Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

digi51

Zamieszcza historie od: 22 września 2010 - 8:54
Ostatnio: 25 czerwca 2017 - 10:17
  • Historii na głównej: 182 z 205
  • Punktów za historie: 132678
  • Komentarzy: 2635
  • Punktów za komentarze: 16534
 

#78826

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam znajomą, która w naszym kręgu towarzyskim zawsze uchodziła za osobę oszczędną - zarabiała nieźle, ale była mocno zdyscyplinowana jeśli chodzi wydawanie pieniędzy. I fajnie, ja tam nawet podziwiam ludzi, którzy nie wydają kasy na bzdury i potrafią sobie pewnych rzeczy odmówić. U znajomej ta oszczędność ewoluowała w nienormalną chytrość, a potem w bezczelne sępienie, żydzenie i próby dosłownego okradania znajomych.

Ja osobiście ograniczyłam z nią kontakt, gdy próbowała wysępić ode mnie prawie nową lodówkę za darmo, tylko dlatego, że powiedziałam, że w nowym mieszkaniu mamy już lodówkę, którą zostawił nam poprzedni lokator za darmo.

Jakiś czas później ktoś tam z kręgu znajomych robił urodziny. Wiadomo, w takim wypadkach raczej zrzuca się w kilka osób na jeden, porządny prezent. X, wspomniana znajoma, twierdziła, że widziała super prezent, coś tam z elektroniki i może nawet kupić jak się zrzucimy wszyscy. Prośby o wysłanie jakichś informacji, o jaki sprzęt w ogóle chodzi, olewała, w końcu na odczepkę napisała, że chodzi o blender. No nie da się ukryć - solenizantka kilka razy wspominała, że przydałby się w kuchni, ale środków na lepszej klasy sprzęt brak. No dobra, to zrzucamy się w sumie w 5 razem z X, kasę dostała, miała pojechać i kupić.

Możecie wyobrazić sobie ten wstyd, gdy na imprezie solenizantka nie dostała od nas żadnego prezentu, bo X przez dwa tygodnie nie znalazła czasu, aby podjechać do sklepu nie dla idiotów? Kazałam jej oddać kasę i powiedziałam, że sama kupię, a co mi tam. Ale nie, X nie ma przy sobie, poza tym zaraz w poniedziałek pojedzie, kupi i dostarczy solenizantce.

Mijają kolejne dni, X milczy, koleżanka obchodząca urodziny nadal nic nie dostała. W końcu chwali się, że X przywiozła prezent, wysyła zdjęcia, aby się pochwalić. Szlag mnie trafił, bo zamiast luksusowego sprzętu na jaki się składaliśmy otrzymałam zdjęcie taniego blendera z supermarketu. Piszę do X, aby oddała resztę kasy, bo ten szmelc nawet 30% sumy, na jaką się składaliśmy nie kosztował. X najpierw wmawiała, że mi się coś pomyliło, potem bezczelnie stwierdziła, że ja jej nie udowodnię, że wydała mniej niż od nas wzięła, więc mogę się bujać. O ty małpo, dla mnie już nie istniejesz. Reszta znajomych jednak naciskała i końcem końców X, aby nie spalić wszystkich mostów, oddała kasę. Sądzę, że nie wszystko, ale ok, mało ważne. Ja tej osoby do kręgu moich znajomych już nie zaliczam.

Wielu znajomych przekonywało, że X może się pomyliła, że nie powinnam być taka cięta na nią, ale nie dałam się przekonać i kiedyś nawet powiedziałam w towarzystwie, że przez tą swoją chytrość wywinie taki numer, że straci wszystkich znajomych.

No cóż...

Ostatnio koleżanki umówiły się z X na kolację w restauracji, piją, jedzą, X wyjątkowo nie szczędzi sobie, i przystawkę wzięła i kolorowe drineczki i luksusowy deser. Pod koniec wieczoru kelner przyniósł rachunek, każda policzyła po łepkach ile ma do zapłacenia, jedna z nich miała tylko banknot 100 euro przy sobie (sama miała jakieś 30 euro do zapłaty), więc zaproponowała, że zapłaci, a dziewczyny oddadzą, ile tam każda miała do zapłaty. Dwie koleżanki oddały z górką, aby było na napiwek, X wygrzebała 3 euro z kieszeni i mówi, że resztę odda później, bo nie chce jej się portfela szukać. Y, koleżanka, która zapłaciła jeszcze kilkakrotnie prosiła o zwrot pieniędzy, jeszcze przy stole, przy wyjściu, w drodze na przystanek. X marudziła tylko:

- No zaraz, chwila, coś ty taka małostkowa...

Podjechało metro. Dziewczyny wsiadają, idą zająć miejsca, a X... wyskakuje w ostatniej chwili w pociągu!

Dziewczyny dzwonią, pytają, X, no co ty, czemu uciekłaś? Odpowiedzi brak. Dopiero po kilku dniach X napisała do jednej z koleżanek:

- Wysiadłam, bo już mnie Y wk...rwiała tym marudzeniem o kasę, wiadomo, że dobrze zarabia, nie mogła sobie tych głupich 40 Euro odpuścić??

A nie mówiłam...?

ludzie

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 250 (260)

#78746

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupuję okazjonalnie jakieś pierdółki na eBayu. Ostatnio kupiłam jakąś kieckę, chciałam odebrać osobiście, bo moje miasto, ale okazało się, że jednak trochę daleko, więc zapłaciłam za przesyłkę. Czekam, czekam i kij, nie ma. Napisałam do sprzedawcy z pytaniem, kiedy mam spodziewać się przesyłkę, nie żeby mi szczególnie na czasie zależało, ale jednak fajnie dostać towar w terminie. To było w poniedziałek. Pani zapewniła, że już wysyła, jakieś problemy rodzinne miała i zapomniała. Spoko, wszyscy jesteśmy ludźmi...

Wczoraj rano śpię sobie snem sprawiedliwego wykorzystując wolny, z racji święta, dzień. W półśnie jeszcze słyszę dość napastliwie pukanie do drzwi. Podejrzewam grasujących w okolicy Jehowów, więc ignoruję. Po chwili pukanie zmienia się w walenie pięścią lub kopanie w drzwi. Narzeczony zerwał się i z impetem i zapewne chęcią przywalenia w zęby intruzowi otwiera drzwi. Tam jakiś facecik jak tylko go zobaczył rzucił po drzwi jakiś pakunek i uciekł. Na pakunku jest moje nazwisko i adres, ale brak jakiegokolwiek stempla pocztowego czy znaczka.

Otwieram - oczekiwana sukienka. Smaruję maila do sprzedawcy, co to miała być za akcja, czemu sukienkę dostarcza mi w dzień świąteczny jakiś natarczywy wariat, a nie poczta. Pani robiła ze mnie idiotkę wmawiając, że był to zapewne listonosz. No pewnie, nie drążyłam, ale wystawiłam neutrala, sukienka ładna, ale akcja z dostawą jakaś chora. Pani po przeczytaniu komentarza obruszyła się bardzo i napisała mi:

"Bezczelność! Mój mąż przywiózł pani paczkę, żeby nie musiała pani czekać, a pani nie dość, że nie otwiera drzwi, to wystawia mi pani taki komentarz? Niech pani uważa, żeby mój mąż jeszcze raz pani nie odwiedził!"

A pani mąż niech uważa, żeby znowu nie trafił na narzeczonego w drzwiach...

sklepy_internetowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (177)

#78609

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio dodałam historię o koledze, który został zwolniony z pracy, po tym jak szef nakrył go na ciężkim obijaniu się w godzinach pracy. Pojawiły się m.in. pytania jakim cudem pracował, aż dwa miesiące, skoro był takim śmierdzącym i bezczelnym leniem.

Otóż X, wspomniany kolega, na początku zrobił na całym zespole bardzo dobre wrażenie. Pierwszy dzień - bajka, kolejne - praca na medal. Po dwóch tygodniach - standard, ani super ani źle. Dopiero po miesiącu zaczęła wychodzić jego prawdziwa natura.

X wymigiwał się od swoich obowiązków z większą gracją, niż Kwaśniewska je bezę. To nie było tak, że siadał na bezczela na tyłku i nic go nie interesowało. Przykładowo. X kończył pracę o 15. O 14:30 proszę go o pomoc w polerowaniu sztućców.

- Dobrze, dobrze, digi, już za sekundę, tylko szybko do dziewczyny zadzwonię.

Wychodzi na dwór. Wraca po 25 minutach i opowiada łzawą historyjkę, jak to dziewczynę spotkała przykrość w pracy i musiał ją wesprzeć. Przeprasza, zapewnia, że chętnie zostałby dłużej i mi jeszcze pomógł, ale akurat ma termin u lekarza.

Albo...

Proszę X o wyniesienie śmieci. Krzywi się. Przeprasza, ale coś mu strzyknęło w plecach wczoraj i nie bardzo może dźwigać.

Proszę o X o napełnienie lodówek z napojami na następny dzień, sama idę sprzątać zaplecze. Wracam, X łazi w tę i z powrotem. Pytam, czy zrobił, to o co prosiłam. No jasne, zrobił i jeśli wolno, to on wyjdzie na papierosa. Poszedł. Otwieram lodówki - tak samo puste jak pół godziny wcześniej.

Mamy magazyn oddalony od samego lokalu o ok.30m. Proszę o X o przyniesienie dość ciężkiej roli papieru do sprzątania. Rola swoje waży - na moje wyczucie ok. 4kg, bo jest ogromna. X wraca po 30min i mówi, że szukał i szukał, ale chyba się skończyły. Później tego samego dnia sama poszłam do magazynu po coś innego. Pierwsze, co widzę po wejściu do magazynu - wielka rola wręcz gapiąca się na mnie.

Palenie papierosów. Spoko, też palę. Tylko ja w ciągu 9 godzin pracy wychodzę ok.3 razy na papierosa. X potrafił w ciągu 4 godzin wyjść 6-7 razy, za każdym razem na 10-15 minut.

Kolejna sprawa. Ohydne niechlujstwo. X wylał sok na podłogę. Przykrył serwetką i tak zostawił. X zbił talerz. Pozbierał co większe kawałki i tak zostawił. X robi smoothie. Cała zewnętrzna strona szklanki lepi się od niechlujnie nalanego napoju. X serwuje taką szklankę gościowi. X przynosi brudne naczynia na bar/do kuchni. Wrzuca naczynia razem z resztkami jedzenia/serwetkami do zlewu z wodą.

Po trzecie X albo nie rozumiał, co się do niego mówi albo ciężką przypalał zielsko i nie był w stanie zapamiętać czegoś na dłużej niż minutę. Mówię, że mleko sojowe stoi w tej i w tej lodówce. Za 10 min X odmawia klientce podania mleka sojowego do kawy, bo nie ma. Jest? No jak? On szukał i nie znalazł. Gość zamawia jakiś makaron, prosi bez sera. Wychodzi z kuchni z serem. Ups, X zapomniał dopisać do zamówienia dla kuchni. Proszę X o przyniesienie marchewki z kuchni. W momencie, gdy w lokalu jest jeden gość. X wraca po 10 minutach bez marchewki. Pytam, gdzie ta marchew. X:
- Aaaaa, to po to tam poszedłem.

Z prywatnych rozmów z X wywnioskowałam jedno. Koleś nie ogarniał dorosłego życia. Typ człowieka, który potknie się o własne nogi i zwyzywa podłogę, że jest zbyt płaska. X mieszkał z dziewczyną. Właściciel mieszkania zabronił im palenia w domu, co oczywiście robili. Gdy właściciel to wyczuł, zagroził im wywaleniem z mieszkania. Zaczęli wychodzić przed klatkę na dymka. Raz wyszli w środku nocy i zapomnieli kluczy (większości mieszkań w Niemczech nie da się otworzyć z zewnątrz bez klucza). Wydzwaniali do właściciela, który nie odebrał. Zapłacili ślusarzowi za otwarcie drzwi i nowy zamek 500 Euro. X następnego dnia robił wyrzuty właścicielowi, że to jego wina, bo nie odebrał telefonu.

X zepsuło się coś w mieszkaniu. Właściciel zamówił fachowców, którzy mieli przyjść między 13 a 17. X potwierdza, że termin pasuje. O 14 (w pracy) odbiera telefon od fachowców, którzy czekają pod drzwiami. X oburza się, że on przecież kiedyś mówił właścicielowi mieszkania, że pracuje do 15, więc, co oni tak robią o 14? Opowiada mi to oburzony. Pytam:

- X, ale powiedziałeś mu to jak umawiał termin z fachowcami?
- No nie, ale kiedyś mu mówiłem, że pracuję do 15!

Nocy by mi nie starczyło, żeby opisać wszystkie numery, jakie X u nas wywinął. Nie wiem, co o nim myśleć. Idiota? Kosmita? Czy spryciarz udający debila?

gastronomia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (132)
poczekalnia

#78726

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mój znajomy jest w trakcie rozwodu z żoną. Sprawa skomplikowana, w grę wchodzi małe dziecko i wspólna firma. Miałam nieprzyjemność spotkać jego wkrótce byłą żonę, śmiało stwierdzam, że to osoba z zaburzeniami psychicznymi, agresywna, chorobliwie zazdrosna, posuwająca się do rzeczy typu nachodzenie byłych pracownic wspólnej firmy w pracy i wmawianie ich nowym szefom, że to dz...wki, które uwiodły jej męża i rozbiły małżeństwo. Celowo piszę pracownic, bo uważała, że jej mąż miał romans z każdą jedną. Romansów rzecz jasna, nie było, ale żona próbuje przed sądem udowodnić, że jej mąż do k...rwiarz, dowodów szuka między innymi na portalach społecznościowych, on swoje konta pokasował, to zaczęła śledzić konta wszystkich jego znajomych, nawet ludzi, którzy widują go raz na ruski rok.

W weekend znajoma zaprosiła na grilla. Znajomy trochę poopowiadał, jak tam sprawa rozwodowa, że walczy o firmę i dziecko, a żona szuka na niego wszędzie haków i jakichkolwiek dowodów na udowodnienie, że mąż to dziwkarz. Smutna sprawa, nie? Znajomy uprzedził też, że wariatka śledzi konta jego znajomych na fb i innych tego typu portalach, więc radzi poblokować, jeżeli ktoś nie chce, aby jego żonka codziennie przeglądała nasze profile i tworzyła sobie na ich podstawie teorie spiskowe w głowie.

Jedna z koleżanek uznała za świetny dowcip zrobienie znajomemu zdjęcia w gronie damskiej części imprezy, wrzucenie na tego na fejsa z podpisem "Dziwki i ich alfons XX (tu imię znajomego)!"

Głupota czy sabotaż?

znajomi

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (124)

#78540

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w restauracji jako kelnerka.

W piątek szef zwolnił mojego kolegę, który był z nami od 2 miesięcy. Lista jego grzeszków była dosyć długa i zbierało mu się od jakiegoś czasu, ale zadecydowała jedna sytuacja.

Godziny szczytu mamy od 12 do 14, przed i po jest raczej spokojnie, często zdarza się, że w lokalu jest 1-2 gości, a czasem nikogo. Ten czas wykorzystujemy na sprzątanie. Nie jakieś mycie podłóg, kibla, tylko sprzątanie naszego miejsca pracy - baru, zaplecza, gdzie przygotowujemy smoothie, świeżo wyciskane soki i sałatki, ewentualnie szafek i szuflad z napojami przy barze. W piątek wykorzystałam przysługującą mi półgodzinną przerwę na szybką wizytę u fryzjera, szef wyszedł do księgowej, a kucharz robił akurat porządki w chłodni. Kolega powinien teoretycznie, jak zwykle, zająć się sprzątaniem baru itd.

Szef wrócił po jakichś 5 minutach, bo zapomniał o jakichś dokumentach. Zastaje taki oto widok - kolega siedzi z telefonem przy stoliku, z nogami na stole, popijając piwko. Speszył się, a może zerwał z miejsca gdy zobaczył szefa? Gdzieżby. Na pytanie szefa, co on właściwie k...wa robi, stwierdził, że czeka, aż ja wrócę, żeby mógł iść do domu. Na pytanie czemu siedzi rozwalony jak panisko zamiast wziąć się do jakiejś pracy, stwierdził, że przecież ja posprzątam jak wrócę, w końcu jemu jako facetowi sprzątanie nie przystoi.

Był bardzo zaskoczony zwolnieniem.

gastronomia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (291)

#78327

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w restauracji.

Lokal współpracuje z pewnym serwisem dostawczym, działa to na tej zasadzie: nasza oferta znajduje się na ich stronie, poprzez którą zamawia klient. Mam ichni tablet i aplikację, przez którą widzimy zamówienia, które możemy zaakceptować lub odrzucić. Jeśli zaakceptujemy zamówienie, przyjeżdża ichni kurier i wiezie zamówienie do klienta.

Godziny, w których można składać zamówienia ustawione są automatycznie, można ewentualnie manualnie restaurację otworzyć lub zamknąć dla klientów online. Co ważne, jeżeli ustalonej godzinie otwarcia restauracji online aplikacja u nas jest wyłączona, dostajemy automatyczny telefon z informacją, że jesteśmy offline i prośbą o uruchomienie aplikacji.

Kilka dni temu włączam tablecik jak zwykle i zonk - nie mogę się zalogować. Telefon do naszego partnera(przedstawiciela serwisu) brak odpowiedzi. Telefon do centrali, tam każą dzwonić do partnera.

Wydzwaniam pół dnia, ciągle brak odpowiedzi, ale cóż, powoli zbierają się goście w lokalu, nie mam czasu dalej wisieć na słuchawce, trudno, odpuszczam. Następnego dnia zabawa od nowa, z tym, że co dziwne nie dostaliśmy telefonu z automatyczną informacją, że jesteśmy offline, ale nie zwróciłam na to uwagi dopóki w momencie największego zapieprzu w lokalu nie wpadł jakiś facet o wyglądzie menela i drze się:

- Kurier, serwis X, zamówienie XYZ!
- Proszę pana, od wczoraj jesteśmy offline, nie dostaliśmy żadnych zamówień
- Ale ja mam zamówienie, proszę mi wydać

Tłumaczę jaka jest sytuacja, nie mogę wydać zamówienia, które na oczy nie widziałam i nie mamy przygotowanego. Facet w przerwach między darciem na mnie mordy dzwoni do centrali. Za chwilę centrala do nas z mordą, czemu nie wydajemy zamówień. Ja znów tłumaczę sytuację, przy okazji kolejny raz proszę o pomoc w logowaniu.

Tym razem pani z centrali bardziej skłonna do pomocy podaje mi hasło. Pytam, co to za hasło z tyłka, bo nie nasze. Okazuje się, że serwis automatycznie zmienił nam hasło, bo zawsze automatycznie zmienia po roku. A gdzie informacja dla nas na ten temat? Wysłali na adres mailowy. Jaki? Którzy sami nam założyli, bo po roku każdy partner założyć adres mailowy na ich serwerze. Dlaczego nas o tym nie poinformowali?

Poinformowali. Wysyłając nam maila na nowy, świeżo założony adres mailowy, o którym istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Jakby tej całej paranoi było mało, pytam jak to możliwe, że zostały złożone zamówienia, skoro nie byliśmy zalogowani do aplikacji. A bo oni automatycznie wciągają nas znowu online, jeśli jesteśmy dłużej niż 24h offline, wychodząc z założenia, że mamy otwarte, tylko mamy problemy ze sprzętem.

Aha, czyli zakładają, że mamy problemy ze sprzętem. Szkoda, tylko, że jak zakładają, że mamy problem ze sprzętem, to nie dość, że nikt nie raczy sam zadzwonić i zapytać, o co kaman, to jeszcze zbywają nas, gdy sami dzwonimy, aby rozwiązać problem.

Końcem końców udało mi się zalogować, dostałam potwierdzenie zamówienia i je wydałam. Pan kurier zapytał się mnie na koniec, czy ja jestem nienormalna, że czekam z wydaniem zamówienia na pojawienie się u nas jego potwierdzenia.

Z pewnością każdy inny lokal wydaje zamówienie za prawie 100 euro wierząc jakiemuś lujowi na słowo.

gastronomia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (237)

#78345

(PW) ·
| Do ulubionych
Głupota? Bezczelność? Sama nie wiem.

Moja dobra przyjaciółka wplątała się jakiś czas temu w nieprzyjemną sytuację. Przez znajomych poznała faceta, który się w niej zakochał i nie przyjmował do wiadomości, że ona nie jest zainteresowana. Krótko mówiąc zaczął ją prześladować. Nasze grono znajomych wiedziało o sytuacji, kumple próbowali przemówić facetowi do rozumu, my, dziewczyny, wspierałyśmy koleżankę jak mogłyśmy. Sprawa nie wylądowała na policji tylko dlatego, że koleś się w końcu ogarnął i przestał wypisywać, łazić za nią i zostawiać pod drzwiami dziwaczne prezenty. Ale swoje przeszła, zastrzegła, że kto z nas chce, to może mieć z nim kontakt, ona nie ma nic na przeciwko, ale prosiła, aby nie pakować ją w sytuację, w której będzie musiała się z nim konfrontować.

Wspomniany stalker miał auto dostawcze. Jedna ze znajomych (która wiedziała o tym, że facet prześladował naszą przyjaciółkę), napisała do niej na fb:

- Hej, przeprowadzam się i potrzebuję, kogoś kto przewiezie mi rzeczy. Napisz do X (stalker), czy może mi to przewieźć.

Dziwię się przyjaciółce, że jeszcze chciało się jej tłumaczyć tej małpie, czemu tego nie zrobi. Znajoma niby zrozumiała, a nawet zaprosiła na imprezę pożegnalną w starym mieszkaniu. Przyjaciółka, aby się rozerwać postanowiła wpaść na imprezę. Wchodzi i co widzi? Nie kogo innego jak swojego byłego prześladowcę, rozglądającego się badawczo. Zrobiła w tył zwrot i uciekła z imprezy. Organizatorka imprezy wybiegła za nią. Czyżby, aby przeprosić? Wytłumaczyć, że zapomniała, że zaproszenie ich obojga będzie niezręcznością. Gdzieżby. Zwróciła się nieprzyjemnym tonem do mojej przyjaciółki:

- Co ty robisz, wracaj! X obiecał mi pomóc z przeprowadzką, jeśli ty dzisiaj przyjdziesz i będzie mógł z Tobą pogadać! Nie wystawiaj mnie, bo mi tych rzeczy nie przewiezie!

Zarobiła liścia w twarz.

znajomi

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 337 (347)

#78008

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kelnerką. W niedzielę pracuję w kawiarni, która znajduje się w pobliżu znanej atrakcji turystycznej, w weekendy ten, bądź co bądź, nieduży lokal przeżywa prawdziwe oblężenie. Już sama obsługa tak dużej ilości gości to wyzwanie, a obsługa gości, którzy swoją bezmyślnością utrudniają nam pracę to już prawdziwy krzyż pański. Kilka przykładów tylko z dzisiaj.

1. Serwujemy głównie kawę i ciasta. Ciasta wystawione są w witrynie na przeciwko drzwi wejściowych, opisanie etykietkami z nazwą i
składnikami. Para starszych klientów.

Ja: Dzień dobry, co podać?
Klienci: Pani, bo ja tam przy wejściu widziałam takie ciasto czekoladowe, pani przyniesie
- Mamy trzy rodzaje ciasta czekoladowego, tartę czekoladową, tort czekoladowo-orzechowy i ciasto czekoladowe z wiśniami, które mają państwo na myśli?
- Pani, to takie zwykłe czekoladowe.
- Podejrzewam, że mają państwo na myśli tartę?
- No tak, tak.

Przynoszę.

- Pani, co pani, my tego nie chcemy!

- Ale to jest tarta czekoladowa, to państwo zamawiali.
- Pani, no nie, ja pani pokaże.

Podchodzę z klientami do witryny. Państwo za ciasto czekoladowe uważali tort cytrynowy (cały żółty), z wzorkiem z czekoladowej polewy na górze.

2. Oblężenie totalne, każdy na najwyższych obrotach. Informuję każdego nowego klienta, że na zamówienie trzeba poczekać ok.15 minut. Część rezygnuje, część zapewnia, że rozumie i poczekają. Dwie ryczące czterdziestki także zgodziły się poczekać. Po ok.3 minutach od złożenia zamówienia zaczynają się wydzierać, że na pewno o nich zapomniałam. Po moich zapewnieniach, że nie zapomniałam i zamówienie jest w drodze, ale trzeba jeszcze poczekać uspokoiły się. Kilka minut później przechodzę obok ich stolika z tacą, na której niosłam kilka latte macchiato (one też zamówiły tę kawę), jedna z nich szarpnęła mnie za rękę, w której niosłam tacę, drąc się:
- To dla nas!!!

Efekt łatwy do przewidzenia, kawa wylana na te durne baby, na mnie i Bogu ducha winnych klientów przy stoliku obok. Awantura, panie zaczęły mnie wyzywać od oferm i ciamajd, domagać się pokrycia kosztów czyszczenia odzieży. Wyproszone przez szefa z lokalu pod groźbą wezwania policję i złożenia doniesienia o ataku na personel.

3. Pogoda ładna, słoneczko świeci, ale dość chłodno. Stoliki na tarasie zajęte, mnóstwo klientów siada w środku prosząc o informację, jeśli stolik na zewnątrz się zwolni, bo chcieliby się przesiąść na taras. Przychodzą w bluzach, swetrach, bez kurtek. Tak samo ubrani siedzą w środku i robią nam awanturę o otwarte drzwi "bo im zimno". Jeden z takich klientów uznał dziś za świetny pomysł zamknięcie mojej koleżance, która wracała z tarasu ze stertą brudnych talerzy, drzwi przed nosem, a raczej na nosie, bo zamknął drzwi z takim impetem, że uderzyły ją w twarz. Brawo on.

4. A na koniec brawo wszyscy klienci zamawiający ciasta opisane jako "śmietanowy" "śmietanowe" "ze śmietaną" i pytający, czy jest w nim śmietana, bo właśnie są odchudzają. Po odpowiedzi twierdzącej są bardzo oburzeni, że dodajemy śmietany do ciast, bo przecież tort śmietanowy można zrobić bez śmietany.

gastronomia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (281)

#77562

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kelnerką. Lubię swoją pracę, gości, współpracowników. Są jednak takie sytuacje, kiedy po prostu odechciewa się być dla ludzi miłym.

Pracuję w małym lokalu, raptem 40 miejsc. W godzinach szczytu obłożenie 100% plus kolejni goście czekający na wolne stoliki. Wczoraj mieliśmy właśnie w godzinach szczytu rezerwację na 8 osób. Stolik przygotowany, o umówionej godzinie przychodzą panie z dziećmi i informują beztrosko, że jednak jest ich 11, a nie 8. No cóż, kombinuję, ale cudów nie zdziałam, dostawiłam jeden stolik, trochę ciasno. Paniom się nie podoba, mało miejsca. Przepraszającym tonem mówię, że niestety na ten moment nic więcej nie mogę zrobić. Panie i ich pociechy dostały karty, po kilku minutach koleżanka chce przyjąć zamówienie. Panie zajęte rozmową, kompletnie nie zwracały na nią uwagi, po trzecim pytaniu, czy chcą zamówić, łaskawie składają zamówienie. Wyglądało to mniej więcej tak:

- Poproszę fantę
- Niestety, nie mamy fanty
- A co jest?
- Napoje znajduję się na 3 stronie w karcie

Pani otwiera na kartę na odpowiedniej stronie.

- To poproszę świeżo wyciskany sok z pomarańczy
- Oczywiście.

2 minuty później

- Proszę pani, ja jednak nie chcę tego soku, proszę mi podać FANTĘ.

I tak kilka razy.

Podajemy jedzenie, standardowo do tego kilka koszyczków z wypiekanym u nas chlebem (normalnym, razowym i bezglutenowym - każdy odpowiednio opisany). Jedna z pań:

- A ma pani chleb słonecznikowy?
- Niestety, nie mamy takiego chleba
- To jest bezczelność, że macie taki mały wybór chleba. Tak, 3 rodzaje chleba, które i tak serwujemy za darmo w nieograniczonych ilościach, to dla pani za mało.

Panie najpierw pozwoliły dzieciom samym zamawiać jedzenie (dzieciaki 10-14 lat), później łaziły za nami z tekstami:

- A co zamówił mój syn? (jakby ciężko było po prostu posłuchać przy stole, co dziecko zamawia)

- Hamburgera

- A nie, proszę mu tego nie podawać, dla niego sałatka z grillowanymi warzywami.

A później dzieciaki nie chciały tego jeść, marudziły, jeden nawet się poryczał, bo tak strasznie chciał tego hamburgera, a matka zmieniła jego zamówienie na grillowanego łososia.

Po jedzeniu panie piją kawkę, dzieci domawiają na panie. I panie i dzieci domawiały napoje w ilościach... dużych.

Przychodzi do płacenia. Przynoszę rachunek rozliczam panie. Zaczyna się zabawa od nowa.

- To ja płacę za moje jedzenie, mojego syna, mojej córki i za napoje...

- Dobrze, mamy tu sok jabłkowy (...), 3 razy colę i 4 razy lemoniadę.

- Co pani opowiada, jak cola 3 razy i 4 razy lemoniada.

- Pani syn zamówił 3 razy colę, a córka 4 razy lemoniadę

- Co??? Antek, Zosia! Co wy piliście?

Dzieci potwierdzają moje słowa.

- Co? Zgłupieliście? Przecież wam się LAĆ będzie chciało!

Kolejna pani płaci

- (...) trzy razy sok ananasowy (...)
- Jak to trzy? Michałek zamówił sok tylko dwa razy.
- Nie, proszę pani, trzy razy.
- No tak, ale ten jeden to wylał na siebie, za to też pani policzyła? Przecież on tego nie wypił.

- Rozumiem, ale to nie zmienia faktu, że ja podałam trzy szklanki soku.

- Wy liczycie za sok, którego dziecko nie wypiło, tylko wylało? Boże, pierwszy raz w życiu coś takiego widzę!

I tak przy płaceniu rachunku przez każdą z pań...

Panie poszły. Prezenty jakie zostawiły wraz z dziećmi na stołach i pod stołami: guma do żucia przyklejona do stołu, obsmarkane chusteczki wciśnięte do szklanek po herbacie, opakowanie po tabletkach antykoncepcyjnych, kilka monet po 1-2 centy (to chyba napiwek), na podłodze rzucone luzem torebki po herbacie, rozsypana sól, cukier, rozmazany na stole keczup i majonez, przyniesiona z toalety rolka papieru toaletowego. Nie wiem, w jakim celu się tam znalazła.

Dobra wiadomość: Panie zostawiły u nas ładną sumkę
Zła wiadomość: Mają zamiar wrócić za tydzień/

Były u nas pierwszy raz. Obsługując gości nie sposób nie usłyszeć, o czym rozmawiają. Pod koniec wizyty u nas rozmawiały o tym, że chyba wrócą do nas, bo nie było tak źle, po czym zaczęły wymieniać się spostrzeżeniami na tematów lokalów w okolicy. W każdym była niemiła obsługa, drogo, mały wybór i niedobre jedzenie. Czuję, że po kilku wizytach i my znajdziemy się na ich liście lokali, które trzeba omijać.

gastronomia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (150)

#77346

(PW) ·
| Do ulubionych
Wpiszę w popularny ostatnio nurt o roszczeniowych postawach rodziców z dziećmi.

Pracuję w małej restauracji. Lokal naprawdę mały, raptem 40 miejsc siedzących, w większości stoliki 2 osobowe plus kilka 3-4 osobowych. Podczas godzin szczytu (12-14) mamy najczęściej 100% obłożenia. Naszą zmorą są wtedy rodzice z wózkami dziecięcymi. Nie dlatego, że nie lubimy dzieci - raczej dlatego, że po pierwsze nawet gdy są sami lub w dwójkę, nie zadowalają się stolikiem dwuosobowym, a po drugie naprawdę ciężko u nas znaleźć miejsce, gdzie można by przy stoliku postawić wózek, tak aby nikomu nie przeszkadzał. Mamy dwa takie stoliki, które nawet staramy się trzymać jako rezerwę właśnie dla rodziców z wózkami.

Wczoraj mieliśmy w godzinach szczytu sporą rezerwację - 15 osób, firma zaprosiła pracowników na obiad w ramach świętowania jakiegoś sukcesu, poprosili o udekorowanie stolików. Tak więcej stoliki złączone, udekorowane, stoi wielki szyld "rezerwacja". Wchodzi młoda para z wózkiem dziecięcym i pytają czy znajdę dla nich miejsce. Zaproponowałam, aby poczekali chwilę, gdyż za chwilę powinien zwolnić się stolik, przy którym można dość sensownie postawić wózek, tak aby nie stał w przejściu i nie przeszkadzał gościom z innych stolików. Państwo popatrzyli z niezadowoleniem na zaproponowany stolik, pokręcili się chwilę po lokalu, po czym bez większych ceregieli usadowili się przy wspomnianym wcześniej zarezerwowanym na 15 osób stole.

- Proszę państwa, ten stolik jest zarezerwowany, proszę go zwolnić.
- No ale to taki duży stół, a my tylko dwa miejsca...
- Mimo wszystko muszę państwa prosić o zwolnienie tych miejsc.
- Ale na którą jest ta rezerwacja? Dla kogo?
- Rezerwacja jest na za chwilę, a dla kogo to chyba bez znaczenia?
- Ale my tu możemy postawić wózek.
- Właśnie zwalnia się stolik, gdzie państwo również mogą postawić wózek, zapraszam.
Państwo wstali i zdawałoby się, że chcą się przesiąść. W tym czasie musiałam na chwilę wyjść do kuchni. Wracam - państwo zmierzają w stronę wyjścia, dekoracje na stole przy którym siedzieli rozwalone, obrus ściągnięty. Doganiam ich i pytam:

- Proszę państwa, co tam się stało?!

- A nic, Maksiu pociągnął za ten obrus no i się posypało, hehehe... A my wychodzimy, wie pani, my nie będziemy tu jeść, skoro są państwo tacy nieprzyjaźni dzieciom.

gastronomia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 321 (331)