Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#80036

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odnośnie historii http://piekielni.pl/80028.

Jechałam tramwajem, miejsca zajęte, więc przycupnęłam na schodach w taki sposób, by nie przeszkadzać nikomu. Obok mnie siedziała matka z dzieckiem w spacerówce.
Wsiadła starsza kobieta. Począkowo myślałam, że to babcia dziecka, jakaś ciotka czy chociaż znajoma matki, ale z rozmowy wynikało, że panie się nie znają. Myślałam tak, bo babcia co rusz, to potrząśnie rączką dziecka, a to pogłaszcze po stópce. Dzieciak uśmiechnął się- babcia już z łapami by go podnieść i mocuje się ( był zapięty w pasy), i przytula.
Matka nic.

Nie wiem jak dla was, ale jakby mi obca baba zaczęła obmacywać dziecko, tym bardziej brać je na ręce bez mojego pozwolenia, to bym ją momentalnie sprowadziła do parteru.
Nie wiem też, dlaczego obcy ludzie roszczą sobie prawo do dotykania, zaczepiania CUDZYCH dzieci bądź zwierząt.
Raz, że dziecko jest uczone braku kontroli nad własnym ciałem- skoro każdy obcy może je potarmosić. A potem pewnie " pocałuj ciocię, przytul wujka ( czy tego chcesz, czy nie)".
Dwa, że dziecko nauczone takiej ufności, puszczone kiedyś na plac zabaw, nie będzie widziało nic złego w pójściu z panem opowiadającym o małych kotkach w piwnicy- bo nie zostało nauczone granic.
Podobnie jak straszenie- "ta pani cię weźmie", "zostawię cię tutaj i sobie pójdę"- i powodzenia potem z oddaniem potomstwa do przedszkola...

dzieci obcy ludzie zaczepianie

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (122)
poczekalnia

#80035

(PW) ·
| było | Do ulubionych
A wrzucę taką krótką piekielność w związku z historią 79913, a raczej komentarzami do niej.
Wielu z Was wyraziło wówczas swoją niechęć do ekspedientek narzucających się i skaczących wokół klienta z ciągłym "Podać coś?", "Doradzić może?", "Już się pani zdecydowała?" itp itd. Mnie też to irytuje, aczkolwiek wiem, że kobiety (albo czasem i faceci, żeby nie być niesprawiedliwym dżenderowo ;) ) robią to, co mają po prostu w standardach, nie wiedząc przy tym, kto akurat może być tym osławionym tajemniczym klientem. Trochę głupie standardy, jak na mój gust, ale takie są.
Po części zrozumiałam, z czego wynikają, gdy sama zaczęłam pracować w markecie.
Otóż, sama nie lubiąc ani jako klient ani jako ekspedientka, pięciokrotnego napraszania się zazwyczaj przeprowadzam taki dialog:
Ja: Dzień dobry, coś Panu/i podać?
Klient: Nie, ja się muszę chwilę zastanowić.
Ja: Proszę bardzo, jak coś będzie trzeba, proszę powiedzieć albo zapytać, z chęcią doradzę, a tymczasem tu sobie będę wykładać mięso
Klient: Oczywiście.

I myślicie, że jak wygląda dalszy ciąg? Logiczne chyba, że gdy klient się zdecyduje (albo chce zapytać), to mówi: "Już się zdecydowałem, można?" czy coś w ten deseń.
Otóż badań statystycznych nie robiłam, ale na moje oko robi tak co piąty, co czwarty klient.
Co robi reszta?
Jakaś połowa stoi. I stoi. I patrzy się wściekle. I chrząka. Jeśli widzę, że klient ewidentnie już się zdecydował, to wiadomo, że podchodzę. Niestety nie zawsze widzę, bo np. kroję kości, więc stoję tyłem, bo tam mam maszynę do kosci. Zazwyczaj taki klient nie odezwie się, choćbym go miała na tej pile pokroić. Czeka, aż ja znów go zaczepię z pytaniem: "No, to już się pan zdecydował?" I wtedy jest: NO OCZYWIŚCIE, ILE MAM JESZCZE STAĆ?!
A co z resztą, jakąś jedną piątą? Po raptem minucie stania wyjeżdżają z awanturą: NO ILE MAM TU JESZCZE CZEKAĆ! PANI TU POWINNA STAĆ PRZY MNIE I PILNOWAĆ, CZY JA SIĘ ZDECYDOWAŁEM JUŻ CZY NIE?! PRZECIEŻ JA NIE JESTEM OD TEGO, ŻEBY PANIĄ WOŁAĆ, PANI TU JEST OD TEGO JAK D8PA OD SRANIA (cytat dosłowny z jednego z klientów ;) ), ŻEBY STAĆ I PATRZEĆ, CZY JA JUŻ WIEM, CO CHCĘ, CZY NIE! JA SKARGĘ NAPISZĘ!
Tak więc, wiecie. Podziękujcie innym klientom za pytanie się sto razy o to samo ;)

ekspedientki; sklepy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (103)
poczekalnia

#80033

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o piekielnej urzędniczce, przypomniała mi sytuację, jak z mamą składałyśmy wnioski o alimenty z MOPS.

Generalnie sprawa zawsze wyglądała tak że prócz wniosku zawsze trzeba było mieć tonę papierów, kser itp. Wymagane było, aby dostarczyć zaświadczenie od komornika, że egzekucja jest nieskuteczna i za każdym razem odpis wyroku alimentacyjnego, coś w tym tonie. Ja miałam sprawę u innego komornika, siostry u innego. I o ile ten drugi nie robił problemów, o tyle pierwszy stwierdził że mają umowę z MOPS o tym, że mają sobie te wyroki wyciągać z archiwum, bo oni nie będą co rok wydawać, bo wyrok się nie zmienia, o ile rodzic nie podniósł/obniżył alimentów.
Uzbrojone w tą wiedzę oraz stos papierów idziemy na pewniaka składać wnioski. A tam zonk. Trafiłyśmy do wstrętnej starej baby która stwierdziła że tak łatwo nie będzie. Oczywiście doczepiła się do braku wyroku od komornika. Tłumaczymy, że komornik powiedział że nie, że mają w archiwum te wyroki itp itd. Baba że nie, wyrok musi być, koniec kropka. Cóż idziemy do komornika, prosić o wydanie tego świstka. Pamiętam że miałyśmy albo oryginał tego wyroku przy sobie, albo wydaną kopię z zeszłego roku. Cóż, komornik w zaparte, nie wydają i koniec. Wybłagałyśmy żeby nam chociaż przystawiły pieczątkę, że zgodne z oryginałem bo nam prukwa nie przyjmie. Udało się, powrót, z modlitwą na ustach żeby jej ta pieczątka wystarczyła. Babsko pokręciło nosem, ale świstek przyjęła. Ale ale, kolejny problem. Bo mama ma inne nazwisko a ja mam inne, widziała wyrok rozwodowy więc pyta o co chodzi. Mama tłumaczy, że po rozwodzie wróciła do panieńskiego nazwiska, u mnie nie wiedziała że może, to zostałam z nazwiskiem po ojcu. Babsko więc mówi, że potrzebne zaświadczenie z USC o zmianie nazwiska. Oczy nam prawie wypadły z oczodołów, bo jak matuala składała te wnioski od przeszło 10-ciu lat, tak zaświadczenie nie było nigdy potrzebne. Chyba już nie miała się do czego doczepić, to szukała dziury w całym. Straciłyśmy pół dnia na coś, co powinno zając góra pół godziny. I to nie my jedne miałyśmy problemy akurat z tą urzędniczką. Dawała się we znaki wszystkim które do niej trafiły. Ot, taka upierdliwa się trafiła.

urzędniczka

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (77)
poczekalnia

#80028

~WedrowiecDoSwitu ·
| było | Do ulubionych
Rozumiem, że małe zwierzaki są uważane za wyjątkowo urocze, ale nawet na rękach właściciela nie stają się własnością publiczną.
Dwadzieścia minut w komunikacji miejskiej i od razu: zachwycająca się starsza kobieta musiała opowiedzieć o swoich zwierzakach i pomiętosić (głaskaniem tego nie nazwę) mojego (bez pytania o zgodę oraz zwracania uwagi na fakt, że przerażony zwierzak od niej ucieka), madka z dzieckiem (madka od razu z łapami, dzieciak też chce), a na koniec jakaś laska, która szła w przeciwnym kierunku, ale i tak uznała za konieczne zaczepianie zwierzaka.
Jedynie jakąś małą dziewczynkę wspominam miło - też zobaczyła sierścia, ale ograniczyła się do "o, jaki słodki! Jak ma na imię? Mamo, też kiedyś będę takiego mieć.".

komunikacja_miejska

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (84)
poczekalnia

#80029

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wczorajszy wieczór. Wracam zmęczona z pracy, w południe sprawdzałam - wypłata już jest na koncie, więc pewna siebie idę do sklepu.

Zrobiłam małe zakupy i idę do kasy.
"Transakcja odrzucona", "Transakcja odrzucona", "Transakcja odrzucona".Trochę się zawstydziłam, zostawiłam zakupy i wyszłam.
Sprawdzam w bankomacie "transakcja odrzucona".

Ponieważ doświadczenie w pracy na infolinii mam, dzwonię do banku. Pan zweryfikował mnie na sto sposobów, już wiemy, że ja to ja.
I co wiemy?
Że transakcja odrzucona, bo brak środków na koncie. Przecież sprawdzałam i mam środki.
[K] - niestety, nie mam dostępu do pani rachunku bankowego, musi pani to wyjaśnić w swoim oddziale banku. Pieniądze nie zostały zaksięgowane.

Nie wiem czy mogły nie zostać zaksięgowane, kiedy ja już przez Internet sprawdziłam, że kasa jest.
Bank był czynny do 15:30... Dziś rano już działało.

Reklamację złożę, tym razem chciałam zrobić tylko zakupy na kolację, ale czasem są pilniejsze sprawy i nie wyobrażam sobie nie mieć dostępu do swoich pieniędzy.

bank spółdzielczy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (88)
poczekalnia

#80026

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dojazdy do pracy z kolegami rownież moga generować piekielne sytuacje.

Imię nie zostało zmienione, ponieważ idealnie pokazuje, że Janusz z imienia to janusz życiowy.

Jeździmy naprzemian jeden tydzień Ja i jeden tydzień Janusz. Gdyby w moim tygodniu jazdy wypadł mi urlop to jedzie Janusz ale za to przez kolejne 2 tygodnie jadę Ja i odwrotnie. Przynajmniej tak to miało wyglądać w praktyce. Jednak ostatnio poznałem nową zasadę, którą się ten gnom kieruje:

1. Gdy Janusz wziął urlop na tydzień w którym przypada jazda moim samochodem to mam obowiązek jechać kolejny tydzień także, ponieważ Janusz nie był wożony przez tamten tydzień i go nie uznaje.

Gdy sytuacja była odwrotna kiedy to ja miałem wolne kiedy On prowadził to spokojnie zaczynałem swój Tydzień jazdy po jego tygodniu i problemu nie było.

2. Janusz prowadzi swój specjalny kalendarzyk (do wglądu własnego), kto kiedy prowadził samochód i dziwnym trafem zawsze mam deficyt przejechanych dni.

W końcu miarka się przebrała


Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie

koledzy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (98)
poczekalnia

#80002

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Aż musiałem założyć konto, gdyż w odniesieniu do jednej historii z wykorzystywaniem pracownika, to sam tego doświadczyłem.
Zaraz po studiach, w branży spożywczej zatrudniłem się w jedynym dość małym zakładzie w mojej okolicy. Ogólnie kierownik laboratorium czyli rób co szef każe. Było to w połowie lat 90tych ubiegłego wieku. Pensja niska, ale przy bezrobociu w mojej okolicy było to spełnienie marzeń.
W każdym razie przepisy się zmieniały, no i właściciel chciał mieć jak on to nazywał "Zertifikaty". I pojawił się szkopuł, bo aby taki zakład uzyskał musiał mieć pracownika takiego jak ja, czyli, albo mój kierunek studiów, lub 3 letnie doświadczenie na moim stanowisku i kurs specjalizujący ( około 12.000 zł).
Poszedłem z ta wiedzą do pracodawcy, a ten jak zaczął...
W każdym razie ma gdzieś moją prośbę, ON ma już chętnych na moje miejsce za te same pieniądze.
Cóż wiedziałem, że w zakładzie około 90km dalej szukają na to samo stanowisko to podziękowałem.
Kasa była 7 słownie siedem razy większa.
A mój były zakładzik szukał pracownika z uprawnieniami, ale niestety dawał powiedzmy 1000zł jak normalne firmy dawały 5000zł.

firmy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (87)
poczekalnia

#80021

~Bubu ·
| było | Do ulubionych
A propos grosika reszty i niedoboru personelu w supermarketach.

Polo Market. Chciałam kupić sok za 2,49. Miałam 2 zł w jednym krążku i 49 żółtych krążków. Jedna kasa otwarta. Kolejka na jakieś 10 osób. Spoko, nie spieszy mi się. Jestem przy kasie, pani pika: 2,49 poproszę. Proszę, odpowiadam i zsypuję z dłoni bilon.
Pani: ja mam to liczyć? gigantyczne oburzenie wyrażone głosem i gestem, pani wskazała na siebie palcem.
Ja: nie, pani może mi zatańczyć i zaśpiewać, a do liczenia może zawołać koleżankę.
Pani: czy pani nie widzi jakie są kolejki? Ludzie się denerwują, a pani płaci czymś takim.
Ja: ja płacę pieniędzmi, a problemy kadrowe sklepu mnie nie interesują.
Nie doczekałam aż doliczy, w nosie mam pultające się bez powodu baby (chłopów też).

Polo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (127)
poczekalnia

#80025

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak niektórzy z was wiedzą całkiem niedawno zmieniłam status z "młoda, ładna i do wzięcia" na "zaobrączkowana". Razem z Małżem doszliśmy do wniosku że tradycyjnie nazwisko zmienię na Jego, swojego nie zostawiam, dwuczłonowe do niczego nie jest mi potrzebne, w końcu sławna nie jestem, a przy dużej rodzinie ma kto przekazać nazwisko dalej. Zupełnie mi to nie przeszkadza tym bardziej że za swoim panieńskim nigdy nie przepadałam i nie było to wcale przykre pożegnanie.
Po tym wielkim dniu nadszedł czas na wycieczkę do urzędu gdzie oczywiście musiałam trafić na Piekielną Babę.
Uzbrojeni w wypełniony wniosek podchodzimy razem z Małżem do okienka (bardzo chciał iść ze mną, chyba chciał dopilnować tej zmiany nazwiska) i tu zaczyna się robić ciekawie. PB-Piekielna Baba, J- ja


PB- Po co przychodzi?

*Widzę że formułowanie pełnych zdań jest dla tej pani problemem, więc nie będę się rozwijać, jeszcze jej styki spali.*

J- Wyrobić nowy dowód osobisty.
PB- A po co jej? Stary się nie podoba?

*Że co?*

J- Nie. Zmiana nazwiska była to trzeba zmienić.
PB- A po co zmieniała? Z jakiej racji?

*Tu mnie już zatkało. Ton, głupie i chamsko sformułowane pytania zupełnie mnie zaskoczyły.*

J- Wyszła za mąż to zmieniła.
PB- No i po co ślub brała? Potrzebne wam to? Trzeba było zostać przy panieńskim to nie trzeba by było nic wymieniać.


Dalsze procedury przeszły w tym samym tonie. Marudziła dosłownie o wszystko. Ton opryskliwy, ruchy jak mucha w smole (po każdym oczywiście duży *SIORB* kawy), pytania zadawane jakbym jej co najmniej matkę gazetą zabiła. Najwyraźniej przerwałam starej babie jedzenie ciasteczek o co była zła.
Jak się niestety ostatecznie dowiedzieliśmy brakowało w bazie wrzuconego aktu w związku z czym musieliśmy odbyć dwie takie wycieczki (na szczęście przy drugiej już Piekielnej Baby nie spotkaliśmy).
Zmarnowaliśmy 20 minut przy samym okienku na wysłuchiwaniu jej głupich odzywek.
Małża tak mi zatkało przy tych jej tekstach że "ślub brać to bez sensu", zmiana nazwiska to już wgl moja fanaberia że nie wiedział chyba gdzie ma otwór gębowy by go otworzyć. Muszę przyznać że mimo tego iż jestem bardzo pyskata o czym najbliżsi przekonują się na każdym kroku tak i mnie zatkało.
Po wyjściu stwierdziliśmy z Małżem tylko jedno. Baba chyba chciała zostać przyjęta do pracy w dziekanacie ale nawet tam jej poziom chamstwa był zbyt wysoki więc dostała się do urzędu gdzie jak widać praca jej się nie podoba.

Dlaczego dopiero teraz o tym piszę? Bo wczoraj mój dowód osobisty zmienił status na "Gotowy do odebrania", więc czeka mnie kolejna, już trzecia wycieczka do urzędu. Mam tylko nadzieję że nie spotkam przy okienku tej gburowatej baby bo tym razem już mnie nie zaskoczy.

Edit:
Dodając dla tych których tak bardzo razi określenie "Małż" bądź go nie rozumieją. Nie jest to określenie prześmiewcze ani nie jest to też żaden skrót. Jest to określenie humorystyczne na które Luby się zgodził i Jego także bawi. Jest to dla nas coś jak zaobrączkowana wersja "Miśków", "Pyśków" czy innych "Koteczków". Jak komuś się takie określenie nie podoba to trudno, jedynie tej osoby problem.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (111)
poczekalnia

#80024

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sądziłam, że historie o Januszach są przesadzone. Sądziłam, że kupując konia nie spotkam aż tyle piekielności.

Ale od początku. Mam konika, staruszek robi już właściwie za kosiarkę do trawy. Do tej pory jeździłam sobie też na takim końskim dzieciaku, ale dzieciak nam ładnie wyrósł i przyszło się rozstać. No więc pora na operację "znaleźć nowego konia".

Wymagania naprawdę nie z kosmosu. Ma być zdrowy, przede wszystkim. Oprócz tego ma być zdolny, bo to dla mnie inwestycja. No i koń typowo dla kobiety, czyli raczej drobniejszy, bo ja mam 160 w kapeluszu i ciężko mi takiego końskiego "karka" jeździć. Przedział wiekowy 3-6 lat. Oto co znalazłam.

1. Bardzo fajny 5-cio latek. Trochę ponad budżet, ale cena i tak dość niska, jak na taką klasę konia. Opisany mniej więcej jako "Chętnie skaczący, z dobrymi prognozami na przyszłość. Skacze wszystko, nie boi się." Koń prawie 400km ode mnie, więc żeby nie jechać na próżno uruchamiam kontakty i co się dowiaduję od kolegi? Otóż on konia zna, pół roku temu koń miał wypadek na przeszkodzie i od tamtej pory boi się nawet drąga na ziemi, dlatego sprzedają. Podziękowałam.

2. Koń 6 lat, tym razem kobyłka. W ogloszeniu same zdjęcia, filmu brak. Rzut beretem ode mnie, więc umawiam się i jadę. Przyjeżdżam na miejsce i widze, że koń już osiodłany i ktoś na nim jeździ. Koń cały mokry i z dość ostrym kiełznem w pysku. Zapala się czerwona lampka. Podchodzę i wywiązuje się dialog:
[ja]:Dzień dobry, ja przyjechałam tego konia oglądać.
[jeździec]:I chce pani pewnie wsiąść?
[ja]:No tak.
[jeździec]:I gdzie się chce pani zatrzymać, na płocie, czy w rowie?
W tym momencie przybiega właściciel konia. Zaczyna wychwalać, jaki to spokojny i pewny koń. Po czym każe facetowi, który na niej siedział pojeździć dookoła i pokazać mi konia. Koń na próbę ruszenia zaczyna się wspinać i prawie przewraca na plecy.

3. Wałaszek 3 letni "wstępnie zajeżdżony". Dla mnie to magiczne pojęcie oznacza, że na konia można wsiąść, jest chociaż trochę gazu i hamulca. Ale dla innych oznacza to konia wyglądającego jak przerośnięty źrebak, który boi się człowieka a przy próbie siodłania odwala roedo niczym Mustang z Dzikiej Doliny. Również podziękowałam.

4. I wreszcie wydawało się, że znalazłam tego jedynego. Wałaszek 6 lat, super się jeździło. No to robimy badania. Właściciel mocno odradzał, że po co badania, że widać , że zdrowy. Byłam nieugięta. Okazało się, że koń po kontuzji. Jest szansa 50/50, że w ciągu następnych 5 lat nie zostanie on inwalidą. Powiedziałam o tym właścicielowi i zostałam zwyzywana od góry do dołu. Podziękowałam

Konia ostatecznie przywiozłam z kraju tulipanów i zielska. Profesjonalnie, szybko, grzecznie i bez krętactwa. Niestety ma zagraniczne papiery, co też przysporzyło mi sporo piekielności, ale to już inna historia.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (111)