Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Cyntiar

Zamieszcza historie od: 18 listopada 2018 - 15:03
Ostatnio: 18 kwietnia 2020 - 18:17
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 365
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 18
 

#86182

(PW) ·
| Do ulubionych
Od czasu przeprowadzki mam problem ze znalezieniem dentysty. Zmusza mnie to do niemal dwugodzinnej drogi do mojej starej dentystki.

Mam zaufaną dentystkę, kolejki do niej ogromne i nic dziwnego, świetny fachowiec, a co najważniejsze, nie próbuje wyłudzać leczenia zdrowych zębów. Ja, jak pewnie większość zwykłych obywateli bez wykształcenia medycznego, nie wiem, jak rozpoznać chory ząb. Przed przeprowadzką poprosiłam, żeby lekarka sprawdziła mi zęby.

Wszystkie dziury robiłam na bieżąco i w ciągu ostatnich kilku lat miałam tylko jedną małą dziurkę, którą zrobiliśmy od razu. Po kontroli zostałam zapewniona, że wszystko jest w porządku i nie ma absolutnie NIC do leczenia. Nigdy mnie nie zawiodła, chodziłam tam od naprawdę wielu lat. Poprosiłam też o wykaz, które zęby były już leczone, dostałam bez problemu. A teraz historia właściwa.

Szukam dentysty w nowym mieście, byłam u trzech, było to około tydzień po sprawdzaniu zębów. Umówiłam się na samą kontrolę.

Pierwsza placówka. Pani lekko postukała tym metalowym czymś w każdy ząb i znalazła 7 ubytków. Robimy od razu? Podziękowałam. Poprosiłam tylko o listę, które zęby mam do robienia, dostałam.

Placówka druga. Tu 5 ubytków do robienia, jeden kanałowo (i lament jak straszliwie zniszczony ząb). Tu listy nie dostałam, postarałam się zapamiętać. Tylko trzy pokrywały się z placówką pierwszą, w tym jeden miałam już kiedyś robiony.

Placówka trzecia. Najgorsza. Pan znalazł również 7 ubytków, w tym obie górne czwórki do leczenia. Nie mam obu górnych czwórek, wyrwano mi je lata temu jak miałam aparat na zęby (do którego musiałam mieć też wcześniej wszystkie zęby wyleczone).

Boję się.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (122)

#85472

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałabym, abyście ocenili piekielność tej historii.

Mam psa, suczkę dokładniej. Jest już bardzo stara, ma 12 lat. Nigdy nie miała szczeniaków, ale nigdy jej też nie sterylizowałam. Zwyczajnie nie pozwalałam jej zajść, m.in. zabezpieczyłam płot i bramę oraz biorąc ją na spacery, bardzo pilnowałam.

I wiem, że teraz się posypie, że "powinnam wysterylizować, bo choroby, wygoda, to tamto", ale nie - nie mam zamiaru już nigdy wysterylizować suki. Moja pierwsza psina, wiek miesięcy 6, zdechła na stole. Weterynarz powiedział, że to bardzo rzadko się zdarza. Jakoś przebolałam, wzięłam następną suczkę, zmieniłam weterynarza na innego i... W nocy po sterylizacji pękł jej brzuch, mimo takiego kubraczka, flaki na wierzchu, za późno ją znaleźliśmy, nie przeżyła (weterynarz nic nie mówił, że mam ją pilnować całą noc, nie wiem, czy tak trzeba, czy nie, ale nie zrobiłam tego, myślałam, że będzie w porządku, tak mnie zapewniał).
EDIT: Żeby nikt mi nie zarzucił (jak pan/i poniżej w komentarzu) - nie wypuściłam psa na podwórko i nie musiałam go szukać po operacji. Spała sobie w ciepłym legowisku, przy grzejniku pod stołem w kuchni. Zwyczajnie nie wiedziałam, że nie wolno mi tej nocy spać i muszę nad nią czuwać, bo widocznie to powinno być oczywiste... No dla mnie nie było. Przez „znaleźliśmy" miałam na myśli „zeszliśmy na dół po wstaniu z łóżka”. Jej się to stało w nocy, kiedy spaliśmy.

A więc biorąc trzeciego psa, powiedziałam sobie, że nigdy więcej nie dam psa pod nóż, chyba że będzie od tego zależało jego życie.

Pewnego dnia chcę ją zawołać z podwórka do domu, patrzę, a tam obcy pies z moją sunią (zdecydowanie samiec)! Jak mnie zobaczył, tak uciekł, ledwie się pod bramą przecisnął (mniejszy od mojej suni), nie zdziwiłabym się, jakby miednicę złamał. Suczka na szczęście nie zaszła, choć miała wtedy cieczkę, ale... W jej wieku poród mógłby się bardzo źle skończyć, aborcja również mogłaby doprowadzić do śmierci.

Wszyscy wkoło, którym to opowiadam mówią mi, że TO MÓJ PROBLEM, BO MOGŁAM SOBIE PSA WYSTERYLIZOWAĆ. No przepraszam bardzo, to ja się zabezpieczam jak mogę, mam powody, dla których go nie sterylizuję, ale jak ktoś sobie puszcza samca samopas, to nie jego problem, nie jego szczeniaki i nie jego wina? Mogłam przez niego stracić psa, a wszyscy mi mówią "trzeba było wysterylizować". Czy naprawdę właściciel tamtego psa nie zrobił niczego złego, pozwalając mu niewykastrowanemu buszować po cudzych podwórkach?

podwórko

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (178)

#85436

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana mi przez znajomą. Zdarzenie to miało miejsce kilka lat temu, kiedy jeszcze obie studiowałyśmy, sami zdecydujcie, kto tu jest piekielny.

Znajoma udzielała korepetycji między zajęciami na uczelni, gdyż miała wiele "okienek", zazwyczaj udzielała ich dzieciom z podstawówki, ale tym razem zadzwoniła kobieta, że chciałaby dla swojej 5-letniej córeczki, bo jej bardzo słabo idzie w przedszkolu. Umówiły się na 16:00 na pół godzinki co tydzień. Znajoma pojawiła się na miejscu o czasie. Matka powiedziała, że wyjdzie tylko do sklepu na drugi koniec ulicy i zaraz wraca. znajomej zapaliła się lampka, więc powiedziała, aby matka jednak została. Ta jednak poprosiła, że musi wyskoczyć po coś do obiadu, bo mąż wraca o 17:00 i musi zdążyć. No ok, zgodziła się.

Minęło pół godziny i jak się domyślacie matki ni widu ni słychu, a znajoma musiała jeszcze na uczelnie wracać na bardzo ważne zajęcia. Telefonów matka nie odbierała, więc znajoma poczekała do 17:00, gdyż dłużej nie mogła. Zostawiła małą, bo i tak tata miał wrócić o 17:00. Jak sama powiedziała "młoda byłam, nie do końca wiedziałam co zrobić". Teraz jak wspomina, to mogła zadzwonić na policję itp, ale raz, że nie pomyślała, a dwa, że się śpieszyła.

Znajoma poszła na zajęcia, od matki nie było żadnego odzewu, więc uznała, że jest ok... Aż do godziny 21!, kiedy zadzwoniła do niej rozwścieczona madka, jak ona niby mogła zostawić tak małe dziecko na TYLE GODZIN samo?! Przecież to nieodpowiedzialne!

Okazało się, że ona była z mężem w kinie i "przecież by za te godziny zapłaciła!", a w ogóle to ona to na policję zgłosi!

Ale nie miała jak zgłosić, bo nie zapytała nawet, jak koleżanka ma na nazwisko (nie mówiąc już o braku umowy). Wydzwaniała jeszcze jakiś czas, ale znajoma zablokowała ten numer. Na wszelki wypadek usunęła też ogłoszenie o korepetycjach.

Czyli podsumujmy... Młoda dziewczyna, pierwszy rok studiów zostawia obce dziecko samo, po pół godzinie nadprogramowego czekania, wierząc w słowa matki, że za chwilę dosłownie ktoś się w domu pojawi.
Madka zostawia dziecko pod opieką obcej osoby nie znając nawet jej nazwiska, kłamiąc w żywe oczy, że zaraz wróci, albo i mąż niedługo wróci, po czym idzie się rozerwać na miasto...

madki

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (185)

1