Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#89058

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
A tak jakoś ... na bazie historii o wyśmiewaniu dzieci, które nie znają znaczenia pewnych słów...

Moja mama ma sporo starszego od niej brata. Siłą rzeczy dzieci jej brata a mojego wujka są sporo starsze ode mnie - około 10-12 lat. Teraz - jak jesteśmy wszyscy starymi końmi - nie ma to już takiego znaczenia ale w dzieciństwie, owszem, miało.

Wujek ma trójkę dzieci - najstarszego syna Maćka, starszego ode mnie o 12 lat i dwie córki - starsze odpowiednio o lat 11 i 10.

Wujek wżenił się w gospodarstwo na wsi mieszczącej się niedaleko od miasta, w którym mieszkali dziadkowie i - do pewnego czasu - on sam. Mieszkają tam też do tej pory moi rodzice no i ja (już ze swoją rodziną). Wakacje spędzaliśmy wówczas na ogół tak, że wyjeżdżaliśmy gdzieś na wczasy, na ile urlopy rodziców pozwalały, a potem byłam wysyłana na miesiąc do wujka na wieś.

Gdy zdarzyła się się opisana sytuacja, syn wujka miał lat 20. Zatem dla mnie - wówczas 8-letniej - był dorosłym mężczyzną. Ponadto Maciek był bardzo opiekuńczy, bawił się ze mną, pokazywał wieś, zwierzęta, tłumaczył co, jak i dlaczego. Naprawdę miałam do niego zaufanie.

Głupia historia ale skoro minęło ponad 40 lat a wciąż to pamiętam, to musiało nieźle mną tąpnąć..

Maciek zabawił się kosztem głupiego dziecka głupim dowcipem. Pewnego dnia oznajmił mi, że "człowiek, który się smuci to smutas. Wobec tego, jak nazywa się człowiek, który się kłóci?"

Odpowiedź się rymuje.

Maciek powtarzał swój dowcip ze mną w roli głównej, która gorliwie odpowiadałam, jak się nazywa człowiek, który się kłóci, przed wszystkimi sąsiadami i reszta miejscowości. Wszyscy pękali ze śmiechu a ja wciąż nie potrafiłam (bo i skąd) zrozumieć, co takiego śmiesznego mówię.

Znaczenie powtarzanego gorliwie przeze mnie słowa wyjaśniła mi dopiero mama, która przyjechała odebrać mnie od wujka.

Moje zaufanie do brata legło w gruzach.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (65)
poczekalnia

#89042

przez ~PKK ·
| było | Do ulubionych
Jakichś siedmiu debili jechało A4 na Katowice z prędkością około 110 km/h. Pytacie się co w tym złego? Przecież jeśli nikogo nie blokują to mogą... No i tu jest cały dowcip, oni jechali środkowym i lewym(!), pasem. Tak się wlekli, że wszyscy wyprzedzali ich prawym pasem, kilku kierowców próbowało przyśpieszyć te zgraje; trąbili i migali im światłami, ale nic to nie dało. Jaśniepaństwo, władcy szos, ciągle wlekli się sto dziesięć po "szybkich" pasach A-czwórki...

drogi

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (70)
poczekalnia

#89041

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Zrobiłem testy na Popularnego Wirusa. Na drugi dzień telefon.
"Panie Fahren, mógłby pan przyjść znowu? Wysłaliśmy próbkę nie tam, gdzie trzeba"

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (71)
poczekalnia

#89030

przez ~Prith ·
| było | Do ulubionych
Piekielności szpitalnych ciąg dalszy. Tym razem Kamieńska (Wrocław).
W sobotę wieczorem doznałam silnych bóli brzucha i wymiotów, dzwonię po karetkę. Na SOR trafiłam po trzech godzinach (większość spędziłam w karetce stojącej pod szpitalem, miotając się i jęcząc z bólu, czekając na zwolnienie się miejsca).

Numer 1: musiałam dwie godziny dopraszać się o cokolwiek przeciwbólowego. Nospa i Pyralgina na mój organizm nie działają. Po chyba trzech prośbach w końcu dali mi kroplówkę.

Numer 2: w niedzielę rano miałam mieć konsultację z urologiem (wcześniej miałam USG i wyszło podejrzenie kamicy nerkowej). Miał być podobno od ósmej. O dziewiątej rzucili mnie na korytarz i kazali czekać, aż mnie wywoła. Siedziałam tam do chyba trzynastej, aż w końcu ktoś się zorientował, że dalej leżę na tych ławkach. Zabrali mnie z powrotem do łóżka, mówiąc, że ten urolog tak właściwie najpierw musi ogarnąć "swoje" piętro i dopiero potem schodzi do nas. Około czternastej się pojawił, ale w pierwszej kolejności była dziewczyna z 5 lat młodsza (za dwa tygodnie kończę 21 lat). Około piętnastej powiedzieli, że jednak nie ma co czekać na tego urologa, a że nie jest ze mną źle (wciąż czułam ból i lekkie nudności) to dostanę skierowanie i wypis.

Numer 3: nie masz rodziny? Licz na siebie lub łaskę sąsiada. W moim przypadku o tyle pół biedy, że koło trzynastej mój chłopak przyniósł mi plecak z rzeczami, o które prosiłam. Mój sąsiad z łóżka obok nie miał tyle szczęścia. Nie mógł liczyć na kogoś z zewnątrz. Gdybym nie podzieliła się z nim swoim chlebem, to pewnie by padł z głodu. Ja może też, gdyby nie chłopak.

Numer 4: ciąg dalszy numeru 2, czyli wypis. O piętnastej dali mi skierowanie i powiedzieli, że w ciągu pół godziny dostanę wypis. Dogadałam się z teściem (który, swoją drogą, musiał jechać aż z Bielan), że mnie odbierze i odstawi do domu. W skrócie mówiąc, do dwudziestej tego wypisu się NIE doczekałam, mimo tego, że co chwilę się upominałam i niemal cały czas tylko leżałam na ławkach. Teść na szczęście zatrzymał się u starszego syna, ale i tak czekał trzy godziny na sygnał ode mnie. Przy okazji co lekarz to inna informacja (np. dowiedziałam się, że czeka mnie jeszcze jednak konsultacja z chirurgiem, a potem że jednak nie bo chodziło o te młodszą dziewczynkę, z którą ciągle mnie mylili, bo nie wyglądam na swój wiek). Tłumaczenie, że od dawna teść czeka na odebranie mnie i że powinnam być w pracy (pracuję zdalnie, w niedzielę wieczorem dostaję zlecenie i muszę jak najszybciej zrobić, a tym razem trafiło się duże nagranie na parę dni roboty), nic nie dawało. Musiałam cały czas czekać na korytarzu, aż z nerwów dostałam drgawek (źle reaguję na stresujące i nieprzewidziane sytuacje, mam Aspergera) a potem po prostu wybiegłam ze szpitala i zamówiłam Ubera. Mój chłopak ma zamiar napisać maila z prośbą o wysłanie wypisu elektronicznie, bo ja jestem po prostu wycieńczona fizycznie i psychicznie. Nie mogłam odebrać wypisu jutro, bo "na spokojnie, zaraz dostaniesz". Zresztą co, jeśli mieszkałabym dalej, niż 5 km od szpitala lub miała w poniedziałek rano zajęcia na uczelni? Nie posiadam auta i zdaję się wyłącznie na komunikację miejską (która i tak byle jak tam jeździ z mojego osiedla), poza tym w moim obecnym stanie próba wyjścia z domu chyba równałaby się chęciom samobójczym. I gdybym tam pojechała dzisiaj, to nie zdziwiłabym się, gdybym znowu czekała godzinami. Tylko tym razem wzięłabym laptop i słuchawki, by pracować i nie marnować czasu.

Szpital

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (77)
poczekalnia

#89020

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Kto nie był nigdy na SOR-ze, ten nie może dostać się do raju. Musiałam zawieźć członka rodziny na sor, bo dostał skierowanie na oddział chirurgii od lekarza rodzinnego. Rzecz się działa w tym samym wspaniałym mieście powiatowym, co i historia z urzędem pracy, chyba taki klimat.

SOR kojarzy się z tłumem ludzi w różnym stanie ,,technicznym". Mieliśmy szczęście, bo za pierwszym, jak i za drugim podejściem było tylko  kilka osób oczekujących.

Podejście 1
Podchodzę do rejestracji ok. godziny 8:00. Podaję wypełnioną ankietę covidową z dopisanym numerem e-skierowania, pani rejestratorka (nazywana przez współpracownice sekretarką) przyjmuje papier i zamyka okienko. I siedzimy sobie tak z godzinę. Aż przychodzi jakaś pani i pyta rejestratorkę, czy oddział chirurgii jest otwarty, bo ona ma planowe przyjęcie, ale ktoś jej powiedział, że chirurgia zamknięta. (wtf?!)

Pani sekretarka odpowiada, że dzwoni tam od 7:00 i nikt nie odbiera. Więc ona nic nie wie. Ciekawe rozwiązanie, żeby SOR nie wiedział takich podstawowych rzeczy... Pacjent, którego przywiozłam stwierdził, że nie ma sensu czekać, więc zabrałam ankietę i wyszliśmy. Z dolegliwością musiał jakoś wytrzymać. Tego samego dnia na stronie lokalnego portalu informacyjnego pojawiła się informacja, że kilka oddziałów zostało zamkniętych. Życie...

Minął jeden dzień. Ponieważ stan pacjenta się nie poprawiał zadzwoniłam do szpitala w sąsiednim powiecie. Tam niestety oddział chirurgii zamieniono na covidowy, ale polecali szpital w ich sąsiednim powiecie, czyli jeszcze dalej. W zasadzie z ciekawości zadzwoniłam na ten zamknięty i okazało się, że eureka działa. Był już późny wieczór, ale co było robić, jedziemy, bo boli.

Podejście 2
Wypełniłam nową ankietę, podałam w rejestracji. Pani mówi, że czemu dopiero dzisiaj, skoro skierowanie wystawione wczoraj. Mówię, że oddział był zamknięty, a ona, że wczoraj wieczorem otworzyli. Miałam to chyba w gwiazdach wyczytać... Tym razem oczekiwanie nie trwało długo, ruch nieduży, pacjent wszedł na sor po 20 min. Ale tam czekał kolejną godzinę na lekarza, bo tamten robił operację. Tu pauza w mojej historii, cdn.

W tzw. międzyczasie w poczekalni pojawiła trzyosobowa rodzina - rodzice z córką, na oko 16-17 lat. Dziewczyna zapłakana, miałam wrażenie, że ma problem z oczami, ale nie wiem dokładnie.
Podali papier, za kilkanaście minut weszła na sor. Po jakimś czasie dziewczyna dzwoni z otchłani szpitala, że gdzieś jej kazali iść, wskazówki typu: pani zjedzie winą, w prawo, w lewo. Dziewczyna nie wyglądała na jakiś ciężki stan, jedyne, co było widoczne, to roztrzęsienie i płacz. Nie jestem lekarzem, więc nie wiem czy była w stanie to zapamiętać i trafić.
Weszła sama, bo miała skończone 18 lat. Matka podeszła do rejestracji z pytaniem czemu nikt jej córki nie zaprowadził do gabinetu, tylko kazali samemu trafić. Pani rejestratorka twierdziła, że na pewno ktoś zaprowadził. W trakcie słownej przepychanki przy okienku zza drzwi wyłoniła się sama zainteresowana i kłótnia rozgorzała jeszcze bardziej, matka żądała wskazania osoby, która niby zaprowadziła, przy okazji pomstując, że tak traktują matkę 2-miesięcznego niemowlaka (ale tego chyba w skierowaniu nie było...). Dziewczyna chciała wyjść, ale matka nie dawała za wygraną.
Ciąg dalszy następuje. Nie było mi dane obserwować tej scenki rodzajowej do końca, bo pacjent, którego przywiozłam wyszedł. Wiele mu nie pomogli. Dowiedział się tyle, ile sam już wiedział.

Była tam jeszcze jedna pani, która kilka razy powtórzyła w rozmowie z rejestratorką, że tamta jest bardzo niemiła. I w sumie trudno stwierdzić, kto jest bardziej piekielny, pacjenci czy obsługa szpitala, bo jedni i drudzy bardzo się starali zasłużyć na to miano.

Szpitalny Oddział Ratunkowy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (63)
poczekalnia

#89016

przez ~kimjajestem ·
| było | Do ulubionych
Dla mnie sytuacja bardzo piekielna, choć wiem, że przez wielu mogę zostać wyśmiana.

Ogólnie jestem osobą dość samotną. Stosunki z rodziną mam nie najlepsze, praca wiążę się z częstymi przeprowadzkami, więc ciężko było znaleźć mi znajomych, o prawdziwych przyjaciołach czy partnerze nie wspominając.

Kilka lat temu, gdy mieszkałam w Holandii poznałam Agnieszkę. Agnieszka podobnie jak ja często się przeprowadzała, w jej wypadku była to jednak kwestia wyboru, sama śmiała się, że nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca. Po jakimś czasie rozjechałyśmy się po świecie, ale od tego czasu byłyśmy w ciągłym kontakcie telefonicznym i odwiedzałyśmy się sporadycznie.

Agnieszka po prostu stała się moją najlepszą przyjaciółką. Dzieliłyśmy się troskami i radościami, często gadałyśmy o naszych miłosnych sprawach. Mijały lata, a dla mnie znajomość z Agnieszką była jedynym stałym punktem w życiu - faceci, miejsca zamieszkania, znajomi zmieniali się, ale Agnieszka zawsze była.

Rok temu przeprowadziłam się do Hiszpanii. Nie ukrywam, bardzo mi się tu podoba. Nie ukrywam też, że od jakiegoś czasu na poważnie myślę o stabilizacji. I tu właśnie poznałam Adama, Polaka mieszkającego tu od wielu lat. W końcu poczułam, że to może być to - miejsce, czas, odpowiedni mężczyzna.

Z Adamem docieraliśmy się dość burzliwie - on też długo był sam, często sprzeczaliśmy się o głupoty. Agnieszka wiedziała o tych kłótniach, służyła radą i wsparciem. Nie zawsze korzystałam z jej rad, ponieważ większość z nich sprowadzała się do tego, że powinnam sobie tą znajomość odpuścić. Zawsze jednak była cierpliwym słuchaczem, za co byłam jej wdzięczna. Jednak ja również zawsze traktowałam ją w ten sam sposób. Nawet gdy o dziwnych porach dzwoniła, że znów zakończyła swój on-off związek z byłym-obecnym-niedoszłym facetem, z którym z przerwami spotykała się od kilku lat. Czasem brakowało mi już cierpliwości, ale byłam, słuchałam, dawałam się wypłakać, pocieszałam.

Kilka miesięcy temu moja znajomość z Agnieszką poszła się bujać. Do tej pory nie potrafię sobie wytłumaczyć tego co się stało. Zaliczyłam kłótnię z Adamem. Taką, po której autentycznie zastanawiałam się nad zerwaniem. W rozmowie z Agnieszką wspomniałam o tym, jak zwykle. Agnieszka pocieszyła, wsparła - jak zwykle. Kilka dni później pogodziliśmy się z Adamem i Agnieszka i o tym się dowiedziała ode mnie.

I tu przeżyłam szok życia. Agnieszka wydarła się na mnie, że ma mnie dość, że zasypuję ją swoimi problemami, jestem rozchwiana emocjonalnie, bredzę, okłamuję ją, manipuluję, wkręcam w swoje chore gierki. Powiedziała wprost, że kończy znajomość ze mną, bo jestem toksyczna, robię jej wodę z mózgu i ma dość niańczenia mnie, bo jestem nieprzystosowana do dorosłego życia. Potem napisała mi jeszcze kilka naprawdę okropnych wiadomości, w których wyzywała mnie od najgorszych, biła na oślep wyciągając wszystkie brudy, o których opowiadałam jej w ciągu kilku lat. Na koniec oświadczyła, że kasuje mój numer i zablokowała na wszystkich social mediach.

Możecie się śmiać - ale ja po tym wszystkim czułam się dosłownie osierocona. Czułam pustkę, żal, ale przede wszystkim kompletnie nie rozumiałam tego. Do dziś nie rozumiem. Nigdy nie sądziłam, że można tak cierpieć przez przyjaciółkę.

przyjazn

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (86)
poczekalnia

#89011

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Było tu tyle historii o telemarketerach i o tajemniczych telefonach.
Na tyle to poważne, że zajęło się tym nawet TVN24 w programie ,,Czarno na białym'' dostępnym w TVN24 GO.

Bardzo polecam i to nie jest reklama. Po prostu informuję by się
z tym zapoznać. Wg autora tego reportażu do nas dzwonią BOTY, AUTOMATY. By zweryfikować najlepiej zadać pytanie o działanie matematyczne ale nie ,,Ile to jest 2*2?'' bo już na to mają odpowiedź gotową ale np. ,,3*4'', ,,4+5''itp.

Naprawdę polecam ten reportaż o ile ktoś ma dostęp do TVN24 GO.Z niego można się naprawdę dużo dowiedzieć i o metodach wyłudzania naszych danych i jak się przed tym ustrzec.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (68)
poczekalnia

#89005

przez ~PKK ·
| było | Do ulubionych
Jeśli chcesz zjechać z ronda na drugim zjeździe, to poruszając się pasem zewnętrznym, migacz uruchamiasz:

A) Przed pierwszym zjazdem.

B) Przed drugim zjazdem.

Z nieznanych mi przyczyn, bardzo wielu kierowców, a w szczególności kobiet w małych autach (nie mam nic do kobiet, to tylko obserwacja), wybiera opcje "A". No a ja, człowiek ufny bądź jak kto woli, głupi. Raz po raz cudem muszę ostro hamować, by uniknąć skasowania takiego maluszka wielkości jednej trzeciej (no dobra, drugiej), mojego auta...

drogi

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (53)
poczekalnia

#88988

przez ~Biznesisbiznes ·
| było | Do ulubionych
W odpowiedzi do historii 88983, która z kolei była odpowiedzią na moją historię:
Poraża mnie skala egocentryzmu autorki. Według niej całe społeczeństwo ma być czujne i odpowiadać za czyjś introwertyzm.
Wytykanie mi braku zrozumienia jest śmieszne, ale z drugiej strony czego spodziewać się po kobiecie, która uważa, że stojący przed nią w kolejce mają oczy z tyłu głowy?
Nigdzie też nie napisałam, że znoszę dobrze ciążę. Jedynymi stwierdzeniami tego typu, było to, że nie zawsze muszę prosić o ustąpienie miejsca. Może wynika to też z tego, że jeśli nie czuję się na siłach, to nie robię dramatu i nie idę do sklepu podpierając się na łokciach, za wszelką cenę.
Krótka wzmianka odnośnie do komentarzy pod moim tekstem- dziękuję za troskę, w autobusie siadam, bo mogę pozwolić sobie na korzystanie z komunikacji poza godzinami szczytu, także maluchowi nic nie grozi. Ale, ale! Jednocześnie zaznaczę, że byłabym pierwszą osobą, która pomogłaby komuś w większej potrzebie ze znalezieniem miejsca. Z TYM, ŻE NIE ZAWSZE TĘ POTRZEBĘ WIDAĆ I O TYM BYŁ MÓJ POST.
A tak na marginesie- autorko 88983, moja historia była odpowiedzią na taką, która mignęła mi w poczekalni i była o wiele gorzej napisana niż Twoja ;) ale właśnie tym, że wzięłaś sobie do serca moje słowa, potwierdziłaś starą prawdę, że należy uderzyć w stół, w nożyce się odezwą.

Piekielni

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (83)
poczekalnia

#88987

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dużo historii o ciążach, to tez dorzucę coś o ciężarówkach

Jadę wysokim busem, ładunek taki, że środek ciężkości też dość wysoko, jak to ostatnio wiało - wszyscy wiemy. No to żeby mieć jakąś kontrolę nad autem, cisnę autostradą 80-85kmh. Co robią ciężarówki? Długie, trąby, zajeżdżanie pod zderzak "żebym odskoczył".

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (81)