Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 19 lipca 2018 - 16:18
  • Historii na głównej: 15 z 15
  • Punktów za historie: 2095
  • Komentarzy: 167
  • Punktów za komentarze: 1238
 

#82506

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam kuzynkę S.
Kuzynka S. bierze na wakacjach ślub. Zaproszenia dawno rozdane, termin znany jeszcze wcześniej, zbliża się moment, kiedy S. musi określić ile gości będzie i dograć sprawy winietek, stolików, menu, autokaru itd.

I tu pojawia się piekielna koleżanka S. - E. Dodam, że to dość bliska koleżanka.

Bo E. nie wie, czy przyjdzie. Powód? Bo ktoś z rodziny może jej umrzeć, więc jakby tak się stało, to ona wtedy nie przyjdzie. Na razie wszyscy żyją, no ale nie wiadomo, co będzie, więc E. absolutnie nie jest w stanie określić, czy wraz ze swoim partnerem będzie czy nie.

S. ten "argument" wprawił w osłupienie, bo potencjalna śmierć w rodzinie dotyczy niestety każdego, z S., panem młodym i całą resztą gości włącznie.

E. nie widzi żadnego problemu, bo przecież to nie jej wina, że ktoś może umrzeć...

wesele goście

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (169)

#82240

(PW) ·
| Do ulubionych
Ach, te wspomnienia ze szkolnych lat!

... czyli jak dostać jedynkę za to, że "nie orientujesz się" w lekturze.

Liceum. Polonistka wierzyła w Grega* jak w Zawiszę (dla niezorientowanych: seria lektur z omówieniem, ważne cytaty/wątki zaznaczone w treści takimi szarymi ramkami, itd.).

W związku z tym próbowała na nas wymusić, by wszyscy korzystali z lektur z tego wydawnictwa. Książki te były dość tanie, no i wielu osobom było w to graj (no hej, przecież z tyłu jest streszczenie, po co czytać całość, heloooł?), jednak część osób miała już starsze wydania tych lektur w domu - po rodzicach, starszym rodzeństwie lub pożyczała z biblioteki. I tak też zrobiła K.

Omawialiśmy wtedy "Potop" i K. miała na lekcji wypożyczone z biblioteki trzy wielkie, opasłe tomiszcza.

Polecenie Polonistki do K.: "Proszę przeczytać na głos fragment ze str. 234" (Polonistce oczywiście chodziło o fragment, który znajdował się na tej stronie w jej egzemplarzu, z Grega).

K. poprosiła o podanie numeru tomu i rozdziału, żeby znaleźć fragment w swoim wydaniu.

Polonistka stwierdziła, że skoro K. nie potrafi po numerze strony znaleźć danego fragmentu, to nie orientuje się w lekturze i za to należy się jedynka.

K. w odpowiedzi na to zaczęła czytać str. 234 ze swojego wydania...

Efekt: jedynka w dzienniku i uwaga dla K. za "niestosowanie się do poleceń nauczyciela".

szkoła piekielny_nauczyciel

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (216)

#81531

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna biurokracja w Wydziale Komunikacji...

Jakiś czas temu odnawiałam prawo jazdy (ze względu na wzrok miałam terminowe).

Lekarz, zaświadczenie - bez problemu.

Problemem był fakt, że mieszkam i pracuję w mieście X., ale zameldowana jestem w rodzinnym domu i kwestię prawa jazdy musiałam załatwić w mieście Y. (oddalonym od X. o ponad 150 km, w soboty nieczynne).

Oczywiście czegoś takiego, jak przesłanie dokumentu (skanu) mailem lub złożenie wniosku elektronicznie "nie znaju".

Pomyślałam, żeby zrobić upoważnienie dla mamy. Wg pani urzędniczki, z którą rozmawiałam telefonicznie, można takie upoważnienie zrobić, ale tylko na formularzu, które leżą na stoliku przed pokojem nr 6 i trzeba podpisać w obecności urzędniczki.

No trochę to głupie, bo jakbym już osobiście była w tym urzędzie, to sama bym złożyła wniosek, a nie podpisywała upoważnienia...

Zrobiłam pełnomocnictwo notarialne. Do złożenia wniosku, do podpisywania w moim imieniu dokumentów, do odbioru prawa jazdy, pokwitowania odbioru - wpisane było wszystko, co mogło być potrzebne.

Mama, uzbrojona w pełnomocnictwo, pojechała do Wydziału Komunikacji. I najpierw zonk - bo to nie jest na "ich" formularzu (btw. ich formularz to były zwykłe kartki a4 przecięte na pół, z wydrukowaną treścią, nie żadne druki urzędowe). Pełnomocnictwo w formie aktu notarialnego jednak trzeba uznać za ważne, co też uświadomiła pani urzędniczce jej kierowniczka (bo mamie pani urzędniczka nie chciała wierzyć).

I pojawił się problem nie do przeskoczenia - na wniosku jest rubryczka. W tej rubryczce jest miejsce na podpis - mój podpis - który potem jest przenoszony na prawo jazdy. A mnie tam nie było... Panie zaczęły się zastanawiać, czy mama się może podpisać, a jeśli tak, to czy jako ona (w sensie swoim imieniem i nazwiskiem) czy jako ja (moim imieniem i nazwiskiem). I koniec końców okazało się, że się nie da, no nie da się i już.

Przy czym panie urzędniczki zauważyły, że na zaświadczeniu od lekarza w pewnym miejscu trzeba zakreślić właściwą opcję. A pani doktor... podkreśliła. Więc wniosek wnioskiem, ale one i tak wadliwego zaświadczenia nie przyjmą!

Mama, zmęczona batalią, wzięła zaświadczenie, pojechała do lekarki, która podsumowała tę sytuację w prawie że niecenzuralnych słowach. Wzięła też wniosek, ja go podpisałam przy najbliższej okazji i znów akcja w Wydziale Komunikacji - bo powinnam złożyć podpis na wniosku w ich obecności, a tak, to one nie wiedzą, kto go podpisał. Mama już dostała białej gorączki, zażądała odmowy przyjęcia wniosku na piśmie z uzasadnieniem - i wtedy jakoś dało się go przyjąć.

Niby drobna sprawa, coś, co powinno być formalnością - a tyle nerwów, jeżdżenia, wykłócania się...

wydział_komunikacji biurokracja urzędy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (154)

#81258

(PW) ·
| Do ulubionych
Pada śnieg.

Droga dojazdowa do miasta - pługi jeżdżą, ale ze względu na cały czas padający śnieg tworzy się błoto pośniegowe, pod nim wszystko zaczyna przymarzać.

Godzina około 16, czyli już powoli robi się zmrok, ze względu na padający śnieg widoczność jest mała. Jadę sobie wolno, zachowuję odstęp większy niż zwykle, przede mną jedzie auto, poruszając się z podobną prędkością.

Zbliżamy się do świateł. Z daleka widać zielone. Kierowca przede mną gwałtownie hamuje. Ja oczywiście też, nieco mniej gwałtownie, bo odstęp - na szczęście. Nadal mamy zielone.
Co się stało? Młody, na oko +/- 15-latek z psem stał się. Wszedł na przejście dla pieszych na czerwonym, nie zatrzymując się przed przejściem nawet na sekundę, nawet nie patrząc w jedną czy drugą stronę, czy coś jedzie, w ręce telefon, nawijka musi być.

Kierowca przede mną opuścił szybę, coś krzyczał za chłopakiem, ten nawet się nie odwrócił, nie zatrzymał.

A potem się słyszy "potrącił pieszego na pasach"...

piekielny_pieszy droga samochody kierowcy nastolatek telefon

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#81200

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohaterka: Piekielna Pani w Ciąży.

Miejsce akcji: placówka poczty.

Przedpołudnie, mimo to kolejka na poczcie długa - ja stałam jako czwarta, za mną jeszcze z 4-5 osób + dwie osoby obsługiwane przy stanowiskach.

Weszła pani w widocznej ciąży. Przepchnęła się pomiędzy stojącymi obok drzwi w kolejce ludźmi bez żadnego przepraszam, prychnęła kilka razy (dosłownie: zrobiła takie "prfff", "prfff").

Podeszła do pierwszego stanowiska, znów prychnęła, przeszła do drugiego stanowiska, zawisając na chwilę nad ramieniem obsługiwanej aktualnie pani - nadal bez słowa, nie licząc tych prychnięć.

Po chwili przeszła na środek placówki, pokręciła się przez chwilę, sapnęła ze dwa razy i... w krzyk!

"Zupełny brak kultury, brak zrozumienia! Przecież widać, że jestem w ciąży! Ja tu czekać nie będę!”.

Po czym prawie wybiegła z poczty, oczywiście przepychając się ponownie bez żadnego "przepraszam" pomiędzy totalnie zaskoczonymi ludźmi.

Dodam, że w tym czasie cały czas obsługiwane były te same dwie osoby i nikt nowy do stanowiska nie podchodził.

poczta kobieta_w_ciąży roszczeniowość

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (116)

#80866

(PW) ·
| Do ulubionych
PUP. Dla wielu osób już sam ten skrót brzmi piekielnie. I chyba nie bez przyczyny...

K. skończyła filologię polską. Robi też dodatkowy kurs (studia podyplomowe?) z logopedii. Po studiach znalazła pracę w małej, wiejskiej szkole, działającej jako stowarzyszenie. To znaczyło, że popracowała do czerwca i choć miała obiecaną pracę od września, to na czas wakacji zatrudnienia niet. Zatem K. udała się do Urzędu Pracy, aby się zarejestrować jako legalna bezrobotna i mieć składki na czas wakacji.

K. musiała też raz w miesiącu się meldować w urzędzie, żeby potwierdzić swój status i wysłuchać ofert pracy odpowiednich dla osób z jej wykształceniem.

W odpowiedni dzień K. stawia się w urzędzie. Siedzi pani patrzy w komputer, na K. ledwo spojrzała.

(U)rzędniczka: Budowa.
K.: ???
U.: Praca. Na budowie. Jest.
K.: Ale kobiet szukają? I ja jestem po filologii, to tak nie bardzo...
U.: Dooooobrze, zatem praca niezgodna z kierunkiem wykształcenia.
Mija chwila, K. trwa w lekkim szoku (to była jej pierwsza wizyta "meldunkowa").

U.: Kierowca C+E.
K.: Eeeeee, ale ja nawet prawa jazdy kat. B nie posiadam...
U.: Doooobrze, czyli nie ma kwalifikacji do pracy.

K. próbuje oponować, że kwalifikacje to ona ma, tylko do innej pracy...

U.: Truskawki. W Holandii. Pojechać można.
K.: Ale ja nie chcę pracować za granicą, w zasadzie... (tu K. miała zamiar dodać, że w ogóle nie chce teraz pracować, bo od września pracę już ma).
U.: Doooobrze. Czyli nie zainteresowana wyjazdem za granicę w celu podjęcia pracy. Się podpisze tu i tu. Następny proszę!

K. podpisała i wyszła, ciesząc się, że nie szuka pracy - bo z taką pomocą raczej szybko by jej nie znalazła...

urząd_pracy bezrobocie

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (146)

#80422

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohater: piekielna (niedoszła) klientka [a może piekielna ja?]
Miejsce akcji: sklep z owadem w kropki w nazwie.

Godzina popołudniowa, kolejki jak zwykle - czyli jak "stąd do wieczności". Stoję sobie spokojnie, przede mną już tylko dwie osoby (jedna już "kasowana", druga ma produkty wyłożone, czeka sobie, podobnie jak ja). Za mną z siedem osób, większość koszyki/wózki wyładowane po brzegi.

Nagle czuję trącenie od tyłu. Oglądam się, sunie pani X. niczym taran jakiś. Pani X. - zadbana kobieta w wieku na oko 50+. Widzę, że nie ma koszyka ani żadnych artykułów, więc myślę, że pewnie chce tylko przejść do wyjścia. Mogła powiedzieć "przepraszam", a nie tak sunąć bezceremonialnie, no ale...

Tymczasem pani X. stoi sobie. Wciśnięta między mnie, barierkę i klientkę przede mną, która tymczasem zaczęła być już obsługiwana przez kasjera.

Może nie chce się przepychać między tą klientką i jej wózkiem - pomyślałam. O ja naiwna!

Klientka przede mną skasowana, odbiera resztę, zbiera zakupy, kasjer już sięga po moje rzeczy, ale pani X. rzuca "marlboro lighty".

Miałam kilkanaście rzeczy na taśmie, ona chciała ewidentnie kupić tylko jeden artykuł - więc gdyby się zapytała, czy ją przepuszczę, zgodziłabym się. Ale na takie coś pozwalać nie zamierzałam, więc powiedziałam kasjerowi, że ja jestem następna w kolejce, a do pani X. zwróciłam się, że kulturalnie byłoby poprosić o przepuszczenie.

Pani X. poczerwieniała, zapowietrzyła się, wypaliła, że "jakaś małolata jej kultury uczyć nie będzie" i do kasjera "no dawaj te papierosy, śpieszę się!".

Ale kasjer chyba widział wcześniej, jak pani X. się przepychała, a ludzie w kolejce za mną potwierdzili, że ta pani tu nie stała, więc zasugerował jej zajęcie miejsca na końcu "ogonka". To oczywiście nie spodobało się pani X., która pomrukując coś pod nosem prawie wybiegła ze sklepu.

Btw. małolatą od dawna już nie jestem, ale w tamtym dniu zupełny brak makijażu + sportowy strój mógł wprowadzać w błąd. Tak czy siak nie rozumiem, co ma wiek (młodociany, dorosły, podeszły - jakikolwiek) do kultury lub usprawiedliwiania jej braku.

A słowa "przepraszam" czy "dziękuję" naprawdę nie gryzą w język.

piekielna_klientka sklep kolejka_do_kasy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (123)

#80137

(PW) ·
| Do ulubionych
Dużo jest historii o "piekielnych sprzedawcach”.

Moja koleżanka pracuje w handlu jako ekspedientka. Teraz jest zatrudniona w małym, prywatnym sklepiku z konfekcją skórzaną i nie narzeka, ale był czas, że pracowała w sklepie z garniturami - i tam wytyczne szefostwa były m.in. takie:

- Zakaz siadania. W sklepie nie było żadnego krzesła, a ekspedientki były pouczone, że za siadanie uważa się także opieranie o ladę z kasą bądź o takie stoisko na środku z krawatami, skarpetkami itp., przysiadanie na pufie w przymierzalni... Stanie przez 8, 10 lub 12 godzin...

- Podchodzenie do klienta - miały "nie dać się spławić". Czyli na początek standard - po wejściu klienta: "dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc, doradzić?". Jeśli klient nie życzył sobie pomocy, miały spis zdań/rozmówek, którymi mają go zaczepić, w stylu:

-- <przymierza koszulę>: Do twarzy panu w tym kolorze!

— <ogląda garnitur>: To nowa kolekcja, wykonana z najlepszej jakości wełny (whatever), świetnie się nosi.

lub: Mamy dopasowane kolorystycznie koszule i krawaty, gdyby pan był zainteresowany kompletem.

-- <ogląda krawat>: To najnowszy krzyk mody, badania psychologiczne wykazały, że osoby noszące dodatki w tej kolorystyce postrzegane są jako profesjonaliści.

itd.

Podobno kilka stron a4 miały z różnymi wersjami "zaczepek". W sklepie na zmianie przeważnie były dwie, był też nakaz, że jeśli trzykrotna zaczepka od pierwszej nie skutkuje, to ma podejść ta druga.

Dla nich to było wybitnie piekielne, przypuszczam, że dla klientów również, chociaż koleżanka twierdzi, że jeśli chodzi o klientów, to było pół na pół - średnio od połowy dostawały opiernicz, że się narzucają, ale połowa gładko się łapała na te gadki z kartek.

Tak czy siak, koleżanka wytrwała tam tylko 2 miesiące...

piekielni_klienci piekielni_sprzedawcy sklep

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (137)

#80120

(PW) ·
| Do ulubionych
Hipokryzja.

Mam koleżankę S. S. jest miłośniczką zwierząt: wegetarianka (bo ona nie zje czegoś, co kiedyś miało oczka), bierze udział we wszelkich protestach typu "NIE dla zwierząt w cyrku", "Przewoźmy świnki w humanitarnych warunkach", "Spuścić psy z łańcuchów" itp.

Często też udziela rad wszystkim znajomym, którzy posiadają jakiekolwiek zwierzęta, przy czym są to rady w stylu: nie wyprowadzaj psa w kagańcu, męczy się biedactwo! (do właścicielki dobermana, który ze względu na swoje przejścia nerwowo reaguje na dzieci, zwłaszcza na rowerach/hulajnogach/wrotkach).

S. jest też oburzona swoim wujkiem, który hoduje brojlery i króliki w celach spożywczych.

S. z niesmakiem krzywi się, gdy w restauracji ktoś zamówi burgera lub jakąś potrawę z mięsem.

Ale jeśli ma takie przekonania - jej sprawa, a nieco irytujące zachowanie to zapewne kwestia charakteru.

S. mieszka z rodzicami w domu. W tym domu pojawiły się szczury. Rodzice S. sypali jakąś trutkę, zastawili łapki - szczury mimo to miały się dobrze. Więc S. wymyśliła, żeby nakarmić je kiełbaską. Kiełbaską ze szklaną wkładką. Potłukła jakieś słoiki/butelki na drobno i nafaszerowała tym kiełbasę. Skuteczność 100%, bo szczury wkrótce pozdychały.

S. obraziła się, gdy w rozmowie zauważyłam, że szczur też zwierzę i to, co zrobiła, było wyjątkowo niehumanitarne i zapytałam się, jak to się ma do jej poglądów, że ŻADNE zwierzę nie powinno cierpieć.

hipokryzja obrońcy_zwierząt wegetarianka

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (202)

#79846

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohater: piekielny mechanik

W samochodzie mamy Marcelki zapaliła się tzw. kontrolka silnika. No to trzeba do mechanika, coby sprawdził, co i jak.

Mechanik popatrzył, podumał, stwierdził, że to "błąd usterki" <cytat> i że on tak zrobi, że zniknie i będzie dobrze. No cóż, mi się to niezbyt spodobało, ale w końcu trafiłyśmy do specjalisty, więc pewnie wie, co mówi.

Co powiedział, tak uczynił, kontrolka znikła. Niestety, dwa dni potem znów się zaświeciła.

Tym razem mechanik stwierdził, że to pewnie świece. No cóż, auto niemłode, świec wymienianych nie miało od ohoho i jeszcze trochę, brzmi prawdopodobnie. Świece wymienione, kontrolka znikła... i znów po dwóch dniach się zaświeciła.

Kolejna wizyta u mechanika. Pan ma minę nietęgą, ale stwierdził, że filtr paliwa może być zapchany. No może, filtr jako i świece wymieniany nie był od dawien dawna... Pan stwierdził, że zamówi filtr do tego modelu samochodu i żeby przyjechać w ten dzień, na godzinę taką i się zrobi.

Auto zgodnie z umową zostawione o godz. 10:00. Po odbiór miałyśmy się zgłosić o 14:00 lub wcześniej, jeśli pan mechanik da znać. Nie dał, zatem punktualnie o 14:00 jesteśmy (ja z mamą, bo warsztat jest oddalony od domu mamy o ok. 3 km, więc robiłam za "szofera" swoim samochodem).

Okazuje się, że pan mechanik nie miał czasu zerknąć na ten filtr (przez 4 h? i po co się umawiał?) ale już już to robi.
I szukali. Szukali. Grzebali. Podnosili. Zaglądali. I wreszcie.

"Pani! Ten samochód nie ma filtra paliwa."

Mama strzeliła "karpia" i pyta, jak w takim razie sklep sprzedał mu filtr do tego modelu auta. Mechanik tłumaczy, że to taki bardziej uniwersalny i że w tym aucie filtra nie ma. Na pytanie, co z kontrolką, stwierdził ponownie, że to "błąd usterki" i że zresetuje komputer. Chyba był zdania, że jak kontrolka zniknie, to problem też.

A teraz ciekawostka - w tym aucie JEST filtr paliwa. Ja jestem dziewczę, co na autach się nie zna - ma jeździć i już, ale pamiętałam, jak kiedyś kolega mechanik opowiadał dokładnie o tym samym modelu z tego samego rocznika, w benzynie i klął, ile to filtra musiał się naszukać, bo dziwnie umiejscowiony. Zatem poszłam po wiedzę do "wujka Google'a" i cóż - w mniej niż 5 minut znalazłam informacje, że oczywiście filtr jest, w miejscu nietypowym i jak się dostać.

I tylko problem jest jak był - kontrolka świeci, a najbliższy inny zakład jest ok. 30 km od nas...

samochód mechanik usterka

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (119)