Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

digi51

Zamieszcza historie od: 22 września 2010 - 8:54
Ostatnio: 29 kwietnia 2017 - 7:48
  • Historii na głównej: 176 z 198
  • Punktów za historie: 131108
  • Komentarzy: 2579
  • Punktów za komentarze: 15889
 

#78008

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kelnerką. W niedzielę pracuję w kawiarni, która znajduje się w pobliżu znanej atrakcji turystycznej, w weekendy ten, bądź co bądź, nieduży lokal przeżywa prawdziwe oblężenie. Już sama obsługa tak dużej ilości gości to wyzwanie, a obsługa gości, którzy swoją bezmyślnością utrudniają nam pracę to już prawdziwy krzyż pański. Kilka przykładów tylko z dzisiaj.

1. Serwujemy głównie kawę i ciasta. Ciasta wystawione są w witrynie na przeciwko drzwi wejściowych, opisanie etykietkami z nazwą i
składnikami. Para starszych klientów.

Ja: Dzień dobry, co podać?
Klienci: Pani, bo ja tam przy wejściu widziałam takie ciasto czekoladowe, pani przyniesie
- Mamy trzy rodzaje ciasta czekoladowego, tartę czekoladową, tort czekoladowo-orzechowy i ciasto czekoladowe z wiśniami, które mają państwo na myśli?
- Pani, to takie zwykłe czekoladowe.
- Podejrzewam, że mają państwo na myśli tartę?
- No tak, tak.

Przynoszę.

- Pani, co pani, my tego nie chcemy!

- Ale to jest tarta czekoladowa, to państwo zamawiali.
- Pani, no nie, ja pani pokaże.

Podchodzę z klientami do witryny. Państwo za ciasto czekoladowe uważali tort cytrynowy (cały żółty), z wzorkiem z czekoladowej polewy na górze.

2. Oblężenie totalne, każdy na najwyższych obrotach. Informuję każdego nowego klienta, że na zamówienie trzeba poczekać ok.15 minut. Część rezygnuje, część zapewnia, że rozumie i poczekają. Dwie ryczące czterdziestki także zgodziły się poczekać. Po ok.3 minutach od złożenia zamówienia zaczynają się wydzierać, że na pewno o nich zapomniałam. Po moich zapewnieniach, że nie zapomniałam i zamówienie jest w drodze, ale trzeba jeszcze poczekać uspokoiły się. Kilka minut później przechodzę obok ich stolika z tacą, na której niosłam kilka latte macchiato (one też zamówiły tę kawę), jedna z nich szarpnęła mnie za rękę, w której niosłam tacę, drąc się:
- To dla nas!!!

Efekt łatwy do przewidzenia, kawa wylana na te durne baby, na mnie i Bogu ducha winnych klientów przy stoliku obok. Awantura, panie zaczęły mnie wyzywać od oferm i ciamajd, domagać się pokrycia kosztów czyszczenia odzieży. Wyproszone przez szefa z lokalu pod groźbą wezwania policję i złożenia doniesienia o ataku na personel.

3. Pogoda ładna, słoneczko świeci, ale dość chłodno. Stoliki na tarasie zajęte, mnóstwo klientów siada w środku prosząc o informację, jeśli stolik na zewnątrz się zwolni, bo chcieliby się przesiąść na taras. Przychodzą w bluzach, swetrach, bez kurtek. Tak samo ubrani siedzą w środku i robią nam awanturę o otwarte drzwi "bo im zimno". Jeden z takich klientów uznał dziś za świetny pomysł zamknięcie mojej koleżance, która wracała z tarasu ze stertą brudnych talerzy, drzwi przed nosem, a raczej na nosie, bo zamknął drzwi z takim impetem, że uderzyły ją w twarz. Brawo on.

4. A na koniec brawo wszyscy klienci zamawiający ciasta opisane jako "śmietanowy" "śmietanowe" "ze śmietaną" i pytający, czy jest w nim śmietana, bo właśnie są odchudzają. Po odpowiedzi twierdzącej są bardzo oburzeni, że dodajemy śmietany do ciast, bo przecież tort śmietanowy można zrobić bez śmietany.

gastronomia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (Głosów: 271)

#77562

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kelnerką. Lubię swoją pracę, gości, współpracowników. Są jednak takie sytuacje, kiedy po prostu odechciewa się być dla ludzi miłym.

Pracuję w małym lokalu, raptem 40 miejsc. W godzinach szczytu obłożenie 100% plus kolejni goście czekający na wolne stoliki. Wczoraj mieliśmy właśnie w godzinach szczytu rezerwację na 8 osób. Stolik przygotowany, o umówionej godzinie przychodzą panie z dziećmi i informują beztrosko, że jednak jest ich 11, a nie 8. No cóż, kombinuję, ale cudów nie zdziałam, dostawiłam jeden stolik, trochę ciasno. Paniom się nie podoba, mało miejsca. Przepraszającym tonem mówię, że niestety na ten moment nic więcej nie mogę zrobić. Panie i ich pociechy dostały karty, po kilku minutach koleżanka chce przyjąć zamówienie. Panie zajęte rozmową, kompletnie nie zwracały na nią uwagi, po trzecim pytaniu, czy chcą zamówić, łaskawie składają zamówienie. Wyglądało to mniej więcej tak:

- Poproszę fantę
- Niestety, nie mamy fanty
- A co jest?
- Napoje znajduję się na 3 stronie w karcie

Pani otwiera na kartę na odpowiedniej stronie.

- To poproszę świeżo wyciskany sok z pomarańczy
- Oczywiście.

2 minuty później

- Proszę pani, ja jednak nie chcę tego soku, proszę mi podać FANTĘ.

I tak kilka razy.

Podajemy jedzenie, standardowo do tego kilka koszyczków z wypiekanym u nas chlebem (normalnym, razowym i bezglutenowym - każdy odpowiednio opisany). Jedna z pań:

- A ma pani chleb słonecznikowy?
- Niestety, nie mamy takiego chleba
- To jest bezczelność, że macie taki mały wybór chleba. Tak, 3 rodzaje chleba, które i tak serwujemy za darmo w nieograniczonych ilościach, to dla pani za mało.

Panie najpierw pozwoliły dzieciom samym zamawiać jedzenie (dzieciaki 10-14 lat), później łaziły za nami z tekstami:

- A co zamówił mój syn? (jakby ciężko było po prostu posłuchać przy stole, co dziecko zamawia)

- Hamburgera

- A nie, proszę mu tego nie podawać, dla niego sałatka z grillowanymi warzywami.

A później dzieciaki nie chciały tego jeść, marudziły, jeden nawet się poryczał, bo tak strasznie chciał tego hamburgera, a matka zmieniła jego zamówienie na grillowanego łososia.

Po jedzeniu panie piją kawkę, dzieci domawiają na panie. I panie i dzieci domawiały napoje w ilościach... dużych.

Przychodzi do płacenia. Przynoszę rachunek rozliczam panie. Zaczyna się zabawa od nowa.

- To ja płacę za moje jedzenie, mojego syna, mojej córki i za napoje...

- Dobrze, mamy tu sok jabłkowy (...), 3 razy colę i 4 razy lemoniadę.

- Co pani opowiada, jak cola 3 razy i 4 razy lemoniada.

- Pani syn zamówił 3 razy colę, a córka 4 razy lemoniadę

- Co??? Antek, Zosia! Co wy piliście?

Dzieci potwierdzają moje słowa.

- Co? Zgłupieliście? Przecież wam się LAĆ będzie chciało!

Kolejna pani płaci

- (...) trzy razy sok ananasowy (...)
- Jak to trzy? Michałek zamówił sok tylko dwa razy.
- Nie, proszę pani, trzy razy.
- No tak, ale ten jeden to wylał na siebie, za to też pani policzyła? Przecież on tego nie wypił.

- Rozumiem, ale to nie zmienia faktu, że ja podałam trzy szklanki soku.

- Wy liczycie za sok, którego dziecko nie wypiło, tylko wylało? Boże, pierwszy raz w życiu coś takiego widzę!

I tak przy płaceniu rachunku przez każdą z pań...

Panie poszły. Prezenty jakie zostawiły wraz z dziećmi na stołach i pod stołami: guma do żucia przyklejona do stołu, obsmarkane chusteczki wciśnięte do szklanek po herbacie, opakowanie po tabletkach antykoncepcyjnych, kilka monet po 1-2 centy (to chyba napiwek), na podłodze rzucone luzem torebki po herbacie, rozsypana sól, cukier, rozmazany na stole keczup i majonez, przyniesiona z toalety rolka papieru toaletowego. Nie wiem, w jakim celu się tam znalazła.

Dobra wiadomość: Panie zostawiły u nas ładną sumkę
Zła wiadomość: Mają zamiar wrócić za tydzień/

Były u nas pierwszy raz. Obsługując gości nie sposób nie usłyszeć, o czym rozmawiają. Pod koniec wizyty u nas rozmawiały o tym, że chyba wrócą do nas, bo nie było tak źle, po czym zaczęły wymieniać się spostrzeżeniami na tematów lokalów w okolicy. W każdym była niemiła obsługa, drogo, mały wybór i niedobre jedzenie. Czuję, że po kilku wizytach i my znajdziemy się na ich liście lokali, które trzeba omijać.

gastronomia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (Głosów: 148)

#77346

(PW) ·
| Do ulubionych
Wpiszę w popularny ostatnio nurt o roszczeniowych postawach rodziców z dziećmi.

Pracuję w małej restauracji. Lokal naprawdę mały, raptem 40 miejsc siedzących, w większości stoliki 2 osobowe plus kilka 3-4 osobowych. Podczas godzin szczytu (12-14) mamy najczęściej 100% obłożenia. Naszą zmorą są wtedy rodzice z wózkami dziecięcymi. Nie dlatego, że nie lubimy dzieci - raczej dlatego, że po pierwsze nawet gdy są sami lub w dwójkę, nie zadowalają się stolikiem dwuosobowym, a po drugie naprawdę ciężko u nas znaleźć miejsce, gdzie można by przy stoliku postawić wózek, tak aby nikomu nie przeszkadzał. Mamy dwa takie stoliki, które nawet staramy się trzymać jako rezerwę właśnie dla rodziców z wózkami.

Wczoraj mieliśmy w godzinach szczytu sporą rezerwację - 15 osób, firma zaprosiła pracowników na obiad w ramach świętowania jakiegoś sukcesu, poprosili o udekorowanie stolików. Tak więcej stoliki złączone, udekorowane, stoi wielki szyld "rezerwacja". Wchodzi młoda para z wózkiem dziecięcym i pytają czy znajdę dla nich miejsce. Zaproponowałam, aby poczekali chwilę, gdyż za chwilę powinien zwolnić się stolik, przy którym można dość sensownie postawić wózek, tak aby nie stał w przejściu i nie przeszkadzał gościom z innych stolików. Państwo popatrzyli z niezadowoleniem na zaproponowany stolik, pokręcili się chwilę po lokalu, po czym bez większych ceregieli usadowili się przy wspomnianym wcześniej zarezerwowanym na 15 osób stole.

- Proszę państwa, ten stolik jest zarezerwowany, proszę go zwolnić.
- No ale to taki duży stół, a my tylko dwa miejsca...
- Mimo wszystko muszę państwa prosić o zwolnienie tych miejsc.
- Ale na którą jest ta rezerwacja? Dla kogo?
- Rezerwacja jest na za chwilę, a dla kogo to chyba bez znaczenia?
- Ale my tu możemy postawić wózek.
- Właśnie zwalnia się stolik, gdzie państwo również mogą postawić wózek, zapraszam.
Państwo wstali i zdawałoby się, że chcą się przesiąść. W tym czasie musiałam na chwilę wyjść do kuchni. Wracam - państwo zmierzają w stronę wyjścia, dekoracje na stole przy którym siedzieli rozwalone, obrus ściągnięty. Doganiam ich i pytam:

- Proszę państwa, co tam się stało?!

- A nic, Maksiu pociągnął za ten obrus no i się posypało, hehehe... A my wychodzimy, wie pani, my nie będziemy tu jeść, skoro są państwo tacy nieprzyjaźni dzieciom.

gastronomia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 318 (Głosów: 328)

#75924

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeprowadzamy się i próbujemy przez ogłoszenia drobne sprzedać trochę sprzętów, których już nie potrzebujemy. Nie są to rzeczy typu "sprzedam za 5zł albo wyrzucę", tylko dość drogie i mało używane rzeczy, także ceny nie były raczej typu "X zł lub czekolada", ale mimo wszystko za tego typu rzeczy dość symboliczne. Przykładowo lodówka, którą kupiliśmy 3 miesiące temu za 300 Euro, chcieliśmy sprzedać za 60. Jak do tej pory nie sprzedaliśmy nic. Dlaczego?

1. Łóżko warte 400 Euro, na którym przespaliśmy pół roku. Nasza cena 100 Euro. Oferty?
Pierwsza:
- "Dam 30, bo w sumie łóżko mi się za bardzo nie podoba".
Druga:
- "Zapłacę 80, jak mi pani przywiezie do X" (miejscowość 300km od nas).
Poza tym jakieś 3 zapytania czy oddamy za darmo osobie potrzebującej. Dodam, że jedna z tych osób potrzebujących sama miała wystawione jakieś 50 ogłoszeń z różnego rodzaju sprzętami typu laptopy, telewizory, tablety, lodówki... łóżka...

2. Przyrząd do ćwiczeń w domu. Tu posypała się lawina ofert. Nasza cena - 50 Euro.

Najciekawsze oferty:
- "Ile jest pani w stanie zjechać z ceny?"
- "Możemy się umówić na 40 Euro, jeśli odbierze pan sprzęt w tym tygodniu."
- "Wow, 10 euro mniej. Spierd..laj."

- "Sprzeda pani za 45?"
- "Ok."
- "Ale to za dużo".

No i trafił się poważny kupiec. Konkretny, gotów zapłacić 50 Euro, przyjechał w umówionym terminie. Co ważne, w ogłoszeniu napisałam, że nie pomagamy w noszeniu ani transporcie sprzętu (narzeczony jest rzadko w domu, a ja raczej nie za wiele jestem w stanie pomóc). Facet pooglądał, zdecydowany zabrać (a dodam, że facet o posturze bramkarza z dyskoteki) i mówi:

- Spoko, to niech pani mi to zaniesie do auta, tam zaparkowałem...

Był bardzo zdziwiony, że nie zaniosłam.

3. Wspomniana lodówka. Pomijając standard, czyli oferty typu 5 Euro z dowozem, popisała się także moja znajoma. Przeprowadzała się w tym samym czasie, co my i szukała lodówki. Znam jej skąpstwo, więc nawet jej nie proponowałam, bo wiedziałam, że postęka tylko, że to drogo. Ale pocztą pantoflową dowiedziała się, że sprzedaję lodówkę i poprosiła o zdjęcia i cenę. Oczywiście, pomarudziła, że drogo i zapytała czemu sprzedajemy, zamiast wziąć do nowego mieszkania.

- Tam już jest wyposażona kuchnia.
- Tak, a za ile się odkupiliście od poprzedniego lokatora?
- Zostawił ją nam za darmo.
- Co? To ty dostałaś za darmo, a ode mnie chcesz kasę? Chyba też powinnaś za darmo oddać, nie?

Nie oddałam. Sprzęty leżą sobie w nowym mieszkaniu w piwnicy i dalej czekają na oferty...

ogloszenia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (Głosów: 280)

#75730

(PW) ·
| Do ulubionych
Dobrych znajomych, małżeństwo z kilkuletnim stażem, zaskoczyła radosna nowina - spodziewają się dziecka. Koleżanka, studentka, do tej pory dorabiała wieczorami w knajpie, po potwierdzeniu przez lekarza ciąży poinformowała szefową, że musi z pracy zrezygnować z wyżej wymienionego powodu. Co usłyszała? Gratulacje? Podziękowanie za 2 lata miłej współpracy? No prawie.

- No ok, jak musisz, tylko wiesz, różne rzeczy się zdarzają, jak poronisz czy coś to wracaj zaraz do pracy.

gastronomia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (Głosów: 277)

#75417

(PW) ·
| Do ulubionych
Paranoja.

Od razu powiem, że nie chodzi o wywoływanie tu dyskusji politycznej czy światopoglądowej... może raczej o tym, jak daleko powinni posuwać się nauczyciele w "wychowywaniu" młodzieży.

Moja siostra ma 16 lat, chodzi do (podobno) najlepszego liceum w mieście. Mądre dzieciaki, nauczyciele z powołania itd.

W piątek, 30.09.16, wychowawczyni jej klasy poprosiła całą klasę o ubranie się na czarno w poniedziałek, 3.10.16, z przyczyn chyba wiadomych. Siostra nie zastosowała się do tej prośby, widocznie miała swoje powody, może brak czarnych ciuchów w szafie, a może świadoma decyzja o niebraniu udziału w proteście. Była jedyną osobą w klasie, która nie ubrała się na czarno i z tego powodu usłyszała wiele nieprzyjemnych komentarzy od kolegów i nauczycieli.

Tego dnia pani od polskiego całą lekcję mówiła o projekcie ustawy Stop Aborcji, na koniec lekcji dodając, że ma nadzieję zobaczyć całą klasę na demonstracji w centrum miasta po południu. Zaproponowała nawet zbiórkę pod szkołą, obiecując, że każdy, kto się weźmie udział dostanie dodatkowe punkty z języka polskiego.

Nie wiem, czy tylko mi zachowanie tych nauczyciel wydaje się oburzające? Nie przypominam sobie, aby któryś z moich nauczycieli w szkole forsował na lekcjach swoje poglądy polityczne czy obyczajowe czy zachęcał uczniów do aktywności politycznej (z wyraźnym wskazaniem kierunku...), już nie mówiąc o (jak dla mnie) wykorzystywaniem dzieciaków do brania udziału w demonstracjach, gdzie ta młodzież czasem nawet nie jest świadoma, po co i przeciw czemu protestuje.

szkoła

Skomentuj (117) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (Głosów: 371)

#75307

(PW) ·
| Do ulubionych
Wakacje w Karpaczu. Pensjonat z darmowym Wi-fi w pokojach (informacja na stronie internetowej). Okazuje się, że owszem, w pokoju urządzenia wykrywają Wi-fi, ale z takim słabym zasięgiem, że nie da się z nim połączyć. Problem zgłoszony właścicielce pensjonatu. Pani najpierw długi czas wpierała, że to na pewno kwestia naszych urządzeń (wszystkich naraz), po czym stwierdziła:

- Ale co się pani wydaje, że na jednym modemie tu będzie super internet w każdym pokoju?

- No jeżeli nie, to może przeniesie nas pani do pokoju, gdzie jednak połączenie jest?

- Ale tak jest w każdym.

- ...

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (Głosów: 234)

#73619

(PW) ·
| Do ulubionych
Natrafiłam tu kilkakrotnie na historie o niesprawiedliwie wystawionych komentarzach na Allegro. Sama sprzedawałam swego czasu sporo na Allegro. Obecnie mieszkam w Niemczech, a że szafa pękała mi już w szwach, postanowiłam pozbyć się części rzeczy na popularnym eBayu, gdzie byłam zupełną świeżynką. Jako opcję wysyłki (jedyną możliwą) ustawiłam świadomie wysyłkę kurierem i to takim nie najtańszym, bo z odbiorem paczki z domu, gdyż mam takie godziny pracy, że paczek nie nadam ani przed pracą, ani po pracy, bo poczta jeszcze/już zamknięta. Byłam świadoma, że koszta są niemałe i pewnie odstraszą niejednego klienta, lecz wolałam stracić paru chętnych niż stresować się, kombinować czy spóźniać z wysyłkami lub do pracy.

Wystawiłam sporo rzeczy - od drogich marek po tanie sieciówki, od nowych z metką po nieco już przechodzone. W pierwszym tygodniu sprzedaży dostałam mnóstwo pytań, dlaczego przesyłka jest taka droga i czy można taniej, bo przecież taką sukieneczką, to można listem za 2 euro. Z początku pisałam prawdę - godziny pracy utrudniają mi wysyłkę pocztą. Odpowiedzi?
"Ale chyba może Pani wziąć wolne"
"Na pewno są oddziały poczty otwarte dłużej"
"Niech ktoś za Panią wyśle"
"Ale to Pani problem, powinna Pani pokryć różnicę ze swojej kieszeni"

Zaczęłam więc odpisywać, że takie są warunki transakcji, których zainteresowany ofertą nie musi akceptować, a ja nie muszę się z nich tłumaczyć.

"Pani jest bezczelna"

"Tak Pani klientów nie zdobędzie"

"Ja jestem klientem i Pani ma obowiązek wysłać tak jak ja chcę"

I moje ulubione:

"Pani jest głupia"

Mimo to kilka sztuk sprzedałam, większość klientów zadowolona, ja też, pozytywne komentarze. Ale...

Część klientów po zakupie wysyłała mi wiadomości typu:

"Czy może mi Pani wysłać listem za 2,5 euro?". Na odpowiedź przeczącą i argument, że koszty i forma przesyłki podane są na aukcji i były jawne przy licytacji, dostawałam najczęściej odpowiedź:

- Ale dlaczego, co pani szkodzi, w czym problem?

Nie wdawałam się w dyskusję, grzecznie prosiłam o wpłatę w określonym terminie. W większości się nie doczekałam. Inni po prostu wysyłali wiadomość:

"Pani wyślę listem za 2,5" i tyle też doliczali do ceny ciucha przy przelewie. Znowu mailowe potyczki, prośby o dopłatę, tłumaczenia, niektórzy dopłacali, niektórzy obrażali mnie w mailach i żądali zwrotu kasy.

Bilans:

40 sprzedanych sztuk. 22 normalne transakcje. 10, w których klienci odmawiali wpłaty, bo koszta za wysokie, 3 klientów widmo, 5 zwróconych wpłat. I wiecie co? Ja tym osobom nawet nie mogę wystawić negatywa. Bo nie zapłacili, a ja nie wysłałam - czyli nie było transakcji. A to, że ja na takich ludzi tracę czas, nerwy i minął mi najlepszy sezon na sprzedawanie letniej odzieży nic nie znaczy. Owszem, mogę zgłosić takiego użytkownika jako nieprzestrzegającego regulaminu, ale jakie są tego konsekwencje - nie wiem. Być może żadne.

Na koniec najlepsze. Jakiś jełop kupił kurtkę po moim chłopaku. Dobrej jakości skóra, oryginalna cena 400 euro, ja wystawiłam za 10 euro, bo uszkodzona skóra na rękawie. Kretyn kupił, zapłacił i dosłownie kilka godzin po wpłacie zażądał zwrotu, bo kurtka uszkodzona. I to nie na zasadzie:

- Przepraszam, nie zauważyłam, że kurtka jest uszkodzona, jednak nie jestem zainteresowany, proszę o zwrot pieniędzy.

Tylko:

- Przecież to jakiś śmieć, wywal to do śmietnika i oddawaj kasę, jak śmiesz coś takiego wystawiać, idiotko!

Co będę dyskutować - zwróciłam kasę i nic nie odpisałam, bo o czym dyskutować z kimś takim. Miałam zamiar zgłosić to eBayowi, ale facet mnie uprzedził zgłaszając, że chce zwrócić otrzymany towar. Piszę do gościa, czy na łeb upadł, przecież oddałam mu kasę i towaru nigdy nie wysłałam, to co on chce oddawać. Odpowiedź:

- Ty p..zdo, chcę oddać tę kurtkę, bo to śmieć, oddaj mi kasę i zapłać za przesyłkę zwrotną!

Zgłosiłam eBayowi chamskie zachowanie i bezpodstawne roszczenia klienta. Zgłoszenie przyjęte. Dostałam jeszcze trzy kolejne przypomnienia od eBaya o zwrocie kasy klientowi, bo inaczej wyciągną konsekwencje. Aha.

Odechciało mi się jakiejkolwiek sprzedaży na eBayu. Myślałam, że na Allegro spotkałam wielu idiotów, ale eBay i niemiecka klientela przeszła moje wszelkie oczekiwania.

eBay

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (Głosów: 243)

#72444

(PW) ·
| Do ulubionych
Plotka - straszna rzecz. Przekonałam się na własnej skórze.

Na wstępie powiem, że pochodzę z rodziny wielodzietnej, ale nie biednej, ani patologicznej. Jasne, piątka dzieciaków kosztuje, więc rzadko mogliśmy sobie pozwolić na luksusy w postaci w markowych ciuchów czy zagranicznych wakacji, ale rodzice zapewnili nam dobry start w życiu.

Od kiedy skończyłam 18 lat zarabiałam własne pieniądze, na studiach jedyne wsparcie jakie dostawałam od rodziców, to możliwość mieszkania u nich za darmo. Nie dlatego, że musiałam, tylko dlatego, że tak chciałam - uznałam, że skoro mam swoje pieniądze i zarabiam na swoje potrzeby, to wstydem byłoby jeszcze wyciąganie ręki do rodziców. Pod koniec studiów wyjechałam do Niemiec. Mam narzeczonego, którego poznałam mieszkając jeszcze w Polsce, zarabia on trochę więcej niż ja, ale ciężko mówić u nas o jakiejś przepaści zarobkowej. Pracuje on, co prawda, na kierowniczym stanowisku, ale nie wiadomo jakich kokosów też nie zarabia. Mój standard życia niewiele polepszył się od kiedy wyjechałam do Niemiec, bo w Polsce też zarabiałam dobre pieniądze.

Przy okazji Wielkanocnej wizyty w Polsce, spotkałam koleżankę z gimnazjum. Kiedyś byłyśmy dobrymi przyjaciółkami, w liceum kontakt się rozluźnił, a jakieś 8 lat temu praktycznie umarł. Przy okazji ostatniego spotkania, wiadomo, buzi buzi, co u Ciebie, co tam porabiasz itd. Koleżanka skończyła, co prawda, studia, ale pracy jakoś nie mogła znaleźć, byłaby to zresztą jej pierwsza praca w życiu. Zawsze była oczkiem w głowie rodziców, którzy zapewniali jej wszystko, ale jednak życie na utrzymaniu rodziców 2 lata po skończeniu studiów trochę jej ciążyło i generalnie bardzo żaliła się na życie w Polsce. Wypytywała mnie o życie zagranicą. Nie wdawałam się w szczegóły, ale zgodnie z prawdą powiedziałam, że mam tam dobre życie, choć różnica między standardem życia jaki znam z Polski nie jest jakaś drastyczna. W ramach wesołej ciekawostki powiedziałam też, że pracowałam m.in. jako barmanka z klubie ze striptizem. Wypytywała też o mojego chłopaka i niestety nierozważnie chlapnęłam m.in. na jakim stanowisku pracuje. Już podczas rozmowy koleżanka zdenerwowała mnie komentarzem:

- A widzisz, tobie się udało, poznałaś faceta z zagranicy, to się wyrwałaś z tej swojej biednej rodziny, żebym ja też miała tyle szczęścia.

Skrzywiłam się na ten bezsensowny komentarz, zauważyłam, że koleżanka chyba kompletnie nie słuchała, co mówiłam, tylko dorobiła sobie własną teorię, więc szybko się pożegnałam i wkrótce zapomniałam o tym kuriozalnym spotkaniu.
Przez lata zapomniałam jednak, że koleżanka zawsze była straszą paplą i plotkarą. I tak...

W ciągu tygodnia dostałam 3 wiadomości od znajomych, których nie widziałam co najmniej 6-7 lat z pytaniem, czy mój narzeczony mógłby im załatwić pracę w swojej firmie. Od innej znajomej z gimnazjum pytanie, czy mój narzeczony ma może jakiegoś kolegę, ALE TAKIEGO NA SWOIM POZIOMIE, który szuka dziewczyny z Polski.

Dobra przyjaciółka, która zresztą też chodziła ze mną do gimnazjum, zapytała mnie czy wiem może skąd wzięły się wśród naszych znajomych plotki, że pracowałam w Niemczech jako prostytutka i wśród klientów wyrwałam sobie faceta, dyrektora międzynarodowej korporacji i żyję jak księżniczka. No tak, wiem skąd. Postanowiłam się nie denerwować i olać sprawę. Kilka dni po moim powrocie do Niemiec sprawczyni całego zamieszania także napisała do mnie:

- Hej, tak się zastanawiałam, jest może opcja, żebyś rozejrzała się tam u siebie za jakąś pracą i mieszkaniem dla mnie? Wiesz, tutaj do lipa, a tobie się tak udało, też bym chciała spróbować.

- A może od razu znaleźć ci sponsora, takiego jak mój?

- A mogłabyś?

...

znajomi

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 432 (Głosów: 448)

#72052

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku lat jestem stałą klientką pewnego salonu fryzjersko-kosmetycznego. Salon, co prawda, jeden, ale dwie osobne działalności gospodarcze, pani kosmetyczka miała swoje pracownice, a pani fryzjerka swoje.

Pani fryzjerka miała najczęściej praktykantki, lepsze lub gorsze, ostatnia zapadła mi w pamięć, bo było wyjątkowo mało zdolna, jej szefowa musiała po niej najczęściej "ratować sytuację".

Na wizyty umawiałam się najczęściej dzwoniąc do pani kosmetyczki prosząc jednocześnie o umówienie mnie za jednym zamachem do pani fryzjerki. Nie było problemu, bo panie mimo, że działały osobno, to jednak jedna drugiej napędzała klientów. Umówiłam się także na wizytę przedświąteczną, dzwoniąc do kosmetyczki z prośbą o umówienie mnie na ścięcie do fryzjerki. Jasne, nie ma problemu.

Przychodzę wczoraj na wizytę, najpierw miałam siadać na fotel fryzjerski. Od progu wita mnie wspomniana wyżej praktykantka i prosi o poczekanie chwilę, bo ma przede mną jeszcze jedną klientkę. Cóż, ja jestem punktualnie, ale ok, zdarza się. Zauważyłam jednak, że główna fryzjerka jest wolna, więc nieświadoma swojego faux pas spytałam czy może ona by mnie nie obcięła, jeśli ma czas. Fryzjerka wymieniła się z praktykantką spojrzeniami, ale zgodziła się. Obcięła mnie, ja zadowolona, idę się pielęgnować do kosmetyczki.

Pani kosmetyczka zaczyna od progu:

- A wie pani, pani to była dzisiaj na ścięcie umówiona do Joli (praktykantka).

- No tak, ale czas trochę gonił, a pani Oksana była wolna, to chyba żadna różnica, kto mnie ścina, prawda?

- No wie pani, Jola to już jest samodzielna fryzjerka i pracuje dla mnie.

- Aha, no cóż, nie wiedziałam.

Na tym mogłoby się skończyć. Pani kosmetyczka jednak stwierdziła, że zabawi mnie dwugodzinnym zachwalaniem Joli i niepochlebnym wypowiadaniem się o Oksanie. Bo Oksana skąpa, najgorsze kosmetyki i wszystkich ścina tak samo, tanie farby niszczące włosy itd itp. A Jola, taka zdolna, jeździ na szkolenia, kupują najlepsze kosmetyki itd. No nie powiem, czułam się niezręcznie, szczególnie, że pani kosmetyczka zaczęła mi w pewnym momencie robić wyrzuty, dlaczego usiadłam do Oksany na fotel, przecież byłam umówiona do Joli (o czym nie wiedziałam). Czułam się zwyczajnie głupio, jakbym się miała z czegoś tłumaczyć, chociaż nie czułam się winna. Wyszłam z gabinetu z lekkim niesmakiem. Przy wyjściu przydybiła mnie jeszcze pani Oksana mówiąc:

- Następnym razem to niech pani do mnie bezpośrednio dzwoni, jak będzie pani chciała na ścięcie przyjść. Wie pani, Jola to nic nie umie, ona panią nieładnie zetnie i do tego ma tanie kosmetyki, to mój numer, proszę dzwonić.

Aby uniknąć niezręczności chyba zmienię lepiej salon.

uslugi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (Głosów: 264)