Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

digi51

Zamieszcza historie od: 22 września 2010 - 8:54
Ostatnio: 3 lipca 2020 - 13:53
  • Historii na głównej: 211 z 235
  • Punktów za historie: 139707
  • Komentarzy: 3805
  • Punktów za komentarze: 23528
 
zarchiwizowany

#86225

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Idę z dzieckiem w wózku na spacer przed osiedle, na którym mieszkam. Dodam, że składa się ono w 80% z wąskich uliczek, najczęściej tak zastawionych parkującymi autami, że widoczność przed przejściami dla pieszych bliska zeru, całość to strefa 30, ale realnie da się jeździć 10-15 i mieszkam w Niemczech, gdzie pieszy ma bezwzględne pierwszeństwo pasach.

Zbliżam się do przejścia zastawionego autami z każdej strony, wychodzę przed wózek i wychylam się, aby zobaczyć czy droga wolna. Naprawdę nie widziałam NIC, bo przed samym przejściem parkował bus. No i wpadłabym pod koła starszej pani. Na szczęście pani wykazała się refleksem, a ja nie weszłam na jezdnię, tylko wychyliłam się zza parkujących aut i oczywiście zatrzymałam w miejscu. Do tej pory spoko, pani mnie przepuściła i na tym mogło by się skończyć, ale kobieta poczuła się zobowiązana gestami pokazać mi, że było blisko wypadku. Zrozumiałam, że ma do mnie pretensje, ale rozłożyłam tylko ręce w geście niezrozumienia i poszłam w swoją stronę. Kobiecisko najpierw mnie otrąbiło, a gdy tym już zdobyła moją uwagę, zaczęła się drzeć przez okno:

- Co pani tak włazi na jezdnię jak krowa? Nie można uważać? Prawie panią przejechałam!
- Słucham? Przecież się zatrzymałam przed wejściem na jezdnię, w czym problem, nie weszłam pani pod koła!
- Noooo, ale ja ledwo co wyhamowałam!
- Nooo, to może trzeba wolniej jeździć, jak się nic nie widzi?
- Ja jechałam dobrze, po co się wpi...rdalasz na jezdnię, życie ci niemiłe? Ja się WYSTRASZYŁAM i mogłam zawału dostać.
Tu skończyła się moja chęć dyskusji, pokazałam nieparlamentary gest (tak, taka chamka ze mnie) i poszłam w swoją stronę. Mitrzyni kierownicy nie mogła odpuścić i wrzasnęła za mną:
- To dziecko to od razu lepiej zabij, jak masz się tak o nie troszczyć!

Kierowcy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (28)

#82607

(PW) ·
| Do ulubionych
Oo tym, co się wyprawia u nas na RODosie*

Niedawno nabyliśmy starą, bardzo zaniedbaną działkę.
Od dekady nikt tam nie bywał, więc możecie sobie wyobrazić - istna dżungla drzew, krzewów i oczywiście chwastów, otoczona niskim płotkiem (może 1,5m wysokości).

Zaczęliśmy więc swoje poletko doprowadzać do ładu - kosić trawę, przycinać drzewka, pielęgnować i porządkować.
Wywołało to OGROMNE zainteresowanie całej społeczności. Nie tylko nasi bezpośredni sąsiedzi, ale ludzie z odległych czasem pół godziny spaceru działek, zaczęli "walić drzwiami i oknami" na pielgrzymkę celem sprawdzenia co, kto, po co i za ile? Nasz płot zaczął przypominać prawdziwy "żywo-płot" złożony z ludzi :D

Jak to latem, w upały - zaczęliśmy po uprzątnięciu bajzlu korzystać na poważnie - robić pikniki, grille, wystawiać basen do pochlapania się wodą.
Razem z naszą aktywnością uaktywniły się Lokalne Strażniczki Moralności.
Chodziły one na skargę do Zarządu, że nienormalni zboczeńcy [mąż w kąpielówkach, ja w bieliźnie, dzieci znajomych wg. wieku - albo w kostiumach albo w pieluszce etc.] urzędują na tej działce i że one będą dzwonić po policję.
To podnieśliśmy płotek, zamontowaliśmy pasujące do otoczenia osłonki z wikliny. Płotek 1,5m, a osłonka około 1,8m.

Na takie podłe postępowanie LSM poszły na skargę, że to nie poligon, żeby się grodzić, że osłonki mamy zdjąć natentychmiast, bo regulamin!!! Że brzydko! Że jak tak można się nie integrować - chamy!

A przy płocie dalej wystają godzinami i japę drą, że one zadzwonią po mops i policję, bo zboczeńcy demoralizują dzieci.
Przy płocie, przy którym obecnie muszą stawać na palcach, albo podkładać sobie polne kamienie, żeby nas widzieć.

*dla niezorientowanych RODos to taka czuła nazwa dla ogródków działkowych (ROD, Rodzinne Ogrody Działkowe).

działki ROD babcia-wizjerek sami zboczeńcy szalone staruszki

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (199)

#85953

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwie historie, ci sami bohaterowie, ale opowieść z dwóch różnych perspektyw. Jako tło akcji proszę wyobrazić sobie hermetycznie zamkniętą społeczność polskiej wsi.

Historia życia Marzeny wg JEJ SŁÓW: najmłodsza z piątki rodzeństwa, obarczona wadą wrodzoną. Od dziecka o kulach, powykręcane stawy i kręgosłup. Zawsze wyszydzana, nikt jej nie bronił, własne rodzeństwo robiło jej paskudne dowcipy, nikt się nie będzie nad niedorajdą litował. Wyszła za mąż bez miłości - jej ojciec dogadał się z jej przyszłym mężem na temat połączenia gospodarstw i majątku.

Małżonek to zły człowiek: bił, pił, kradł, ona nieszczęśliwa z małym synkiem. Kilka lat po zawarciu małżeństwa Marzena poznaje Stanisława - on ponad 20 lat starszy od niej, dwoje dorosłych dzieci, Marzena jest prawie w ich wieku. Stanisław też jest nieszczęśliwy w swoim małżeństwie - żona pijaczka, nierobotna, zła kobieta.

Marzenę i Stanisława połączył romans, po niedługim czasie owocuje "wpadką". Piątka rodzeństwa Marzeny oraz jej rodzice wyrzekają się, wyganiają z domu, palą jej odzież i osobiste rzeczy. Jej synek razem z mężem zostają na gospodarstwie, mężowi w sumie ta zdrada wisi bo ma syna, gospodarstwo, pieniądze i nową babę gdzieś na boku. Marzena nie zostaje ujęta w testamencie ani spadku ziemi i gospodarstwa, nie może widywać się z synem, ma zakaz powrotu na wieś bo "pobijemy kaleką dziwkę".

Tymczasem Stanisław zostawia żonę, jego dorosłe dzieci go nienawidzą bo zdradził ich matkę i będzie miał bękarta. Marzena i Stanisław zaczynają nowe życie - ubogie, ale z miłością. Po pierwszym synku pojawia się drugie dziecko - dziewczynka, budują wspólne gniazdo i tak już żyją razem dosyć długo - Marzena obecnie zaraz ma 50 lat, Stanisław jest po 70-tce. Dzieci z pierwszych małżeństw utrzymują z nimi stały, choć chłodny kontakt ograniczający się do wymuszonych życzeń na urodziny/Święta itp. Ani Marzena ani Stanisław nie zabiegają specjalnie o kontakt z rodzinami.

A teraz historia życia Marzeny wg jednej z JEJ SIÓSTR: najmłodsza z piątki rodzeństwa. Od dziecka o kulach, powykręcane stawy i kręgosłup. Rozpieszczona, chamska, zadzierająca nosa. Konfabulant, manipulator, pyszałek. Za byle dowcip, byle krzywe spojrzenie potrafiła mścić się na różne sposoby. Rodzice ją faworyzowali, zawsze jej wierzyli - bo najmniejsza, bo kaleka. Już jako nastolatka powtarzała rodzeństwu, że rodzice przepiszą jej całą ziemię, a ona ich wyrzuci z domu i nie podzieli się gospodarstwem z rodzeństwem. Z czasem rodzice Marzeny orientują się jaki gagatek z niej wyrasta, gospodarstwo i ziemia idą do podziału na całe rodzeństwo, ujęty w spadku zostaje również świeżo upieczony mąż Marzeny. Ona w małżeństwie nudzi się, szuka przygód i wrażeń pod sklepem, okrada Męża, nie zajmuje się synkiem. Na rodzinę spada wieść o zdradzie, o dziecku "wpadce".

Marzena oznajmia, że jej mąż ma się pakować, że w domu zamieszka jej nowy partner. Mąż się nie zgadza (syn, gospodarstwo, świeżo wybudowana własnymi rękoma chałupa, a ona chce tu z nowym gachem mieszkać?), więc Marzena mówi że odchodzi i w dupie ma syna, męża, gospodarstwo. Mąż mówi droga wolna, ale powrotu już tu nie masz. Rodzice Marzeny z żalu do córki zmieniają testament - to co ona miała dostać zostaje przepisane na jej porzuconego synka. Rodzeństwo przestaje mieć z nią kontakt, bo nie wiadomo gdzie mieszka.

Od małego wiedziałem, że jestem ukochanym przez rodziców dzieckiem. Wiedziałem, że gdzieś tam mam przyrodnie rodzeństwo - syna mamy i dzieci taty, ale oni nie chcieli mnie znać tak samo jak dziadkowie i wujostwo. Mama mówiła, że nazywali mnie bękartem. Od małego karmiła mnie opowieścią, że miała trudne życie, że jej kalectwo i miłość do mojego taty sprawiły, że nie mam kontaktu z dziadkami i wujostwem, że nie mam jakiejś tam ziemi i jakiegoś tam majątku. Że oni byli poszkodowani przez własne rodziny, dlatego z nikim się nie widujemy. Zarzekali się, że w sumie mogę liczyć tylko na moją siostrę, z którą mam wspólną mamę Marzenę i tatę Stanisława, a na syna mamy i dzieci taty nie mam co liczyć.

Z wiekiem uświadomiłem sobie, że rośnie we mnie nienawiść do ludzi, którzy skrzywdzili, wygnali moją mamę. Nie znałem ich, jej rodzeństwa, dziadków, swojego rodzeństwa, ale i tak ich nienawidziłem. Dopiero po dwudziestu paru latach udało mi się usłyszeć historię z drugiej perspektywy, od ciotki, jednej z sióstr mamy. Zrozumiałem, że w życiu nic nie jest czarno-białe.

Zrozumiałem, że nie warto mieć złych myśli i karmić się złymi emocjami. Wybaczyłem wszystkim: wybaczyłem mamie, za to że podsycała we mnie gniew, który sama nosiła; wybaczyłem wujostwu, za to że nie chcieli mieć kontaktu z siostrą, która kalectwem usprawiedliwiała wszystkie swoje życiowe wybryki; wybaczyłem rodzeństwu przyrodniemu za to, że oni nie potrafią wybaczyć zdrady swojej mamy / swojego taty; w końcu wybaczyłem sobie - przestałem myśleć o sobie jako o bękarcie i zacząłem cieszyć się życiem.

Błędy mojej całej rodziny, ich cała chora historia nie są moim garbem. Ich nienawiść, żale, piekielne zachowania nie będą częścią mojej genealogii. Mam zostać za chwilę mężem i ojcem i ufam sobie, że będę dobrym mężem i ojcem, bo nie ciąży na mnie żadne piętno nieudanego dziecka, nieudanych rodziców.

wieś

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (221)

#85855

~VinceJoy ·
| Do ulubionych
Mam sąsiadki z piekła rodem.

Razem z żoną i dwójką dzieci wprowadziliśmy się w czerwcu do domu po mojej babci.
Naprzeciwko nas mieszka babsko (naprawdę nie umiem ładniej jej określić) z dwudziestoparoletnią córką. Ja jestem rehabilitantem osób po urazach, moim pacjentem jest m.in. dziewiętnastolatek po pobiciu. W wakacje w klubie odmówił postawienia kolejki trzem typom, a kiedy wyszedł zapalić, pobili go. Zanim ochroniarze się do nich przecisnęli, mocno oberwał, zwłaszcza w głowę. Na szczęście ma ogromne szanse na powrót do pełni zdrowia.

Jego napastnikami byli synusiowie mojej sąsiadki. W dodatku policja znalazła przy nich sporo narkotyków i to mocniejszych niż trawka, a zachowanie dwóch starszych podchodzi pod recydywę. Sąsiadka uważa, że jej biedni chłopcy są niewinni, to policja i świadkowie się zmówili, a nagrania z kamer zmanipulowano. Oczywiście nie mają pojęcia, że rehabilituję tamtego chłopaka.
Córka sąsiadki ma troje małych dzieci, które opieka umieściła w rodzinie zastępczej. W listopadzie poroniła zaawansowaną ciążę. Oczywiście wszystko wina lekarzy, a nie palenia papierosów i codziennego picia. A ich codzienne bóle głowy to nie skutek nadmiaru alkoholu tylko tego, że czarny kot Kowalskich źle się na nich patrzy przez okno.

Przejścia z tą panienką miał mój kolega. Odrzucił jej zaloty, więc oskarżyła go o gwałt. Na szczęście Irek od razu udowodnił, że w czasie rzekomego gwałtu był służbowo w innym mieście, poza tym jego narzeczona i kilka innych osób potwierdziło jego wersję. I znowu policja broni "zboczeńca", świadkowie kłamią i nie wierzą ofierze.

Moja żona jest mobilną fryzjerką i obie panie urządziły scenę, kiedy odmówiła obcięcia ich za darmo, bo im się należy. Zresztą dzień bez awantury z sąsiadami jest dla nich dniem straconym. Latem zaczepiły moją teściową i naopowiadały jej, że nachalnie dostawiam się do młodszej (omijamy obie szerokim łukiem) i biję swoje dzieci. Na szczęście teściowa jest rozsądna i spokojnie z nami o tych rewelacjach porozmawiała, zresztą uprzedzaliśmy co to za jedne.

Policja regularnie je odwiedza i wlepia mandaty, niestety nic więcej nie mogą. Podobnie jak wiele innych osób uważam, że obie panie powinny trafić na oddział zamknięty.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (186)

#85409

(PW) ·
| Do ulubionych
Robię sobie miejsce w mieszkaniu wyprzedając to, co niepotrzebne na aukcjach internetowych. Z tego powodu jestem ostatnio dość często na poczcie wysyłając różne paczki i paczuszki. Na poczcie czasem trzeba się nastać w kolejce i z tego też powodu zarówno na miejscu można usłyszeć mnóstwo narzekania, jak i przeczytać o tym oddziale mnóstwo niepochlebnych opinii w internecie. Będąc tam ostatnio regularnie widzę jednak, że powodem jest nie tylko brak odpowiedniej liczby personelu czy jego lenistwo (jak niektórzy twierdzą - osobiście uważam, że pracownicy są super), a... sami klienci. Zacznę od tego, że najczęściej chodzę na pocztę około południa i lwią część kolejki w tych godzinach stanowią ludzie w wieku nieco mniej lub nieco bardziej zaawansowanym.

1. "Bo ja mam takie pytanie..."

Starsi ludzie mają mnóstwo pytań, co jest dość irytujące, ale jeszcze nie piekielne. Każdy z nas będzie kiedyś stary i nieco gorzej ogarniał otaczający świat, więc staram się okazać zrozumienie. Ale pytania typu:

- Panieeee, bo ja wnusiowi 200 ełro w kopercie wysłałam i on mówi, że koperta doszła ale bez piniędzy, pan te piniądze odda?
- Wysłała pani pieniądze jako zwykły list? Niestety, nie widzę możliwości ich odzyskania, bo... (tu lista oczywistych powodów). Polecam następnym razem przekaz pocztowy.
- Łoj panie, bądź że pan człowiek, bo wnusio czeka na te piniądze, oddaj mi pan!

Na takiej dyskusji mija 10 minut.

Kolejne genialne pytanie:

- A bo ja mam u was konto i chcę kredyt, niech mi pani coś o tym opowie.
- Ale to nie przy okienku, musi pan podejść do naszego centrum finansowego (3 metry dalej...) i tam porozmawiać z agentem.
- Ale ja tu stoję od 20 min, to już niech pani sprawdzi, ile mogę dostać.

Mijają kolejne minuty, zanim pan czerwony ze złości, pomstując na pracownicę przechodzi 3 metry dalej do centrum finansowego.

Pytania o cenę usług. Pracownik podaje klientowi broszurkę, gdzie wypisane są dane usługi wraz z cenami i warunkami ich realizacji.

- Ale nie, bo mnie interesuje tylko taka paczka do kraju X.
- Zależy jaka waga i jaki rozmiar, może pan sprawdzić i tu w ulotce ma pan napisane...
- O kurde, a to ja nie wiem, to ja zadzwonię szybko do żony i zapytam, a pan mi powie i nie będę musiał czytać, hehe.

Pytania o status przesyłki. Ok, nie każdy potrafi sprawdzić w necie, ale pretensje do pracownika, bo przesyłka widnieje jako czekająca w filii na odbiór przez adresata? Teraz, natychmiast pracownik ma sprawdzić czy adresatowi zostawiono awizo, a najlepiej telepatycznie wysłać awizo do adresata i sprawić, aby jeszcze dzisiaj odebrał. Bo to mama wysłała synkowi paczkę, a w tej paczce kotlety i się zepsują!!!


2. Obcokrajowcy.

Serio, rozumiem, że nie każdy jest w stanie nauczyć się języka na super poziomie i na początku ma problemy z komunikacją, ale jak słyszę...:

- Cześć, ja chcieć wyciąg konta, tu mój karta.
- Wyciąg z konta musi pan pobrać w automacie, nie wydajemy ich przy okienku.
- Ja tu być klient 10 lat, ty mi dać, bo ja skarga pisać!!!

lub:

- Ja chcieć ten paczek wysłać.
- Proszę wypełnić druk z adresem - pracownik podaje druk
Tępe spojrzenie klienta.
- Proszę wypełnić druk z boku i podejść z powrotem, bez kolejki.
- Co wypełnić?
- Druk do paczki. Tu adres nadawcy, a tu adresata.
- A to ty wypełnić, ja nie wiedzieć...

3. Mylenie poczty z kioskiem.

Jak to na poczcie, można kupić artykuły papiernicze ograniczonej gamy.

Nagminne:

- Macie kredki? Bo nie znalazłam na regałach
- Nie mamy.
- A czemu nie macie, to gdzie ja mam dziecku kupić?

Klient podaje paczkę 10 kopert, format A4
- Chcę taką jedną.
- Sprzedajemy tylko w 10-ciopaku.
- Ale ja chcę jedną, to dam 20 centów i pan mi da.

- Gdzie macie kartki pogrzebowe?
- Nie sprzedajemy kartek pogrzebowych, mamy tylko uniwersalne z gratulacjami.
- Pani jest jakaś chora, mam komuś gratulować z okazji pogrzebu?

- Ile to kosztuje?
- 2€.
- A czemu? W tym papierniczym 20km dalej kosztuje 1,8€.

4. Paskudne zachowania klientów wobec innych klientów.

Do wszystkich okienek prowadzi jedna kolejka. Nagminne próby podejścia z boku do wybranego okienka, "bo tak", "bo mi się spieszy", "bo jestem stara", "bo ja tylko coś zapytać", "bo ja tu byłem już 3 godziny temu".

Kiedyś weszła kobieta z płaczącym niemowlakiem, zapytała kolejki czy mogłaby "się wepchnąć", bo dziecko płacze, a ma pilną sprawę. Pomruki niezadowolenia, głosy, że każdy musi odstać swoje, że każdemu się spieszy... Ok, nie musieli jej wpuszczać. Kobieta ustawiła się na końcu kolejki, próbowała uspokoić dziecko. Cała kolejka patrzyła na nią spod byka, leciały komentarze o braku szacunku, o tym, żeby uciszyć "bachora" i o tym, że z takim małym dzieckiem nie wychodzi się z domu. W końcu jeden z pracowników zawołał kobietę i obsłużył poza kolejką. Potrzebowała minuty przy okienku. Najbardziej narzekała jakaś stara raszpla, która sama przez 15 min prowadziła z urzędnikiem dyskusję o tym, że zaginęła kartka urodzinowa, którą wysłała siostrze i żąda zwrotu kilkudziesięciu centów, które za nią zapłaciła.

I sytuacja z dzisiaj, która dotyczyła mnie osobiście. Ustawiam się grzecznie w niezbyt długiej kolejce, po chwili z boku podchodzi starsza kobieta i ustawia się bokiem między mną, a osobą przede mną. Przeczucie mówiło mi, że będzie ciekawe, bo pani tak krok za kroczkiem próbowała ustawić się bezpośrednio przede mną. Zastanawiałam się dobrą chwilę czy coś powiedzieć, czy olać, ale stety niestety zwyciężyła wrodzona nerwowość i fakt, że ostatnimi czasy ignorowałam podobne zachowania, a potem plułam sobie w brodę. Stanęłam więc równo z panią i zagadnęłam:
- Proszę przejść za mnie, bo się pani wcisnęła, niegrzecznie z pani strony.
- Nie, nie, nie, ja byłam tu przed tobą, tylko poszłam ulotki obejrzeć.
- Trudno, nie stała pani w kolejce, trzeba było coś powiedzieć, a nie się wpychać z boku bez słowa.
Typowa pyskówka, ja swoje, ona swoje, oczywiście padają argumenty o chamskiej młodzieży i biednej staruszce. W końcu podniosłam głos:
- Niech już pani nie odgrywa tej komedii, to pani brak kultury, wystarczyło się odezwać, a nie idiotkę ze mnie robić.
W tym momencie odzywa się kolejna stara baba z kolejki:
- Cicho, nie drzyj się, dziewczyno! Widzisz, że stara kobieta, zamknęłabyś już tą japę i ją wpuściła!
- Tak? Za panią stoją osoby starsze od pani, dlaczego ich pani nie wpuści?

Na szczęście odezwał się pracownik, który zwrócił obu kobietom uwagę, że niezależnie od wieku wpychanie się w kolejkę nie przystoi. Żeby było śmiesznej babinka, która próbowała się przede mnie wepchnąć żwawo wychodząc z poczty popchnęła mnie i próbowała się awanturować, że to ja ją zaatakowałam. Niestety, poza budynkiem już nie nikt się nią nie zainteresował i nie znalazła poklasku.

poczta

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (126)

#85561

(PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu "dyscyplina pracy pokazuje, że praca nie jest dla wszystkich".

Poprosił mnie znajomy, który siedzi w sferach wyższych, abym poszefował na kuchni z okazji pewnej ważnej imprezy krawaciarzy, alias "ludzi sukcesu".
Zespół to w większości różna zbieranina wszelakich ludzi z różnych miejsc i lokali, no ale cóż.
Umawiam się, aby przyjechali się pokazać tydzień przed imprezą, abyśmy ustalili ich umiejętności i porozdzielali, co kto robi, co kto umie oraz żebym ocenił stan kuchni.
Na 35-osobowy skład, przyjechało 7. 2 osoby odebrały telefony, jedna mi powiedziała że "ona ma małe dziecko i ona nie może sobie tak na moje życzenie łazikować (mieszka w tym samym mieście)", druga zaspanym głosem (była 12) wyziewała mi do słuchawki że on jest zmęczony i pada na twarz.
Westchnąłem, porobiłem zamówienia, porozdzielałem tym, co byli zadania i umówiliśmy się na następny raz, na 2 dni przed.

Tak, zgadliście, przyszło 13.
Z cukierników nikt, mimo telefonów, próśb i gróźb. Skończyło się tym, że babeczka po hotelarstwie i 4 kucharze małych gastronomii piekli ciasta na 120 osób, reszta myła, sprzątała obiekt, który miał być gotowy na nasze przybycie. W nocy wreszcie zajęliśmy się dostawą, którą wrzuciliśmy na odwal się do chłodni, bo nie mieliśmy miejsca na nie.

Na dzień przed, dalej brak kontaktu od reszty.
W międzyczasie 14-osobowa ekipa dwoiła się i troiła przy układaniu przypraw i towaru, aby był gotowy. W międzyczasie zbiorowo(kto akurat mógł) gotowaliśmy bulion.

A gdzie zagubione duszyczki? Przyszły dopiero w dzień imprezy. Zdziwione, że drę się na nich i ustawiam na szybko.
Pełen chaos, świeżynki nie wiedzą co gdzie jest bo nie ustawiały tego z nami. Odbijają się od krzątającej się po kuchni "starej gwardii" i jedynie przeszkadzają. Przestawiam ich na takie zadania, że małpa za kilo bananów by podołała. Małpa tak, jednak oni nie.
Jeden cukiernik z bólem tyłka zaczął się sapać że "on jest od ciast, on nie będzie zupy nalewał, bo nie". Zapytany gdzie był, jak wczoraj robiliśmy kremy i przedwczoraj piekliśmy biszkopty do namaczania, stwierdził że "on się umawiał na tę imprezę, nie na przyłażenie wcześniej".
Czułem się jak kapitan tonącego okrętu.

Pożar w b_rdelu to za mało, aby określić, co się działo, ale w tym całym syfie coś mi stan osobowy się nie zgadza. Otwieram drzwi na zaplecze, a tam... królewny sobie fajki palą.
Nie wytrzymałem, to kropla która przegięła pałę goryczy. Wydarłem się. Stwierdziłem, że "jak komuś się nie podoba, to niech wyp&%!". Wyszła połowa świeżynek, w czym wszystkie co sobie na fajeczce stały.
Cudem podołaliśmy, potem do rana sprzątaliśmy, już w luźnej atmosferze-nieotwarte wino (i tak przeznaczone tylko na ten event i opłacone) otworzyliśmy, trochę ucztowaliśmy a trochę sprzątaliśmy.

Oczywiście 2 dni później odzywa się znajomy. Dlaczego? "Bo skargi na ciebie były Scorpion, że jesteś tyranem, wyżywasz się na ludziach, nękasz i uprawiasz mobbing!".
Nie mam siły na puentę, dalej odsypiam imprezę.

gastronomia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (199)

#85395

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszelkie granice chamstwa zostały przekroczone.

Jest cmentarz, na cmentarzu grób. Mogiłka jest odwiedzana w miarę regularnie raz-dwa razy w tygodniu, sprzątana, kwiaty i wkłady w zniczach są wymieniane - tak że nie jest to jakiś zapuszczony grób.

Jaką umysłową amebą trzeba być, by zabrać z tego grobu palące się wkłady do zniczy (takie zielone z Biedronki). Same wkłady, nie znicze...

cmentarz grób znicze

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (138)

#81669

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, co kobieta miała w głowie, ale mózgiem bym tego nie nazwał.

Wpakowała mi się dzisiaj na czerwonym jakaś babka pod koła samochodu. Na przejściu dla pieszych. Jej szczęście, że ruszałem z miejsca, a nie leciałem przez skrzyżowanie z 70, bo najprawdopodobniej by ją skrobali z asfaltu. Szturchnąłem ją lekko prawym narożnikiem.

Oczywiście larum, bo pieszego potrącono na przejściu. Drze się na cały regulator, robi się zbiegowisko. Ja zjechałem na bok, pytam, czy nic jej nie jest. Wspomniałem przy okazji, że sama mi pod koła wlazła. Po krótkiej utarczce słownej doszedłem do wniosku, że trafiłem na przypadek tzw. "świętej krowy", która uważa, że jak już zrobi krok na przejściu, to jest to niczym przeprawa Mojżesza przez Morze Czerwone. Droga się rozstępuje, nic jej nie grozi, samochody magicznie znikają. No, niestety, tak to nie działa.

Chciałem się z kobietą po ludzku dogadać. Ale jak zaczęła się wydzierać i mnie obrażać, to stwierdziłem, że tak się bawić nie będziemy. Zadzwoniłem po policję.

Po 10 minutach przyjechali. Najpierw poproszono o przedstawienie jej wersji. Oczywiście padło stwierdzenie "miałam zielone, a pan na mnie najechał". Na dokładnie tą samą prośbę, odparłem, że mogę przedstawić nie tylko "swoją wersję", ale również rzeczywisty przebieg zdarzenia, z racji, że przy lusterku mam wideo rejestrator.

Policjanci obejrzeli nagranie, doszli do oczywistych wniosków i wystawili babce 5 stów mandatu. Byłoby mniej, tylko się awanturowała z mundurowymi.

Zabawne było jej tłumaczenie się. Stwierdziła, że skoro szła pewnym krokiem w stronę przejścia, to oczywistym jest, że będzie chciała przejść na drugą stronę. Więc obowiązkiem kierujących jest jej to umożliwić, czyli zatrzymać się przed przejściem. Niezależnie od tego, ile jadą.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (181)

#78726

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój znajomy jest w trakcie rozwodu z żoną.
Sprawa skomplikowana, w grę wchodzi małe dziecko i wspólna firma.

Miałam nieprzyjemność spotkać jego wkrótce byłą żonę, śmiało stwierdzam, że to osoba z zaburzeniami psychicznymi, agresywna, chorobliwie zazdrosna, posuwająca się do rzeczy typu nachodzenie byłych pracownic wspólnej firmy w pracy i wmawianie ich nowym szefom, że to dz...wki, które uwiodły jej męża i rozbiły małżeństwo.

Celowo piszę „pracownic”, bo uważała, że jej mąż miał romans z każdą jedną. Romansów, rzecz jasna, nie było, ale żona próbuje przed sądem udowodnić, że jej mąż to k...rwiarz, dowodów szuka między innymi na portalach społecznościowych.

On swoje konta pokasował, to zaczęła śledzić konta wszystkich jego znajomych, nawet ludzi, którzy widują go raz na ruski rok.

W weekend znajoma zaprosiła na grilla. Znajomy trochę poopowiadał, jak tam sprawa rozwodowa, że walczy o firmę i dziecko, a żona szuka na niego wszędzie haków i jakichkolwiek dowodów na udowodnienie, że mąż to dziwkarz.

Smutna sprawa, nie?

Znajomy uprzedził też, że wariatka śledzi konta jego znajomych na fb i innych tego typu portalach, więc radzi poblokować, jeżeli ktoś nie chce, aby jego żonka codziennie przeglądała nasze profile i tworzyła sobie na ich podstawie teorie spiskowe w głowie.

Jedna z koleżanek uznała za świetny dowcip zrobienie znajomemu zdjęcia w gronie damskiej części imprezy i wrzucenie na tego na fejsa z podpisem "Dziwki i ich alfons XX (tu imię znajomego)!"

Głupota czy sabotaż?

znajomi

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 275 (299)

#78381

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Dzisiaj z treningów.

Z racji tego, że walczyć wręcz lubię tak samo jak strzelać z łuku, czasami chodzę na treningi sympatyków* z moim znajomym, który jest ich trenerem. Głównie pilnuję bezpieczeństwa, ale raz czy dwa zdarza mi się strzelać lekkimi łukami.

Treningi prowadzimy na boisku szkolnym. Dostaliśmy zgodę od dyrektora pod warunkiem, że będą odbywać się tylko w soboty i zadbamy o bezpieczeństwo. Jak z terminami nie ma problemów to z bezpieczeństwem co innego, nieważne jak zabezpieczysz, ktoś i tak zrobi głupotę. No, po tym wstępie opiszę parę wydarzeń.

I.
Często mamy widzów. Ot, dzieciak ewentualnie tata (jeśli przyszły matki to tylko za namową dziatwy) zobaczy jak strzelamy i przyjdzie popatrzeć. Nie przeszkadza nam to, dopóki goście nie przekroczą taśmy, która jest obwiązana dookoła pola. Zazwyczaj rodzic pilnuję dziecka lub zapyta czy można podejść bliżej.

Nic jednak nie przebije Ojca Roku. Przyszedł z dzieckiem 3 może 4 letnim, stoi w oddaleniu od taśmy, więc nam nie przeszkadza. Robimy przerwę, Ojciec podchodzi z dzieckiem i zadaje klasyczne pytania co robimy, dlaczego, czy fajne itp. Znajomy nagle patrzy - dzieciaka nie ma. Odwracamy się w stronę słomianki nabitej strzałami, a tam dzieciak siedzi z tyłu i ciągnie za podpory. Słomianka się chwieje, dzieciak szarpie mocniej. Znajomy krótki sprint, ciągnie słomiankę do siebie i bierze dzieciaka. Ojciec nie widzi nic złego, "Michałek chciał się tylko pobawić". Szkoda, że ta zabawa mogła w najlepszym wypadku kosztować oko.

II.
Czasem ktoś z młodych przyprowadza kolegę, bo on ciekawy, chciał spróbować lub on umie. Na początku zapoznajemy takich z BHP, poprawnym naciągiem i dajemy łuki do wybrania.

Raz przyszedł delikwent. Z łuku "szczylo" jak to ujął, na turniejach był. Ok, BHP pokazane, naciąg sam umie, łuk wybrał 18** i dajesz. Poszła 1 seria, 2 i widzimy, że D coś umie. Znajomy ucieszony, może kolejny łucznik do drużyny, bo tych jak na lekarstwo u nas. Robimy przerwę, idę wyjmować strzały, parę na ziemi to się schyliłem. I nagle świst. Wstałem, spojrzałem na słomiankę i widzę, że na wysokości kręgosłupa wbita strzała. Słabo przed oczami, odwracam się, a Znajomy biegnie bordowy do delikwenta, który naciąga kolejną strzałę. Został wywalony na kopach z wilczym biletem, młodzi jak kogoś przyprowadzą to robimy test.

III.
Mój faworyt jeśli chodzi o głupotę. Nie było to u sympatyków. Przyszedłem pewnego razu, widzę nową twarz, pytam kolegi kogo przyniosło. "Odzysk***, sprawdzamy czy się nadaje". Dobra, przyglądam się mu uważnie, bo z odzysku zawsze coś odwalą. Nie minęła godzina, stoi odzysk z łukiem, strzałą i mówi - Gramy w odważnego! I posyła strzałę w górę. Powiem tak, debil ma szczęście, że stał pod drzewem i wbił strzałę w gałąź. Czasami jesteśmy wyrozumiali dla tych co zagrażają sobie i po rekonwalescencji wracają, ale taki idiota nie ma prawa dotykać nawet noża do masła. Po spacyfikowaniu poinformowaliśmy policję, ona go zabrała, daliśmy zeznania i więcej go nie widzieliśmy.

A teraz gwoli wyjaśnienia:
* - Sympatykami nazywamy ludzi przed 18 rokiem, którzy są zainteresowani dołączeniem do drużyny lub po prostu strzelaniem.

** - Siła naciągu łuku. Sympatycy mają maksymalnie 15, chyba że ktoś dobrze ogarnia, to wtedy dostaje maks 20.

*** - Z odzysku czyli wywalony z innej drużyny nam podobnej. Z odzysku mamy kilku bardzo dobrze rokujących ludzi wywalonych za jednorazowe błędy.

Szkoła Trening

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (176)