Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Frytek

Zamieszcza historie od: 26 maja 2017 - 18:53
Ostatnio: 8 maja 2018 - 19:18
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 1286
  • Komentarzy: 16
  • Punktów za komentarze: 81
 

#82087

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Garretta przypomniała mi dość zabawną sytuację w warsztacie, który prowadzi mój dobry znajomy.

Umówiłem się na wymianę opon, na konkretną godzinę. Przyjeżdżam i zastaję problem. Nie była to kolejka, bo zgodnie z polityką wyznawaną przez mojego znajomego, osoby zapisane mają pierwszeństwo przed tymi z "doskoku". Tym bardziej, jak ktoś dzwonił kilka dni wcześniej i umawiał się na konkretną godzinę.

Problem stanowił jeden z klientów. Facet twierdził, że znajomy za dużo liczy sobie za usługę. Więc nie chciał zapłacić. Odjechać też nie chciał. O co dokładnie poszło?

Znajomy liczy sobie, przykładowo:
- 10 zł od koła, jeśli drugi komplet opon jest na oddzielnych felgach,
- 12 zł od koła, jeśli jest tylko jeden komplet felg i trzeba gumy ściągać,
- 15 zł od koła, jeśli przed założeniem gum, felgi wymagają czyszczenia z rdzy.

I klient stwierdził, że on więcej jak 30 zł za 4 koła w opcji nr 3 nie zapłaci, bo to jest rozbój w biały dzień żądać więcej.

Cała afera skończyła się policją, bo ani klient, ani znajomy(co zrozumiałe), odpuścić nie chcieli. Mundurowi przyjechali, postraszyli 300 zł mandatem. Gość spokorniał, zapłacił, co miał zapłacić. I pojechał, złorzecząc przy okazji, że więcej się w tym warsztacie nie pojawi.

Dopiero wracając do domu, połączyłem wątki, że faceta przecież znam. Ma firmę transportową i ze 40 tirów, więc na pustki w portfelu pewnie nie narzeka. Ma za to opinię upierdliwego trutnia, bo chyba nie ma w mojej okolicy zakładu usługowego, w którym wizyta tego jegomościa nie skończyłaby się awanturą, o to, że jest "za drogo".

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (128)

#82036

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z niedawnego rodzinnego spotkania, które do tej pory mnie bawi. A jednocześnie uświadamia, jak zacofani i śmiem twierdzić, głupi, są niektórzy ludzie.

Spotkanie miało miejsce na kilka dni po moim powrocie z Zony. Dla laików małe wyjaśnienie. Wypady do Zony, czyli Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia, są całkowicie bezpieczne, bo zwiedzanie odbywa się jedynie w sprawdzonych miejscach, gdzie promieniowanie jest niekiedy mniejsze, niż np. w Warszawie. A zagrożenie chorobą popromienną niemalże zerowe, bo każdy z uczestników ma ze sobą licznik Geigera. W dodatku przewodnicy na każdym kroku powtarzają, że jeśli licznik zacznie dochodzić do konkretnych wartości, mamy się wycofać.

Ale do rzeczy. Większość gości wiedziała, że byłem na urlopie. Niestety nie wiedziała gdzie. Reakcje były różne. Młodsza część rodziny, czyli moje kuzynostwo, było trochę podekscytowane, bo mimo wszystko jest to dość ciekawe miejsce na wypad. Starsi pokiwali głową nad zmarnowanymi pieniędzmi. Ale przed szereg postanowili się wyrwać "Nosacze" - czyli ciotka z wujkiem, którzy są wypisz, wymaluj, jak bohaterowie serii memów. Wiecznie wszystkich krytykują, oskarżają o złodziejstwo, sami wiedzą wszystko najlepiej. Brakuje jeszcze, żeby passatem jeździli - mają starą alfę.

Ich reakcja była nad wyraz niezrozumiała i idiotyczna. Ostentacyjnie kazali zbierać się do wyjścia swojej ferajnie, czyli trójce pociech, bo cytuję, "nie mają zamiaru siedzieć z kimś, kto może ich zarazić jakimś choróbskiem przywiezionym z tej post atomowej dziury zabitej dechami". I "dopóki nie zrobię sobie wszystkich możliwych badań, a potem im nie pokażę, że jestem zdrowy, to ich noga więcej nie postanie w moim towarzystwie".

Zapadła chwila konsternacji, bo niektórzy obecni myśleli, że żartują. Byli śmiertelnie poważni, że własne dzieci praktycznie siłą zaciągnęli do samochodu.

Sytuację uratowała niezawodnie babcia, która całość skwitowała: "Wnusiu, ty to musisz mnie zabrać następnym razem do tej Zony, Żony, czy jak to tam się nazywa. Może ja też się nabawię jakiegoś choróbska i mi w końcu ta dwójka przestanie dupę zawracać".

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 251 (263)

#81040

(PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś mi wyjaśni, skąd się tacy ludzie biorą?

Grzebałem coś na kompie, gdy dostałem SMS o treści: "Nie działa. Masz natychmiast przyjechać i naprawić". Pierwsza myśl - pewnie ktoś numer pomylił. Ale za chwilę kolejna wiadomość: "Nie udawaj debila, wiem, że odebrałeś. Masz k*rwa natychmiast przyjechać i mi to naprawić". Olewka i blokada wiadomości przychodzących od tej konkretnej osoby. Działam na kompie dalej.

Po 5 minutach chyba się facet zorientował, że nie odbieram wiadomości, więc zadzwonił. Z ciekawości odebrałem, liczyłem, że dowiem się coś więcej niż "masz natychmiast przyjechać i naprawić".
Najpierw litania wyzwisk, więc odłożyłem telefon i czekałem, aż się gość uspokoi. Okazało się, że to jeden z moich byłych "klientów". Składałem mu komputer już ponad rok temu.

Facet spalił procek. Przynajmniej do takich wniosków doszedłem po rewelacjach, jakie mi zaserwował. Zachciało mu się kręcenia na chłodzeniu, które do OC się kompletnie nie nadaje. Zresztą, takie, o ile mnie pamięć nie myli, sam sobie zażyczył, bo jak stwierdził, podkręcał nie będzie, bo nie umie.

Ale, w jego mniemaniu, spalony procek to jest moja wina.

geniusz OC

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (104)

#80218

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwie piekielności z wczorajszego powrotu do domu.

1. Przeładowany ponad wszelką miarę autobus.
Prywatny przewoźnik, autobus 35 miejsc siedzących i 8 stojących. W praktyce 35+18, z czego ludzie gnietli się nawet na schodach. Ja miałem to szczęście, że wsiadałem na pierwszym przystanku i siedziałem przy oknie. Ale spora część pasażerów gniotła się jak sardynki w puszce. O tym, jak niebezpieczna jest jazda tak przeładowanym autobusem, chyba wspominać nie muszę.

2. Jedna z niedoszłych pasażerek stojących na którymś z kolei przystanku.
Tutaj nie powiem, było ciekawie. Autobus się zatrzymał, drzwi się otworzyły, kierowca rzucił tekstem, że nie zabiera nikogo, bo nie ma fizycznie gdzie go wcisnąć, chyba, że do luku bagażowego. A na dodatek za 15 minut jedzie następny bus tej samej firmy. W kobietę niestety chyba diabeł wstąpił, bo najpierw próbowała siłą wyciągnąć ludzi z autobusu, wydzierając się przy tym niesamowicie i wyzywając wszystkich jak leci, podając przy tym, koronny w jej mniemaniu argument, że ona stoi już 5 minut! i nie ma zamiaru dłużej. A jak to nie poskutkowało, zaczęła rzucać ku*wami w kierowcę i tłuc laską po szybach autobusu. Dodam, że kobieta na oko miała z 70 lat i kompletnie nie wyglądała na kogoś z taką werwą. Raczej na sponiewieraną przez życie staruszkę.

Swoją drogą, przed chwilą zerknąłem na Facebooku na profil przewoźnika. I pojawiła się negatywna opinia, podejrzewam, że od kogoś z rodziny wspomnianej kobiety, bo był podany czas zajścia i miejsce. Z tą różnicą, że opis zdarzenia kompletnie nie imał się do tego, co działo się w rzeczywistości...

autobus

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (133)

#79936

(PW) ·
| Do ulubionych
Szpital. Temat, o którym można by obszerne tomiszcza pisać, a i tak o czymś by się zapomniało.

Mój dziadek jest już w podeszłym wieku, sporo po 80-tce. Dwa dni temu prawie się na SORze wykończył.

Zaczęło się niewinnie, późnym popołudniem. Narzekał na bóle brzucha, które z czasem stawały się coraz bardziej nie do wytrzymania. Decyzja? Jedziemy do ośrodka zdrowia na opiekę całodobową.

Tam lekarz wykazał się naprawdę fachowym podejściem, bo po 5 minutach badania, wypisał skierowanie do szpitala z dopiskiem, że istnieje zagrożenie zdrowia lub życia pacjenta. Karetki nie było akurat na stanie, więc wpakowaliśmy dziadka do samochodu, i pędząc trochę na złamanie karku, pognaliśmy na SOR.

Niestety tam trafiliśmy na mur, zdawałoby się nie do przejścia. Rejestratorka podeszła, przejrzała skierowanie, beznamiętnie wyskoczyła do nas, proszę czekać w kolejce.

Pomijam już fakt, że to pacjent ponad 80-letni, z cholernie pilnym skierowaniem, gdzie jak byk pisze zagrożenie zdrowia lub życia.

"Proszę czekać w kolejce" trwało 4 godziny. Po tych 4 godzinach coś we mnie pękło. Wpadłem na dyżurkę, zrobiłem taką awanturę, że chyba mnie pół szpitala słyszało. W momencie znalazł się dla dziadka lekarz, pielęgniarka, wózek, kroplówki i komplet badań. A przez 4 godziny jakoś nikt nie wyraził zainteresowania. A przy każdej mojej próbie wejścia na salę, byłem z niej z mordem w oczach wyganiany.

W pakiecie, oprócz cholernych boleści, dziadek nabawił się żółtaczki.

Diagnoza główna? Dziadek ma zapalenie trzustki. W jego przypadku, to było zagrożenie życia. I lekarz, nie ten z SORu, otwarcie mi to powiedział. Jeśli poczekałby tam jeszcze z godzinę, to by nie przeżył.

I weź tu człowieku choruj w tym kraju. Jak nie wykończy cię choroba, to zrobi to SOR...

SOR

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (166)

#78988

(PW) ·
| Do ulubionych
Nigdy więcej nie zamówię nic przez paczkomat. Nigdy.

Jak wspominałem wcześniej, składam komputery na zamówienie. I jak również wspominałem, jakiś czas temu dostałem takie zlecenie. O tym jak ono przebiegało, to materiał na inną historię. Ale do rzeczy

Dlaczego nie zamówię już nic przez paczkomaty? Bo z takim dziadostwem nie spotkałem się nigdy. Zamawiałem cały komplet: obudowę z zasilaczem, płytę główną, dysk, ramy, grafikę i procek. Każda część zapakowana w oryginalne pudełko, a następnie spakowana razem, w jeden karton. Sielanka, nie? Sielankę niestety przerwał kretyn, który tą paczkę do paczkomatu wkładał. O ile wkładaniem to można nazwać, bo została tam na siłę wepchnięta. Sądząc po rozmiarach paczki, tym jak ona wyglądała oraz wielkości szafki, to facet musiał ją chyba butem tam wkopywać na chama.

Efekt był taki, że płyta główna, która była w oryginalnym pudełku, obklejona dla bezpieczeństwa folią bąbelkową, wyglądała jak duże, pięcioelementowe puzzle. Poszła reklamacja.

Pierwszy telefon i zarzut w moją stronę, że pewnie przy wyciąganiu musiałem ją połamać. Taa, wyciąganiu...

"Wyciąganie" wyglądało tak, że gdy zorientowałem się w sytuacji, najlepszym wyjściem było po prostu rozcięcie kartonu i wyjęcie każdej części po kolei.

Po drugim telefonie, podaniu w czasie rozmowy wymiarów paczki oraz szafki w paczkomacie, obsługa zeszła nieco z tonu i podjęła rzeczową rozmowę. Przysłali mi nową płytę główną, chociaż i tak, konsultant z którym rozmawiałem, co chwila dopytywał się, czy to aby na pewno ich kurier zawalił sprawę.

A ja dalej zastanawiam się, jak kurier chciał wcisnąć paczkę do o 1/3 mniejszej szafki w paczkomacie, nie uszkadzając zawartości?

paczkomat

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (154)

#78605

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporej wielkości market. Godziny przedpołudniowe. Poszedłem zrobić zakupy. Wziąłem spory plecak, bo nie lubię targać 10 toreb ze sobą, a do niego wszystko się spokojnie mieści.

Wrzuciłem plecak do wózka na uchwyt dla małych dzieci, żeby mi nie przeszkadzał. Stałem akurat na dziale z warzywami i owocami, ważyłem pomarańcze, gdy kątem oka zobaczyłem, że ktoś bezczelnie grzebie mi w wózku.

Kobieta lat na oko z 50, kompletnie na mnie nie zwracała uwagi. Stoję, patrzę i się pytam:

- Zgubiła pani coś w tym wózku?
- Ja tylko po to, to i tamto. Widzę, że tak ładnie wybrane i zważone, to sobie wezmę.
Myślę sobie. Pewnie, że psia mać ładnie zważone i wybrane, bo sam to robiłem przez ostatnie 10 minut.
- Nie wiem, czy zwróciła pani uwagę, ale grzebie w tym momencie w MOIM WÓZKU. Więc grzecznie proszę odłożyć na miejsce to, co pani wzięła i zachowywać się jak człowiek, a nie jak troglodyta.
- Jak śmiesz chamie się tak do mnie odzywać!
- Chamstwem, to się pani w tym momencie popisuje, grzebiąc w czyimś wózku, wydzierając się na pół sklepu i obrażając, bo ktoś zwrócił pani uwagę. Poza tym, nie przypominam sobie, żebyśmy przeszli na "ty".

Naszą wymianę zdań przerwał ochroniarz, wezwany pewnie przez kogoś z obsługi sklepu. Wyjaśniłem w czym rzecz, kobieta się zapierała, że ona tego nie zrobiła, a ja na nią, bogu ducha winną, nie wiadomo dlaczego naskoczyłem. To jej powiedziałem, żeby się uśmiechnęła do dwóch kamer, które akurat są na ten dział skierowane, bo wszystko się na nich pięknie nagrało.

To chyba przelało czarę goryczy, bo naskoczyła ze zdwojoną siłą na nas obu. Na mnie i na ochroniarza, próbującego ją uspokoić. Inwektywy się sypały jak z rękawa. Ja kobietę olałem, ale ochroniarz chyba nie miał zamiaru się z nią w jakiekolwiek dyskusje wdawać, więc ją ze sklepu po prostu wyrzucił.

Po drodze było jeszcze słychać teksty w stylu: "ty już tu nie pracujesz" "ty nie wiesz, kim ja jestem" "już ja dopilnuję, żeby wam ten sklep zamknęli" i kilka innych, które nie zasługują na umieszczenie tutaj...

Jeszcze gwoli wyjaśnienia jednej rzeczy. Kobieta kręciła się w pobliżu warzywnego przez dłuższą chwilę, więc nie ma możliwości, by pomyliła wózki, bądź nie wiedziała, że jest on jakiegoś klienta.

Podeszła po prostu na bezczela, bo jej się nie chce/należy/sam nie wiem.

market

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (169)

#78621

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarza mi się, nie jakoś często, ale kilka(naście) razy w ciągu roku, składać komuś komputer na zamówienie. Najczęściej są to osoby, które trafiają do mnie przez moich znajomych bądź kogoś, komu takowy komputer już składałem. Kilka dni temu dostałem telefon z takim zapytaniem i przypomniała mi się historia sprzed około 2 lat.

Zleceniodawcą był jakiś daleki wujek mojego dobrego kumpla. Składał komputer dla swojego syna, dajmy na to Bartka. Na ten cel miał przeznaczone 6500 zł. W języku informatyków, to już nie jest komputer, tylko potwór. Ale mniejsza.

Umówiliśmy się, że najpierw zrobię "wirtualnego składaka" w koszyku sklepu internetowego. Potem przeanalizujemy mój wybór, posłucham jego sugestii, ewentualnie coś zmienimy, czy po prostu wytłumaczę, dlaczego wybrałem tak, a nie inaczej.

Części zamówiliśmy, ojciec Bartka zapłacił przelewem, przyszły po dwóch dniach. Przyjechałem, sprzęt złożyłem, sfotografowałem, postawiłem system i całe niezbędne oprogramowanie, a na koniec, by mieć czyste sumienie, wrzuciłem na dysk kilka programów do diagnostyki obciążeniowej komputera, by sprawdzić, czy podzespoły nie mają jakichś wad fabrycznych. Bo zdarza się, że np. na 50% procesor działa normalnie, a przy, powiedzmy, 80 czy 100% odstawia jakieś cyrki.

Mijają dwa tygodnie. Dzwoni ojciec Bartka. Pierwsza myśl, pewnie chce do mnie kogoś przysłać, bym mu komputer złożył.

Ale rzeczywistość była całkiem inna.

Nie zdążyłem jeszcze dobrze powiedzieć „słucham", a zostałem zwyzywany do piątego pokolenia wstecz. Dopiero jak się facet uspokoił na tyle, by mi wyjaśnić, po co dzwoni, okazało się, że komputer, który dwa tygodnie wcześniej składałem, po prostu się spalił.

Przez telefon próbowałem wstępnie ustalić, co zaszło, ale gość był tak nabuzowany, że w zdania więcej wstawiał przecinków, niż faktów. Więc się umówiliśmy, że następnego dnia podjadę i się na miejscu przekonam, co tam się stało.

A stało się coś, po czym myślałem, że umrę ze śmiechu. Bartkowi umyśliło się, już po fakcie, jakieś oświetlenie pudła, więc wykorzystał do tego stare ledy świąteczne. W czasie montowania stwierdził, że podepnie kable „na krótko", żeby sprawdzić, jak się to oświetlenie prezentuje. Tylko zapomniał zaizolować przewodów. Poszło spięcie przez obudowę i sfajczył praktycznie całego kompa. Ostały się jedynie kości RAM-u i dysk SSD. Resztę szlag trafił. Z komputera za 6500 zostały części za niecałe 1600zł.

Bartek chyba od samego początku wiedział, że to jego wina, ale próbował winę zwalić na mnie. Ojciec wierzył mu aż do momentu, w którym pokazałem wewnątrz pudła ślad po przepięciu. Przeprosił, podziękował za fatygę i stwierdził, że sobie zaraz z synem pogada.

Od kumpla wiem, że Bartek miał na pół roku zabrane kieszonkowe, anulowane wakacje, wycieczkę szkolną i chyba zabrany telefon.

składanie_komputerów

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 313 (327)

1