Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Librariana

Zamieszcza historie od: 10 marca 2017 - 20:37
Ostatnio: 7 maja 2021 - 13:03
  • Historii na głównej: 23 z 24
  • Punktów za historie: 3288
  • Komentarzy: 278
  • Punktów za komentarze: 2499
 

#88011

(PW) ·
| Do ulubionych
Umiejętność czytania ze zrozumieniem zanika w zastraszającym tempie.

Jestem krwiodawcą. Od początku pandemii staram się oddawać krew regularnie.

W tym samym budynku znajduje się punkt pobrań do badań covidowych. Na drzwiach wisi informacja, że wejście do punktu jest z drugiej strony budynku. W przedsionku stoi żołnierz z WOT-u, który mierząc temperaturę pyta każdego, po co przyszedł. "Oddać krew" - OK, ankieta, dezynfekcja, zapraszamy. Po czym osoba, deklarująca chęć oddania krwi podchodzi do rejestracji i uściśla cel swojego przybycia "Oddać krew do badania na Covid".

Za każdym razem, kiedy tam jestem powtarza się ten sam scenariusz. Nie wiem, czy ludzie naprawdę nie potrafią przetworzyć prostej informacji, czy przeczytanie jednego zdania to taki wysiłek, że lepiej zmarnować czas i miejsce w kolejce.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (158)

#87653

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę o gościach, trochę o dzieciach...

Jestem w takim wieku, że większość moich znajomych ma kilkuletnie dzieci. Jeśli kogoś zapraszam na kawę/ciasto/pogaduchy, zrozumiałym jest, że przyjdzie z dziećmi. Kompletnie nie rozumiem natomiast, co mają w głowie znajomi, którzy doskonale wiedząc, że ja dzieci nie posiadam, przyprowadzają swoje bez żadnych zabawek. Przychodzi np. szwagier z żoną i dwulatkiem. Dzieciak po 15 minutach zaczyna marudzić (w sumie nic dziwnego), więc pytam:

- Macie coś, czym można go zająć?
- Eeee, no nie bardzo... A ty czegoś nie masz?
- No nie bardzo, mogę co najwyżej bajkę w TV włączyć.
- A nie, nie, bajek nie oglądamy...
I tak dzieciak jęczy przez kolejną godzinę, aż wykończeni rodzice poddają się i wychodzą.

Hitem są osoby, które domagają się przyniesienia mojego kota w charakterze zabawki (!!!) - nawiasem mówiąc kot boi się obcych i chowa się jak tylko ktoś wchodzi do mieszkania.

Z drugiej strony mam normalnych znajomych, którzy na wizytę przynoszą torbę/plecak, pełen zabawek, kredek czy książeczek.
I okazuje się, że można 2-3 godziny spokojnie porozmawiać, bo ich dziecko ma się czym zająć.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (125)

#87596

(PW) ·
| Do ulubionych
Każda dziewczyna wie, że dobra, zaufana fryzjerka to skarb. Dobrze, jeśli nie trzeba do niej jeździć przez całe miasto. Kiedy więc przeprowadziłam się do Niezbyt Reprezentacyjnej Dzielnicy mojego miasta, postanowiłam sprawdzić okoliczne salony fryzjerskie. Poszłam do jednego z nich, mówię babce, jaką chcę fryzurę, spoko, strzyżemy. Po strzyżeniu fryzjerka bierze się za układanie. Nagle łapie za grzebień i zaczyna tapirować mi włosy z tyłu.

- Proszę nie tapirować mi włosów...
- Trzeba, nie da się inaczej!
- Wolałabym nie, zresztą kto teraz nosi nastroszone włosy?
- Tu, na Niezbyt Reprezentacyjnej Dzielnicy tak się nosi!
- Może mieszkam tu od niedawna jednak wolałabym...
- No właśnie, krótko mieszkasz to się nie znasz! Teraz jesteś dziewczyną z Niezbyt Reprezentacyjnej Dzielnicy, tak się tutaj dziewczyny czeszą!

I tak właśnie dowiedziałam się, że mieszkanki Niezbyt Reprezentacyjnej Dzielnicy obowiązuje jakiś dress (a właściwie hair?) code. Nie dyskutowałam, po wyjściu po prostu ułożyłam fryzurę po swojemu (chociaż ówczesny narzeczony popłakał się ze śmiechu widząc mój nowy image "dziewczyny z Niezbyt Reprezentacyjnej Dzielnicy"). Fryzjerkę i jej salon omijałam szerokim łukiem.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (185)

#78382

(PW) ·
| Do ulubionych
Spotkałam ostatnio znajomą. Rzadko ją widuję, więc standardowo opowiadamy sobie, co nowego.

Kiedy ją poznałam, pracowała na zastępstwie w szkole jako pedagog. Pani pedagog (PP), którą zastępowała była na urlopie macierzyńskim. Koleżanka dostała umowę na rok, potem okazało się, że PP jest w kolejnej ciąży, więc została na kolejny rok. Po jakimś czasie ją spotkałam, PP była na urlopie wychowawczym.

Minęło 7 lat. Koleżanka nadal tkwi w tym samym miejscu, na zastępstwie, bez możliwości stałej umowy. Szuka w międzyczasie czegoś innego, ale o pracę w szkole nie jest łatwo. Jednocześnie jak tylko PP zdecyduje się wrócić, ona będzie musiała odejść.
Na razie jej to nie grozi.
Pani pedagog właśnie urodziła czwarte dziecko.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (146)

#86763

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność może niewielka, ale powtarzająca się każdego dnia.

Biblioteki już niemal 2 miesiące temu otworzyły się dla czytelników. Jednak, jak we wszystkich miejscach publicznych, pojawiły się nowe zasady, między innymi przerwy na dezynfekcję w ustalonych godzinach. W tym czasie zamykamy drzwi, ponieważ serwis sprzątający jest co kilka dni i same dezynfekujemy klatkę schodową, poręcze itd.

Oczywiście kartki z informacją o przerwach i ich godzinach rozmieściłyśmy wszędzie. Na drzwiach, które zamykamy, również (na wysokości wzroku, czerwone dla lepszego efektu).
Drzwi, które zamykamy w tym czasie są stare, ciężkie i okratowane - blokujemy je kłódką, bo nie mają zamka na klucz. I nie ma dnia, żeby ktoś nie próbował na siłę wejść w godzinach dezynfekcji. Dzień w dzień słyszymy łomot nieszczęsnych drzwi (zablokowane kłódką nie są nieruchome) - i niektórym nie wystarczy pchnięcie, żeby sprawdzić. Szarpią przez dłuższą chwilę, zanim odpuszczą. Najpierw myślałyśmy, że tak będzie przez pierwszy tydzień, ludzie muszą się przyzwyczaić... Nic z tego. Od dwóch miesięcy po klatce schodowej niesie się huk, jakby wejście próbowała sforsować brygada antyterrorystów.

Czerwona kartka z informacją o godzinach przerw na dezynfekcję znajduje się na rzeczonych drzwiach, oprócz tego pojawiła się druga, z prośbą, żeby nie szarpać drzwi, jeśli są zamknięte.

A wydawałoby się, że ludzie, przychodzący do biblioteki potrafią czytać...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (120)

#86242

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos ubioru w szkole: w pewnym państwowym liceum rygorystycznych zasad nie ma, jednak dyrekcja wprowadziła do statutu ogólne reguły odnośnie stroju.

Główne zakazy dotyczą odsłaniania ramion i kolan - zarówno dziewczęta, jak i chłopcy mają nosić bluzki z rękawami, a spodenki/spódniczki mają sięgać za kolano. I byłoby ok, gdyby nie fakt, że w najcieplejszych miesiącach większość nauczycielek paraduje w krótkich sukienkach, często bez rękawów lub nawet na ramiączkach.

Wymagane też są galowe stroje w dni, gdy szkoła obchodzi jakieś święto (strój galowy nie jest szczegółowo zdefiniowany, ale zarówno uczniowie, jak i nauczyciele wyglądają w te dni bardziej odświętnie). Wychowawczyni jednej z klas w Dzień Patrona wpadła na lekcję i zaczęła objeżdżać chłopaka, który miał ciemne spodnie, czarny sweter i biały kołnierzyk - sweter to nie galowy strój w jej przekonaniu, a uczeń tak ubrany nie okazuje szacunku patronowi szkoły. Pani wychowawczyni tego dnia była ubrana w brązowe sztruksy i - uwaga - również sweter.

Tak że wymagając od innych, spójrzmy najpierw na siebie...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (125)

#85527

(PW) ·
| Do ulubionych
W dość odległych czasach, gdy 10 zł/h było świetną stawką, postanowiłam sobie nieco dorobić (ponieważ pracę miałam, tylko na pół etatu). Zaczęłam szukać w branży, w której pracowałam na studiach - telemarketingu (który wówczas nie był tak znienawidzoną społecznie profesją, jak obecnie).

Znalazłam ogłoszenie dużej firmy ubezpieczeniowej - w skrócie, praca miała polegać wyłącznie na umawianiu spotkań z agentem, żadnej telesprzedaży. Dostałam zaproszenie na rozmowę. Firma mieściła się w eleganckiej willi w bogatej dzielnicy. W środku wszystko było równie eleganckie i nowoczesne: drewno, szkło, kawa z ekspresu ciśnieniowego na wejście i wymuskani agenci w garniturach.

Posadzono wszystkich kandydatów razem, najpierw gadka o firmie, potem padło hasło: unikamy podpisywania umów, dzięki czemu zarobią państwo więcej! Po tych słowach niektórzy wstali i wyszli. Kilka osób (w tym ja) zostało. Byłam ciekawa, co będzie dalej. Nie przedłużając - zostałam przyjęta, uznałam, że zawsze mogę spróbować, szczególnie w tak przyjemnym miejscu.

Niebawem zaproszono mnie na dzień próbny. Zderzenie z dniem rekrutacji było bolesne niczym zderzenie sobotniego wieczoru z niedzielnym porankiem. Zaprowadzono mnie do "pokoju telemarketerów", który znajdował się w piwnicy. Przez okienko pod sufitem widać było koła parkujących samochodów. W zimnym pomieszczeniu, oświetlonym jarzeniówką, w którym jedyne umeblowanie stanowiło kilka lichych biurek, czekało na mnie dwoje studentów (wyglądali jeszcze młodziej, co w połączeniu z brakiem jakiejkolwiek umowy nie byłoby zaskakujące). Dostałam od nich krótki instruktaż, co mówić oraz "narzędzia pracy" - telefon stacjonarny (ze słuchawką na kablu) oraz... "Anonse" sprzed pół roku jako bazę danych.

Po tym "szkoleniu" poszłam na górę, żeby upewnić się, że dzieciaki na dole mnie nie wkręcają i faktycznie mam pracować w piwnicy, korzystając ze starej gazety z ogłoszeniami jako bazy potencjalnych klientów. A potem cóż... zebrałam swoje rzeczy i poszłam do domu. Aż tak zdesperowana nie byłam, ale do dziś jestem pod wrażeniem, że naprawdę znana firma ubezpieczeniowa proponuje pracę na czarno w podłych warunkach...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (120)

#85275

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam z pracy rowerem. Jechałam pasem dla rowerów, wytyczonym po prawej stronie jezdni. Po jakimś czasie pas rowerowy zanika, ale za kilkadziesiąt metrów pojawia się ścieżka rowerowa przy chodniku, po lewej stronie ulicy.

Postanowiłam, że jak tylko przejadą samochody z naprzeciwka, skręcę i zjadę na ścieżkę. Niestety nie zdążyłam. Gdy tylko minęło mnie ostatnie auto z przeciwka, uniosłam lewą rękę, sygnalizując chęć skrętu i w tym momencie zostałam w nią uderzona przez dostawczaka, który już teraz, natychmiast musiał mnie wyprzedzić. Nie wiem, co miał w głowie kierowca, na pewno nie przepis, mówiący o zachowaniu minimum metra odstępu przy wyprzedzaniu roweru.

Nic poważnego mi się nie stało, ale zastanawiam się ile centymetrów brakowało, żebym została potrącona - w końcu nawet nie wyciągnęłam ręki prostopadle, a nawet jeśli, moje ramię na pewno nie jest metrowej długości.
A mówią, że myślenie nie boli...

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (138)

#85252

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiły się historie o nieodbierających telefonu rejestratorkach. Mnie spotkała nieco inna sytuacja.

Dzwoniłam do przychodni, sprawiającej wrażenie, jakby jeszcze nie otrząsnęła się z poprzedniej epoki. Gdy w końcu ktoś odebrał, gdzieś w połowie mojego "Dzień dobry" usłyszałam "ZARAZ!" i stuk odkładanej na biurko słuchawki.

Przez następne kilka minut słyszałam cały proces rejestrowania kolejnych osób. Imiona, nazwiska, pesele, czasem nawet adres się trafił, wszystko wykrzykiwane donośnym tonem przez rejestratorkę.

RODO? A co to takiego?

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (169)

#84472

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii o dokarmianiu...

Moja praca znajduje się w specyficznym miejscu, gdzie kończy się centrum miasta, a zaczyna osiedle, w dodatku zamieszkałe głównie przez emerytów. Mimo gęstej zabudowy i niewielkiej ilości zieleni, gołębi jest zatrzęsienie, przez mieszkańców właśnie.

Codziennie rano, na niewielkim trawniku obok ruchliwego skrzyżowania, starszy pan lub pani (nie wiem, czy się znają, ale działają na zmianę) wysypuje pełną reklamówkę suchych kromek lub ziarna. Plus opakowanie po lodach pełne wody. Ptactwo momentalnie się zlatuje, a że - przypominam - akcja rozgrywa się przy ruchliwym skrzyżowaniu - dla wielu z nich jest to ostatni posiłek.

Okna i parapety pobliskich bloków i lokali są non stop zafajdane. Mimo kolców zabezpieczających, gołębie, które właśnie zaczynają okres lęgowy, usiłują zakładać gniazda między kolcami. Czasem udaje im się nawet znieść i wysiedzieć jajka. Pisklęta niestety najczęściej nabijają się na kolce, gdy tylko zaczną wychodzić z gniazda.

Nie mamy już pomysłów, co robić, zwłaszcza, że administracja wychodzi z założenia, że jak sobie pościelesz tak się wyśpisz i plaga gołębi to sprawa mieszkańców. Ja cieszę się, że tylko tu pracuję, a nie mieszkam, a moje okna są zakratowane, co uniemożliwia tym latającym szczurom gniazdowanie na parapetach...

gołębie

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (103)