Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

DonDiego

Zamieszcza historie od: 6 listopada 2023 - 7:49
Ostatnio: 10 stycznia 2026 - 11:16
  • Historii na głównej: 21 z 21
  • Punktów za historie: 2584
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 170
 

#92568

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W przerwie między Świętami, a Sylwestrem spotkałem się z kumplami na piwie. Organizatorem spotkania był kolega Jacek, który ponad 10 lat temu wyemigrował do wielkiego miasta położonego w innej części naszego kraju. Jacek przyjeżdża do naszego miasteczka sporadycznie, ale nadal interesuje go co się u nas dzieje.

No i tym razem zainteresował się chodnikiem, który położono na jednej z ulic, po to by po pewnym czasie go rozebrać. To wywołało dyskusję o inwestycjach lokalnych władz. Zaczęło się wspominanie słynnego kieleckiego lustra i czerwonej rzeźby w Busku o czym było głośno we wszystkich mediach. Ktoś dorzucił temat warszawskiej toalety w cenie mieszkania, a ktoś inny jakiegoś przystanku za „miliony monet”. Jacek uraczył nas natomiast opowieścią, o której jakoś nikt z nas w mediach nie przeczytał, być może dlatego, że „inwestycja” była rozciągnięta w czasie.

Zanim przejdę do opowieści Jacka, kilka słów wyjaśnienia. Od momentu przeprowadzki do wspomnianego wielkiego miasta, Jacek cały czas pracuje w tej samej firmie. Firma jest zlokalizowana w centrum miasta, w biurowcu stojącym przy dużym placu. Plac jest otoczony samymi biurowcami i hotelami. W bocznych uliczkach sytuacja wygląda podobnie. Pierwsze domy mieszkalne są oddalone od placu spory kawałek. W momencie podjęcia pracy w ww. firmie, plac pełnił rolę parkingu, z wytyczonymi miejscami, przedzielonymi rosnącymi starymi drzewami, dającymi cień.

Czas na przedstawienie opowieści Jacka. Pozwoliłem sobie zrobić to w aktach.

Akt I – wycięto drzewa, powiększając parking o jakieś +/- 30 miejsc.

Akt II – zlikwidowano parking, a na jego miejsce powstał park z placem zabaw dla dzieci. Park podobno piękny, plac zabaw wypasiony, granitowe alejki, śliczne ławeczki, ale za to bez drzew. W lecie patelnia. Żadnych dzieci Jacek tam nie widział, gdyż jak pisałem wokół placu same biura i hotele. Generalnie park cieszył się powodzeniem wśród meneli i bezdomnych, którzy upodobali sobie ławeczki do spania.

Akt III – w parku postawiono drzewa. Postawiono, nie posadzono. Podobno spore, w olbrzymich donicach. Na placu zabaw czasami pojawiały się dzieci z pobliskiego przedszkola. Reszta bez zmian, czyli królestwo meneli i bezdomnych.

Akt IV – zlikwidowano park. Rozpoczęto budowę parkingu… tyle, że podziemnego.

Akt V – po zakończeniu budowy parkingu, pozostał spory teren do zagospodarowania, do którego nawieziono ziemię, wyrównano i obsiano. Jacek i jego współpracownicy byli bardzo zainteresowani, co tam zasiano i prześcigali się w domysłach, wśród których dominowały różnego rodzaju kwiatki. Teren był codziennie pieczołowicie podlewany i po pewnym czasie wzeszły na nim jakieś trudne do zidentyfikowania chwasty. Towarzystwo Jacka uznało, że to chyba tzw. łąka kwietna, ale generalnie kwiatów tam było jak na lekarstwo. Skończyło się podlewanie, zaczęły letnie upały i wszystko co tam rosło uschło.

Akt VI – we wrześniu Jacek wrócił z urlopu i przed biurem zastał koparki likwidujące ww. łąkę, czy co to w ogóle było. Po pewnym czasie pojawiły się ekipy budowlane i rozpoczęto jakieś prace. Któryś z kolegów Jacka podpytał się robotników, co tu będzie i dowiedział się, że park. Ok, współpracownicy Jacka wyszli z założenia, że nastąpi powrót zlikwidowanego parku, opisanego w akcie II i III. Ale ktoś był dociekliwy i wygooglał, że a i owszem park, ale zupełnie inny, według nowego projektu.

Dodam, że wydarzenia opisywane w poszczególnych aktach, za wyjątkiem „łąki”, która funkcjonowała 4 miesiące, dzieli odstęp czasu od 1 roku do dwóch lat.

inwestycje

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (121)

#92494

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój szwagier od bardzo wielu lat, w listopadzie odwiedza pewne duże miasto. Cel tych wizyt nie ma znaczenia dla niniejszej opowiastki. Od kilku lat zatrzymuje się w tym samym hotelu. Hotel jest położony pomiędzy ruchliwą ulicą, a jeziorem. Ceny pokoi od strony ulicy są niższe od tych z widokiem na jezioro. Standardowa sprawa w przypadku hoteli. Tyle tytułem wstępu.

Szwagier zajeżdża pod hotel i z bagażami udaje się do recepcji, a tam awanturujący się facet. Elegancko ubrany, w wieku +/- 35 lat. Krzyczy, że został oszukany. Recepcjonistka i chyba jakaś managerka grzecznie mu coś tłumaczą. O co chodziło w tej awanturze? Otóż facet wynajął pokój z widokiem na jezioro, ale widokiem tym nacieszyć się nie mógł, poza krótką poranną chwilą, gdyż wracał do hotelu po godz. 17:00, kiedy było już ciemno i jeziora nie było widać. W związku z tym, żądał zwrotu różnicy ceny pomiędzy wynajętym pokojem, a pokojem od strony ulicy, albo jakiegoś rabatu. Tłumaczenia obsługi hotelu, że mógł w tym terminie wynająć pokój od strony ulicy, do niego nie docierały.

To tyle co usłyszał szwagier, zanim udał się do swojego pokoju.

hotel cena

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (155)

#92406

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana przez mojego przyjaciela Jacka. Jacek ma kuzynkę Hanię. Singielka, zatrudniona w korpo i według relacji Jacka fantastyczna dziewczyna. Gdzie tu w takim razie piekielność?

Otóż przed podjęciem decyzji np. o zakupie laptopa, samochodu, wycieczki zagranicznej itp. Hania bardzo lubi konsultować się z członkami rodziny i znajomymi. Teoretycznie nie ma w tym nic dziwnego. Jeżeli mamy znajomego np. mechanika samochodowego, to normalnym jest zasięgnięcie jego opinii przed zakupem wymarzonego pojazdu. Ale u Hani sprawa wygląda troszkę inaczej.

Przykładowo jest zainteresowana produktem A lub B i prosi o poradę. Słyszy, żeby nie kupować A, a od B lepszy będzie produkt C lub D. Co robi Hania? Wybiera produkt A albo E, gdyż usłyszała, że szwagier sąsiadki ma E i jest zadowolony. Kończy się na tym, że wybrany produkt A lub E nie spełnia jej oczekiwań i Hania wraca do osoby polecającej jej C lub D, z prośbą o poradę co ona ma teraz biedna zrobić. Jak mówi Jacek, ten typ tak ma! Tyle tytułem wstępu.

W tym roku Hania odebrała klucze do swojego własnego mieszkania. Stan deweloperski. Rozpoczęło się poszukiwanie ekipy, która położy parkiety, terakoty, glazury itp. Cała rodzina w gotowości bojowej, ale ciężar konsultacji i porad musiał przyjąć na klatę Jacek i jakiś jeszcze jeden kuzyn. Dlaczego? Ano dlatego, że dwa lata temu Jacek robił kapitalny remont starego domu odziedziczonego po babci, a kuzyn właśnie skończył remont swojego mieszkania i obydwaj byli w temacie wykończeniówki na bieżąco.

Jacek polecił Hani naszego wspólnego kumpla Maćka. 10 lat temu Maciek wykańczał mój dom i szczerze powiedziawszy, lepszego fachury ze świecą szukać. Wspomniany kuzyn polecił ekipę, która u niego robiła mieszkanie. Hania miała więc do wyboru dwie sprawdzone ekipy. Rzecz tym, że fachowcy mają wzięcie i na wykonanie usługi i u Maćka i u drugiej ekipy trzeba było poczekać kilka miesięcy. No i to Hani nie odpowiadało. Ona chciała zamieszkać w wykończonym mieszkaniu jak najszybciej. Na nic zdały się próby przekonywania Hani, że warto poczekać na sprawdzone ekipy, a nie zlecać robotę jakimś randomowym gościom, którzy jak coś schrzanią to szukaj potem wiatru w polu. Hania znalazła ekipę, która od ręki weszła do jej mieszkania. Jak ją znalazła? Otóż kładli u sąsiada - w tymże zasiedlanym właśnie bloku - terakotę w przedpokoju i kuchni. Sąsiad powiedział, że jest zadowolony. To Hani wystarczyło.

W pierwszym tygodniu, zatrudniona przez Hanię ekipa ruszyła jak burza. Nie znam szczegółów, ale podejrzewam, że chodziło im o stworzenie sobie „infrastruktury” do zamieszkania u Hani. Mam na myśli montaż sedesu, umywalki, być może płytek i prysznica. W każdym razie ekipa zwiozła materace i zrobiła sobie tam noclegownię. Noclegownię, gdyż za dnia robili inne fuchy w innych mieszkaniach. Deweloper oddał tam do użytku 6 bloków. Roboty było więc mnóstwo, a darmowy nocleg zapewniało mieszkanie Hani. O tym jak wygląda sprawa, Hania dowiedziała się po ok. miesiącu czasu, od jednego z sąsiadów. Wcześniej była zwodzona jakimiś opowieściami z mchu i paproci. Pracując w korpo i będąc w częstych delegacjach, nie miała czasu na doglądanie tego co dzieje się w mieszkaniu. Kiedy wreszcie dopadła ekipę i postanowiła postawić sprawę na ostrzu noża, panowie kazali jej w…ć. Przerażona obdzwoniła całą rodzinę, a jej męska część wyposażona w „dodatkowe argumenty” typu łapki do opon, młotki itp. spacyfikowała (na szczęście bezkrwawo!) tych panów.

Sprawa wróciła do punktu wyjścia, czyli poszukiwań ekipy budowlanej. Zgodnie ze swoim zwyczajem (opisanym we wstępie) Hania znalazła się ponownie u Jacka, a Jacek ponownie polecił Maćka. U wspomnianego kuzyna było to samo. No ale w obydwu przypadkach czas oczekiwania się nie zmienił i Hania znalazła ekipę, która od ręki zaczęła jej robić remont. I tym razem poleconą przez nowo poznanego sąsiada. Efekty działań tej nowej ekipy nie są na razie Jackowi znane.

I szczerze powiedziawszy, zastanawiam się, kto tu jest bardziej piekielny? Ekipa cwaniaczków, czy Hania?

rodzina

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (152)

#92463

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pewnie znacie takie powiedzenie/przesąd, że jak się czegoś odmówi ciężarnej kobiecie, to myszy to zjedzą. Ale do rzeczy.

Mój wujek wiele lat temu kupił niewielkie stare gospodarstwo rolne. Ziemię wydzierżawił, zostawiając sobie kawałek na własne uprawy. Stary dom wyremontował i teraz służy mu za domek letniskowy, w którym z ciocią zamieszkują w okresie wiosna – lato. Na pozostawionym kawałku ziemi, wujek posadził drzewa i krzewy owocowe. Wujek do niedawna miał tylko jednego sąsiada, miejscowego rolnika, któremu wydzierżawił wspomniany kawałek pola. Od mniej więcej dwóch lat ma nowego sąsiada, także działkowicza. Nie utrzymuje z nim żadnych kontaktów, poza „dzień dobry” i „ładną pogodę dziś mamy”.

Początek lipca tego roku. Wspomniany nowy sąsiad wchodzi na podwórko wujka i mówi, że ma gości, w tym synową w ciąży i ta synowa zobaczyła u wujka takie piękne czereśnie i tak ją ochota na te czereśnie naszła, a oni czereśni u siebie nie mają. Wujek nie czekając na koniec wypowiedzi sąsiada, rzucił tekst o myszach, uśmiechnął się i zaprosił synową sąsiada, żeby się czereśniami poczęstowała. Sąsiad podziękował i poszedł sobie.

Tu należy dodać, że wujek siedząc przed domem nie widzi swoich drzew owocowych, gdyż sad zasłaniają zabudowania gospodarcze, a poza tym czereśnie rosną na końcu sadu, więc nawet gdyby tych zabudowań nie było, to inne drzewa by zasłaniały widok.

Po pewnym czasie na podwórko wjeżdża na rowerze wnuczek wujka wraz z jakimś miejscowym kolegą i krzyczy, że ktoś czereśnie kradnie. Wujek spokojnym tonem wyjaśnia, że pozwolił takiej pani poczęstować się czereśniami. Na co kolega wnuczka mówi, że tam jest kilka osób z wiadrami.

Wujek pobiegł do sadu i zastał tam 6 osób dorosłych plus jakieś dzieciaki, a cała ta czereda zdołała już czereśniami napełnić 4 wiadra. Rozmowa jak łatwo się domyślić, nie miała miłego przebiegu. Całe towarzystwo było oburzone pretensjami wujka, gdyż przecież sam powiedział, że mogą się poczęstować czereśniami. Na nic zdały się wyjaśnienia, że trudno uznać 40 kg (tak pi raz drzwi licząc) czereśni o wartości rynkowej kilkuset złotych za poczęstunek dla ciężarnej kobiety. Na koniec wujka zwyzywano od chamów i prostaków.

PS. Uprzedzając pytania, dlaczego dopiero teraz opisuję tą historię, wyjaśniam że dowiedziałem się o niej w ten weekend, w trakcie rodzinnego obiadu u wujka.

sąsiad kradzież

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (192)

#92315

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zarówno ja, jak i moja żona oraz synowie, lubimy pizzę. W naszej mieścinie o dobrej pizzy można było jedynie pomarzyć. Ale latem zeszłego roku, w pobliskiej miejscowości otwarto nową pizzerię. Jak głosiła „wieść gminna”, właścicielka mieszkała wiele lat we Włoszech i pizza miała smakować niczym w słonecznej Italii. Koledzy starszego z moich synów zdążyli już odwiedzić to miejsce i byli zachwyceni.

Nie było na co czekać, postanowiliśmy zamówić pizzę z dowozem na sobotni obiad. Około godz. 11:00 weszliśmy na stronę internetową pizzerii, aby zobaczyć menu. Okazało się, że lokal jest otwarty od godz. 12:00, ale zamówienia można składać poprzez formularz na stronie, przed otwarciem lokalu. Tak też zrobiliśmy. Około 13:30 zatelefonowałem do nich z pytaniem o realizację naszego zamówienia.

Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
- Nie mamy takiego zamówienia! Nie telefonował Pan do nas przecież.
- Ale ja składałem zamówienie przez formularz na Waszej stronie.
- Yyyyy… ale ten formularz nie działa.
- To po co piszecie, że jest możliwość korzystania z takiej formy zamówienia?
- Yyyyy… bo niebawem będzie działać. To składa Pan zamówienie, czy nie?

Złożyłem zamówienie i otrzymałem informację, że za godzinę pizze do mnie dotrą. Po ponad godzinie dzwonię do nich ponownie i słyszę, że zamówienie przed chwilą odebrałem. WTF? Tłumaczę, że niczego nie odebrałem. Po dłuższej rozmowie sytuacja się wyjaśnia, tzn. dostarczono zamówienie na ul. Piekielną 16, a ja mieszkam na ul. Piekielnej 6. Pani się coś pomyliło. Składam więc zamówienie po raz trzeci. Tym razem skutecznie tzn. o 16:00 zamówienie wreszcie dociera.

Pizze naprawdę bardzo dobre, a na tle tego co w naszym miasteczku serwują inne lokale, wręcz znakomite. Opisaną powyżej sytuację złożyłem na karb początków działalności, docierania się lub niewłaściwego doboru personelu. Nie nastawiałem się negatywnie do lokalu, pomimo tego, że w trakcie ww. rozmów telefonicznych nie usłyszałem nawet zwykłego „przepraszam”, że o propozycji jakiegoś rabatu, czy też gratisu nie wspomnę. Zdecydowaliśmy z żoną, że co jakiś czas będziemy tam zamawiać. I teraz w skrócie, o kolejnych zamówieniach, naszych, mojego brata i naszej sąsiadki.

Drugie zamówienie. Nie dostaliśmy sosów, za które zapłaciliśmy, ale sama pizza nadal świetna.
Trzecie zamówienie. Pizze dojechały, ale spaghetti nie. Reklamacja złożona telefonicznie. Zaraz dostarczą spaghetti. „Zaraz” trwało 2,5 godziny. Całość zimna i skawalona.
Czwarte zamówienie. Na pizzach jakby tak połowa mniej składników i innej jakości. Sosy znów nie dojechały.
Piąte i ostatnie zamówienie. Zamówiłem pizzę tylko dla siebie. Konkretnie pepperoni i poprosiłem o dodatek jalapeno, za który dopłaciłem. Po 2,5 godziny przywieziono mi zimną pizzę, bez jalapeno. Ale teraz najlepsze, na dużej pizzy o średnicy 35 cm było 5 plasterków pepperoni.

Generalnie podobne doświadczenia miał mój brat i nasza sąsiadka, więc nie ma potrzeby tego powtarzać, poza kilkoma przypadkami, z którymi my się nie zetknęliśmy. A oto i one.

Po pierwsze, po 4 miesiącach funkcjonowania opisywanej pizzerii, wspomniany na wstępie formularz na stronie internetowej nadal nie działał. Po drugie, brat zamówił najdroższą pizzę, a dostał tańszą o niemal 20 zł, a gdy złożył reklamację, został poinformowany, że może sobie do nich przyjechać, to mu zwrócą. Po trzecie, sąsiadka dostała sałatkę grecką bez sera feta. Po czwarte, na urodziny swojej córeczki, gdzie była zaproszona cała jej klasa, zamówiła 10 pizz (margherita i hawajska), a dojechało tylko 5 (sama margherita), gdyż w pizzerii ananasa zabrakło. Tak jej to telefonicznie wyjaśniono. Dodam, że ta pizzeria znajduje się obok supermarketu.
Poza tym, nikt z nas, reklamując daną dostawę nigdy nie został przeproszony, że o jakiś innych bonusach, gratyfikacjach nie wspomnę.

Oczywiście zamawiania w tej pizzerii zaprzestaliśmy i generalnie puściliśmy sprawę w niepamięć, ale jakiś czas temu, w naszym lokalnym tygodniku, przeczytałem tekst o zamknięciu tego lokalu. Z tekstu wynikało, że lokal serwował najlepszą pizzę pod słońcem, ale konkurencja i ludzie przez nią nasyłani, rzeczony lokal zniszczyli podłym hejtem w internecie, a właścicielkę doprowadzili do rozstroju nerwowego.

Na początku się uśmiałem, a potem z ciekawości postanowiłem sprawdzić co to za hejt spotkał właścicielkę tej pizzerii. Na FB ich strony już nie znalazłem, ale opinie w google tak. I tu znów parsknąłem śmiechem, gdyż 90% opinii to były opinie pozytywne (5 gwiazdek) lub negatywne (1 lub 2 gwiazdki). Rozkład opinii prezentował się tak, że gdy pojawiała się opinia negatywna, to zaraz po niej dochodziło do 3 – 4 wpisów mówiących o tym, że to najlepsza pizza w świecie i okolicach.

No, a co z tym „hejtem”? A no to, czego sami doświadczyliśmy. Ludzie po prostu opisywali, że nie dostawali tego co zamawiali, dostawali zimne dania po godzinach oczekiwania, a jakość i ilość składników systematycznie spadała. Sporo osób pisało o braku kultury osobistej właścicielki lokalu. Ostatnie wpisy mówiły też o zatruciach.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (154)

#92168

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Droga wojewódzka pomiędzy dwoma miasteczkami. Dystans 9 km, z tego ok. 2/3 trasy wiedzie przez las. Droga prosta jak w pysk strzelił, od kilku lat z nową nawierzchnią, zachęcająca do depnięcia pedału gazu. Natężenie ruchu, jak na prowincję, bardzo duże. Droga bardzo popularna wśród rowerzystów, a w szczególności kolarzy amatorów na rowerach szosowych i gravelach, jeżdżących często dużymi grupami. Brak pobocza, że o ścieżce rowerowej nie wspomnę.

Droga słynąca z licznych wypadków. Zderzenia z dzikimi zwierzętami (o rozjechanych nie wspomnę), skasowani rowerzyści i oczywiście pełna paleta wypadków z udziałem „miszczów kierownicy”. Jako miejscowy, jadąc tą trasą samochodem staram się utrzymywać prędkość +/- 50 km/h. Na rowerze jeżdżę po lasach, ale nie tą drogą. Po prostu nie czuję się tam bezpiecznie jadąc na rowerze. To tyle tytułem wstępu.

Piątkowy wieczór. Jadę opisaną powyżej drogą do znajomych. Żona za kółkiem. Prędkość ok. 50 km/h. Za nami jeszcze trzy samochody. Nikt nie próbuje nas wyprzedzać. Mniej więcej w połowie lasu, mijamy dużą grupę kolarzy jadących całą szerokością pasa. Za chwilę, w oddali widzimy samotnego kolarza. Gdy się do niego zbliżamy, sięga po coś do tylnej kieszeni koszulki. Po chwili prostuje się na siodełku i zaczyna jechać dziwnym zygzakiem środkiem pasa. Zupełnie tak, jakby łapał równowagę. Żona mówi do mnie, że on chyba jedzie „bez trzymanki”, a następnie zwalnia do ok. 30 km/h i szerokim łukiem wyprzedza kolarza. Za nami kolejne samochody robią to samo. Podczas mijania dokładnie widzę co kolarz robi, a mianowicie robi sobie selfiki… komórką w etui, trzymając ją w obydwu dłoniach…

droga kolarz

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (147)

#92077

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojego kolegi Maćka. Maciek od kilku lat pracuje na kierowniczym stanowisku w dużej firmie. Jakiś czas temu dopadło go jednak znużenie, czy też lekkie wypalenie zawodowe i zaczął rozglądać się za nowym miejscem pracy. Na początku zeszłego roku trafił na ogłoszenie, które go bardzo zainteresowało. Spełniał wszystkie wymagania, zarówno te określane mianem koniecznych, jak i te, o który zwykło się mawiać „dodatkowe atuty”. Wysłał swoją aplikację licząc na zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Odzewu jednak nie było. Troszkę się zdziwił. Po mniej więcej miesiącu oferta pracy pojawiła się ponownie, co oznaczało, że kandydata nie znaleziono. Drugi raz wysłał swoją aplikację i drugi raz odzewu nie było. Nie przejął się tym zbytnio i o całej sprawie zapomniał.

W zeszłym miesiącu do Maćka zatelefonował Boguś, kolega ze studiów. Chłopaki nie przyjaźnią się, ale utrzymują ze sobą kontakt. Boguś powiedział, że ma dla Maćka super newsa, ale to sprawa nie na telefon i zaproponował spotkanie na piwie. Zaintrygowany Maciek zgodził się na spotkanie i chłopaki zasiedli sobie w jakimś pubie w centrum wielkiego miasta. Swoją opowieść Boguś zaczął od pytania, czy Maciek pamięta Kaśkę. Trudno jest nie pamiętać dziewczyny, z którą się studiowało 5 lat, więc Maciek zapewnił, że tak. Okazało się, że Boguś spotkał Kaśkę na jakiejś branżowej konferencji i sobie z nią porozmawiał. Z tej rozmowy, dla Maćka istotne było to, że pod koniec zeszłego roku Kaśka spotkała na mieście Monikę i dawne koleżanki (jeszcze z czasów liceum), poszły sobie na kawę i troszkę poplotkowały. Tu dochodzimy do sedna opowieści, czyli osoby Moniki. Aby zrozumieć całą historię, trzeba cofnąć się w czasie niemal 20 lat.

Na pierwszym roku studiów Maciek poznał Monikę. Monika była dziewczyną piękną (widziałem ją raz - laska 10/10!) i niezwykle inteligentną. Ale na tym jej atuty się kończyły, choć niektórzy nigdy by takiego sformułowania nie użyli. Jedynaczka, z bardzo zamożnego domu, typ księżniczki, która dostaje to co chce, otoczona wianuszkiem adoratorów. No i tak się składa, że Maciek wpadł jej w oko. Nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż Maciek generalnie robił wrażenie na dziewczynach. Wysoki, wysportowany brunet, dowcipny i inteligentny. Monika zaczęła go adorować najpierw delikatnie, a później coraz bardziej nachalnie. O szczegółach pisać nie będę, choć je znam. Nie przeszkadzało jej to, że Maciek miał dziewczynę, o czym dość szybko ją poinformował. Nawet z perspektywy upływu lat trudno jest powiedzieć, czy Monika zakochała się w Maćku, czy po prostu kręciło ją to, że tego akurat faceta mieć nie może. W każdym razie na początku „zabiegi” Moniki śmieszyły Maćka, potem zaczęły nużyć, a kiedy zaczęły irytować Maciek poważnie rozmówił się z Moniką ucinając – na tyle na ile to było możliwe podczas studiowania na jednym kierunku – kontakt z nią. Po tej rozmowie, Monika z trybu „miłość” przeszła na tryb „nienawiść”, a to co zaczęła wyprawiać nadawałoby się na zupełnie osobne historie na „Piekielnych”. Powiem tylko przykładowo, że nasłała na Maćka jakiś dwóch swoich kolegów, opowiadając im, że Maciek ją molestował. Mieli dać Maćkowi nauczkę, ale Monika chyba ich nie uprzedziła, że Maciek od 7 lat trenował kick – boxing i panowie zostali po prostu znokautowani. Sytuacja zrobiła się na tyle nieciekawa, że Maciek zastanawiał się nad zmianą kierunku studiów, ale na pierwszej sesji Monika poległa na egzaminie, a poprawki też nie zdała i wyleciała ze studiów, zdążywszy jeszcze za niezdanie egzaminu obwinić Maćka. No i słuch o niej zaginął.

Wróćmy teraz do Maćka i Bogusia siedzących przy piwie i spotkania Kaśki z Moniką. Boguś zapytał się Maćka, czy dwukrotnie składał swoje aplikacje do firmy X, na stanowisko Y? Lekko zaskoczony Maciek potwierdził i zapytał się skąd Boguś ma takie informacje, na co ten odrzekł, że od Kaśki. W kontekście informacji o spotkaniu z Moniką, jasnym było, że to od niej to info. Przez chwilę zagadką pozostawało tylko skąd taką wiedzę miała Monika. Boguś szybko wyjaśnił, że Monika jest szefową HR w firmie, gdzie aplikował Maciek. Obydwie aplikacje Maćka błyskawicznie wylądowały w niszczarce. Kaśka twierdziła, że gdy Monika o tym opowiadała, to z radości aż podskakiwała na krześle…

praca cv

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (181)

#92028

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Żona mojego kolegi Jacka, kupiła przez internet antyczną komodę. W związku z tym zakupem, Jacek dostał tzw. bojowe zadanie odebrania komody od sprzedawcy i uiszczenia należności. Jacek jeździ passatem kombi, więc niejako na pewniaka udał się po odbiór wspomnianej komody. Na miejscu okazało się, że mebel jest na tyle duży, iż nawet w „passeratti” kombi się nie zmieści i Jacek będzie musiał wykombinować jakiś transport.

Wychodząc z domu sprzedawcy komody, Jacek natknął się na Pawła, swojego kolegę ze studiów, którego nie widział już kilkanaście lat. Panowie serdecznie się przywitali i po tradycyjnej wymianie zdań typu „kopa lat”, „co u Ciebie słychać”, Paweł zapytał się Jacka co go sprowadza w te rejony wielkiego miasta. Jacek wyjaśnił, że przyjechał po komodę, ale niestety ta się nie zmieści w jego samochodzie i teraz musi kombinować jakiś transport lub po prostu zamówić taksówkę bagażową. Paweł zapewnił Jacka, że nie musi się już martwić o transport, gdyż on w sobotę pożycza od kumpla dostawczaka, bo ma do zabrania parę gratów ze starego mieszkania, położonego rzut beretem od miejsca, w którym rozmawiali. Zabiorą więc tych kilka gratów, a i komoda Jacka się zmieści. Dodatkowo okazało się, że Paweł kupił mieszkanie w dzielnicy, w której mieszkał Jacek, więc nie będą musieli krążyć po całym mieście. No po prostu bajka! Paweł spadł z nieba Jackowi!

W sobotę Paweł przyjechał po Jacka i ruszyli zabrać wspomniane parę gratów ze starego mieszkania Pawła. Te kilka gratów okazało się być… przeprowadzką niemal całego dwupokojowego mieszkania. Niemal, gdyż szafy wnękowe i zabudowa kuchni pozostawały. Za pierwszym kursem zabrali rzeczy spakowane w kartony. Za drugim i trzecim meble plus komodę Jacka. Na dodatek wspomniane mieszkanie znajdowało się w bloku bez windy. Na całe szczęście w nowym mieszkaniu Pawła winda już była. Nie zmienia to faktu, że Jacek stracił całą sobotę na przeprowadzkę kolegi, o totalnym zmęczeniu nie wspominając. Oczywiście w tym momencie zapytałem się Jacka, dlaczego po prostu nie obrócił się na pięcie i „nie podziękował” koledze. Okazało się, że kiedy Jacek wspomniał, że miało być do przewiezienia parę rzeczy, a jest full przeprowadzka, Paweł zapewnił go, że już za chwileczkę, już za momencik na miejscu zjawi się jego szwagier wraz z bratem i to oni będą wszystko nosić, a Jacek będzie sobie mógł pójść na piwko do pobliskiego pubu. Co jakiś czas Paweł „dzwonił” do szwagra, czy tam brata i zapewniał, że za chwilę będą. Przy drugim kursie wiadomo było, że to zwykła ściema, ale Jacek machnął już na to ręką.

Najlepsze miało jednak dopiero nadejść! Po zakończeniu przeprowadzki, panowie dotarli wreszcie do domu Jacka i wnieśli komodę. Kiedy Jacek chciał się już oschle pożegnać z Pawłem, usłyszał od niego, że teraz muszą się rozliczyć! Mocno zdziwiony zapytał się o jakie rozliczenie chodzi. W odpowiedzi usłyszał, że kumplowi za pożyczenie dostawczaka obiecał dobrego łyskacza, a dodatkowo zrobili sporo kilometrów jeżdżąc z jednego końca miasta na drugi, a benzyna przecież kosztuje. Swój wywód zakończył żądaniem 100 zł. Jacka to zszokowało, ale szybko się opanował i stwierdził, że wprawdzie nie zna panujących na rynku stawek dla pracowników robiących przeprowadzki, ale biorąc pod uwagę, że to ciężka fizyczna harówka i to, że spędził na tej pracy cały dzień, 300 zł będzie odpowiednią gratyfikacją. Po odjęciu żądanych 100 zł, Jacek zażyczył sobie od Pawła 200 zł. Wywód ten okrasił oczywiście szeregiem nienadających się do cytowania słów i poprosił (eufemizm) Pawła o opuszczenie swojej posesji.

znajomy przeprowadzka

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (212)

#92003

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnie opowieści o SOR-ach oraz zbliżająca się Wielkanoc, przypomniały mi historię, która wydarzyła się kilka lat temu. Bohaterami opowieści są bracia - Darek i o 4 lata młodszy od niego Marek. Darka poznałem dzięki mojemu kumplowi ze studiów, zaś Marka nigdy na oczy nie widziałem, ale za to dużo o nim słyszałem. Ktoś kiedyś powiedział o Marku, że piątą klepkę to on ma, ale często mu się odkleja. Na czym to polegało? Otóż Marek należał do osób, którym jeśli powiedziało się, żeby czegoś nie robili, gdyż np. poparzą się, kopnie ich prąd itp., to na 98% to zrobili. Takich przypadków było bardzo dużo. Czasami kończyły się śmiechem, czasami płaczem, kilkoma siniakami, a czasami niestety na SORze.

Prosty przykład. Jako nastolatkowie bracia wraz z kolegami poszli na ryby. Nad wodą zaczęli robić sobie kanapki. Do krojenia bułek jeden z kolegów zaoferował swój nowy nóż do filetowania ryb. Uprzedził Marka jako najmłodszego w towarzystwie, aby nie kroił swojej bułki trzymając ją pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym, gdyż nóż jest ostry jak brzytwa i używając większej siły, może sobie przeciąć skórę w „zgięciu” pomiędzy tymi palcami. Co zrobił Marek? Postanowił sprawdzić prawdziwość tych słów i pokaleczył się tak, że wymagało to niestety szycia na SORze. Dodam, że Marek miał wówczas 13 lat, a nie na przykład 5.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że rodzice za akcje Marka, zawsze obwiniali Darka, uznając że starszy brat powinien wziąć na swoje barki odpowiedzialność za młodszego. Na samych reprymendach słownych się niestety nie kończyło i Darek ponosił różne nieprzyjemne konsekwencje działań Marka. Po opisanej sytuacji z nożem, dostał np. miesięczny szlaban na wędkowanie. Członkowie rodziny i przyjaciele, czasami próbowali tłumaczyć rodzicom Darka i Marka, że starszego z braci nie można obwiniać za wszystko co nawywija młodszy, ale nikomu się to nie udało. Rodzice byli pod tym względem nieprzejednani, a w rodzinie pocieszano się, że Marek z tego wyrośnie.

Tu trzeba też dodać, że relacje pomiędzy braćmi, niezależnie od takiego, a nie innego podejścia rodziców, były zawsze bardzo dobre, ale mimo wszystko Darek odetchnął, kiedy Marek wybrał się na studia na drugi koniec Polski. Pomimo bowiem osiągnięcia przez Marka pełnoletniości, rodzice nadal uważali, że Darek powinien być jego aniołem stróżem. Po skończeniu studiów Marek osiadł na wspomnianym drugim końcu naszego kraju, ożenił się i został ojcem dwójki dzieci.

Kilka lat temu, Marek wraz z rodziną przyjechał na Wielkanoc do swoich rodziców. Przyjechał w piątek przed południem i na wieczór umówił się z Darkiem na piwo w pobliskim pubie. Bracia usiedli przy barze i delektowali się piwkiem. W pewnym momencie ktoś z sali zgłosił barmanowi, że przepaliła się żarówka. Barman poszedł ją wymienić i kiedy wrócił z przepaloną żarówką, zagadnął go siedzący przy barze klient. Konkretnie zapytał się barmana, czy ten wie, że żarówkę da się włożyć do ust bez problemu, ale wyjąć już nie, tzn. da się ale po podaniu jakiegoś specyfiku przez lekarza.

Pomiędzy panami zaczęła się dyskusja, z której wynikało, że klient oglądał w TV program, w którym jakiś aktor, czy innej maści celebryta opowiadał śmieszną historię z wkładaniem żarówki do ust i koniecznością jazdy na SOR. Przy barze wywiązała się dyskusja na ten temat, gdzie ktoś twierdził, że to bujda, a ktoś inny, że jak najbardziej fakt. W końcu barman żartobliwie zaproponował, że może któryś spróbuje i włoży sobie żarówkę do ust. Pewnie się już domyślacie… TAK! Marek włożył sobie żarówkę do ust. Dodam jeszcze, że kiedy to zrobił, Darka nie było przy barze, gdyż poszedł do toalety. Na marginesie, spór został rozstrzygnięty, tj. żarówki wyjąć się nie dało i trzeba było udać się na SOR.

Na SORze niczego w 15 minut się nie załatwia, więc bracia kwitli na poczekalni jakiś czas. Przedłużający się wypad „na 2 piwka” zaniepokoił żonę Marka, która do niego zadzwoniła. Odebrał oczywiście Darek, gdyż z żarówką w gębie rozmawiać się nie da. Tłumaczenie całej sytuacji przez Darka nie przekonało ślubnej Marka. Uznała, że panowie się upili i musiało stać się coś co chcą przed nią ukryć. No ja jej się nie dziwię, gdyż kto przy zdrowych zmysłach wkłada sobie żarówkę do ust. Po kilku minutach zjawiła się na SORze, a wraz z nią ojciec braci. Na widok gwintu żarówki wystającego z ust, ślubna Marka padła ze śmiechu. Z kolei ojciec zrobił karczemna awanturę Darkowi, stwierdzając że jako starszy brat nie powinien młodszego zostawiać przy barze samego. Na ironiczne pytanie Darka, czy w takim razie miał nie iść do toalety i zeszczać się w majtki, usłyszał odpowiedź, że … TAK!!!

Aby nie pozostawiać żadnych wątpliwości, wyjaśniam że w momencie, kiedy ta sytuacja miała miejsce, Marek miał 34 lata!

rodzina

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (201)

#91908

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój kuzyn Jacek, po ślubie przeprowadził się do swojej małżonki. Dom, w którym zamieszkał mieścił się w położonej na uboczu dzielnicy niewielkiego miasteczka, którą z trzech stron otaczał las. Na końcu tej dzielnicy w starym domu, mieszkała bardzo liczna, wielopokoleniowa rodzina, której miejscowi wiele lat temu nadali przydomek od nazwiska jednego z hitlerowskich dygnitarzy. Na potrzeby tej opowieści, nazwijmy ich Goeringami.

Mężczyźni w tej rodzinie dzielili się na tych, którzy siedzieli, siedzą lub będą siedzieć. Nie byli to żadni mafiozi, tylko pospolici i prymitywni przestępcy. Tu coś ukradli, tam się włamali, a gdzie indziej kogoś pobili i okradli. Panie natomiast były znane z tego, że zostawały matkami jednego lub więcej bąbelków przed uzyskaniem pełnoletniości oraz z wybuchowych temperamentów. Rodzina Goeringów słynęła z zamiłowania do alkoholu i braku zamiłowania do jakiejkolwiek pracy. Po prostu typowe patusy.

Jacek z Goeringami nie miał nigdy żadnych zatargów i generalnie obchodzili go tyle co zeszłoroczny śnieg, ale teściowa Jacka lubiła sobie o nich pogadać, szczególnie że jej koleżanka prowadziła miejscowy sklepik. Jeśli ktoś zna realia sklepików w małych miejscowościach, to doskonale wie, że na ich zapleczach, miejscowi spożywają alkohol. Nie inaczej było tutaj, a trzon alkoholowej klienteli pijącej na zapleczu, stanowili oczywiście Goeringowie obojga płci. Sklepowa miała zatem najświeższe wiadomości o tym co dzieje się w rodzinie, a teściowa Jacka „przynosiła” je do domu.

Jak to się zwykło mawiać, w każdej rodzinie znajdzie się czarna owca. W rodzinie Goeringów, znalazły się nawet dwie. Byli to Asia i Sławek. Oboje skończyli szkoły, założyli rodziny, wyprowadzili się do pobliskiego, większego miasta powiatowego i oczywiście pracowali. Dla Goeringów kończenie szkół, jakieś matury, kursy, szkolenia no i w ogóle praca, to było coś niepojętego. Na początku śmiali się z Asi i Sławka, że się uczą, a potem że pracują, ale z czasem zaczęła w nich narastać złość. Dlaczego? Ano dlatego, że ani Asia, ani Sławek nie kwapili się do pożyczania Goeringom pieniędzy, czy też stawiania im alkoholu. Zdaniem Goeringów skoro pracują, stać ich na wakacje, czy też zakup samochodów, to rodzinę powinni wspierać finansowo, a w szczególności poprzez stawianie flaszek. Złość na Asię i Sławka narastała i w pewnym momencie Goeringowie postanowili dać im nauczkę. Oczywiście na pomysł jaką nauczkę, wpadli podczas libacji alkoholowej. W tych przeżartych alkoholem łbach zrodziła się idea spalenia Asi i Sławka. Konkretnie zakładu usługowego prowadzonego przez Asię i domu, w którym Sławek mieszkał z teściami. W tym miejscu wyjaśnię, że mąż Asi i żona Sławka byli spokrewnieni i tego dnia mieli wesele w rodzinie. Goeringowie wiedzieli więc, że w domu Sławka nikogo nie będzie. Pomysł spalenia zakładu Asi, wziął się z kolei z tego, że Asia z mężem przeprowadzili się właśnie do nowego mieszkania i Goeringowie „niestety” nie znali jej adresu.

W konsekwencji, trzech kompletnie pijanych Goeringów, uzbrojonych w jakieś baniaki z benzyną, wsiadło w pociąg i po 10-ciu minutach znalazło się w mieście, gdzie mieszkali Asia i Sławek. Najpierw poszli pod zakład Asi, ale tenże mieścił się w pawilonie obok jakiegoś pubu, pełnego jeszcze klientów siedzących w ogródku. Dlatego postanowili udać się pod dom Sławka, a po jego spaleniu wrócić do zakładu Asi, licząc na to, że pub już będzie zamknięty. Po drodze musieli chyba kontynuować spożycie alkoholu, gdyż według zeznań świadków tj. sąsiadów Sławka, strasznie głośno się zachowywali i mieli trudności ze sforsowaniem ogrodzenia. Jeden z Goeringów zawisł na ogrodzeniu i pozostałych dwóch musiało się natrudzić, żeby go zdjąć z tegoż ogrodzenia. Na cichej i gęsto zabudowanej uliczce domków jednorodzinnych, zarówno widok trzech kompletnie pijanych facetów, jak i hałas, który wywołało ich pojawienie się, musiało wzbudzić zainteresowanie sąsiadów, którzy oczywiście zaalarmowali policję. Zanim stróże prawa dojechali na miejsce, Goeringowie zdążyli polać benzyną drzwi wejściowe oraz taras, ale ognia podłożyć nie zdołali.

Cała opisana akcja wygląda troszkę jak karykatura działań Gangu Olsena, ale gdyby zakład Asi nie sąsiadował z pubem, a dom Sławka mieścił się gdzieś na uboczu, to te patusy zrealizowałyby swój plan.

rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (222)