Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Sandacz

Zamieszcza historie od: 4 października 2017 - 11:31
Ostatnio: 15 listopada 2019 - 11:52
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 575
  • Komentarzy: 2
  • Punktów za komentarze: 9
 

#85559

(PW) ·
| Do ulubionych
Na naszej uliczce domów jednorodzinnych od pół roku mamy nowych sąsiadów - małżeństwo emerytów. Osobiście nie miałem z nimi dotychczas żadnego kontaktu poza „dzień dobry”, ale od innych sąsiadów słyszałem, że są bardzo wścibscy i wiele rzeczy im przeszkadza, a to kosiarka, a to szczekanie psów, czy nawet dym z grilla.

Aby wyjaśnić opisaną poniżej sytuację, muszę zacząć od tego, że mój starszy syn 2 lata temu zaczął trenować brazylijskie jiu-jitsu. Na początku myślałem, że to tylko słomiany zapał, ale ku mojemu zadowoleniu chłopak uległ fascynacji tą sztuką walki. Poza treningami w klubie, ostro ćwiczy także w domu. Postanowiłem więc zrobić mu praktyczny prezent, w postaci manekina treningowego. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że taki manekin dokładnie odwzorowuje kształt ludzkiej sylwetki. Ma głowę, korpus, ręce, nogi i służy do ćwiczeń różnych technik brazylijskiego jiu-jitsu, judo lub zapasów. Manekina zamówiłem przez internet w tajemnicy przed synem i okazało się, że wolałby inny model. Odesłałem więc tego manekina i zamówiłem nowy, zgodny z oczekiwaniami syna. Nowy manekin został dostarczony do mnie dziś. Ponieważ nikogo nie było w domu, po telefonie od kuriera poprosiłem o przerzucenie manekina przez furtkę na teren mojej posesji, co też kurier uczynił. Dodam, że manekiny nie zostały wysłane w tekturowych pudłach, tylko po prostu owinięte grubą czarną folią.

Po około 2 godzinach od rozmowy z kurierem, odebrałem telefon od mojej żony. Dowiedziałem się, że do domu wróciła 20 minut wcześniej i zastała przed nim patrol Policji. Patrol został wezwany przez wspomnianych na wstępie nowych sąsiadów. Oświadczyli oni m.in., że:
- jestem członkiem mafii,
- zajmuję się w tej mafii ukrywaniem ciał zabitych członków innych gangów,
- te ciała przywożone są do mnie regularnie i dla niepoznaki w biały dzień,
- ciała zakopuję nad rzeką, skąd często wracam po nocach,
- można mnie złapać na gorącym uczynku, gdyż właśnie teraz jedno ciało leży na mojej posesji.

Dodam, że policjanci nakazali mojej żonie rozpakowanie manekina…

P.S. Z tymi powrotami nocą znad rzeki to akurat prawda…jestem wędkarzem…

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (211)

#81054

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwielbiam jazdę na rowerze. Lubię też dość często zmieniać posiadane rowery na nowsze modele i to niezależnie od tego, że stary ma się bardzo dobrze i mógłby mi z powodzeniem jeszcze długo służyć. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat „zaopatrzyłem” w rowery (wliczając w to rowery moich dorastających w tym czasie synów) sporą część rodziny i kilku znajomych. Wiosną zeszłego roku udało mi się okazyjnie kupić na wyprzedaży nowego górala, a tym samym do upłynnienia został mi mój stary góral. Stary - znaczy dwuletni, firmy na „S”, w pełni sprawny, konserwowany, z dobrym osprzętem, noszący wprawdzie ślady użytkowania, ale będący w stanie bardzo dobrym.

Wpadłem na pomysł, że tym rowerem obdaruję ubogie rodziny mieszkające na końcu mojej ulicy. Są to dwie rodziny, żyjące pod jednym dachem w zrujnowanym domu. Siostry, ich mężowie (dalej: „Mały” i „Duży”) oraz szesnaścioro dzieciaków. Bieda aż piszczy (program 500+ to troszkę poprawił), choć na alkohol i fajki pieniądze zawsze i tak były. Otóż rodziny te posiadały wówczas jeden stary, zardzewiały rower, który służył Małemu lub Dużemu do jeżdżenia po zakupy. Dzieci na nim nie jeździły. Pomyślałem zatem, że mój rower mógłby posłużyć choć najstarszym dzieciakom z tej gromadki.

Małego i Dużego zastałem w miejscu ich stałego pobytu tzn. pod sklepem, sączących piwo. Zreferowałem sprawę, podkreślając że nie chcę za rower nawet małego piwa. Obiecali, że jak będą wracali ze sklepu to rower zabiorą (wracając do siebie muszą przejść obok mojego domu). Niestety nie doczekałem się ich ani tego dnia, ani przez kolejne dwa miesiące, choć w trakcie „spotkań” pod sklepem ciągle przypominałem o odbiorze roweru.

W końcu dopadłem Dużego przechodzącego obok mojego domu i niemal siłą zaciągnąłem po rower. I tu się zaczęło… A dlaczego lampek nie ma? Amortyzator tylko z przodu? Dlaczego dzwonka nie ma? Bez błotników to chlapać będzie! Słabo napompowany, jak on dojedzie do domu? A skończyło się tak, że… Duży musi z Małym porozmawiać i się zastanowią!

Dialog słyszała moja żona i ostro się zdenerwowała. Następnego dnia rozpuściła wici wśród znajomych w pracy, a dwa dni później rower miał już nowego właściciela. Oczywiście nie muszę dodawać, że Mały z Dużym do tematu roweru już nie wrócili.

O całej sprawie zapomniałem. W lecie tego roku, kilkoro młodszych dzieciaków z ww. rodzin zaczęło szaleć po naszej ulicy na rowerach. Aż oczy przecierałem ze zdumienia. Podobno gmina rozpoczęła jakiś program kontrolowania wydatków z 500+, stąd te rowery. Niezależnie od tego co spowodowało pojawienie się rowerów u tych dzieciaków, to te rowery jak sądzę były przyczyną dalej opisywanych wydarzeń.

Leniwe letnie, sobotnie popołudnie. Siedzę sobie na tarasie i słyszę dzwonek. Patrzę, a przy furtce stoi jeden z dzieciaków sąsiadów. Malec, stwierdza że przyszedł po rower. W pierwszej chwili nie wiem o co chodzi. Dzieciak wyjaśnia, że tata mówił, że mam dla nich rower! W lekkim szoku wyjaśniam, że a i owszem miałem w zeszłym roku, ale ani Duży, ani Mały nie chcieli go zabrać, więc oddałem go znajomemu. Dzieciak ponownie stwierdza, że wysłano go po rower i on chce rower. Tłumaczę więc jeszcze raz, że roweru nie ma i wracam do domu.

Dwadzieścia minut później ponownie słyszę dzwonek. Tym razem pod furtką stoi żona Dużego i na powitanie słyszę „dawaj rower złodzieju!!!”. Kobieta jest pijana, ale że to kobieta, spokojnie i grzecznie tłumaczę „historię roweru”. W odpowiedzi dostaję wiązankę k…, ch…, sk… i innych. Stwierdzam, że rozmowa nie ma żadnego sensu i wracam do domu. Sąsiadka drze się jeszcze przez kilka minut pod furtką, a potem zapada błoga cisza.

Dwadzieścia minut później…kolejny dzwonek, a pod furtką stoją Mały i Duży. Jestem wściekły i przygotowany na ewentualną konfrontację nie tylko słowną. O dziwo obydwaj – pomimo znacznego stopnia upojenia alkoholowego – zachowują się przyjaźnie. Mało tego! Duży przeprasza za zachowanie żony! Raz jeszcze tego dnia przypominam „historię roweru” i stwierdzam, że teraz żadnego roweru do oddania nie posiadam. Mały stwierdza:
- Sandacz nie ma sprawy! Ty fajny chłop jesteś! Postawisz litra i będziemy kwita…

PS. 1. Litra nie postawiłem. :-)
PS. 2. Uprzedzając ewentualne pytania o to dlaczego sam im tego roweru nie odprowadziłem do domu, skoro mieszkamy na tej samej ulicy? W tego typu przypadkach, jeśli komuś oferuję za darmo określoną wartościową rzecz, nie przewiduję w pakiecie także usługi jej doręczenia. Chcesz? To sobie weź, ja przynosić ci nie będę!

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (192)

#80274

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka informacji tytułem wstępu. Mam kolegę Witka (imię zmienione). Witek jest miłym, wykształconym i bardzo zamożnym rolnikiem. Aparycja Witka jest taka, że… od razu widać, iż pochodzi ze wsi. Ma tego świadomość i nawet lubi sobie zażartować, że jemu nawet smoking nie pomoże. Witek jest też miłośnikiem samochodów, a konkretnie dwóch marek, produkowanych przez naszych zachodnich sąsiadów. Nawet samochody dostawcze w jego gospodarstwie są produkcji niemieckiej. O innych niż niemieckie autach Witek zawsze wypowiadał się z lekkim lekceważeniem.

Z Witkiem nie widzieliśmy się szmat czasu, więc kiedy do mnie zatelefonował, że będzie w moich okolicach, od razu zaprosiłem go na kawę. Ku mojemu totalnemu zaskoczeniu, Witek przyjechał do mnie nowym samochodem marki innej niż niemiecka. Oczywiście zapytałem go o ten samochód. I tu przechodzimy do opowieści Witka.

Witek podjął decyzję o zakupie nowego samochodu. Poszperał w internecie i wytypował sobie modele, oczywiście dwóch ukochanych niemieckich marek, i postanowił udać się do salonu, aby je obejrzeć. Witek mieszka niedaleko dużego miasta, gdzie kupował swoje dotychczasowe samochody, ale tym razem postanowił pojechać dalej, do jeszcze większego miasta. Stało się tak za sprawą jego żony, która uznała, że skoro Witek kupuje samochód, to jej też się coś od życia należy, a konkretnie wizyta w dużym centrum handlowym, zlokalizowanym niedaleko salonów z samochodami. Tu warto dodać, że miejsce, do którego wybrał się Witek, jest na odcinku kilku kilometrów wręcz zastawione salonami samochodowymi różnych marek.

W pierwszym salonie wizyta Witka trwała ok. 25 minut. Przez ten czas pracownicy salonu „zgrabnie” unikali obsługi Witka i jego próśb o zaprezentowanie mu upatrzonego modelu auta. „Za chwilę kolega podejdzie” usłyszał z pięć razy. Uprzedzając ewentualne pytania, w salonie nie było tabunu klientów…

W drugim salonie było inaczej, ale nie lepiej. Tu Witkowi udało się „złapać” pracownika i uzyskać jakieś tam informacje o modelu, którym był zainteresowany, ale na prośbę o otwarcie samochodu usłyszał: „Po co? Pooglądać pan chce? Przecież widzę, że pana nie stać na to auto!”.

Witkowi pozostały więc zakupy z żoną, w trakcie których jak sam powiedział, zdołał się uspokoić. Kiedy wracali już do domu, przejeżdżali obok kolejnego salonu samochodowego i żona poprosiła, żeby się tam zatrzymali. W tym salonie zostali potraktowani jak klienci, a nie natręci i w tym salonie zostawili 180 000 zł, tudzież wyjechali z niego nowym samochodem…

Na zakończenie, Witek opowiedział mi dowcip.
- Sandacz, wiesz dlaczego Karyny zaczęły lecieć na rolników?
- Nie wiem.
- Bo się dowiedziały, że ciągnik jest droższy od mercedesa! No i widzisz Sandacz, Karyny już wiedzą, a gogusie z salonu nie...

sklepy

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (223)

1