Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Mirmil

Zamieszcza historie od: 17 września 2014 - 23:41
Ostatnio: 12 czerwca 2018 - 7:32
  • Historii na głównej: 10 z 10
  • Punktów za historie: 5185
  • Komentarzy: 21
  • Punktów za komentarze: 139
 

#82340

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję z kontenerami – wielkie, stalowe pudła, które są układane w zgrabne stosiki, by potem trafić na statek (lub ze statku na ciężarówkę). Ponieważ często się zdarzało, że klient chciał odebrać kontener, który to akurat był gdzieś w środku dużego stosu, co wymagało przekopywania, co z kolei zajmowało czas i miejsce.

Postanowiono więc, że stworzymy (tzn. ja stworzę) prostą aplikację pozwalającą użytkownikom zamówić kontener jaki potrzebują z wyprzedzeniem, na zasadzie "Potrzebuję ten XYZ, postawcie go mnie gdzieś blisko na wierzchu". No i super działało – firmy mogły sobie ustalać z wyprzedzeniem, po który klocek przyjadą I kiedy będzie dostępny, bo ich administratorzy mogli ustawić, że np "w poniedziałek wezmę te 4, we wtorek te 3, w środę pozostałe 2", a my tworzyliśmy z wyprzedzeniem małe stosy na kolejne dni tygodnia.

No ale co zrobić jak z jakiś powodów klient się po zamówiony kontener nie zjawi? Szefostwo podumało, postanowili że będziemy mili: jak komuś coś zostało z poniedziałku to przeniesiemy to na wtorek, w końcu to pewnie będą pojedyncze sztuki.

I tak sobie szczęśliwie wszystko działało, dopóki piekielne firmy (było ich kilka) pomyślały "po co mam spędzić dodatkowe 3 minuty planując co kiedy zabiorę, skoro i tak będą mi to zawsze trzymać na wierzchu, gotowe do odbioru" i zamiast rozkładać swój plan odbioru na 6 dni po np, 5 kontenerów dziennie, walił całość – np 30 sztuk - na poniedziałek, a my musieliśmy je przekładać codziennie, bo "klient się nie zjawił po odbiór".

Szefostwo się wnerwiło, dzisiaj zrobiłem update wprowadzający dzienne limity. Już otrzymałem ładny stosik maili o tym "że tak fajnie było, a ja popsułem".

IT kontenery

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (163)

#79512

(PW) ·
| Do ulubionych
Widziałem wiele postów o rowerzystach, nastolatkach na desce czy rolkach, którzy próbują używać drogi zupełnie jak samochody. Ale chyba nic nie przebije człowieka, który jechał środkiem pasa na... elektrycznym wózku inwalidzkim.

Czytając komentarze: obok drogi był zupełnie przyzwoity asfaltowy chodnik.

Użytkownicy_dróg

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (161)

#65840

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardziej śmieszne niż piekielne, ale się podzielę.

Wiele tutaj się czyta o niekompetencji polskiej Policji, ja miałem nieprzyjemność spotkać jej przykład (niekompetencji, nie polskiej Policji) w Nowej Zelandii:

Niedziela rano, pukanie do drzwi: sąsiadka pyta czy to mój samochód stoi na ulicy. Wychodzimy z Lubą sprawdzić i... ciśnienie nam obojgu podskoczyło: ktoś urwał nam lusterko i rozbił nim tylną szybę w sąsiednim aucie. Inne z kolei ma wyraźne ślady wgnieceń, jakby ktoś po nim chodził itd - widać ktoś wracał sobotnią nocą z pubu i chciał się dodatkowo wyszaleć.
No nic, wzywamy policję.

Przyjechała urocza panienka, lat może 25, pyta grzecznie o co chodzi - pokazuję jej samochód, pokazuję inne auta i gdzie jest moje zerwane lusterko. Pani policjantka stoi, kiwa głową i duma.
- I nic pan nie słyszał?
- Niestety nie, śpimy twardo, w autach nie było alarmu.
- Aha.....

I dalej stoi. I duma.
- Może by tak to lusterko wziąć do analizy? Może sprawca zostawił jakieś odciski palców? - delikatnie zasugerowałem.
- Wie pan, to dobry pomysł - przyznało dziewczę. I stoi dalej.
Ja też stoję. I patrzę. Na nią. A ona na mnie, na lusterko... znowu na mnie... Wreszcie coś chyba zaskoczyło.
- To ja je wezmę - i poszła, bezceremonialnie wzięła je w rączkę i niesie do samochodu, nawet rękawiczek nie założyła. Otwarła bagażnik i coś tam grzebie. Wreszcie zwraca się do mnie:
- Przepraszam, ale zapomniałam zestawu do zabezpieczania odcisków. Może mi pan dać gazetę?
- Eeeee.... - odparłem inteligentnie - Gazetę?
- No tak, zabezpieczę nią odciski.

Wygrzebałem gdzieś jaką gazetę promocyjną, panna podziękowała, dowód zbrodni zawinęła i schowała w bagażniku. Po czym wyjęła notes i poprosiwszy o jakieś dokumenty, zaczęła spisywać nasze dane.
Tutaj muszę powiedzieć, że o ile typowy Kiwi będzie mieć oczywiste problemy z polskimi imionami (o ile nie mam na imię Grzegorz Brzęczyszczykiewicz, to i tak mogę sprawiać im problemy), to moja Luba ma typowe angielskie imię i nazwisko.

Pani policjantka podziękowała, poszła porozmawiać z sąsiadami, a my poszliśmy szukać telefonu do ubezpieczyciela.

Kilka tygodni później przyszedł list z policji - typowe "z przykrością zawiadamiamy że postępowanie zostaje zawieszone...", ale rojący się wręcz od błędów: zły adres, zła rejestracja samochodu, nawet imię i nazwisko mojej Lubej były napisane z błędami (zamiast np. "Lara Smith" było "Laura Smooth"). Ale perełka była pod sam koniec.

Otóż Policja zawiadomiła mnie, że "ze względu na szkody moralne jakich doznałem, zalecają mi udanie się do psychologa, który to jest zobowiązany do udzielenia mi darmowych pięciu sesji".

Już to widzę:
- Panie doktorze... ktoś urwał mi lusterko.
- Aha.... Chciałby pan o tym porozmawiać?

policja

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 715 (765)

#65070

(PW) ·
| Do ulubionych
Po tym jak rozstaliśmy się wraz z moją Lubą, pozostałem w przydużym domku, który dotychczas wynajmowaliśmy: zgrabne dwie sypialnie, spory salon, całkiem przyjemny ogródek (z którego to żyjątka lubiły często odwiedzać nas w środku...). Jako że było to zdecydowanie za dużo (i co ważniejsze za drogo) dla mnie samego, postanowiłem poszukać współlokatora - oczywiście najpierw wśród znajomych. I tak to trafił mi się Dylan - 21 letni syn dobrej znajomej, który to również parał się studiowaniem (domek był tuż przy uniwerku, na który to również w owym czasie uczęszczałem jednocześnie pracując).
Warunki omówione - chłopak płaci NZD$100 za tydzień, ja pozostałe NZD$150 +światło i internet. Wszyscy wydają się szczęśliwi.

Dylan był chłopakiem dość nieśmiałym - dziennie zamienialiśmy dosłownie dwa słowa, cały czas siedział w swoim pokoju, raz czy dwa miał jakiś gości, co mi niespecjalnie przeszkadzało.Potem zaczęły się schody - Dylan płacił bowiem czynsz z zasiłku socjalnego dla studentów, a żeby takowy dostawać trzeba... chodzić na studia, a z tym mój sublokator miał problem - jak się gra do szóstej rano (mówię serio, bo nie raz słyszałem odgłosy komputera jak w nocy wstawałem), to ciężko wstać na ósmą na uniwerek. Tak więc Dylan pożegnał się z instytucją oświaty, a tym samym ze źródłem pieniążków. Próba rozmowy z nim o zaległym czynszu przebiegała w ten sposób, że ja kulturalnie pytałem "Kiedy jest w stanie zapłacić" a on (patrząc na ziemię) mamrotał pod nosem coś w stylu "...jutro.. wkrótce... tak, na pewno pojutrze".

Normalnie bym go już wtedy wyrzucił, ale w końcu to syn dobrej znajomej... więc powiedziałem jej o tym problemie - rozwiązała go rejestrując Dylana jako bezrobotnego na zasiłku. Tak, Ona musiała go zarejestrować, bo chłopakowi się nie chciało...

No nic, nie mój cyrk, ważne że chłopak płaci - wszystko wróciło do normy na najbliższe dwa miesiące - Dylan spędzał całe dnie zamknięty w pokoju, nie wychodząc nawet do kibelka, otwierając drzwi jedynie gdy z jakiegoś powodu psuło się Wi-Fi (miałem ciut popsuty router, trzeba było go restartować przynajmniej raz dziennie). Po dwóch miesiącach Dylan znowu przestał płacić: otóż żeby dostać zasiłek dla bezrobotnych, trzeba co jakiś czas stawić się w urzędzie, podpisać listę czy nawet (o zgrozo!) zobaczyć półgodzinną prezentację w stylu "jak pisać CV". Dylan na takowe spotkania (raz na miesiąc) nie uczęszczał, więc zasiłek został obcięty.

O ile dotychczas go jakoś czasem widywałem, teraz kompletnie mnie unikał - potrafił przesiedzieć cały dzień w swoim pokoju, nawet odcięcie internetu nie wywoływało reakcji, próby komunikacji kończyły się na tym, że mówiłem do zamkniętych drzwi... Raz zdarzyło się, że wcześniej wróciłem z pracy - Dylan był w kuchni i żeby dostać się do pokoju musiałby przejść koło mnie - zamiast tego... wyskoczył kuchennym oknem i wszedł ponownie oknem do swojego pokoju.

Matce było chyba wstyd, zaczęła mi płacić z własnej kieszeni, Dylan natomiast zaczął dostawać minimalny zasiłek zdrowotny jako "osoba z problemami emocjonalnymi", co pozwalało mu regularnie zamawiać pizzę na wynos i jakoś unormować jego zachowanie.

Pewnej niedzieli, udało mi się go jakimś cudem zobaczyć stojącego w kuchni - tutaj trzeba zaznaczyć, że Dylan nie był czyścioszkiem - gdy przechodził koło mnie lepiej było wstrzymać oddech - zapytałem więc czy może by tak wyrzucił coś z tego jedzenia, które to powoli się psuje w lodówce, nim rozwijające się na nim życie utworzy cywilizacje. Odparł że wyrzuci jak będzie robić porządek, bo on się wyprowadza. Kiedy? Wkrótce.

Noooo dobra... Jeden problem z głowy, choć to sprawia że znowu będę mieć problemy finansowe. Wyszedłem na parę godzin, gdy wróciłem już go nie było, została tylko kolekcja brudnych talerzy w jego pokoju, spora porcja pizzy "brie" w lodówce i plastikowy miecz świetlny.

Dobra, mam dość sublokatorów: wynoszę się na mniejsze. Doprowadziłem mieszkanie do połysku i powiadomiłem właściciela że za 3 tygodnie (tyle wypowiedzenia miałem dać zgodnie z umową) się wyprowadzę. Teraz problem zaczął sprawiać właściciel - że jak to, że brudno, że kaucji nie odda, że jak wynajmowałem to w ogródku były zielone liście na drzewach a teraz jakieś brązowe (była kurde bele jesień!), że krzaki się rozrosły itp. No to dawaj, biegam z grabiami i łopatą, przycinam kopię, wywożę...
W międzyczasie znalazłem fajne, małe mieszkanko blisko mojego miejsca pracy.

Wreszcie nadchodzi dzień oddania starego mieszkanka - właściciel się krzywi, biega z paluchem po parapetach, zagląda pod piec - czysto psiakrew! Wreszcie z tryumfem gdzieś, na najwyższej, nigdy nie używanej półce dopatrzył się śladów kurzu i z tryumfem w oczach pokazuje mi maleńki kłaczek - będąc na to przygotowanym wyciągnąłem z kieszeni paczkę chusteczek antybakteryjnych i wytarłem to siedlisko brudu i zarazy.
Właściciel się skrzywił, kaucję zwrócił i zapytał się wrednie "ciekawe gdzie ja teraz tak dobre mieszkanie znajdę?" Odparłem że już od tygodnia mieszkam w całkiem ładnym miejscu, dziękuję bardzo. Po tym nawet się nie pożegnał, po prostu wziął klucze i wyszedł.

Później dowiedziałem się, że gdy moja obecna landlady dzwoniła do niego po moje referencje, opowiedział jej niestworzone historie o moim niedbalstwie, pijaństwie, burdach i że generalnie to nawet w chlewie mieszkać nie powinienem.
Na szczęście nie uwierzyła.

zagranica współlokator mieszkanie

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 475 (541)

#65110

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło mi się być ławnikiem: Jak 59 innych, losowych obywateli mojego miasta dostałem list wzywający mnie do stawienia się przed sądem, aby dokonać obywatelskiego obowiązku.

Sprawa która mi się trafiła to niemal typowa rodzinna burda: Kobieta miała Partnera, który to pił i bił. Po jakimś czasie pani powiedziała "dość", dostałą od państwa socjalne mieszkanie i sobie spokojnie żyła (ponoć nawet jakieś studia zaczęła). Ale nadeszły święta Bożego Narodzenia, jak to tak ojca dwójki maluchów nie zaprosić wraz z resztą Whanau (mniej więcej znaczy to "bliscy" - rodzina i przyjaciele) na wieczerzę. Może się zmienił?
O naiwności....

Drugiego dnia świąt gdzieś tak pod wieczorkiem Pan sobie popił. Zdrowo. I postanowił swojej byłej wytłumaczyć gdzie jej miejsce. Ta się jednakże zabarykadowała w domu, no ale co to tam jakieś oszklone drzwi dla prawdziwego faceta - kopniak, z łokcia i szyby nie ma. Ale tu się przeliczył bowiem babka chwyciła najdłuższy szklany odłamek jaki znalazła i dziabnęła nim napastnika dość zdrowo w pierś.

Kto stawał przed sądem? 100 punktów dla tego, kto powiedział że kobieta. Za napaść.

Obrady ławników były dość burzliwe - 2-3 osoby uparcie upierały się że jest winna - no bo w końcu mogła dzwonić na policję, a nie próbować się bronić - przez co obrady zajęły nam dwa dni. Ostatecznie dali się przegłosować, przyznając się że przeciągali to tylko dla diety ławniczej (bliskiej minimalnej stawce godzinowej), kobietka wróciła szczęśliwie do domu i dzieci.

A "poszkodowany"? Siedzi w więzieniu - po tym jak dostał kilka szwów, postanowił utopić smutki, a że z kasą było krucho, próbował sobie sam pomóc, otwierając monopolkę łomem.

Dodam tylko, że podaję te informacje całkowicie legalnie, w Nowej Zelandii ławników nie obowiązuje tajemnica sądowa.

sąd zagranica

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 658 (694)

#63798

(PW) ·
| Do ulubionych
Kto w firmie (w zasadzie jakiejkolwiek, byle dużej) ma najlepszy komputer? Developer? Programista? Szef działu IT?
Pudło! Najlepszy sprzęt ma Pan Prezes, nawet jeśli używa go tylko do tworzenia prezentacji w Power Poincie i maili w Outlooku.

W dużej firmie takiej jak mój Port, zmiany w sprzęcie robi się "na raz" dla wszystkich co bodajże 3 lata: Po prostu kupujemy hurtem ponad jakieś 100-150 komputerów,zatrudniamy studenta do pomocy i robimy "rollout".

W tym roku Szef IT postanowił, że dla managerów zamiast laptopów czy stacjonarnych stacji kupi najnowszy Surface Pro 3 - taki niby tablet, niby laptop od Microsoftu, całkiem użyteczne urządzenie, możesz schować do plecaka i pracować "w terenie" albo podłączyć do stacji roboczej i mieć normalny PC, podczepiony do kilku monitorów. Kilku, ponieważ praktycznie każdy z nas ma przynajmniej dwa, co niesamowicie zwiększa produktywność.

Wszyscy się cieszą z nowych Surfaców, jest super bo to naprawdę najnowszy i najlepszy sprzęt aż Pan Prezes nagle wypala:
- Ale ten mój jest lepszy, prawda?
- Eee... nie, kupiliśmy wszystkim takie same - odparł szef IT
- No nie, tak być nie może, weźcie mi jakiś z górnej półki - obruszył się prezes.
- To jest najwyższa półka, nie ma lepszych modeli.
- Tak nie może być! Ja muszę coś reprezentować swoim stanowiskiem!

Po godzinie przyszedł mailem nakaz zabrania wszystkim po jednym monitorze. Skoro Prezes nie może mieć lepszego sprzętu, to sprawi że inni będą mieć gorszy.

Ostatecznie dał się przekupić - zamiast zabrać wszystkim drugi monitor, daliśmy mu trzeci. Niech dziecko ma.

zagranica szef

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1043 (1089)

#63405

(PW) ·
| Do ulubionych
Nowa Zelandia to kraj dość opiekuńczy, do tego stopnia że dla niektórych kobiet bycie matką stało się źródłem utrzymania i jedyną interesującą ich karierą. Nim przejdę dalej przyznam, że wiem z własnego życia że bycie rodzicem (zwłaszcza w pierwszych latach) wymaga czasu i poświęceń a jeszcze gorzej jest zapewne być samotną matką - dlatego też powstały zasiłki. Ale powstały one dla ludzi potrzebujących a nie tych, co system naginają:

Gdy poznałem ciotkę mojej lubej miała już trójkę dzieci: dwoje najstarszych miało po 15-16 lat, najmłodsze gdzieś cztery. Ponoć najstarszy był typową "wpadką", na średnią córkę wypiął się ojciec i zostawił ciotunię dla innej, ojciec najmłodszego też nie chciał mieć z dzieckiem czy matką nic wspólnego, bo chłopaczek był ciut opóźniony - słowem raczej przykra sytuacja (przynajmniej taką od niej historię usłyszałem).

Ciotunia żyła sobie więc tak zajmując się trójką dzieciaków, ale latka lecą i dzieci stają się dorosłe, więc ciotka dostałą odpowiedź z urzędu, że zasiłek się skończy (zasiłek jest płacony na zasadzie podstawa + "za dziecko"), proponują jej kursy przygotowujące do pracy...

Ale nie, to nie dla niej: zamiast kursów wizyta u kosmetyczki, inwestujemy w ładne ciuchy i... szukamy jelenia. Tak, moja przyszywana ciotka zaczęła polować na nowego ojca, ponoć nie będąc zbyt wybredną - w końcu nieważne z kim, ważne żeby był "owoc miłości" (alimentów by nie dostawała i tak, ponieważ jest na zasiłku - taka "albo rybka albo akwarium" zasadza która jest piekielna w samej sobie). W końcu jest, zaciążyła w wieku 45+, na dodatek spodziewała się bliźniąt.

Niestety, natura była okrutna i ciotka poroniła, dla każdej kobiety (i nie tylko) to niesamowicie traumatyczne przeżycie... Nie dla niej! Ledwo po doktor dał zgodę że "już można" - poleciała szukać kolejnego "dawcy plemników", tym razem szczęśliwie donosząc ciążę.

Kilka lat później jej córka zaliczyła wpadkę z kumplem - rada mamy? "Daj mi to dziecko, ja je zaadoptuję". I tak z babci stałą się po raz kolejny mamą... A zasiłek spokojnie co tydzień na konto wpływa :)

Opisałem tą sytuację jako piekielną dlatego, że ten zasiłek jest stworzony aby pomagać ludziom w potrzebie - znam samotne matki, które znajdowały czas na pracę i opiekę nie zaniedbując ani dzieci, ani kariery. Mógłbym napisać że najstarszy chłopak jest w gangu a jego siostra przerwała edukację w połowie liceum, lecz nie ma to z historią wiele wspólnego. Dla mnie piekielne w tym wszystkim jest instrumentalne traktowanie dzieci jako źródła dochodu. Co więcej takie podejście jest niestety widoczne wśród wielu młodych kobiet, zwłaszcza o Maoryskich czy Samoańskich korzeniach - "na cholerę mi szkoła czy kariera, urodzę kilkoro dzieciaków i będę ustawiona do końca życia".

zagranica

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 320 (426)

#62684

(PW) ·
| Do ulubionych
Moją pierwsza w miarę stałą pracą w Nowej Zelandii była posada "nocnego" na 24-godzinnej stacji benzynowej. Na początku było nieźle - szef całkiem miły, nie licząc przypadkowych buraków klienci raczej spokojni, w nocy ruch raczej mały, więc nawet mogłem sobie poczytać - słowem luzik. Potem zaczęły się schody.

Pracowałem w systemie 4 nocki pracy/4 przerwy wraz ze zmiennikiem, świątek-piątek. Szef powiedział mi że skoro pracuję w takim 8-dniowym systemie, to chyba lepiej jak będę dostawał pensję co osiem dni a nie co siedem, gdzie musiałby ciągle liczyć ile naprawdę dni przepracowałem (bo istotnie byłoby to 3, 4 bądź 5 dni roboczych na kalendarzowy tydzień). No super ale... zaczynał zapominać płacić. "Oj, wybacz, wyleciało mi... dostaniesz pojutrze". "Sorry... jakoś tak wyszło", "Oj, bo ty masz taki trudny grafik". Niby to nic w porównaniu z ludźmi co nie dostają wypłaty przez miesiące, ale na karku nam siedziała firma windykacyjna i jakiekolwiek opóźnienie spłat groziło paskudnymi konsekwencjami.
W końcu powiedziałem szefowi: "Może po prostu zostaw mi czek pod koniec mojej czterodniówki? Z bólem serca, zupełnie jakbym prosił go o oddanie nerki, ale się zgodził.

Po pewnym czasie (jakimś 1.5 roku) jeden z klientów powiedział mi, że "dzisiaj święto ale on pracuje, lecz przynajmniej dostanie ekstra wypłatę". Fajnie miał, nie? Wspomniałem o tym żartem szefowi: zrobił się czerwony i szybko uciekł ze sklepu. Dopiero później się dowiedziałem, że takie warunki należą się każdemu kto pracuje w święta. Ale szef wychodził z założenia, że skoro o tym nie wiem to nie będę płakał...

Trzecia piekielność związana była z moim zmiennikiem. Przez mój czas pracy przewinęło ich się kilku: mieliśmy między innymi dwóch złodziei, kilku "o, dzisiaj była moja zmiana? Kurde, zapomniałem", jednego pana który po pierwszej nocce się rozpłakał i pracoholika z Indii (miał 3 prace i jeszcze studiował!), który jednakże wrócił do Indii po miesiącu. Największy problem miałem przez jednego Maorysa i wdzięcznym imieniu Rasta. Fajny koleś, nic tylko iść z nim na piwo, miejscowi mu nie podskakiwali ale... miał bardzo "chorowitą" rodzinę.

Najpierw nie zjawił się na swoją zmianę, bo "mama mu zachorowała" - no ok, zajmę jego miejsce, jakoś przeżyję 12-dniową zmianę... tyle że po 12 dniach zachorowała babcia, potem chyba ciotka, co się od babci i mamy zaraziła... Słowem miałem ponad 30 dni zapieprzu bez zmiany. Szef wziął go na stronę, pogroził - Rasta powiedział, że rodziną zajmie się kto inny.
Nadeszło Boże Narodzenie, wypadała zmiana Rasta - jakieś dwa tygodnie przed zaczął kombinować jak te święta ominąć. Zamiast mnie zapytać czy bym się jakoś nie zmienił, zapytał nas wszystkich za pomocą "biuletynu" (zwykły zeszyt A4 gdzie notowaliśmy wszelakie informacje dla ludu) "Kto chciałby mieś święta wolne?" Oczywiście wszyscy by chcieli, lecz szef się nie zgodził. Ale Rasta się postawił i powiedział że "w święta pracować nie będzie". No ja też nie, nie moja zmiana, mam dość krycia jego dupska.

Nadchodzi wigilia, ja w domu przy rybce z rodziną, nadchodzi godzina zmiany i... telefon, wściekły głos szefa "Dlaczego nie jestem w pracy?" Proste, nie moja zmiana. "Ale Rasta się nie zjawił, mam lecieć go zastąpić!" Gość od dwóch tygodni mówi że się nie zjawi, nikt mnie o zastępstwo nie prosił, nie jestem pizza żeby być zawsze na telefon. Wspomniałem niepłacone święta i spóźniające się wypłaty, a także fakt że jestem jedynym człowiekiem, który wytrzymał nocną zmianę przez długi czas bez jakiejkolwiek wpadki". Usłyszałem tylko "Jeszcze zobaczysz..."

Dwa miesiące później szefowi cofnięto koncesje, stację przejął ktoś inny :)

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 515 (553)

#62555

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzuty sklepowe jakoś mnie zainspirowały by podzielić się moją historią: Otóż w pięknej Kiwilandii zdarzyło mi się pracować właśnie na kasie w supermarkecie. Klienci byli z reguły uprzejmi, lecz jedna historia zapadła mi w pamięci:

Obecnie praktycznie każdy używa karty, czasem ktoś staroświecki użyje gotówki na mniejsze zakupy. Czeki... tu jest problem: w większości miejsc po prostu ich nie przyjmują, niektóre miejsca się zgodzą, o ile klient ma indywidualną umowę z firmą. W moim markecie taką umowę dawała karta stałego klienta, dostępna dla każdego i dająca również zniżki na produkty.

Sobota, tłum ludzi, na kasach oczywiście braki... Ja stoję na ekspresie (12 produktów lub mniej), podjeżdża do mnie pięknie ubrana Dama z... wózkiem wypchanym po brzegi. No nic, nie odeślę jej (wymóg firmy), zaczynam pakować, ciężko idzie bo na kasie ekspresowej mało miejsca. Ale chociaż wspomnę:
-Proszę pani, może lepiej byłoby na drugi raz pójść do normalnej kasy z taką ilością zakupów.
-NIE - odparła niczym szlachta do plebsu - na ekspresie jest zawsze mniejsza kolejka.

No dobra... skończyłem skanować i pakować, kolejka za nią już kilku(nasto)metrowa, główne składająca się z ludzi co to wpadli chleb i mleko. Przychodzi do płacenia... Dama wyciąga książeczkę czekową.
-Kartę klienta poproszę.
-Jaką kartę? Ja czekiem płacę!
-Aby zapłacić czekiem, musi pani mieć kartę klienta, inaczej system nie przyjmie czeku.
-Ja NIGDY nie używam karty, zawsze płaciłam u was czekiem! Wezwij managera.

Ok, pani każe, sługa musi - łapka w górę i czekam na managera który w międzyczasie biega między innymi kasami. Wreszcie się zjawia u mnie i tłumaczy to samo - bez karty klienta czeku nie przyjmują.
Dama zamruczała coś pod nosem o niekompetencji i... wyciąga z torebki ową kartę. Przeterminowaną. O pół roku.
Oczywiście system nie przyjmuje - znowu macham łapką za managerem (który w międzyczasie musiał obsługiwać kilka innych kas z doskoku np. by zezwolić na sprzedaż alkoholu czy papierosów czy zrobić zwrot produktu). Kolejka do ekspresu kończy się już gdzieś między półkami, z mojego miejsca nawet nie widać. Manager przylatuje lecz... nie ma uprawnień do zmuszenia systemu aby ten przyjął nieważną kartę - trzeba dzwonić po Kierownika Sklepu - kolejne kilka minut czekania. Dama stoi z miną "Ja jestem klient, usługujcie chamy!" i nawet nie myśli przeprosić ludzi za nią...
Wreszcie Kierownik się zjawia, po kilkunastu próbach udaje mu się ominąć zabezpieczenie i przyjąć ten nieszczęsny czek.Na zakończenie rzuca:
-Może by pani pomyślała o wyrobieniu karty kredytowej? Byłoby dużo szybciej i taniej (do czeków musimy dorzucać koszt obsługi).
-Nie. Karty są zbyt skomplikowane.

sklepy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 535 (593)

#62084

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło się to lat już prawie dziewięć temu, gdy to postanowiłem podążać za moją Lubą do kraju Kiwi - Nowej Zelandii. Jako że była to wyprawa daleka, studiowałem długo zasady prawne, imigracyjne, załatwiałem wizy itd. Wreszcie wszystko jest, idę zakupić bilet lotniczy. Pani z biura podróży najpierw wybałuszyła oczy "gdzie chce pan lecieć?" (normalnie mi się "Miś" przypomniał z "nie ma takiego miasta "Londyn"), po czym wreszcie zaczęła szukać.

- Z Katowic musi pan jakoś dojechać do Warszawy, potem przesiadki: Londyn, Singapur, Melbourne, Auckland i Wellington. Tyle że w Melbourne musi pan przenocować, bo samoloty nie odlatują po 22.

No nic, bilet kupiłem, dzień podróży - rodziciel mój Świętej Pamięci obecnie podwiózł mnie na Okęcie z Katowic, czas odprawy, sprawdzają mój paszport...
- Ale pan nie ma wizy do Australii.
- Ale ja nie lecę do Australii tylko Nowej Zelandii, mam tylko międzylądowanie w Melbourne - odparłem.
- No tak, ale Australia wymaga wizy tranzytowej, bez problemu da się ją zdobyć i chyba z 10 PLN kosztuje, tyle że dzisiaj już pan jej raczej nie dostanie.

Takiego ataku paniki jeszcze nie miałem... Myślałem że bilet przepadnie, a na drugi nie byłoby mnie stać. Pani sprawdzająca paszporty była gotowa wzywać karetkę. No nic, wziąłem się w garść, szybki bieg do mojego przewoźnika i zmiana terminu odlotu. Po czym kolejne 3-4 godziny w samochodzie wracając do domu.

Wracam do biura podróży i wyjaśniam sprawę
- To pan nie wiedział, że do Australii trzeba wizy tranzytowej?
- No a skąd miałem wiedzieć? - zdziwiłem się.
- Internet ma? Trzeba było sprawdzić. No dobra, zmienimy panu termin, 600 PLN musi pan dopłacić.

Będąc jeszcze ciut w szoku powiedziałem że zapłacę przed odlotem... Ale z ciekawości poszedłem do konkurencji aby zapytać właśnie o podobny bilet.

Pierwsze co usłyszałem to pytanie czy mam wizę tranzytową do Australii bo takową potrzeba, a jak nie, to oni mogą pomóc mi taką zdobyć w ramach ceny biletu (jak już pisałem w zasadzie to tylko formalność).

Złożyłem oficjalną skargę na mojego agenta, dostałem kilka dni telefon od jej szefa z przeprosinami + zwrot kosztów podróży do Warszawy i pokrycie kosztów zmiany terminu odlotu.

biuro_podróży lotnisko

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 640 (696)

1