Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#86737

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie to, żebym miała coś do stomatologów, czy lekarzy. Choć ostatnio czekam na wizytę już ponad 3 tygodnie w miasteczku, w którym mieszkam od niedawna, sama nie wiem, może jakieś fatum mnie prześladuje.
Powód? Zapisałam się na wizytę przez znany chyba wszystkim portal do jednego z nich.
W dniu wizyty dostaję telefon z recepcji. Że muszą anulować wizytę, bo konsultacja- jedyna opcja do wyboru na portalu trwająca 30 minut- to tylko konsultacja online, o czym nie było mowy przy zapisywaniu się, co nawet zresztą później sprawdziłam. Pani recepcjonistka proponuje przełożenie terminu na za tydzień. Nie śpieszy mi się, więc się zgadzam.
Za tydzień- oczywiście znów w dniu wizyty dostaję telefon z gabinetu. Ta sama sądząc po głosie Pani recepcjonistka przepraszając przekłada wizytę bo lekarzowi coś wypadło. Proponuje mi wizytę w innym terminie. Postanawiam zrezygnować i poszukać innego lekarza, na którego nie będę musiała czekać kolejne dwa tygodnie.
Znajduję kolejną stomatolog, zapisuję się online. W dniu wizyty dzwoni do mnie. Mówi, że przekłada ją bo zapisała w tym terminie kogoś innego przez telefon i nie sprawdziła sobie swoich zapisów internetowych. Żadnych przeprosin, nic. Za to prosi mnie żebym tą wizytę na portalu internetowym odwołała bo ona tego zrobić nie może. Tak się złożyło, że miałam wyjątkowe urwanie głowy tego dnia i zapomniałam odwołać wizyty, a po upływie jej czasu było to już niemożliwe.
Na następny dzień dzwonię do pani doktor żeby potwierdzić nowy termin, skoro kalendarz zapisów internetowych jest traktowany po macoszemu. A pani doktor na to, że jak to, że ona mnie prosiła żebym odwołała wizytę, że jak tak można i termin, na który znów się zapisałam oczywiście nie jest dostępny i ona może mnie ewentualnie zapisać na za tydzień.
Podziękowałam, szukam dalej, bo jej ton nie wróżył zbyt miłej atmosfery przy kolejnych wizytach.
Aż się boję co będzie przy kolejnym stomatologu, do którego się zapisałam, tym razem telefonicznie...
Co dziwne, w poprzednim mieście, w którym mieszkałam nie miałam podobnych problemów.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (50)
poczekalnia

#86730

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"

Dziś na cel obieram często spotykaną sytuację, która występuje przy sygnalizatorze S-2, tzw. "zielona strzałka" lub "skręt warunkowy". Kierowcy bardzo często traktują ją po prostu jak zielone światło. Dziś kilka niemiłych sytuacji i wszystkie napotkane w Toruniu.

1. Robiłem kurs ADR podstawowy (przewóz materiałów niebezpiecznych) w jednej szkole w Toruniu (kto zgadnie szkołę po opisie pobliskich dróg?). Kurs się skończył, wsiadłem w swoją toyotę i jadę do domu. Dojeżdżam do skrzyżowania Szosy Chełmińskiej z Czerwoną Drogą i ustawiam się na pasie do jazdy na wprost i lewoskrętu. Prawy pas jest tylko do skrętu w prawo i posiada sygnalizator S-2. Zatrzymuję się, bo świeci się czerwone światło, a dla pojazdów skręcających w prawo zapala się zielona strzałka. 10 osobówek zdążyło na niej przejechać, ale tylko jedna się całkowicie zatrzymała. 2 inne pojazdy lekko zwolniły, reszta potraktowała strzałkę jak zielone światło.

2. Te same skrzyżowanie co w pierwszym punkcie i również jadę prywatnym autem. Tym razem skręcam w prawo na czerwonym z zapaloną strzałką warunkową. Za mną na ogonie jedzie bmw. Dojeżdżam do świateł i zatrzymuję się. Z tyłu słyszę pisk hamulców i klakson. Nic sobie z tego nie robię. Upewniam się, że mogę jechać i skręcam. Rozpędzam auto, kiedy lewym wyprzedza mnie bmw, którego kierowca zajeżdża mi drogę i hamuje do zera, po czym rusza dalej. Trochę mi szkoda, że nie wysiał do mnie, bo w końcu sprawdziłbym działanie gazu pieprzowego.

3. Jadę zestawem z Poznania do Brodnicy. Mam zezwolenie na wjazd do Torunia w godzinach zakazu dla ciężarówek i jadę przez miasto, bo nie opłaca się tego kawałka jechać autostradą. Za nowym mostem (gen. Elżbiety Zawadzkiej) zjeżdżam na rozwidleniu w prawo i zajmuję prawy pas w kierunku Olsztyna. Mam czerwone światło i zapaloną strzałkę warunkową. Zatrzymałem się przed sygnalizatorem i czekam, bo główną ulicą jazdą samochody. Z tyłu słyszę trąbienie. Nadal czekam, aż w końcu zapaliło się zielone światło i ruszyłem. Osobówka za mną od razu zjechała na lewy pas i wyprzedzając mnie jej kierowca użył ponownie klaksonu.

zielona strzałka toruń bmw

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (61)
poczekalnia

#86728

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeglądałem sobie losowe historię i trafiłem na to https://piekielni.pl/81977
Trochę poczytałem komentarze i niestety jest to kolejny przykład braku zrozumienia.

Sam kolarstwo uprawiam od 16 lat. W stopniu amatorskim, czasem pojawiam się na jakichś lokalnych wyścigach czy to szosowych czy XC, w czasach studenckich było ciutkę profesjonalnie, nawet dorobiłem się licencji PZKol./UCI.

Jestem też kierowcą, robie te 30 000 km rocznie.

Niestety Polskie przepisy dotyczące konstruowania dróg rowerowych są totalnie nieprzystosowane do rzeczywistości i bezpieczeństwa. Budowanie ich np. na wspólnym pasie z chodnikiem jest już absurdalne, do tego ogromna ilość wyjazdów z bocznych ulic/posesji. Ale jednak są i powodują że dla 90% rowerzystów jazda tą drogą stanowi zdecydowanie bezpieczniejszą alternatywę niż jazda drogą. Chociażby sam fakt że jak ktoś sobie pyka 10-12km/h a wyprzedza go samochód z prędkością 50km/h to już różnica prędkości jest duża. Dlatego osobiście szlag mnie trafia jak widzę że obok biegnie ładna ścieżka a ktoś sobie pyka powolutku droga blokując ruch.

Jednak wypowiem się o tych 10% dla których drogi rowerowe nie są bezpieczne. Nigdy nie byłem jakimś mega wytrenowanym, walczącym o zwycięstwa zawodnikiem, ale jestem na tyle wyjedzony że trzymam tempo typowego peletonu amatorskich wyścigów szosowych(bez licencji PZKol./UCI) Utrzymanie takiej formy to średnio 10-20 godzin treningów tygodniowo. Ale nawet mniej zaawansowany amator, trenujący po kilka godzin w tygodniu, na dobrej szosie osiąga całkiem duże prędkości. Przykładowo mój 62 letni ojciec, spokojnie ogrania średnie rzędu 26km/h w wyżynnym terenie i po płaskim leci 30km/h. Sam na odcinkach płaskich jadąc w typowym równym tempie trzymam 36-40km/h, na zjazdach wyniki po 70-80km/h nikogo nie powinny dziwić.
Teraz moi drodzy, taka scenka, jest sobie ciąg pieszo-rowerowy, wzdłuż dużego zalewu, gdzie poruszają się setki typowych, weekendowych rowerzystów, pykających sobie spokojnie, rekreacyjnie. Jak wkomponować w ten obrazek np. takiego mnie, ważącego 86kg, jadącego ok 40km/h? Trzeba być skrajnie nieodpowiedzialnym idiotą żeby zdecydować się na trenowanie w takim miejscu. Biorąc pod uwagę że w ciągu 2-3 godzin treningu przejeżdżam 65-100km, zdarza mi się napotkać odcinki z takimi ścieżkami. Świadomie wybieram drogę, zamiast drogi rowerowej, bo cenię sobie bezpieczeństwo swoje własne i tych, którzy wybrali się na spokojną rekreację.
Kolejną kwestią jest właśnie to w jaki sposób kierowcy zachowują się na dojazdach do takich ścieżek. Z 10 sytuacji, kiedy kierowca wymusił na mnie pierwszeństwo gdy jechałem rowerem 9 miało miejsce gdy wybierałem ścieżkę a nie drogę. Wynika to głównie z tego, że takie rzeczy są mimo wszystko jeszcze nowością dla nas jako kierowców, drogi rowerowe dopiero się pojawiają, i wielu z nas bardzo nieświadomie, traktuje taką drogę jak chodnik. Natomiast tam gdzie spodziewamy się samochodu, nasza uwaga jest zdecydowanie większa. Rower z 40km/h hamuje jednak zdecydowanie gorzej niż z 10km/h i to nawet taki za 50 000 zł, fizyki nie oszukamy ;)
Ponadto, w wielu przypadkach infrastruktura jaką napotykamy, jest wybitnie nieprzystosowana do jazdy na rowerze szosowym. Średnio mi się widzi kupowanie nowej szytki za 400zł albo co gorsza karbonowego koła za kilka tys. zł, bo ktoś sobie wymyślił na ścieżce rowerowej, piękne granitowe krawężniki, ścięte tak że można się nimi ogolić.
Dla jasności, dodam że gdy poruszam się na rowerze do XC, który jest sporo wolniejszy, bo jest po prostu rowerem w teren, gdy mam odcinek z droga rowerową to nią po prostu jadę, bo „góral" jest wolniejszy, lepiej hamuje i lepiej znosi wszelkie nierówności.

Dlatego wierzcie mi, zdecydowana większość tych, którzy traktują rower jako sport i trenują intensywnie, przeżyli na własnej skórze wiele i wypracowali sobie takie nawyki dotyczące jazdy, by było to najbezpieczniejsze dla nich i reszty otoczenia. Staramy się jak najmniej przeszkadzać innym uczestnikom ruchu, dlatego po prostu postawcie się czasem w miejscu takiego gościa w obcisłym stroju na 25mm oponie i pomyślcie, dlaczego jedzie drogą.

Ścieżki rowerowe

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (76)
poczekalnia

#86720

~trufelk0wa ·
| było | Do ulubionych
Będzie krótko.

Dwadzieścia parę lat temu, gdy chodziłam do VI klasy szkoły podstawowej, wydarzyła się pewna historia. Na godzinach wychowawczych robiliśmy tak naprawdę co chcemy, żeby tylko nie być głośno. Raz jednak wychowawczyni wpadła na ambitny pomysł. Przeprowadziła lekcję na temat "Jak rozwijać dobre cechy i pracować nad wadami". No dobra, więc najpierw trzeba zrobić ciekawy wstęp, żeby zainteresować młodzież.

Dostaliśmy więc takie zadanie: wylosuj imię jakiejś osoby z klasy i wymień po jednej pozytywnej i negatywnej cesze wyglądu (!) i charakteru.

O ile wypisywanie słabych cech charakteru było według mnie co najmniej nieodpowiednie, to pierwszą część uważam za skrajny idiotyzm.

Zwłaszcza, że moje imię wylosował złośliwy kolega z klasy i otrzymałam informację "Trufelk0wa jest taka i taka. Ma ładne oczy, ale jest gruba".


Choruję na niedoczynność tarczycy, tak a propos.

szkoła

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (78)
poczekalnia

#86717

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Poszukiwania pracy w dobie koronawirusa.
Na początku trochę słów o mnie aby moc zobrazować sobie sytuacje. Jestem studentką studiów niestacjonarnych, pracowałam dotychczas dużo w obsłudze klienta i w biurze jako sekretarka. Ta ostatnia praca była moją najlepszą ale niestety z uwagi na kryzys po prawie roku współpraca z wieloma pracownikami biura jak i mną się zakończyła. Chwilowe załamanie ale działać trzeba i prace nową znaleźć muszę.
Z uwagi na ciężką sytuacje na rynku pracy nie wybrzydzam, wysyłam CV na różnorodne oferty nie koniecznie związane z pracą która by mnie interesowała ale wciąż zbliżoną do mojego doświadczenia/kierunku studiów.
Przez prawie dwa miesiące wysłałam około 200 sztuk CV. Odzewu z tego było może 10%. Uprzedzając, CV nie wysyłam w wordzie, nie mam maila harnas123, a numer telefonu podany jest do mnie a nie do mojego faceta bo i takie smaczki już widziałam. Rozumiem natomiast, że może być tyle kandydatów na jedno stanowisko, że ludzie po studiach oraz z większym wykształceniem mają przewagę i nikt nie musi się do mnie odzywać, natomiast mam wrażenie, że niektórzy pracodawcy zapraszają na rozmowy dla zabawy. Oto kilka przykładów z tego miesiąca:
1. Zaproszono mnie na rozmowę na stanowisko, które z opisu polegało na obsłudze reklamacji „przy biurku”. Na miejscu okazało się, że praca jest fizyczna i polega na przepakowywaniu towaru zwróconego tak aby ponownie nadawał się do wysyłki. Najniższa krajowa, słaba lokalizacja ale jestem w stanie się poświecić. Rekruter pytał o moja ścieżkę zawodową, wykształcenie (czyli to co mógł wyczytać z CV) i na tym się skończyło. Czekałam wiec na telefon z jakąkolwiek odpowiedzią zwrotna, nie doczekałam się. Ale widzę ze firma już trzeci raz wrzuca to samo ogłoszenie, więc kogo oni szukają? Trzeba mieć 10 lat doświadczenia w przepakowywaniu paczek czy co?
2. Rozmowa o prace na której nie ukrywam, bardzo mi zależało bo była tożsama z obejmowanym przeze mnie wcześniej stanowiskiem. Miejsce pracy znajduje się dość daleko za miastem więc musiałam poświecić dłuższy czas aby tam dojechać. Na miejscu spotkała mnie chyba najdziwniejsza rozmowa w moim życiu. Pan prezes dosłownie w 3 minuty poinformował mnie na czyn polega praca i nic więcej ode mnie nie chciał. Jako że mi zależało próbowałam pociągnąć temat w ten sposób, że doskonale wiem „z czym to się je” bo mam doświadczenie. Powiedziano mi, że się odezwą. Nie odezwali się ale ofertę na to stanowisko wrzucili już drugi raz. Tylko w jakim celu było zapraszanie mnie na rozmowę, skoro poinformować mnie można było przez telefon o warunkach, a chyba odbiór mojej osoby się w żaden sposób nie zmienił skoro o nic mnie nie zapytano?
3. Tutaj wysyłałam CV razem ze znajomą do pracy w znanej drogerii. Znajoma ma trochę inne doświadczenie, bardziej zbliżone do tego typu pracy. Nie oddzwoniono do żadnej z nas ale oferta pracy jest wrzucana od nowa już od jakoś dwóch miesięcy. Czyli co, wysyłać trzeba na każde ogłoszenie do skutku i wybiorą najwytrwalszych?
4. Oddzwoniono do mnie i poinformowano o chęci przeprowadzenia ze mną rozmowy online. Godzina taka, że musiałam porzucić swoje obowiązki na rzecz tej rozmowy. Umówiłam się z Panią na dany dzień, godzinę i czekałam na informacje o tym w jaki sposób się połączymy i na jakiej aplikacji zostanie rozmowa przeprowadzona. Kontakt się urwał, informacji nie dostałam.
5. Na koniec sytuacja, która powtórzyła się już 3 razy- dzwoni rekruter, pyta czy mam obecnie czas na rozmowę telefoniczną. Zwykle proszę o kontakt o 13 bo wtedy mam możliwość swobodnej rozmowy. Rekruter z sympatią w głosie obiecuje oddzwonić o danej godzinie. O 13 nikt nie dzwoni i nie odbiera moich telefonów. Zrozumiałaby jednorazowa taką sytuacje, może ktoś zdążył w przeciągu godziny znaleźć pracownika, ale żeby trzy razy kogo po prostu olać...
Gdyby nie fakt, że znalazłam dorywczo prace to nie wiem za co bym żyła. Poszukiwania pracy trwają już drugi miesiąc a coraz bardziej się do tego zniechęcam.

Polska

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (51)
poczekalnia

#86716

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Opowiem historię o tym, jak rodzice potrafią szkodzić swoim dzieciom.

Mam przyjaciółkę, która ma dwóch starszych braci.

Najstarszy kilka lat temu wpadł z dziewczyną. Bywa. Obydwoje pracowali, wynajmowali mieszkanie, gdy dziewczyna była w ciąży, planowali kupno mieszkania. Po narodzinach synka nie było jednak tak kolorowo. Dziewczyna wpadła w depresję poporodową. Oczywiście jej chłopak próbował ją namawiać na terapię, wspierać. Jednak z czasem było coraz gorzej, zaczęły na światło dzienne pojawiać się choroby psychiczne (które prawdopodobnie odziedziczyła po swojej matce). Wszyscy polecali jej wizytę u psychologa, jednak ona za każdym razem obrażała się na każdego, bo przecież nie jest wariatką. Przestała troszczyć się o syna. W pewnym momencie zabrała swoje rzeczy, zostawiła syna samego w mieszkaniu. Od tego czasu najstarszy brat kontaktował się z nią kilka razy, jednak jego była dziewczyna nie chce wracać ani do niego, ani do dziecka, o którym w ogóle nie chce słyszeć.

Co na to rodzice chłopaka? Musi się z nią ożenić. Bo jak to tak, on samotny ojciec, bez ślubu. Uważają, że to wszystko stało się dlatego, ze żyli w grzechu.

Młodszy syn jest gejem. Przyznał się swojej siostrze, przyznał się mi. Obecnie mieszka w większym mieście, wynajmuje mieszkanie ze sowim chłopakiem, z którym jest od dłuższego czasu.

Jego rodzice o tym nie wiedzą. Za każdym razem jak tylko pojawia się w mediach cokolwiek o LGBT pół dnia gadają jacy to geje są źli, niszczą społeczeństwo. Uważają, że wszyscy geje to pedofile.

Najmłodsza z całej trójki, córka. Po ukończeniu liceum została na trochę w domu bo nie miała pomysłu na siebie. W końcu wymyśliła, wyjedzie na studia prawnicze, nawet jakby miała zdawać maturę raz jeszcze. Myślała o wielkim mieście lub w ogóle wyjechaniu na studia za granicę. Jednak mimo to, została w domu. Czemu?

Rodzice powiedzieli jej, że się starzeją, a ona MUSI zostać w rodzinnym domu aby się nimi zajmować. I nie, nie mieszkają na wsi w domu jednorodzinnym gdzie trzeba przynieść wodę ze studni,aby było ciepło napalić, a sklepy nie są oddalone o kilka kilometrów. Mieszkają w bloku, gdzie w najbliższej okolicy (5 minut piechotą), mieszczą się trzy sklepy spożywcze i z chemią.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (77)
poczekalnia

#86707

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może nie jest to piekielność dużego kalibru, ale irytująca jak cholera. Przeglądając stare historie, przypomniałam sobie jak ostatnio zadzwoniła do mnie wybitnie uparta konsultantka, ze wspaniałą, niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju i najlepszą we wszechświecie i okolicach, ofertą ubezpieczenia mojej skromnej osoby. Akurat jakiś czas wcześniej zastanawialiśmy się z mężem nad kwestią rozszerzenia naszych dodatkowych ubezpieczeń, więc uznałam, że co mi tam, posłucham, a nuż coś ciekawego mi zaproponuje. Pani z entuzjazmem zaczęła wyliczać mi wszystkie korzyści, niestety dość szybko w toku rozmowy wyszło, że to co mi proponuje, to już mam, nawet odrobinę lepsze. W tym momencie moje zainteresowanie opadło drastycznie, w związku z czym usiłowałam zakończyć rozmowę.

Usiłowałam jest tu słowem najbliższym prawdzie, bo choć starałam się zrozumiale przekazać, że jej oferta mnie nie interesuje, więc żegnam, miłego dnia, to niewiele z tego wynikało. Niestety pani była najwyraźniej nieźle wyszkolona w te klocki (a ja tego dnia miałam widocznie jakiś niedobór asertywności, /no i byłam przed pierwszą kawą.../), bo skubana tak mi za każdym razem niepostrzeżenie wchodziła w zdanie, że za cholerę nie szło zakończyć tej rozmowy. W takich okolicznościach postanowiłam wykorzystać myk, który pozwala mi zazwyczaj bezproblemowo zakończyć rozmowę, dodatkowo uszczęśliwiając konsultanta (a nawet ze dwa razy zdarzyło mi się rzeczywiście zawrzeć w ten sposób jakąś umowę). Mam osobnego maila na wszelkie cudowne oferty, do zakładania kont na różnych nieistotnych portalach, itp., więc zwykle kiedy albo oferta rzeczywiście mnie interesuje, albo kiedy trafię na mocno zdeterminowanego konsultanta, a chcę stosunkowo szybko zakończyć rozmowę, pytam czy jest możliwość, żeby przesłali mi ogólne warunki na maila, ja sobie poczytam, i wtedy pogadamy. Zadałam to pytanie kobiecie, która do mnie dzwoniła. Podejrzewam, że chyba ją zaskoczyła tak szybka propozycja podania maila, bo wygadała się, a pociągnięta za język nie bardzo miała jak mi naściemniać prosto w ucho, i wyszło, że ona jak najbardziej, z dziką wręcz rozkoszą, prześle mi umowę. Ale zaraz, jaką umowę? "No bo ta oferta działa tak, że zgoda na wysłanie przez nas maila jest jednoznaczna z akceptacją warunków, ale pani się nie martwi, można zrezygnować w ciągu trzech dni od otrzymania maila, i wtedy płaci się tylko pierwszą ratę, a ochrona ubezpieczeniowa i tak trwa 30 dni od otrzymania maila. No to słucham, na jaki adres wysłać umowę?" Wypowiedziane na jednym oddechu. No nie, ja nie chcę żadnej umowy, ja chcę przeczytać co ewentualnie miałoby się w tej umowie znaleźć. "Niestety, tak się nie da, ale pani się nie martwi, można zrezygnować (...)". Zapętliła się kobieta. Mówię, że w takim razie, to ja podziękuję, wdech, żeby się pożegnać, a tu litania od nowa "ale niech pani się zastanowi! Nie zależy pani na rodzinie? Bo nasze ubezpieczenie nie tylko pokrywa koszty leczenia takich chorób jak x, y i z, czego inne ubezpieczenia zazwyczaj nie zawierają (no patrz, a moje jakoś zawiera...), ale dodatkowo w przypadku pani śmierci, rodzinie wypłacana jest kwota x przy składce a, lub kwota y przy składce b, itd." Kiedy zbliżała się do końca zdania (a przynajmniej tak mi się zdawało), zaczerpnęłam powietrza, żeby się z nią definitywnie pożegnać, ale skubana, na końcówce wydechu dorzuciła "a zdaje sobie pani sprawę ile kosztuje dziś pogrzeb, i jaka jest wysokość zasiłku pogrzebowego?" No i mój wdech zużył się na odpowiedź, że owszem zdaję sobie sprawę, jednak /wdech, i znowu mi się wcięła/... I tak wyglądała cała rozmowa od momentu w którym babka poczuła, że zainteresowany z początku klient, wyślizguje jej się z rąk. Całości przysłuchiwał się mój mąż, bo akurat jechaliśmy samochodem, i po skończonej rozmowie powiedział mi, że w sumie osiem razy próbowałam kulturalnie zakończyć tę rozmowę. Tzn. próbowałam więcej, ale tyle razy zdążyłam dojść do słów, dziękuję,do usłyszenia/żegnam/do widzenia/ czy tam innego zwyczajowego pożegnania. Bardzo nie lubię tak robić, ale babka była tak nachalna, że ostatecznie pożegnałam się wypluwając słowa w tempie karabinu maszynowego, nie dając jej dojść do słowa, i po prostu się rozłączyłam, nie słuchając tym razem co tam jeszcze ma do powiedzenia, bo oczywiście coś jeszcze mówiła kiedy wciskałam czerwoną słuchawkę.

Kurczę, rozumiem, że taka praca, ale bez przesady. Kobieta była tak napastliwa, że gdyby to była rozmowa twarzą w twarz, a nie telefoniczna, to pewnie stałaby tak blisko mnie, że czułabym co jadła na śniadanie, i mówiąc do mnie prawie dotykałaby nosem mojej twarzy... Owszem, można próbować przekonać kilenta, ale jak po 5 minutach rozmowy potencjalny klient już wie napewno, że nie chce danego produktu, a na każdy kolejny argument odpowiada "rozumiem, jednak, jak już mówiłam, nie interesuje mnie ta oferta", to ciśnięcie go kolejne 48 minut (serio, sprawdziłam w wykazie połączeń...) jest już nie tylko piekielne, ale i zwyczajnie nierozsądne, bo w tym czasie mogłaby zadzwonić do kogoś, kto rzeczywiście chciałby coś od niej kupić, zamiast zawracać gitarę komuś, kto jeszcze się nie rozłączył tylko dlatego, że nie potrafi być chamem. Dawno już nie dzwonił do mnie tak uparty i upierdliwy wciskacz, zwykle po usłyszeniu odmowy dopytują czy aby na pewno, i normalnie kończą rozmowę, nie raz nawet życzą miłego dnia, dlatego byłam przekonana, że takie praktyki jak tej pani, zakończyły się już dość dawno, a tu taki psikus. Jej sposób prowadzenia rozmowy, to niemal idealna wizualizacja mojego pojęcia "agresywnego marketingu", bo przez 90% czasu czułam się normalnie atakowana jej wspaniałą ofertą, i po chwili miałam serdecznie dość ciągłego bronienia się...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (47)
poczekalnia

#86697

~Nodegamra ·
| było | Do ulubionych
No cóż, nie ukrywam, że od kilku dni trzęsie mnie cholera.

Problemy z tą stroną zaczęły się w momencie, gdy - zamiast dotychczasowej wesołej rameczki w niebieskim kolorze - wokół pisanego komentarza pojawiła się gruba czarna krecha, zdecydowanie bardziej odpowiednia dla prasowego nekrologu. Nawet kursora nie widać na początku wiersza, gdyż - jako że jest również czarny - dokładnie zlewa się z ramką.

Później zaczęły się dziać przeróżne cuda.

Cud nr 1. Piszę sobie komentarz. Dość długi wyszedł, natrudziłam się, zadowolona z siebie klikam w "wyślij". A tu ZONK! System "zapodaje" mi... MUSISZ BYĆ ZALOGOWANY. Coś mi tu nie gra, bo ja zwykle nie zamykam strony i nie wylogowuję się wcale, ale sprawdzam, bo może skleroza mnie jakaś dopadła? Przewijam stronę w górę i co widzę? JESTEM ZALOGOWANA! No to ja się pytam, jak można się drugi raz zalogować już zalogowanym nickiem? Nie pozostało mi nic innego, tylko WYLOGOWAĆ się, żeby móc się zalogować ponownie. Oczywiście komentarz poszedł na pastwisko, bo nie chciało mi się trudzić po raz drugi.

Cud nr 2. Loguję się do systemu. JESTEM ZALOGOWANA. Czytam komentarze, chcę któryś ocenić. Klikam w plusik - i znów to samo! MUSISZ BYĆ ZALOGOWANY! Noszszszsz...! Sprawdzam. Tym razem, istotnie, JUŻ NIE JESTEM zalogowana. System wylogował mnie sam.

Cud nr 3. Zauważam pewną prawidłowość. W przeciągu kilku sekund od momentu zalogowania, na stronie pojawia się komunikat w ramce.

"Drogi użytkowniku, od dnia (bla, bla, bla,) obowiązuje nowy system ochrony danych osobowych (bla, bla, bla), jeśli wyrażasz zgodę - kliknij tu i ówdzie."

Każdy doskonale zna te ramki i te powiadomienia. Jeśli chcesz korzystać ze strony - musisz wyrazić zgodę na przetwarzanie danych. Klika się w to automatycznie. Wszystkie portale internetowe już dawno zweryfikowały swoich użytkowników. Stałych i przypadkowych. Piekielni też. A tu nagle, na stronie pojawia się ten komunikat kilka(naście) razy dziennie. I, oczywiście, w momencie jego pojawienia, niczego już na stronie zdziałać nie możesz, dopóki nie klikniesz "akceptuj". A jak już klikniesz -nagle okazuje się, że cię system sam wylogował. I tak się można bawić kilka razy z rzędu, dopóki cię szlag nie trafi i dajesz sobie spokój. Krótko mówiąc - i masz konto, i go nie masz.

Cud nr 4. Wylogowuję się całkiem. Nie ma mnie w systemie. Zamykam kartę. Po jakimś czasie (kilka godzin) otwieram kartę i co widzę? Nie, nie jestem na stronie głównej Piekielni.pl, tylko na swoim własnym koncie, w zakładce "komentarze". Tyle że niezalogowana.

Cud nr 5. Podejrzewając kłopoty, zdecydowałam się na wysłanie tej historii pod nickiem tymczasowym. No więc, wchodzę sobie w "dodaj", wyświetla się duża ramka do pisania tekstu. Po lewej, u góry, mam informację "podaj nick", a obok niej mała rameczka do wpisania tego nicku. Wprowadzam kursor w rameczkę, klikam... kursor miga, a poniżej ukazuje się druga rameczka z SUGEROWANĄ nazwą użytkownika. Wygląda to tak, jak bym już kiedyś dodawała historię pod tym właśnie nickiem, a system mi go wyświetla, żebym się nie musiała fatygować ponownym jego wpisywaniem. Ten nick to "gównowsreberku". Pamiętam, że ktoś kiedyś (całkiem niedawno) publikował pod tym nickem (chyba tymczasowym, ale nie mam pewności). Tym kimś NA PEWNO nie byłam ja. Ani na tym portalu, ani na żadnym innym, zresztą.

Moje pytanie (niejedno) do użytkowników brzmi.

Czy też macie od jakiegoś czasu czarne ramki dla komentarzy? Czy ktoś miał podobne problemy w korzystaniu z tej strony? A może to mój laptop zwariował?

Armagedon

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (50)
poczekalnia

#86691

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miałam napisać komentarz odnośnie historii Olgi887, o molestującym matematyku, ale to co chciałam napisać zdecydowanie nadaje się na osobną historię. Czytając tamten wpis przez chwilę myślałam już, że to ten "mój" matematyk został przez nią opisany, ale jednak nie, co sprawia, że robi mi się niedobrze na myśl, że takich typów jest więcej...

W moim pierwszym liceum miałam nauczyciela, który co prawda uczył całkiem dobrze, tłumaczył zrozumiale, i ogólnie na lekcjach nie było źle. W pierwszym semstrze pierwszej klasy wszyscy go polubiliśmy, bo wydawał się w porządku, w konfliktach na linii uczeń-inny nauczyciel zazwyczaj stawał po stronie ucznia (jeśli uczeń miał rację), a na zajęciach rzucał żartami, i ogólnie wprowdzał koleżeńską atmosferę, mimo, że był koło pięćdziesiątki. Wymarzony nauczyciel, chciałoby się rzec...

Pan O. miał system oceniania semestralnego polegający na tym, że każda ocena miała swoją wagę, przy czym waga poszczególnych ocen mocno się różniła, bo np. sprawdzian miał wagę 100, kartkówka 30, a oceny za odpowiedzi ustne, aktywność, jakieś projekty, itd. to był rozrzut między 1, a maksymalnie 10 (nie pamiętam dokładnej punktacji, ale proporcje są zachowane). Niestety sprawdziany u niego były cholernie trudne, do tego stopnia, że olimpijczycy z naszej szkoły, jeśli nie chodzili do niego na korepetycje, jechali na maksymalnie czwórkach na semestr, i to przy naprawdę intensywnej pracy, sporej wiedzy, i aktywności na lekcjach graniczącej z upierdliwością i manią. Zwykli uczniowie ledwo prześlizgiwali się do kolejnej klasy. Kiedy byłam w pierwszej klasie, komisa z matematyki miało 70% uczniów pierwszych klas które uczył pan O. (w tym i ja, ale z różnych względów do niego nie podeszłam, po czym zmieniłam szkołę (w której okazało się, że materiał jednak mam opanowany na czwórki i piątki...), więc nie byłam bezpośrednim świadkiem późniejszych wydarzeń, ale znam relację z pierwszej ręki). Istniał niezawodny sposób na to, żeby mieć dobrą/lepszą ocenę z matematyki. Nawet dwa sposoby. Jednym była zwykła, ordynarna łapówka. Pan O. przyjmował od uczniów pieniądze, i wiedzieli o tym praktycznie wszyscy uczniowie. Nie wiem czy inni nauczyciele także wiedzieli, ale podejrzewam, że przynajmniej dyrekcja zdawała sobie z tego sprawę, bo kiedy dziewczyny z mojej klasy poszły na skargę na pana O., dyrektor je opieprzył, i powiedzial, że nie mają prawa oskarżać świetnego nauczyciela bez żadnych dowodów. Drugim sposobem były korepetycje. Ale nie jakiekolwiek, tylko u niego, ewentualnie u jego znajomej. Do niej najczęściej wysyłał chłopców i brzydsze uczennice, ładne dziewczęta wolał "uczyć" sam, choć gros z nich uciekał od niego do tej znajomej. Wtedy zdawały co prawda z klasy do klasy, ale już z niższą oceną niż gdy chodziły do niego. Bo pan O. bardzo cenił młode, jędrne ciała swoich uczennic, i nie ograniczał się bynajmniej do łapania za kolanko, o nie. Podobno, ale ile w tym prawdy nie wiem, kilka lat wcześniej musiał zasponsorować skrobankę jednej z uczennic.

Sytuacja była bardzo nieciekawa, ale okazało się, że trafiła kosa na kamień, mianowicie na moją klasę. Tak się złożyło, że dziewczyny z mojej klasy bardzo szybko się mocno zżyły (do dziś utrzymują ze sobą kontakt, świadkują sobie na ślubach, zostają chrzestnymi dzieci koleżanek z klasy, itd.). W związku z tym dość szybko ustaliły jak działa nasz pan "profesor", i równie szybko ustaliły, że nie zamierzają pozwalać na takie traktowanie. Miały trochę więcej możliwości niż dziewczyny z poprzednich roczników, bo w czasach mojego liceum telefon z dyktafonem nie był już bynajmniej fantastyką, a dziewczyna pochodząca z dość zamożnej rodziny miała też własną, niedużą kamerę. Po bezskutecznej skardze u dyrektora, zrobiły prowokację. Udokumentowały na filmach i na dyktafonie, propozycje pana O., "dobijanie targu", branie łapówek, a jedna poświęciła się, i dała się dość intensywnie "zmacać", i zatrzymała pana "profesora" dopiero w momencie, kiedy sięgał już po prezerwatywę, tak, że oglądający film dyrektor, ani policjanci, nie mieli żadnych wątpliwości, co zamierzał dalej pan O.

Skandal wybuchł w całej szkole, praktycznie każdego dnia zgłaszały się kolejne dziewczyny z innych klas, a nawet kilka absolwentek, gotowych zeznawać przeciw dawnemu nauczycielowi. Nie wiem jakim cudem, ale dyrekcji udało się jakoś nie dopuścić do tego, żeby sprawa wyszła poza mury szkoły, więc choć szukałam, to nie znalazłam żadnej prasowej wzmianki na ten temat, ani teraz, ani wtedy. Jedynie lokalna, osiedlowa gazeta wspomniała, że panu O. zostały postawione zarzuty za rzekome molestowanie i korupcję, ale nie znalazłam jej w wersji online, nie wiem nawet czy jest nadal wydawana. Pan profesor poszedł na samoukaranie, i to uratowało go przed odsiadką. Dostał wyrok w zawieszeniu, zakaz wykonywania zawodu nauczyciela, i ogólnie pracy z dziećmi i młodzieżą. Nie znam jego dalszych losów, i niewiele mnie one obchodzą. A dziewczyny z mojej klasy, słusznie moim zdaniem, są z siebie dumne, że wyrwały tego chwasta z systemu edukacji.

Zastanawia mnie tylko jak to możliwe, że dopiero moja klasa była na tyle zdeterminowana, żeby skutecznie dobrać się mu do tyłka. Bo facet uczył w tej szkole dobrych kilkanaście lat, wcześniej w innych placówkach, najwcześniejsze jego ofiary same już miały wtedy dzieci w podstawówkach i gimnazjach, a za chwilę w liceach... Moim koleżankom niby było łatwiej coś z nim zrobić, bo po pierwsze od początku cała klasa trzymała wspólny front (chłopcy dokumentowali łapówki), po drugie miały, że tak powiem, odpowiednie zaplecze techniczne, a dodatkowo wsparcie w rodzicach-ojciec jednej był policjantem, innej prokuratorem, a kolejna miała rodziców psychologów, ale serio? Nikt wcześniej nawet nie próbował? Jest to dla mnie niepojęte.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (108)
poczekalnia

#86658

~kursantka ·
| było | Do ulubionych
Wyjeździłam kilkadziesiąt godzin doszkalających, ponieważ instruktor nie chciał mi zaliczyć wewnętrznego praktycznego. Płaciłam gotówką. Udokumentowane zostało 12 godzin.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (65)