Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Hedwiga

Zamieszcza historie od: 8 maja 2017 - 14:55
Ostatnio: 26 czerwca 2017 - 1:14
  • Historii na głównej: 10 z 12
  • Punktów za historie: 2098
  • Komentarzy: 130
  • Punktów za komentarze: 647
 
poczekalnia

#78842

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak opisywałam w którejś z poprzednich historii, moje auto uległo uszkodzeniu wskutek solidnej stłuczki nie z mojej winy. Wbrew temu czego się spodziewałam, jednak opłaca się je naprawić, więc stoi sobie w ASO, a ja jeżdżę autem zastępczym.

Uzyskanie takiego samochodu nie obyło się jednak bez problemów. Najpierw próbowałam zrobić to przez ubezpieczyciela sprawcy, ponieważ jego towarzystwo ubezpieczeniowe oferuje odpowiednią infolinię dla "ofiar" swojego klienta.

Zadzwoniłam tam, potwierdziłam zgłoszenie szkody itd. i zaoferowali mi zgodnie ze swoimi zasadami "samochód zastępczy co najmniej odpowiadający klasie samochodu uszkodzonego". Mój uszkodzony samochód to BMW 5 kombi. Według ich tabelki jest to "limuzyna premium" więc zaoferowali mi Audi A6 albo jakiegoś Lexusa. Oba pojazdy w wersji sedan. Powiedziałam, że to nie musi być taka ekskluzywna marka, ale musi być koniecznie kombi, bo kupiłam kombi gdyż potrzebuję kombi, szczególnie w kontekście wyjazdu na długi weekend ze znajomymi w 5 osób z bagażami.

Człowieczek na infolinii stwierdził że on ma możliwość przydzielenia samochodu wyłącznie takiej klasy jak mój i nie może innej klasy. Argument, że ja chcę auto niższej klasy, ale kombi do niego nie trafił.
Może mi dać Audi A6 które kosztuje pewnie minimum 250 zł za dobę, ale nie może mi dać żadnej Octavii kombi która jest pewnie stówkę tańsza. Bo takie mają zasady.

No trudno. Samochód wzięłam z wypożyczalni, która wzięła na siebie odzyskanie pieniędzy od ubezpieczyciela. Pewnie ubezpieczyciel będzie na tym finansowo stratny, ale to już nie mój problem, jeżeli mają tak bezsensowne regulaminy.

A ja jeżdżę sobie prawie nowym Talismanem kombi i jest bardzo fajny. Wypożyczalnia na tyle fajna, że jak naprawa mojego auta będzie się przedłużać, to będę mogła zmienić sobie Talismana na co innego na następny tydzień, ot tak, dla urozmaicenia. Może np. Mondeo. ;)

Edit: Dodam jeszcze, że auto zastępcze bezpośrednio od ubezpieczyciela sprawcy odpadło, bo ubezpieczyciel chciał żebym podpisała, że auto zastępcze będę prowadzić ja i tylko ja. A moje prywatne auto, które to zastępcze ma zastępować prowadzę nie tylko ja, ale wszyscy którym ja pozwolę. I jak jadę w trasę ze znajomymi to oczywiste jest że nie będę prowadzić 800 km sama, tylko część zrobi zmiennik. U ubezpieczyciela nie do przyjęcia, w małej wypożyczalni w moim mieście - bez problemu.

ubezpieczenia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (76)

#78632

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem niepełnosprawna w lekkim stopniu - chodzę o kulach. Na co dzień sobie ze wszystkim radzę, ale spędzenie całego dnia na nogach jest dla mnie niewątpliwie bardziej męczące, niż dla osoby zdrowej.

Jeden z długich weekendów spędzaliśmy z mężem w jednym z większych miast Europy Zachodniej. Do obiadu przeszłam "z buta" całe stare miasto, drugą część dnia planowaliśmy spędzić w bardzo dużym muzeum - też dobre kilka godzin zwiedzania. Dlatego nie omieszkałam skorzystać z możliwości wypożyczenia wózka inwalidzkiego. To świetna opcja, nie tylko dla osób niepełnosprawnych, ale też na przykład dla emerytów w podeszłym wieku, którzy jeszcze normalnie chodzą sami, ale zwiedzić olbrzymiego muzeum z pewnością nie daliby rady z powodu braku sił. Podczas zwiedzania porobiliśmy trochę zdjęć (wolno było, zakaz dotyczył jedynie lampy błyskowej, co zrozumiałe). Na części robionych przez męża byłam ja.
Pokazywałam potem zdjęcia na spotkaniu z koleżankami, na którym była też kuzynka jednej z moich przyjaciółek.

Zapytała czemu byłam na wózku, czy mi się pogorszyło. Odpowiedziałam, że nie, ale że nie miałabym siły zwiedzić tak dużo w ciągu jednego dnia chodząc o kulach, więc skorzystałam z wózka, jeśli była taka możliwość.

Ona na to, że wolałaby nie zwiedzać już nic, niż robić to na wózku inwalidzkim, bo co ludzie pomyślą, bo wszyscy będą się patrzyć itd.

Nie wiem czy to dla Was jest piekielne, ale dla mnie tak, bo rezygnowanie z tego, na czym nam zależy tylko dlatego, że "ludzie się będą patrzyć" na nasze niedoskonałości, kalectwo czy choroby to jest coś, z czym najbardziej walczę całe życie.

muzeum

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (212)

#78717

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele mówi się o dyskryminacji kobiet w ciąży, ale czasem sytuacja nie jest jednoznaczna. Albo jest jednoznaczna, tylko że w drugą stronę. Historia z korpo, w którym znajomy jest kierownikiem działu.

Dziewczyna zaszła w ciążę. Natychmiast poszła na zwolnienie lekarskie. Były wątpliwości co do zasadności tego zwolnienia (powzięte np. na podstawie zawartości jej profilu w serwisie Instagram), ale korpo postanowiło dać sobie spokój, by nie narazić się na zarzuty dyskryminacji.

Ciężarna zarzuty takie skierowała pod adresem korporacji i tak. Za pomocą prawnika przysłała pismo, że czuje się dyskryminowana, ponieważ będąc na zwolnieniu lekarskim nie otrzymała premii kwartalnej.

Premii nie otrzymała, ponieważ z tych środków podwójną premię kwartalną wypłacono pracownikowi który zgodził się ją zastępować, mimo że wiązało się to z chodzeniem do pracy z nogą w gipsie.

ciąże

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (248)

#78703

(PW) ·
| Do ulubionych
Z dzisiaj.
Wracam z pracy. Droga bynajmniej nie osiedlowa, normalny teren zabudowany, więc jadę równe 50 km/h. Droga prosta i szeroka, więc wielu kierowców pragnie jechać szybciej, a zatem irytująco i niebezpiecznie siedzą mi na zderzaku.
Zaraz przy krawędzi drogi (gdzie nawet nie ma chodnika, który jest oddzielony od jezdni pasem zieleni, a jest jedynie wąski pasek kostki brukowej), stoi matka z dwójką dzieci. Matka gada przez telefon, a dzieci robią co chcą, więc zwalniam poniżej 30 km/h, spodziewając się, że nieupilnowany nieletni w każdej chwili może znaleźć się na jezdni.

I tak właśnie się stało gdy jechałam nie więcej niż 25 km/h. Zdążyłam zahamować. Właściwie to nie pamiętam tego momentu, więc nie wiem dokładnie czy to ja pierwsza wcisnęłam hamulec, czy auto zahamowało samo widząc pieszego na radarze.
To co pamiętam dobrze, to uderzenie w tył, huk i wystrzał poduszek powietrznych. Kierowca jadący za mną nie wyhamował. Piekielny, bo nie zachował odstępu.
Ale najbardziej piekielna w historii jest matka, bo gdyby dzieciak nie trafił na mnie zwalniającą na jego widok na poboczu, tylko na przykład na zawodnika, który uderzył we mnie, to dziecko nieupilnowane byłoby już pewnie martwe.

Tak dziecko jest żywe, boję się że matka się niczego nie nauczy, bo wyskoczyła z mordą na mnie i niestety ulotniła się przed przyjazdem policji. Kierowca z tyłu został z mandatem, skasowanym przodem i perspektywą utraty zniżek na OC, a ja... cóż. Rozkwaszony cały tył tak, że błotniki zablokowały koła i nie da się jechać oraz wywalone poduszki powietrzne w aucie na gwarancji zapewne oznaczają szkodę całkowitą. Dobrze, że wóz był w leasingu, z najpełniejszym możliwym ubezpieczeniem. Zostaje mi zastanowić się czym chcę teraz jeździć.

PS: Bardzo polecam systemy bezpieczeństwa, które same hamują gdy wykryją przeszkodę. Są bardziej dostępne niż większość ludzi myśli. Można je znaleźć już w dziesięcioletnim Volvo, dość przystępnym cenowo nawet na polskie warunki.

PS2: Co do stereotypów - nie zawsze sprawdzają się. W tej historii to ja jestem kierowcą BMW (co prawda kombi i nie czarne), a sprawca miał rodzinnego minivana.

kierowcy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (115)

#78633

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio dużo historii „na fali otyłości".

Sformułowanie „fala otyłości" kojarzy mi się z jakimś falującym morzem, wypełnionym skwierczącą zużytą fryturą z McDonalda, ale właściwie też mam coś pasującego do tego tematu.

Mam w firmie koleżankę, która mimo młodego wieku jest bardzo duża. No, ma dobre 120 kg (ale rok temu miała aż 135) i już nieważne, jak do tego doszło (głównie ciężka depresja - zajadanie smutków w łóżku), ważne, że chce coś z tym zrobić. Odżywia się zdrowo i dzięki temu powoli zmniejsza wagę.

By przyspieszyć ten proces, postanowiła podjąć aktywność fizyczną. Bieganie i wiele innych form ruchu jest szkodliwych dla osób z aż tak wielką otyłością, więc wybrała basen, który jest aktywnością bardzo bezpieczną dla stawów, kręgosłupa itd.

Poszła raz i zaraz po wyjściu z szatni zadzwoniła do mnie zapłakana, że kilka osób pokazywało ją sobie palcami, podśmiechując się i nazywając ją wielorybem. Jedna do drugiej powiedziała, że taka orka nie powinna się pokazywać w kostiumie kąpielowym.

Nie rozumiem, jak można być tak okrutnym. Rozumiem krytykę otyłych osób, które na co dzień paradują w zbyt ciasnych lub zbyt kusych ubraniach. Jest to faktycznie często mało estetyczne. Ale jak inaczej można pójść na basen niż w stroju kąpielowym?

Przecież jak osoba otyła idzie na pływalnię, to nie po to, by chwalić się swoim sadłem, lecz by spróbować się go pozbyć. Jak się taką osobę będzie tam tak źle traktować, to ona nie schudnie a wręcz przeciwnie...

basen

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (357)

#78433

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój mąż postanowił kupić swój pierwszy samochód (póki co jeździ moim starym, którego jeszcze nie sprzedałam po zakupie nowego).

Mężu pochodzi z artystycznej rodziny, mieszkającej od kilku pokoleń w kamienicy, w samym centrum dużego miasta. Nigdy u nich w domu nie było ani samochodu, ani żadnego mechanika, więc nie miał skąd wynieść wiedzy motoryzacyjnej.

U mnie wręcz przeciwnie. Ja chodziłam do technikum, kumplowałam się z kolegami, a nie koleżankami, prawo jazdy zdałam miesiąc po osiemnastych urodzinach i mam to wszystko właściwie w genach, bo mój tato jeszcze za komuny był kierowcą międzynarodowym w PKS i jeździł ciężarówkami nawet na bliski wschód, a ja tę pasję przejęłam. Byłam nawet bliska robienia prawa jazdy na ciężarówkę, ale zdrowie nie pozwoliło i skończyłam jako programistka.

Dlatego nie ma niczego dziwnego w tym, że po salonach, komisach i samochodach z ogłoszeń chodzimy razem, ja pytam o różne szczegóły i potem mężowi pewne rzeczy tłumaczę. W 50% przypadków spotyka się to z różnymi złośliwościami. Rekord ustanowił mentalnie wąsaty pan w pewnym komisie:

- Co Pan swojej baby słuchasz, baby się nie znają. Zobacz Pan ten samochód. Dobra maszyna, mocny silnik, bezwypadkowy, skóra, klima. Igła, nie słuchaj Pan zrzędzenia, kobita Panu chce go zbrzydzić, bo niepraktyczny, wózek się nie zmieści i zakupy duże nie wejdą. Ale jeździ dobrze. Siadaj Pan, mówię, nie będziesz chciał wysiadać. A baby nie słuchaj, na motoryzacji się nie znają.

Oczywiście, baby się nie znają. Na przykład, nie znają się na tym, że powyższy samochód miał przednie światła od wersji przed liftingiem, a tylne z tej po liftingu, więc tak, na 100% musiał być bezwypadkowy. Normalnie jak z fabryki. :D

PS: Uwaga natury bardziej ogólnej: przez 3 tygodnie oglądania rożnych aut, w żadnym komisie nie widzieliśmy jeszcze żadnego, które nie byłoby oszukane w jakiś sposób. Tak więc, albo nowy, albo używany bezpośrednio od właściciela...

komis_samochodowy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (229)

#78526

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem piekielność jest planowana i wszyscy potencjalnie zainteresowani są przed nią przestrzegani, ale mimo to niektórzy pchają się żeby za wszelką cenę jej doświadczyć...

Moi rodzice prowadzą pensjonat. Na jeden z weekendów 40 z 50 miejsc noclegowych zarezerwowała jedna z firm, żeby zorganizować wyjazd integracyjny. Wiadomo jak takie wyjazdy integracyjne przebiegają, więc rodzice zdecydowali, że najbezpieczniej będzie, jak odpuszczą sobie wynajęcie tych 10 pozostałych miejsc, dając firmie obiekt na wyłączność. Jest to klient stały i na tyle dobry, że warto mu pozwolić na imprezowanie bez wyrzutów sumienia, że budzą pozostałych 10 gości.

Dwa dni przed tym weekendem ktoś zadzwonił i bardzo, bardzo chciał zarezerwować pobyt dla rodziny. Mama powiedziała, że w zasadzie ma wolne pokoje, ale jest impreza firmowa, w związku z czym ona oficjalnie ciszę nocną zniosła i będzie głośno do bardzo późna. Firma nie zastrzegła wyłączności, więc ona może im ten pokój, ale zdecydowanie odradza, bo tak jak mówiła, rodzina się nie wyśpi, cisza nocna nie bedzie obowiązywać, a ona nie przyjmuje żadnych pretensji, bo w ten weekend w ośrodku zasady są takie, ze można balować do białego rana.

Uparli się i przyjechali. Oczywiście nie zmrużyli oka, bo pracownicy firmy siedzieli na stołówce do 4 rano, grali na gitarze i śpiewali biesiadne piosenki. Zakrapiając to dużą ilością alkoholu. Czyli dokładnie tak jak się mama spodziewała.
Rodzinka miała o to pretensje, że pijackie burdy (nie było żadnych burd, normalna impreza) i że ona nie zapłaci. Mama powiedziała, że właśnie dokładnie przed tym ostrzegała, że takie warunki były zapowiedziane i mogą ewentualnie dostać gratis śniadanie, ale albo płacą albo policja. Zapłacili i wyjechali skwaszeni.

Od tej pory rodzice wychodzą z założenia, że jak duża grupa rezerwuje większość obiektu na jakąś imprezę, szkolenie itp. to już wolą zrezygnować z zarobku i nie wynajmować kilku pozostałych wolnych pokojów.

Niestety klienci nie rozumieją słów "własna odpowiedzialność" w sfromułowaniu "może pan wynająć na własną odpowiedzialność".

PS: Żeby nie było, mieliśmy też sytuację przeciwną. W inny weekend też był prawie cały pensjonat wynajęty na integrację, o 23.30 zapukali ludzie, którzy bardzo prosili o jakiś pokój, bo jadą do Chorwacji, ale im się samochód zepsuł. Rano mówili, że słyszeli że była mocna impreza, ale rozumieją że byli przecież ostrzegani, że takie są na ten moment w obiekcie warunki i byli i tak ogromnie wdzięczni, że się im udało w środku nocy jakiś nocleg znaleźć.

pensjonat

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (260)

#78482

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja praca, co do istoty, nie jest piekielna - jest wręcz cudowna. Od dwóch lat pracujemy jako mała spółka założona przez ludzi, którzy skrzyknęli się i odeszli z poprzedniej pracy, bo już nie mogli znieść jej piekielności. Pracujemy dla klientów z Zachodu, więc tu też praktycznie nie jest piekielnie (nie odbierajcie tego jako stwierdzenie, że Polacy są gorsi - po prostu krócej mamy kapitalizm i wolny rynek, więc nie wszystko jeszcze nabrało odpowiedniej ogłady).

Piekielne bywają natomiast różne okoliczności okołopracowe. Jako że nie spotykamy się z klientami w siedzibie firmy, wynajmujemy lokal w tanim biurowcu, w mało prestiżowej lokalizacji. Dzięki temu w naszym budżecie mamy dużo więcej przestrzeni. Niestety... sąsiedzi są różni. Pewnego ranka zastaliśmy w jednym z naszych pokojów jezioro. Wszystko zalane wodą. W tym cztery komputery (na szczęście dane są chronione i kopiowane na serwer na bieżąco, więc tu żadnych strat). Do wyrzucenia trochę sprzętu, trochę paździerzowych mebli z Ikei, które się rozmokły i spęczniały...

Jaki był tego powód? Okazało się że piętro wyżej wprowadziła się młoda firma, która pragnęła zawojować Jedwabny Szlak - czytaj: handlowała na allegro różnym badziewiem sprowadzanym z Chin.
Ofertę, pełną różnych paletek pingpongowych, futerałów na telefony, gumowych kurczaków do aportowania przez psy i innych wspaniałych przedmiotów, postanowili rozszerzyć o piłki dmuchane, materace, krokodyle, delfiny i inne zabawki do korzystania w wodzie. Uznali że genialnym pomysłem będzie wykonanie sesji zdjęciowej tych przedmiotów w basenie. W związku z czym postanowili rozstawić ogrodowy basen... w biurze. Basen też chiński, więc przez noc się rozszczelnił i jego zawartość znalazła się u nas.

Dobrze, że to nie zwykły biurowiec, tylko obiekt projektowany niegdyś pod wykorzystanie przemysłowe i strop był liczony że będą tam stały tokarki i prasy hydrauliczne, bo inaczej pod basenem z kilkoma metrami sześciennymi wody strop mógłby się zarwać...

Na szczęście byli ubezpieczeni. Nie wiem czy ubezpieczyciel miał roszczenie regresowe za głupotę.

sąsiedzi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (204)

#78291

(PW) ·
| Do ulubionych
Tegoroczna majówka ułożyła się wręcz doskonale dla wszystkich, którym płatnego urlopu zawsze mało. Wzięcie trzech dni pozwalało na dziewięciodniowy wyjazd.

My z mężem bardzo lubimy podróżować, ale jako że jesteśmy jeszcze na dorobku, musimy się ograniczać do urlopów płatnych. Dlatego nie przepuściliśmy takiej okazji.

Korzystając z atrakcyjnej promocji, bilety kupiliśmy już listopadzie zeszłego roku. Cena była niezwykle korzystna, ale cel podróży bardzo daleki, więc w wartościach bezwzględnych, bilety były i tak dość drogie - ponad 1500 zł na osobę.

W połowie marca pilnie spotkać chciał się z nami nie widziany od paru ładnych lat kuzyn mojego męża. Okazało się, że bierze ślub i zaprasza nas na niego oraz na wesele odbywające się w sobotę, 6 maja. Mimo że kontaktów właściwie z nim nie utrzymujemy.

Od razu grzecznie poinformowaliśmy, że nie będziemy mogli przyjść, bo już od kilku miesięcy posiadamy bilety lotnicze, na podstawie których w sobotę po południu to my będziemy pewnie właśnie stać w kolejce do odprawy na lotnisku. A biletów kupionych w taryfie promo nie da się zwrócić ani przebukować.

Kuzyn naburmuszył się i powiedział, że jest głęboko zawiedziony, bo rodzina to jednak rodzina i oczekiwał że cała rodzina na jego najważniejszym dniu w życiu się stawi i właśnie po to wziął kredyt by zorganizować uroczystość w tak wielkiej sali. Sali tak ogromnej by pomieściła nawet kuzyna wyrodnego (czyt. mojego męża) który jego nie zaprosił na własny ślub.

PS: Nie zaprosiliśmy go na wesele, bo nie robiliśmy wesela. Ślub wzięliśmy w konsulacie w czasie podróży do wymarzonego miejsca.

PPS: Co trzeba mieć w głowie żeby brać kredyt na wesele po to żeby zapraszać daleką i w praktyce obcą rodzinę?

rodzinka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (223)

#78246

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dwa samochody. Jeden dość nowy, z 2014 roku, i drugi, dokładnie ten sam model, ale dwie generacje starszy, z 1998 roku. Nowszym jeżdżę ja, a starszy po kupnie nowego zostawiłam dla męża, który wychował się na starówce dużego miasta, u niego w rodzinie nigdy nie było samochodu, więc dopiero niedawno zrobił prawo jazdy, bo dopiero teraz mu jest potrzebne. Sam chciał, żeby zacząć jeżdżenie od starszego wozu, którego mniej szkoda.

Mam też wąsatego wujka, mogącego służyć za archetyp Wujka Janusza. Jest to zasadniczo człowiek niezwykle przyjacielski, wielkoduszny i o dobrym sercu. Z drugiej strony jednak jest też uparty, ma swoje mądrości i zawsze czuje się w obowiązku wygłosić porady i uwagi, o które nikt nie prosił. Szybciej mówi, niż myśli.

Ostatnio, przy wielkanocnym śniadaniu, zapytał czemu przyjechaliśmy starym samochodem, a nie nowym. Mąż na to, że on chciał prowadzić, by zdobywać jak najwięcej doświadczenia, a nowym się jeszcze boi.
Wuj Janusz spurpurowiał i nawrzeszczał na mnie, że jak to możliwe, że terroryzuję męża, bo w "prawdziwej polskiej rodzinie nie może być tak, że mąż ma gorszy samochód od żony". Według Wuja "samochód jest wyznacznikiem statusu społecznego i głowa rodziny powinna mieć samochód lepszy od żony". I następnie ochrzanił mnie, że wydaję wspólne pieniądze na samochód dla siebie, a mężowi każę jeździć gruchotem.

Patrzcie jak fajnie i łatwo skomentować i przeprojektować życie innych osób, mimo, że nic się o tym nie wie. Już odpuściłam tłumaczenie, że samochód kupiłam na moją osobistą firmę, więc nie był za wspólne pieniądze, bo pewnie bym się nasłuchała jak jest możliwe, że małżonkowie mają coś osobnego...

rodzinka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (201)