imię ojca, matki, wzrost w kapeluszu, numer buta i godzinę ostatniego podrapania się po nosie, bo muszę wypełnić dokumenty, potem pobrać pani krew, a mam na to - bagatela - trzy minuty. Nie żartuję.

Jakby człowiek nie liczył - na pacjenta (laboratorium) wypada między 3 a 3,5 minuty. W tym czasie trzeba wypełnić dokumenty (około połowa ludzi na pytanie o telefon kontaktowy robi wielkie oczy i zaczyna się poszukiwanie po całej torebce notatnika), pobrać krew, oznaczyć próbki, wyjaśnić sposób odbioru wyników (tak, jest jasno opisany na drzwiach - chyba dla zasady, bo nie wiem, czy ktoś to czyta) i odpowiedzieć na wszelkie pytania. Zarówno tej danej konkretnej osoby, jak wszystkich przechodzących "pani, ja tylko zapytam, pani, ja tylko po wynik". Takie ich niezaprzeczalne prawo, ale czas, wredna paskuda, jakoś na słowo "ja tylko" nie chce zrobić stop.

Przykro mówić, ale w takiej sytuacji, kiedy na korytarzu trzydzieści osób potupuje, przysłowiowe potrzymanie za rękę, czy zamienienie słowa staje się nieosiągalnym luksusem. A jak jest to potrzebne widać po sytuacji mającej miejsce kilka razy dziennie: przychodzi starszy człowiek, siada i z miejsca zaczyna gadać na dowolny temat, gada, gada, jak katarynka, a na delikatną sugestię, że celem naszego spotkania nie są ploteczki reaguje zaskoczeniem i dopiero wtedy otrzymuję skierowanie - czyli mogę zacząć działać. Po prostu ludzie zapominają, po co przyszli, widząc osobę, do której można otworzyć buzię. Tematyka dowolna, wbrew pozorom nie muszą to koniecznie być choroby.
I tak - jestem ta zła, niedobra, której tak ciężko słowo z człowiekiem zamienić. Proszę bardzo, ja mogę rozmawiać, choćby całą dniówkę. A przynajmniej dopóki nie zostanę żywcem zjedzona przez kolejnych pacjentów "Pani, bo ja się spieszę do pracy".

Wiecie, czego ja zazdroszczę kobiecie z początku historii? Że całe życie mogła robić to, co jest jej pasją.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (163)
zarchiwizowany

#78847

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu do domu przyszła policjantka z wezwaniem na komendę. O co chodzi - miesiąc wcześniej rzekomo uszkodziłam komuś samochód i uciekłam z miejsca zdarzenia. Ja sytuacji nie pamiętam, ale iść trzeba. Zeznania spisane, mandat i punkty, nie, nie przyjmuję, nic nie zrobiłam. Z resztą na samochodzie brak najmniejszej ryski, co zostało potwierdzone przez policję i wpisane do protokołu. Sprawa trafia do sądu.
Wczoraj przyszło pismo - myślę: oho, wyznaczyli termin rozprawy. Bynajmniej. Wyrok zapadł, "moja wina nie budzi wątpliwości", mandat większy, niż pierwotnie proponowany, plus koszty postępowania. A dowodów nie mieli (i mieć nie mogli) żadnych, słowo moje, przeciw słowu (i zapewne otarciu auta niewiadomego pochodzenia przy nietkniętym moim) tamtej kobiety.
Gdzie sekret? Otóż auto było w leasingu i jako pokrzywdzony figurowała nie osoba prywatna, ale bank.
Wniosek jeden: nie podskakuj szary człowieczku, zgadzaj się pokornie na wszystko, co chcą z tobą zrobić, bo dołożą jeszcze mocniej. Chciałam się odwoływać, ale jak zobaczyłam, że to o bank chodzi wiem, że nie wygram, a jeszcze kolejne koszty sądowe dołożą.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (25)

#78760

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie trochę religijnie, więc osoby, które to uraża proszę o skorzystanie z rollera :)

Sytuacja jeszcze ciepła, dzisiejsza msza. Siedzę w ławce. Z jednej strony dwie starsze panie - w najlepsze plotkują i chichoczą. Z drugiej zakochana parka mniej więcej 15-letnia poszturchuje się, szepcze i również chichocze. Nie dalej, niż pięć kroków matka z dzieckiem - dziecko wrzeszczy ile sił w płucach. Malutkie, nie jego wina, ale na moje w takiej sytuacji się po prostu wychodzi na dwór, a nie zagłusza niemal całkowicie księdza.

Ja nie mówię nikomu, jak żyć, nie palę na stosie. Ale jeśli już przyszedłeś do tego kościoła, to pomyśl człowieku po co.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (231)

#78652

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu na naszą klatkę przybłąkał się pies. Siedział dzień, drugi, dostał jeść, pić, jakiś koc, jednak nikt go nie szukał, więc w końcu zadzwoniliśmy do schroniska. Zareagowali po pięciu dniach, kiedy pies już sobie poszedł. Przyszły dwie wolontariuszki, na oko mniej więcej 13 i 15 lat.

O ile w tak opóźnionym działaniu jestem w stanie dopatrzeć się jakiejś pokrętnej logiki (może sam sobie pójdzie i problem rozwiąże bez udziału schroniska) to jakim... bezmyślnym człowiekiem trzeba być, żeby wysyłać dzieci po nieznane, bezpańskie zwierzę.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (138)
zarchiwizowany

#78751

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ojcu zepsuła się lutownica. Pojechał do jednego z marketów specjalistycznych, nie ważne, którego, bo wszędzie jest tak samo. Znalazł - o dziwo - produkt tej samej firmy, co poprzednia. Porozmawiał chwile z panem z obsługi, rzucił mimochodem: Poprzednio miałem taką samą i dwadzieścia lat działała.
Reakcja pracownika: Ło, panie, ta panu na pewno tyle nie wytrzyma.

Firma ta sama. Model ten sam. Parametry też. Czy tylko mi się wydaje, że po dwóch dekadach sprzęt powinien być w najgorszym wypadku podobnej jakości?

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (22)

#78581

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyobraźcie sobie dwie filie jednej firmy. Mała, czynna tylko do godz 10 i duża, otwarta do późnego wieczora.
Sytuacja nagminna (co najmniej raz w tygodniu). Do małej przychodzi klient po czasie. Dowiaduje się, że nieczynne, kasa zamknięta, maszyny powyłączane. Dużo po czasie, nie 30 sekund.
Płacz, zgrzytanie zębów, on musi dzisiaj załatwić, bo świat się zawali, niebo pęknie i w ogóle apokalipsa zombie go spotka.

Proszę bardzo, nie ma problemu, załatwi pan, ale trzeba pojechać kawałeczek dalej, 10-15 min tramwajem, bezpośrednio, bez przesiadek.
Reakcja? Eee, nieee... Taki kawał... To ja przyjdę jutro.
Przez trzy lata dosłownie na palcach jednej ręki można policzyć ludzi, którzy z propozycji skorzystali.
Oczywiście, ich wola, ale takie wymuszanie i szantaż emocjonalny nie jest ok.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (156)
zarchiwizowany

#78644

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie, sądziłam, że kiedyś będę narzekać na... śmiech.
Sama w sobie cudowna sprawa, ale przekonuję się, że jednak potrafi doprowadzać do szału (i z tego co rozmawiałam z ludźmi - nie tylko mnie).
Cecha zaobserwowana szczególnie u kobiet mniej więcej po 50-tce. (Mężczyźni też, ale mniej). Napad - wyraźnie widać - sztucznego śmiechu w sytuacji, w której nie ma nic śmiesznego.
Autentyczne przykłady:
- O, jeszcze otwarte? A ja myślałam, że tylko do 14 hłe hłe hłe...
- (Klientka przychodząc powtórnie) Musiałam wrócić, bo zapomniałam parasola hłe hłe hłe...
- Chciałam przyjść wczoraj, ale nie mogłam znaleźć dokumentu hłe hłe hłe...
I tak kilkanaście razy dziennie. A jeśli człowiek nie roześmieje się w odpowiedzi niejednokrotnie następuje foch i oskarżenia o ponuractwo, brak humoru, nadąsanie.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (27)