Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85049

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Poznań, niedziela godziny popołudniowe. Ku przestrodze Poznaniaków i turystów.

Pojechałam sobie rowerem Wartostradą, aż do jej formalnego końca. Wtedy asfalt zmienia się w betonowo-prlowsko kostkową dróżkę. Zatrzymuję się mniej więcej na wysokości POSIRu-tylko nad samą rzeką.
Siadam, odpoczywam chwilę, a potem patrzę na drugi brzeg.
Widzę tam mężczyznę nagiego od pasa w górę. Tak przynajmniej z początku myślałam, bo resztę zasłaniały krzaki, a jako że upał był duży (około 33*C), to nie zdziwił mnie ten widok.
Popatrzyłam sobie w telefon, wypiłam trochę wody i ponownie patrzę na drugi brzeg, gdzie mężczyzna przesunął się w taki sposób, że widzę, że jest on nagi, choć krzaki trochę go zasłaniają.

I chociaż do pruderyjnych osób nie należę, widok mnie zniechęcił. Zaczęłam się zbierać. Zauważyłam, że mężczyzna mnie obserwuje, a jego ręce były skierowane w stronę krocza-nie będąc pewna co sobie robi, szybko wsiadłam na rower i wtedy zaczął do mnie wołać:
-KTÓRA GODZINA, NIECH MI PANI POWIE KTÓRA GODZINA!
Tylko po to, abym zapewne się na niego spojrzała. Ja jednak wsiadłam na rower i odjechałam.

Zgłosiłam sprawę do SM, poprosiłam o patrole tamtego rejonu lub skierowanie sprawy na policję-czekam na odpowiedź do dzisiaj.

nudysta

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (65)
poczekalnia

#85048

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytam, i czytam..

bezrobocie, płaca minimalna, w głowie się poprzewracało, 500+, brak wymagań to brak szans na samodzielne utrzymanie, startujący na rynku powinni być wdzięczni za szanse..

Pracuje 10 lat na państwowym stołku (jst jak to komuś to coś mówi) - pensja do ręki 1800 z groszami.. odpowiedzialność w zakresie i umowie jest: społeczna (plus też jestem obywatelem!) i majątkowa, bo jednak ode mnie zależy czy pieczątka będzie czy nie
ale
swoją pracę lubię, a dzięki zrządzeniu losu mąż ma dobrze płatną pracę w prywatnej korpo więc utrzymać się dajemy radę, choć o dziecku na razie nie mam co myśleć. Czy mam pretensje za 5xkaczorka -tak. Ja swoje wypracowałam szkoły, kursy, szkolenia, godziny prywatne spędzone nad KP, KPA, KN.
.. a dziś przychodzi mi xy i wymaga takiej pensji jak moja – ma prawo - bo za niższą nie opłaca się ( i poopieram w pond 100%!). A zakres obowiązków: podlać kwiaty na rabatach, być na obiekcie, raz na dwa miesiące skosić trawę (łąki kwietne) i raz w tygodniu postać ze szlauchem nawodnić podwórze.

Boli. Tak po prostu.
Więc szukam pracy: teraz i dziś – jak się nadarzy będę korposzczurkiem. Będę miała w nosie sprawy obywateli, choć od 10 lat starałam się być pomocą- tą ludzką twarzą urzędu – to już mam dość: pretensje, wymagania, oczekiwania że nieba uchylę, a że każdy ma więcej ode mnie..
Jako urzędnik też chcę żyć!

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (132)
poczekalnia

#85047

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Powiedzcie mi jedno.
Ile według Was powinien zarabiać człowiek z wykształceniem podstawowym, bez żadnych uprawnień? I dlaczego nie minimalną?
Ile według Was powinien zarabiać lekarz rezydent, nauczyciel stażysta i kontraktowy? I dlaczego nie troszkę więcej niż minimalną?
Dlaczego człowiek, którzy w życiu niczego się nie nauczył, wyciąga łapę bardziej niż inni? Bo zasiłki go tak wytresowały, że z Waszych podatków chleje, a do roboty iść mu się nie chce? Wielkie oburzenie na januszy biznesu, że mają czelność proponować trzeźwemu pracownikowi najniższą stawkę. To nie janusz biznesu ich okrada. To ci pseudo-pracownicy okradają Was. Bo to z Waszych podatków idą pieniądze na ich zasiłki i dlatego tyłka im się ruszyć nie chce za stawkę, którą dostają z naszych pieniędzy za darmo. Owszem, zdarzają się tacy janusze, którzy pracownikowi wykwalifikowanemu dają 2450 i każą się całować po rękach, jednakże nie o nich tu mowa.
Było wczoraj ogłoszenie dla sprzątaczki klatek schodowych, gdzie wymagane było zamiecenie 3 klatek 4-piętrowego bloku 2 razy w tygodniu, umycie raz na 2 tygodnie i umycie okien raz na pół roku. Za 600 zł netto. I także oburzenie, bo za taką stawkę nie sposób wyżyć. Czy na prawdę ludzie to idioci nie potrafiący czytać? Ktoś chce pracownika na max. 2 godziny w tygodniu, bez ograniczeń czasowych, że praca musi być wykonana w określonych godzinach. Z założenia jest to więc praca dodatkowa. Ale sterta cioć dobra rada widzi tylko 600, klapki na oczach się zamykają, zero kontaktu z rzeczywistością. Okrada nas! Za 600 zł nie będę! A miałaby na waciki i jeszcze na tipsy by wystarczyło... Woli tipsy zrobić z pińsetplusa.

Skomentuj (87) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (120)
poczekalnia

#85045

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Albo bardzo podpadłam sąsiadce, albo jest ona po prostu osobą mocno niezrównoważoną umysłowo (delikatnie rzecz ujmując).

https://piekielni.pl/84882

Nie wiem, jak u was, ale u mnie dzisiaj padało. Akurat wracałam z pracy, akurat miałam parasol - nie cierpię nosić tego ustrojstwa, ale czasem się przydaje, tak jak dzisiaj. Parasol po deszczu zazwyczaj bywa mokry, a nawet wręcz ociekający wodą, więc zostawiłam go rozłożony na klatce schodowej do wyschnięcia. Mój przedpokój ma niestety rozmiary wręcz mikroskopijne (ogólnie jest mały, a ja uparłam się wcisnąć tam jeszcze szafę, żeby nie zagracać ani mojego, ani Młodej pokoju), najkrócej można go scharakteryzować tak - jedna osoba bez problemów zdejmie tak kurtkę i buty, dwie już robią tłok, trzy się po prostu nie mieszczą...

Więc parasol wylądował przed drzwiami. Naprawdę TUŻ przed moimi drzwiami, żeby nie przeszkadzał na tej klatce schodowej, i naprawdę dosłownie na pół godzinki, żeby tylko zdążył wyschnąć. Nic z tego, sąsiadka zdążyła.

Puk, puk, puk! Podchodzę, otwieram, za drzwiami parasol, za nim sąsiadka.

- Pani tu parasol zostawiła!

- Dzień dobry. Tak, zostawiłam. Mokry jest.

- On przeszkadza, klatka schodowa jest wspólna!

- Komu przeszkadza???

Tu króciutkie wyjaśnienie - mieszkam na dziesiątym piętrze, owszem, drzwi mam koło schodów, ale schodami tak wysoko już nikt nie chodzi. Poza tym parasol był naprawdę tuż przed moimi drzwiami i gdyby którykolwiek z sąsiadów z mojego piętra miał fantazję pokonać tę wysokość bez pomocy windy, to nieszczęsny parasol by mu w tym nie przeszkodził.

- No wszystkim!

- Proszę pani, parasol jest rozłożony przed samymi moimi drzwiami, prawie że na wycieraczce, przeszkadzać może tylko i wyłącznie osobom, które chciałyby do mnie wejść. Nikomu innemu.

- O, no właśnie! Ja teraz chciałam do pani wejść i ten parasol mi przeszkadzał!

- Aha... a po co chciała pani do mnie wejść?

- No jak to, przecież mówię cały czas, chciałam powiedzieć, że ten parasol przeszkadza! On nie może tu być!

Zgłupiałam. Większość zwojów mózgowych, wzięta z zaskoczenia, przestała działać, pozostałe głośno popiskiwały, że szanowna pani sąsiadka właśnie robi sobie "panią lekkich obyczajów" z logiki.. Zazwyczaj nie mam problemów z tego typu sytuacjami, cięte riposty przychodzą mi bez problemów (czasem potem żałuję...), ale tym razem przegrałam. Nic mi nie przyszło do głowy, więc zabrałam parasol (wysechł już) i zamknęłam drzwi.

Sąsiadka vs ja - 1/1.

blok_mieszkalny

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (96)
poczekalnia

#85039

~mesh ·
| było | Do ulubionych
Kilka słów na temat trendu, popularnego w ostatnich latach. Mianowicie trendu "bez sensu zatrudniać pracownika, wrzucimy ogłoszenie na portal konkurencyjności i będziemy wybierać w ofertach jak ulęgałkach, będzie taniej, będzie pięknie". W to mi graj, zlecenia poza działalnością główną stanowią znaczny udział mojej (i współpracowników) pracy.

Generalnie zleceniodawcy dzielą się na tych, którym zależy i którym absolutnie nie zależy. Klient, który angażuje się choćby minimalnie w proces jest zadowolony zawsze. Od ponad dekady nie było ani jednego wyjątku. Jak Ci zależy, to typowa procedura pozamerytoryczna wygląda mniej-więcej tak: rozstrzygnięcie oferty -> doprecyzowanie wymagań (czytaj: na czym tak naprawdę nam zależy) -> weryfikacja dostarczonego produktu -> mały tuning (bo skoro wymagania były doprecyzowane, rozbieżności albo nie ma wcale, albo są kosmetyczne).

I tu dochodzimy do przykładów klientów, którym nie zależy.

Scenariusz 1.

Idzie oferta. Cisza. Nawet braku potwierdzenia otrzymania. Ostatecznie przetarg unieważniony. Z doświadczenia wiemy, że budżet na to zadania jest wyższy, niż oferta - chyba, że u potencjalnego klienta ktoś totalnie odpłynął. Co niczego nie zmienia - poniżej określonej marży nie robimy, bo to się kończy jak przy autostradach, falą bankructw. Czyli w praktyce za tydzień ogłoszenie pojawi się znowu. Pojawia się. Składamy to samo z ceną wyższą o kilka procent (zabawa w kotka i myszkę kosztuje czas, często trzeba ponownie poświadczać dokumenty, czas zarezerwowany na realizację może przełożyć się na odpuszczenie innego zlecenia). Niedoszły klient dzwoni z pretensjami, że jak więcej, skoro on spodziewał się mniej. Cóż, nasza oferta jest taka, a nie inna - kolejna też będzie wyższa. Zawsze można wybrać konkurencję, w końcu kryteria są jasne. Gwoli wyjaśnienia: bardzo często klienci wielokrotnie wystawiają to samo, bo oferent typu trzeciego za każdym razem obniża wartość oferty. Jakiego typu trzeciego, zapytacie? W mocno specjalistycznych zadaniach są z grubsza trzy typy ofert: realne, z ceną totalnie z kosmosu (a nuż są zdesperowani i się uda), i "my wam to zrobimy choćby poniżej kosztów". To skoro poniżej kosztów, to czemu nie za darmo? Efekt końcowy - jak nie ma oferentów typu trzeciego robimy my o te kilka % więcej. Jak są, często też robimy my - w kolejnej rundzie po rozwiązaniu totalnie nierealnej umowy z oferentem typu trzeciego.

Scenariusz 2.

"Przetarg" rozstrzygnięty. Opis zadania na jeden akapit, pasuje do niego (zmieniając zupełnie istotę zamówienia i dziedzinę, aby łatwiej zobrazować) i kajak, i Pancernik Potiomkin. Telefon do firmy, "wszystko jest w opisie zadania". Nie ma ryzyka, kajaki są tanie, startujemy, wygrywamy. Czas rozstrzygnięcia - 3 miesiące. Typowe zapytanie o kilka dość istotnych rzeczy, od razu. Cisza. Ponowienie zapytania za tydzień. Cisza. Kolejne. Kolejne. Mija miesiąc, czas robić, aby się wyrobić. Ok, oficjalny mail z tym, jak problemowe kwestie są przez nas interpretowane, i jak zostaną rozstrzygnięte. Z adnotacją, że traktujemy brak odpowiedzi oficjalnie wyznaczonym kanałem komunikacji jako akceptację i potem nie przyjmujemy zmian parametrów. Naturalnie, cisza. Kajaka robić nie będziemy, bo robiliśmy tego typu zleceń na pęczki, dodatkowo często występujemy po drugiej stronie barykady, więc w sumie wiemy, że chodzi o mały jacht. Tak też zrobimy (mimo, iż można było dostarczyć kajak, spełnić słabo postawione wymagania, skasować pieniądze i potem wklejać tylko w odpowiedzi opis zadania, jak nastąpią lamenty). Po kolejnym miesiącu efekt trafia do klienta, następuje miesiąc ciszy. I nagle zapomniany kanał komunikacji zaczyna funkcjonować w czasie rzeczywistym. "Nie podpiszemy protokołu odbioru, bo my myśleliśmy, że koło ratunkowe będzie w kolorze różowym". Nie, nie będzie. Są określone normy w tym zakresie. "A może zrobicie z tego luksusowy cruiser"? Chętnie, aneks do umowy, cena taka i taka. "A to nie, to może jednak samolot". Nie, startowaliśmy w przetargu na jacht. "No nie wiem, są tacy, co ten samolot robią". Owszem, są ludzie, którzy nie szanują swojego czasu i czasu innych - o oferentach typu trzeciego już było. Ale akurat kojarzymy zwycięzców innych zadań, ludzie standardowi, sprawni i z tych realistycznych, na pewno nie oni. Mija miesiąc. "To kiedy będzie"? Ano już było, czekamy na oficjalny protokoł odbioru z uwagami lub bez, na etapie dostarczenia nie jesteśmy zainteresowani niczym, co nie wynika z oryginalnego opisu lub późniejszych (w tym przypadku nieistniejących) uzgodnień. Kolejny miesiąc ciszy. Ok, skoro nie są Państwo zainteresowani przyjęciem efektu zlecenia, to może inaczej - nie będziemy robić Państwu problemu, mamy możliwości zagospodarowania tego produktu dalej. Zatem nie będziemy Państwa pozywać mimo w 100% spełnionych warunków umowy, nie będziemy też startować w Państwa późniejszych przetargach, po prostu nie dojdzie do przeniesienia autorskich praw majątkowych. Dostarczonego produktu nie będą Państwo naturalnie mogli używać ani w całości ani części, proszę na bieżąco podesłać odstąpienie od umowy zgodnie z paragrafem, który umożliwia odstąpienie bez kar przy akceptacji drugiej strony. My to podpiszemy. Momentalnie przychodzi protokół odbioru. Znów, gwoli wyjaśnienia: klient już dawno "nieoficjalnie" z produktu korzysta, a najczęściej zlecenie jest w ramach projektu unijnego, więc dla nich najgorszy możliwy scenariusz to brak rozliczenia w ogóle.

Scenariusz 3.

Rozstrzygnięcie przetargu. Standardowe zapytanie. Odpowiedź: a to wszystko jedno, byle szybko. Ok, są dwie opcje. Albo całość przetargu jest tak zrobiona, że to zadanie jest potrzebne tylko do pokazania, że coś się formalnie zrobiło, a prawdziwa wartość i koszty zamówienia leżą zupełnie gdzie indziej. Bywa. Gorzej, że często bywa, bo ktoś w ogóle nie pomyślał i "tak wyszło". Opcja druga: jakiś Kowalski się naprzykrza, czegoś chce, do zarządu pisze, dla świętego spokoju to robimy. Ok, macie jakiś kontakt do Kowalskiego? Wychodzi, że Kowalski koniecznie od 3 lat potrzebuje wiosła, bo ma tylko jedno, ale zrobili mu z tego przetarg na jacht.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (77)
poczekalnia

#85042

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O przedstawicielu mistrzów intelektu, którzy na zgubę społeczeństwa są również rodzicami.

Wybrałam się do kina na nowego Króla Lwa w wersji z napisami, zakładając, że będzie mniej lub nawet w ogóle dzieci w wieku poniżej 8 lat(film oczywiście też dostępny w wersji z dubbingiem).
Siedzę, oglądam, wzruszam się itd.(w końcu to ukochany film z dzieciństwa). Niestety dużą przyjemność z oglądania odebrał mi siedzący bezpośrednio za mną "tateł", który postanowił do kina na film z napisami zabrać synka, który był w takim wieku, że jeszcze nie potrafił czytać. Więc pan inteligentny inaczej przez cały seans czytał chłopcu te napisy. Owszem, szeptem bo szeptem, ale cóż, ja mam bardzo dobry słuch, do tego wyczulona jestem na dźwięki, które nie są standardowe dla danej sytuacji. Zwróciłam mu uwagę, że do kina przychodzi się oglądać film, a nie czytać dziecku napisy i czy mógłby zamilknąć, bo mi przeszkadza w oglądaniu i dodałam, że jak dziecko nie umie czytać to trzeba było iść na wersję z dubbingiem(film świeżo na ekranach, więc nie ma problemu z dostępnością, jeśli chodzi o godzinę seansu), to stwierdził, że jestem chamska. Aha, no jakoś to przeżyję, przynajmniej już do końca filmu miałam w miarę spokój.
Dalej nie rozumiem tylko jaką przyjemność miało mieć dziecko z oglądania filmu w takich warunkach? Mam tylko nadzieję, że chłopiec ucząc się jak zachowywać w kinie i innych miejscach publicznych nie będzie wzorował się tylko na swoim "mądrym" tatusiu.

Kino ojciec tateł napisy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (85)
poczekalnia

#85041

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może piekielność mała, ale dla mnie uciążliwa. Oceńcie sami.

Wybrałam się z synem na weekendową wycieczkę do pięknej podlaskiej miejscowości. Noclegi zamówiliśmy sobie w małym pensjonacie. Miejsce jak najbardziej spełniało nasze oczekiwania: wygodny pokój z łazienką, na parterze, tuż obok dobrze wyposażona kuchnia i salonik. W pokoju spędzaliśmy tylko wieczory i noce, całe dnie zwiedzaliśmy. Chodziło w zasadzie tylko o to, żeby dobrze wypocząć przed kolejnym dniem. No właśnie….

W piątek wieczorem poszliśmy spać dość późno, a w sobotę tuż przed 7.00 obudził mnie spory hałas. Jakaś większa grupka pensjonariuszy szykowała się do wyjścia. Stukanie naczyń w kuchni (chociaż dla mnie brzmiało to, jak próba generalna na perkusji), głośne omawiane planu dnia (szczegółowo dowiedziałam się, dokąd wyruszają i ile czasu zajmie pokonanie kolejnych etapów), a następnie radosny wymarsz okraszony solidnym trzaskaniem drzwiami (brzmieli tak dziarsko, że tylko czekałam, jak wyruszą ze śpiewem na ustach).

I żeby nie było: nie jestem świętą krową, nie oczekuję idealnej ciszy, bo jaśnie pani życzy się wyspać. Dla porównania: chwilę po nich wstała para z małym dzieckiem (może też zostali przez dzielnych piechurów obudzeni), też poszli do części wspólnej, ale rozmawiali półgłosem, słyszałam lekkie postukiwanie naczyń, a jak dziecko zaczynało zachowywać się głośno, to szybciutko reagowali. Sen mam dość mocny, gdyby to oni wstali pierwsi, prawdopodobnie nic bym nie słyszała. A nawet jeśli, to z pewnością nie miałabym żadnych pretensji.

Piekielność nie była może wielka, mieliśmy budzik nastawiony na 8.00, więc koniec końców dużo snu nam nie uciekło, ale ta godzinka więcej wobec planów całodziennego zwiedzania na pewno by się przydała.

Dla mnie brak wyobraźni albo szacunku dla innych, albo i jedno i drugie.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (88)
poczekalnia

#85040

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"


1. Autostrada A4, odcinek objęty zakazem wyprzedzania dla ciężarówek. Jechałem tą autostradą na odcinku Wrocław- Legnica z prędkością 85 km/h. Niestety, los bywa złośliwy:) i musiałem zwolnić do 80 km/h, bo jechał przede mną zestaw ADR (przewożący materiały niebezpieczne). Jadę sobie spokojnie za nim, nigdzie mi się nie śpieszy, osobowe wyprzedzają mnie lewym pasem. W końcu mamy zjazd z autostrady. Zauważyłem, że za chwilkę lewy pas będzie pusty. Kiedy to się stało, włączyłem lewy kierunkowskaz i rozpocząłem manewr wyprzedzania rozpędzając się do 85 km/h. Wyprzedzanie potrwało kilkadziesiąt sekund z racji, ze słońce świeciło mi z lewej strony i cień pojazdu doskonale pokazywał, kiedy mogę zjechać na prawy pas. Oczywiście z tyłu zdążyła się ustawić kolejka samochodów osobowych, ale przy zmianie pasa ruchu nikomu nie wymusiłem. Mimo to, znalazł się jeden kierowca, który wyprzedzając mnie okazał swoje niezadowolenie za pomocą klaksonu (manewr zakończony przed kolejnym zakazem).

2. Sytuacja kilkanaście kilometrów dalej. Ponownie musiałem zwolnić do 80 km/h. Tym razem z taką prędkością poruszał się samochód osobowy z przyczepą. Jadę spokojnie za nim i widzę, że zaraz zacznie się zjazd z autostrady. Włączam lewy kierunkowskaz, ale na lewym pasie osobówki. Jednak trafiam na kulturalnego kierowcę, który błyska mi drogowymi, że mnie wpuszcza. Zjechałem na lewy pas (podziękowałem), a z racji, że właśnie był zjazd ze wzniesienia, rozpędziłem pojazd do 90 km/h. Manewr trwał krótko, szybko wróciłem na prawy pas. Auta ponownie zaczęły mnie wyprzedzać lewym pasem, dopóki nie dojechało do mnie Audi. Kierowca wyprzedzając mnie wcisnął klakson, a następnie zjechał na prawy pas i wcisnął hamulec spowalniając mnie do 60 km/h. Wkurzyłem się na niego, ale po chwili się oddalił.


Kierowcy osobówek. Celowo hamowanie przed ciężarówką, to najgorsze, co możecie zrobić. Miejcie świadomość, że jeśli kierowca nie wyhamuje, może to być Wasza ostatnia droga, a jeśli chcecie kogoś uczyć przepisów, upewnijcie się, ze sami je znacie!

A4 zakaz

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (65)
poczekalnia

#85024

~LensNewman999 ·
| było | Do ulubionych
Może to nie było szczególnie piekielne ale musiałam o tym napisać.

Kiedy byłam mała, poszliśmy z moim dziadkiem na spacer po mieście. Był gorący dzień więc kupiliśmy butelkę wody. By wrócić do domu musieliśmy pojechać autobusem. Przed nami siedziała starsza pani. Jechaliśmy i nagle autobus gwałtownie zahamował i upuściłam przez to butelkę. Butelka jeszcze pełna wody poturlała się pod siedzeniami do przodu, do tej starszej pani. Ona zauważyła butelkę, podniosła ją ale nie zapytała się czy ktoś kto za nią siedział czasami nie zgubił butelki tylko schowała ją do torebki i jakby uciekła z autobusu.

Gdy komuś o tym opowiadam to ta osoba zwykle uznaje, że być może ta pani nie miała pieniędzy by kupić sobie wodę i to usprawiedliwia jej zachowanie ale ja jednak myślę, że to całe zajście ma związek ze słynnym powiedzeniem, "okazja czyni złodzieja".

Toruń

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (82)
poczekalnia

#85036

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Do trzech lat pracuję w hurtowni oświetleniowe-elektrycznej. Praca dla mnie w sam raz, gdyż kontakt face-to-face z klientem (taki ze mnie masochista), a i branża, którą uwielbiam. Do dwóch lat współpracuję z pewną Panią Projektant. Współpraca na świetna.

Dlaczego więc piszę? A no pojawiła się kolejna Pani (tfu) projektant. Żebyście zrozumieli w czym rzecz przedstawię szybko schemat działania z projektantką nr. 1. Designerska wysyła do mnie zestawienie lamp do wyceny, które dobrała dla klienta. Są to zazwyczaj co najmniej dwie propozycje na dany punkt oświetleniowy. Robię wycenę, wysyłam do niej, ona do klienta. Następnie przychodzi z rzeczonym do mnie i tu już służę typowo technicznym doradztwem typu "ta lampa da więcej światła". Następnie jest realizacja.


Tyle teorii. Nowa projektantką dziś wpadła i rzecze do mnie:
P: poszukaj mi lampy. Ma mieć takie kijki czarne i frenzelki i wyglądać tak jak ja chce. (no nie dosłownie, ale w tym klimacie)
Ja: OK, rozumiem... Czy może być coś takiego (pokazuję w katalogu)
P: Nie. Nie rozumiesz (ponownie ten sam opis)
Ja: No dobrze, mogę w wolnej chwili czegoś poszukać, ale wyślij mi, proszę na maila przykładowe zdjęcie, rysunek, czy cokolwiek, żebym wiedział czego szukać.
P: No jak w wolnej chwili? Teraz chce.
Ja: W wolnej chwili, czyli nie prędzej jak za dwa dni. Jest koniec miesiąca. Fakturujemy instalatorów, mam otwarte 7 wycen inwestycyjnych i 2 projekty. Po prostu nie da rady szybciej niż za dwa dni.
Foch i wyjście.

I taka refleksja mnie nachodzi: po pierwsze--dlaczego niektórzy myślą że wszyscy są na ich zawołanie i rzucą wszystko, żeby tylko mi dobrze zrobić? Po drugie - dlaczego miałbym robić za kogoś robotę? To nie ja jestem projektantem z wizją. Jeśli chodzi o lampy to smaku za grosz nie mam. Wiem, jaka jest lepsza fotometrycznie, czy jak zakombinować światłem żeby uzyskać dany efekt, ale w projekty wnętrz się pchać nie mam zamiaru.

Mam nadzieję że tekst zrozumiały. Jakby były jakieś nieścisłości do wyjaśnienia - odpowiem w komentarzach.

Praca

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (96)