Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

szczerbus9

Zamieszcza historie od: 23 maja 2018 - 20:00
Ostatnio: 18 czerwca 2018 - 20:24
  • Historii na głównej: 3 z 10
  • Punktów za historie: 353
  • Komentarzy: 48
  • Punktów za komentarze: 132
 
zarchiwizowany

#82444

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio spotkałem dwóch ludzi, z którymi pracowałem. Przez co postanowiłem wypuścić te dwie bliźniacze historie... Może mało piekielne, przynajmniej dla mnie, ale tych dwóch to niemal legendy.

Obydwaj obecnie są emerytami, a poznałem ich tuż przed ich przejściem w ten ułaskawiony stan. Warto zaznaczyć, że to imiennicy pewnego polskiego muzyka, ale przedstawię wam ich po przezwiskach...

Poznajcie proszę Trzęsiłapkę i Hałabałę.



HAŁABAŁA:

Drugi z nich to niejaki Hałabała, zwany też Bin Laden-em. Średniej klasy operator dźwigu. Konus (był niski, pod pachę mi wchodził) o aparycji araba. Szczególnie latem, jak jego twarz nabierała koloru od słońca, a jego broda miała idealny kontrast by świecić na siwo... Dosłownie zawinąć go w prześcieradło i puścić na miasto to w 10 minut przyjechali by chłopcy z stanów w swoich pancernych wozach z wielką lufą...

Porównanie do Usama-y jest nie przypadkowe. To był kawalarz terrorysta. Jego żarty były trafione i bezbłędne. Obecnie niewiele z nich pamiętam, więc opowiem dwa, z całej listy którą mi sukcesywnie zdradzał podczas wspólnej pracy. Te dwie uważam za godne tej strony...

Pierwszy z nich dotyczy Rosjanina spotkanego na jakieś budowie. Obcokrajowiec był jakimś inspektorem, czy kierownikiem, więc był dobrym celem. Gdy jednego razu podchodzili do siebie Hałabała miał w ręce korki do uszu (zatyczki, te od hałasu). Niewiele myśląc udał, że bierze jeden do ust i obraca jak gumę do żucia. Rusek zaciekawiony więc pyta co to. Ten mu odpowiada, że cukierki i podaje. Finalnie rusek twardo miele korek w ustach i z zawiedziony mówi, że nie dobre... Mam nadzieję, że były czyste...

Ofiarą drugiej opowieści jest już nasz rodak. Biedak nie pracował w naszej firmie, ale i tak się przyczepił do Hałabały na zasadzie adiutanta. Był młody i niedoświadczony wypytywał o wszystko. Robotę, narzędzia, materiały i na swoje nieszczęście preparaty... Trafił na penetrant w spray-u. Głęboko penetrujący środek do badań spoin o jaskrawo pastelowym, wiśniowym odcieniu czerwonego. Dla ciekawych, typowy przebieg zastosowania penetrantu to spryskanie spoiny z jednej strony penetrantem, a z drugiej wywoływaczem i odczekanie pewnego czasu. Pojawiające się czerwone plamy od strony wywoływacza świadczą o nieszczelnościach... Wracając do historii Hałabała nie wspomniał choćby słowem o oryginalnym zastosowaniu lub właściwościach penetrantu, a jedynie polecił go jako pastę do butów. Adiutant schował puszkę pod pazuchę i podobno aż się za nim zakurzyło. Nie żałował "Pasty" i wypastował swoje robocze obuwie. Podobno na prawdę buty świeciły się jak psu na wiosnę, ale ciężko nie zgadnąć jakiego koloru stały się stopy biedaka.

To niestety kolejna historia bez Happy End-u. Chłopaczyna zjechał z budowy w przeciągu tygodnia na własne żądanie... koledzy nie dawali mu żyć i nadali mu nowe przezwisko: Bocian...



Link do Historii o Trzęsiłapce:
http://piekielni.pl/82441

Praca firma

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (23)
zarchiwizowany

#82441

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio spotkałem dwóch ludzi, z którymi pracowałem. Przez co postanowiłem wypuścić te dwie bliźniacze historie... Może mało piekielne, przynajmniej dla mnie, ale tych dwóch to niemal legendy.

Obydwaj obecnie są emerytami, a poznałem ich tuż przed ich przejściem w ten ułaskawiony stan. Warto zaznaczyć, że to imiennicy pewnego polskiego muzyka, ale przedstawię wam ich po przezwiskach...

Poznajcie proszę Trzęsiłapkę i Hałabałę.


TRZĘSIŁAPKA:

Na pierwszy ogień Trzęsiłapka. Pracował jako "Przynieś, wynieś, wypruj flaki", czyli dozorca na firmie w której pracuje. Najczęściej zamiatał plac, kosił trawę, grabił liście, pielił rabaty, podlewał, czasami przetykał jak coś się w łazienkach zatkało. Trochę niechlujny, lekko żwawy dziadek o aparycji menela. On nie był chudy, a suchy. Różnica w tym, że chudy to chudy, a suchy... Najłatwiej mi to wyjaśnić na grzybach... Jeżeli świeży dorodny prawdziwek to kulturysta, to jak go wysuszyć wyjdzie nam "Suchy".

Przezwisko tego pana wzięło się od najukochańszego hobby, którym było zbieranie kapeluszy połączone z powitalnymi uściskami dłoni. Na czym to polegało... Akurat to było bardzo proste, ktokolwiek by nie przechodził w zasięgu ręki Trzęsiłapki ten zaraz podawał swą prawicę w geście powitania. TO PUŁAPKA! (im więcej paniki włożycie w to zdanie tym lepiej!) Gdy nieszczęśnik podawał rękę do uścisku, Trzęsiłapka się napinał i z całej siły szarpał za dłoń. Najczęstszymi ofiarami byli pracownicy biurowi (tylko mężczyźni), członkowie zarządu, stażyści i praktykanci, oraz nowi pracownicy. Można by powiedzieć, że był bezpośrednim powodem, czemu nakrycia głowy wyszły z mody na firmie. Nie raz kapelusze spadały, w tym samemu wiceprezesowi. Idę o zakład, że jakiegoś praktykanta mógł sprowadzić "do parteru"...

Kobiety oszczędzał, ale też miał wyjątkowe podejście.

Na koniec pochwalę się, że mi tylko raz tak zrobił. Byłem nieświadomy problemu, pomimo śmiechów reszty obecnych współpracowników. Za drugim zrozumiałem o co chodzi i się naszykowałem. Można to za równo porównywać do betonu i stali. Moja sztywna postawa odwróciła działanie siły i to Trzęsiłapka omal się nie wywrócił. Ku uciesze tych samych kolegów co wcześniej... Później służyłem za przykład "Jak się witają mężczyźni", gdy Trzęsiłapka opiekował się praktykantami z pobliskich techników. Miny młodzików bezcenne... ;D


Link do Historii o Hałabale:
http://piekielni.pl/82444

praca firma

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (25)
zarchiwizowany

#82402

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Cytując Huberta J Farnsworth-a (Futurama) można znieść zło, ale nie głupotę... Tym razem będzie o głupocie, która każe mi polać Einstein-owi, bo dobrze prawił... (rzeczy nieskończone)

Jakoś teraz na dniach kończy się staż dwóm chłopakom i szczerze jestem ciekaw czy dostaną umowy o pracę.

Zwykle na staże do nas są pchani ludzie, którzy ledwo "liznęli" temat, już nie mówiąc o pracy w tym fachu. Do pewnego stopnia normalny jest strach przed spawarkami i szlifierkami, oraz problemy z ustawianiem spawarek. Po kilku takich startach już automatycznie człowiek zaczyna patrzeć na zaangażowanie, spryt czy chęci młodego, a pod tym względem można wszystkich zaszeregować do dwóch kategorii: Starających się i Olewających.

Ci stażyści prostu się wręcz idealnie dograli pod względem tego podziału. Jak na razie uprzedzam, że odpuścimy sobie Starającego się, a od tej pory historia rozgrywa się wkoło Olewającego, nadal nazywanego Młodym...

Co do wcześniejszych ekscesów Młodego pominę początki. Trochę im tłumaczyłem, trochę pokazywałem co jak się robi. W sumie każdy pokazywał mu swoją robotę, ale on konsekwentnie i skutecznie pokazywał, że ma dwie lewe ręce.

Schody zaczęły się później. Pierwsze były problemy z metodą TIG (WIG). Jest tam kilka ustawień (w swojej naliczyłem 12 samego prądu spawania) i kilka kruczków dotyczących sterowania (sam spust/przycisk)... Po tym co on mi pokazał zwątpiłem w swoje zdolności pedagogiczne i nie podejmę się rozszerzania tego wątku, poza jednym stwierdzeniem. Nic, kompletnie nic nie załapał i podejrzewam, że do dziś nie wiedział co robił...

Kolejna akcja to klasyczny żart, wysłanie młodego po wiadro fazy. On się na to nabrał... Chwycił za wiadro i biegiem do majstra. Przy okazji go wnerwił, aż mu się brwi skrzyżowały i zaczął się mścić.

I w końcu dzisiejsza akcja z muzyką dla Zbyszka (imię zmienione). Zbycho to porządny człowiek, bardzo dobrze się z nim pracuje. Szalejący kryzys wieku średniego, co się dziwić, facet coś po 50-ce, głowę niższy ode mnie, ale przynajmniej krępy. O ile jako monter i brygadzista jest dobry, tak do elektroniki nawet nie za bardzo podchodzi. Ostatnio kupił sobie radyjko z USB i poprosił Młodego by nagrał mu trochę muzyki. Chodziło mu o jednego konkretnego wykonawcę.

I tu właśnie historia dopiero dociera do mnie. Przedwczoraj Młody podbiega do mnie z pytaniem czy znam się na komputerach. Powiedziałem, że trochę. Z jego paplaniny zrozumiałem tylko, że znajomy informatyk sformatował mu pendrive-a do systemu FAT 32 i po skopiowaniu muzyki nie chodzi. W pierwszej chwili myślałem, że po cudował coś z formatami dźwięku, lub Zbyszek ma coś nie tak z radiem, ale on zafiksował się na systemie formatowania. Nie widząc szansy przetłumaczenia powiedziałem, że najlepiej bym pomógł samemu sprawdzając co on tam namieszał... Poszedł zmieszany...

Wczoraj zaczepił mnie Zbyszek. Również z pytaniem o komputery, oraz wolny czas wieczorem. Wyjaśnił wszystko tak jak sam to widział. Czyli poprosił, a ten jak nagrał to nie działa. Miał jakiegoś innego pendrive-a, więc dał mi go bym go wyczyścił i nagrał mu na tamtym. Trochę się zmyliłem, bo myślałem, że to ten nie działa. Działał, a teraz ma tam coś ponad 100 utworów tego wykonawcy.

Dopiero dziś dostałem ten wadliwy nośnik. Jeszcze zaraz po robocie, na parkingu sprawdziliśmy w moim radiu, że na prawdę nie działa. No eureka, ale zamówienie przyjęte, pora na realizację. W domu przed kompem cieszyłem się, że stropy są dobre i nie muszę gonić po szczękę do piwnicy. Na pendriv-ie było wklejone dosłownie kilka skrótów to muzyki na komputerze Młodego. U niego na komputerze działało, a na radiu, czy u mnie jednak nie chciało. Sformatowałem jeszcze raz i nagrałem, tym razem dobrze. Moje radio samochodowe czyta bez najmniejszych problemów. Czekam jeszcze na pojutrze, kiedy to dostanę potwierdzenie od Zbycha, że działa.

Sam uważam za niewielkie piekielności opisane zdarzenia, bo czym jest nieudana próba pomocy koledze. Właściwie zmartwienie było by o to, czy on sobie "w życiu poradzi"... Bo już go cała hala wyklina pod niebiosa...

przysługa

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (32)
zarchiwizowany

#82389

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu czytałem historię KatzenKratzen o problemie dysleksji i tego typu podobnych dziwactwach. Które mają być efektem wyłącznie lenistwa, a sam problem robienia błędów spycha takie osoby do rynsztoka inteligencji. To mi przypomniało małą piekielność nauczycielki z podstawówki, teraz zastanawiam się czy przypadkiem też nie klasy...

Naj sam pierw małe wyjaśnienia na temat mojej, na ten wywczas, gotki... Poprawność tego co teraz czytacie jest mocno regulowana przez korektę wbudowaną w przeglądarkę i edytory tekstów. Poza tematem do tego dochodzą naleciałości z gwary, archaizmy (etc)...

TAK

Mam stwierdzoną dysleksję, a właściwie dysgrafię i dysortografię. Głupio trochę się zasłaniać papierem kilka lat po szkole, więc od początku. Podstawówka i gimnazjum to był dramat. Na zajęciach dobijałem do maksimum ilość błędów na dyktandach, a z wypracowań nauczyciele chcieli zawsze mi stawiać dwie oceny. Kartki czasami były bardziej czerwone niż niebieskie. Mówi się, że to kwestia lenistwa i ćwiczeń, teraz nie powiem, czy to ja byłem oporny, czy może było tego za mało, ale przez ten czas ćwiczyłem bez efektów. Były dyktanda, przypisywanie, specjalne zeszyty ćwiczeń, wszystko jak o kant d... W technikum zarzuciłem trochę ćwiczenia, a pierwsze wyraźne postępy zrobiłem dopiero w dorosłym życiu, kiedy to przez pewien czas Writer (OpenOfice itp...) stanowił 90% mojej aktywności na komputerze...

Jako ciekawostkę dodam, że problemy z charakterem pisma rozwiązały się w technikum, jak zacząłem pisać pismem technicznym...


To teraz właściwa historia:

Klasy 4-6 szkoły podstawowej. Szkoła mała, wiejska, więc zdarzało się za równo, że nauczyciele uczyli na raz kilku przedmiotów, lub w kilku szkołach jednocześnie. Tak właśnie miałem wtedy połączone matematykę i przyrodę. Jedna nauczycielka, na obydwu przedmiotach radziłem sobie wręcz genialnie, ale do historii w sumie to wnosi tylko tyle, że nie pamiętam na czym to było... Chyba jednak przyroda.

Fakt faktem, na jednym sprawdzianie wychodziła mi dość dobra ocena. Tylko, że nauczycielka miała jedno malutkie zastrzeżenie. Błędy Ortograficzne, których podobno było tam "dość sporo"... Klasa jak na zawołanie stwierdziła, że jak tak, to trzeba mi ocenę obniżyć. Więc, bez słowa sprzeciwu nauczycielki, zamiast 5 dostałem 3. Która to 5-tka, jak dobrze pamiętam, była już wpisana w dzienniku, a na pewno wynikała z punktacji...

Dziś wiem, że nie powinna tego tak rozstrzygnąć, tylko uciszyć klasę, ale wtedy wydało mi się to nawet sprawiedliwe. Poza tym ja sobie dobrze radziłem, więc jedna taka przygoda by mi i tak nie zaszkodziła. Nie zaszkodziła, to był na szczęście jednorazowy przypadek.

Sama historia nie jest może mocno piekielna, ale co sądzicie o zachowaniu dzisiejszego świata...

szkoła internet

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (41)
zarchiwizowany
Oceny i komentarze pod moją historią o obcinaczkach i Piekielnej pani z magazynu (http://piekielni.pl/82232) otworzyły mi oczy. DZIĘKUJE

Jak dotąd myślałem, że normalnym jest obeznanie z zawodami ślusarza, kowala, a nawet elektryka. Normalnym też jest, że jeżeli samemu nie da się zrobić lub naprawić narzędzi, to trzeba koniecznie znać kogoś, co to zrobi bez problemów. Ale jakich narzędzi, skoro kierownik zarządza przerobienie odpadów blachy na młotki. Przecież klucze płaskie wypala się na palnikach, a nasadowe robi się z odpadów rur, breszki można wyklepać z prętów zbrojeniowych, palnik jest też na tyle precyzyjny, że kątowniki są dokładne niczym te oryginalne. Mając śruby z nakrętkami i blachszki na podobnej zasadzie można robić ściski stolarskie, prowizoryczne imadła i centrowniki do rur... Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, a przyznał bym się do przeginania dopiero przy klapce na muchy z starej rękawicy, czy Grill na palnik acetylenowy (gruba rura z wpaleniem na palnik i rusztem na górze)

Mógłbym teraz się z wami spróbować... Podajcie narzędzie w komentarzu, a ja powinienem wiedzieć jak i z czego zrobić coś takiego, albo coś czym to narzędzie można zastąpić... Ale to chyba wykracza poza politykę tego serwisu... ;D

Wracając do sprawy, pozbierałem to co wiedziałem do tej pory i dodatkowo przeprowadziłem mikro śledztwo, choćby w poszukiwaniu dowodów, które można by wysłać choćby do organów ścigania... Twardych dowodów nie udało mi się jeszcze zdobyć, ale po jeszcze kilku latach w tej firmie, po śmierci Lucek przywita mnie niczym starego przyjaciela i osobiście zaprowadzi do loży VIP na dnie piekła, jako stałego bywalca... Okazuje się, że miejscowi Piekielni rozrywają pomiędzy siebie mięso armatnie, którym to jesteśmy my, szeregowi pracownicy...

Jest tego tyle, że nawet odsiewając tylko te o magazynie, nadal obawiam się, że się pogubię, a już na pewno nie wiem od czego zacząć...

Może na początek sama Piekielna. Przede wszystkim ona jest "Święta" (a cała reszta przeklęta?). Ciężko było by jej cokolwiek udowodnić, bo magazyn jest pełen narzędzi, niektóre nawet w bardzo dobrym stanie. Tyle, że na niektórych już zbiera się rdza (dla nieświadomych, stal narzędziowa przez swoją wysoką jakość i zabezpieczenie olejem w warunkach warsztatowych ma podobną odporność na rdzewienie co najzwyklejsza nierdzewna). Dodatkowo jakby przepatrzeć karty pracowników, to nie powinni narzekać na braki. Poza nieskasowanymi zniszczeniami jak przy moich obcinaczkach, zdarzają się kradzieże, a część z tych narzędzi jest wypisana kilka lat temu, na dużo poza zdrowym rozsądkiem co do ich zużycia. O rekordzie dowiedziałem się, gdy kierownik, z niedowierzaniem w własne czyny, prosił pracownika by ten zdał komplet kluczy z przed 8 lat (!)... Do tego zdawania sprzętu jeszcze wrócę, ale to za chwilę.

To nie jest tak, że Piekielna dla każdego jest tak opryskliwa jak dla mnie, ba sam jestem raczej na poziomie dolnym normalnym, czyli nie najgorzej... Otóż są ludzie w firmie, dla których na magazynie nie ma nic i są ludzie dla których jest wszystko, łącznie z nią samą, jej mężem, resztą magazynierów, czy nawet tokarzem, którego warsztat jest zaraz obok w tym samym budynku. Tak zboczki, mieliście rację, raz to widziałem i była tak podniecona, że jedno skinięcie i poszła by do łóżka... W pierwszej grupie jest generalnie świeże mięso armatnie, a w drugiej biuro, zarząd, czy nawet kontrole zewnętrzne. To też wpływa na jej bezkarność. Bo oprócz męża, broni jej polityka firmy (tak jak cały magazyn)...

Skoro wszedłem na temat polityki firmy, muszę wyjaśnić, że na miejscu, oprócz Biura, jest 5 działów, a każdy ma swój osobny budynek (halę). WKS (wytwórnia konstrukcji stalowych) i Prefabrykacja (typowa produkcja), Malarnia, Magazyn i UR (utrzymanie ruchu, elektrycy i mechanicy). Dodatkowo budowy i kontrakty są traktowane tak samo jak wymienione przed chwilą działy. Według zasad jesteśmy bardziej korporacją, bo każdy "dział" jest traktowany jako osobna firma. W tym wszystkim Magazyn działa jako sklep i wypożyczalnia, a na terenie firmy ma swoisty monopol. Dosłownie każą sobie płacić za wypożyczenie sprzętu, czy pobierają prowizję za materiały. Ten haracz nie jest mały, bo z całej firmy to oni mają największe zyski. Jest już środek przymusu i chyba nie muszę tłumaczyć, że nawet kierownicy się jej boją. Zapomniałem, że mąż nie jest dłużny i też potrafi pokazać pazury, zwłaszcza jak jest nastawiony przez żonkę. Szczęście nie mści się na szeregowych. Oliwy do ognia dolewa fakt, że można się domyślić, że jak podkabluje tę chorą sytuację do inspekcji, to nie magazyn oberwie po d00pie, tylko dział na którym wykryto nieprawidłowości. Stąd przyzwolenie na wolną amerykankę i zatajanie sprawy przy kontrolach.

Na zakończenie kilka drobnych piekielności:

-Zdawanie sprzętu, do którego miałem wrócić... Zwykle przy przestojach i przy nowych zleceniach zdarza się by kierownik lub majster biegał by zdawać niepotrzebne elektronarzędzia. Zwykle ręczne wiertarki lub spawarki. Koszt wypożyczenia wiertarki lub szlifierki to ok 300zł/mc. (ukrywanie dochodu?)

-Ostatnio były zamawiane kostiumy do trawienia i pasywacji stali kwasoodpornej. Kierownik znalazł dobre i sprawdzone, musiał wysłać maila do magazynu by to oni zamówili... I zamówili, gorszej (nie wystarczającej) jakości za 1/6 ceny, które nie są dopuszczone do pracy z kwasem...

-Robiliśmy na magazynie z kolegą małą przeróbkę składu gazów i kierownik się miotał, z czego nam wydać, a pracownik mówił, że kilka ton stali jest tam już tak długo, że nie jest już w żadnej kartotece.

-Innym razem "Okradaliśmy" kontenery z budowy. Mój kierownik i ten z tamtej budowy dogadali się, że reszta drutu spawalniczego idzie cichaczem do nas. Było tego z 300kg MAG-a i z 500kg TIG-a. Poza chowaniem się przed Spawalnikiem (główny kierownik, a właściwie dyrektor spawaczy), dodam, że najprędzej drut byłby skierowany jako złom, a po tej akcji spodziewałbym się, że zostałby ponownie sprzedany po normalnej cenie...

-Normą już są zbyt późne, lub nie wystarczające zamówienia. O ile za zbyt małe ilości materiału można obarczyć projektantów, zbyt późne przygotowanie produkcji i logistykę, ale braki w zaopatrzeniu w gazy, drut, tarcze, ubrania czy nawet wodę w upały da się tylko winić magazyn, który nie uzupełnia braków.

-Czasem zdarzają się przepychanki, lub drobne wymiany uprzejmości. Ostatnio staliśmy bo zabrakło kap (zaślepka do zaspawania końca rury, przypomina trochę miseczkę). Elementy były na magazynie, ale tamten kierownik trzymał je ponad dzień, bo musiał je przeliczyć (25 sztuk?!)



P.S. Przez te prawie 5 lat jak tam pracuje nazbierało się mniejszych i większych piekielności. Jak coś będzie mi się przypominało to będę pisał... Zobaczymy czy słusznie i czy wasza wiara jest na tyle głęboka, by to zdzierżyć...

Praca firma magazyn

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (42)
zarchiwizowany
Jaka jest najbardziej kontrastowa grupa społeczna... Oczywiście sąsiedzi... Tu będzie jak kilka lat temu sąsiadka pokazała rogi... O kurę...

Więc od początku. Mieszkam na wsi, w tamtym czasie oprócz mnie i rodziców, tymczasowo mieszkała u nas siostra z rodziną (szwagier i dziecko). Wiadomo jak to na wsi są zwierzaki. My i wspomniana sąsiadka mamy kury, a między nami mieszka sąsiad. Mój imiennik, ale roboczo nazwijmy go Piotr, który ogólnie jest dobrym człowiekiem, ale to jego "Błąd" był iskrą, która odpaliła beczki z prochem...

A więc po kolei... (podzielę historię by była przystępniejsza)

Akt 1: Sąsiad cz.1

To była sobota. Gdzieś się wybraliśmy całą ekipą i po powrocie idąc zamknąć bramę słyszę gromkie "Cześć sąsiad!", a po chwili dowiaduje się, że kura nam nawiała z ogrodzenia, ale ją złapał i wrzucił ją z powrotem... Podziękowałem i wziąłem się do rozładunku samochodu...

Akt 2: Śniadanie.

Po przyniesieniu wszystkiego z samochodu wziąłem się za śniadanie (głód, to miałem wręcz wyj3bane na to co się dzieje za mną...). Do chwili aż za plecami słyszę krzyk, że "Jej kurę ukradliśmy!". Nadal z stoickim spokojem i bez odrywania skupienia od kanapki odpowiadam, że Piotrek (sąsiad, imiennik) przerzucił kurę, bo myślał, że nasza. Dodałem jeszcze, że teraz nie ma co ich straszyć, a wieczorem się po prostu weźmie z grzędy. Kury nie widzą po zmierzchu i ogólnie nie grzeszą inteligencją. Nie załapałem do końca o co chodziło Piekielnej, ale do mnie z mordą, później się domyśliłem, że ona myślała, że to ja, ale niby czemu miałbym mówić o sobie w trzeciej osobie? (czasem mi się zdarzało, ale to raczej liczba mnoga i dla żartu). W tym czasie pojawili się kolejno Mama i Szwagier, na których fałszywe oskarżenia działają gorzej niż płachta na byka... Rozpętało się piekło i w końcu sąsiadka odpuściła i odeszła na zasadzie "Nie przegadam was, więc przyjdę wieczorem po ptaka"...

Akt 3: Sąsiad cz. 2

Nie bez powodu sobota się rymuje z robota. Więc do roboty. Ja z Ojcem i Szwagrem za zajęcia i dochodzimy do wniosku, że sąsiadka musiała nam kury liczyć. Zresztą na podwórku była jedna obca kura, rozpoznana głównie przez inny kolor...
Ale wracając do sąsiada, tu nikt nigdy nie jest na tyle zajęty by nie podejść i nie pogadać... Więc jak pojawił się na horyzoncie to go od razu, że nie naszą kurę nam przerzucił... Pogadaliśmy, on się dowiedział, że piekielna awantury robiła, a my, że kura szukała przejścia na MOJE podwórko, więc się nie zastanawiał tylko sru przez ogrodzenie.
Nadmienię, że pewnie też rozmawiał z rodziną, lub samą piekielną, ale to zmienia nastawienie w następnym etapie...

Akt 3: Wymiana

Wieczorem, tak jak było umówione przyszła Piekielna, ale już korna i uniżona. Grzeczniej poprosiła by złapać jej ptaka (przyszła ciut za wcześnie, ale się udało). Akurat teraz wyjdzie trochę naszej piekielności, bo Szwagier oderwał się od grilla i cały czas truł jej d00pę. Stwierdził, że następnym razem jedyne co dostanie to miseczka rosołu, a nie kurę...

Osobiście śmieję się z głupoty tej sąsiadki. Powiedział bym jej nawet "Dzień dobry", tylko do tej pory jakoś nie wchodzi mi w drogę...

wieś dom

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (28)

1