Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Logowanie
X  
Login:
Hasło:
 
  Nie masz konta? Zarejestruj się
Zapomniałeś hasła? Odzyskaj hasło
Nie dostałeś linku aktywacyjnego? Wyślij go ponownie
 

Top historii


28 lutego 2012, 19:45 przez Skuty (PW) | Do ulubionych
Krótka historyjka o rodzince, dokładnie o tej części rodziny, z którą nie utrzymuje i nie mam zamiaru utrzymywać jakiegokolwiek kontaktu, zresztą oni ze mną też, krótko mówiąc, nienawidzimy się. ;)

Pewnego dnia wygrałem w totolotka. Dnia następnego jak co sobotę, przyjechała babcia, oczywiście pierwsze co to powiedziałem, że wygrałem w lotto. Babcia zachwycona i pyta co sobie najpierw kupię, odpowiedziałem że samochód i w sumie tyle, babcia nigdy się nie interesowała tym, czy ktoś w rodzinie ma dużo kasy czy mało, wizyta minęła jak zwykle, herbatka, itp.

Niedziela, środek nocy, ok. 11 ktoś wali do drzwi, ja ledwo żywy (wiadomo, wygraną trzeba było godnie przywitać), patrzę przez oczko i widzę rodzinkę w składzie - ciotka, wujek i 2 kuzynki. Ja lekki szok, bo to ostatni ludzie, których bym się spodziewał przed moimi drzwiami, no ale ok, wpuściłem, kawy zrobiłem i dopiero do mnie dotarło, skąd oni się tutaj wzięli. ;) Wizyta trwała niecałe 15 minut. Rozmowa przebiegła tak [Ja] [W]uj, [C]iotka,[K1]uzynka1 i [K2]uzynka2.

[W] No Skuty, a ty już jakiś samochód masz? Bo babcia mówiła, że prawo jazdy zrobiłeś.
[Ja] No, właśnie mam zamiar na dniach coś kupić.
[K1] Mamo, kupisz mi te buty i tą kurteczkę?
[C] Nie mamy pieniążków teraz.
[K2] Mamo, ale jak jej kupisz to mi też musisz.
[W] Dużo wydatków mamy, cicho bądźcie.
[W] A jakie masz zamiar kupić? Coś sportowego?
[Ja] A nie, widziałem ofertę fajnego forda mondeo z 2001.
[W] ??
[K1] ?
[K2 ??
[C] ???
[Ja] Albo jeszcze czerwoną corsę z 2003.
[W] Tyle pieniędzy masz, a takie starocie chcesz kupować?
[Ja] Jakie tyle pieniędzy?
[W] Babcia mówiła, żeś w lotto wygrał!
[Ja] No wygrałem, 3520,24zł, piątkę miałem.
[W] Kur**, to po co my tu przyjechali? Halina idziemy!

No i poszli, do dziś cała rodzina ma ubaw, jak to Skuty załatwił Andrzeja. ;D

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1375 (Głosów: 1401)
18 lutego 2012, 1:39 przez SexySheep (PW) | Do ulubionych
Kilka lat temu zmarła moja babcia i jeszcze tego samego roku dziadek. Zostało po nich mieszkanie, rzecz jasna z całym umeblowaniem.

Po wszystkich sprawach spadkowych, ogólnym pogodzeniem się ze stratą bliskich nadszedł czas na porządki w owym mieszkaniu.
Zabraliśmy drobiazgi obdarzone sentymentem, rzeczy osobiste, wartościowe itp. Problem był z meblami, telewizorem i wersalkami. Tak się złożyło, że mój telewizor się zepsuł w tym czasie, kiedy szukaliśmy kogoś, kto by zechciał zabrać sobie meble. Ok - jedną rzecz mamy z głowy, tym bardziej, że dziadek kupił go całkiem niedawno i porządny sprzęt. Mieliśmy go zabrać później, po meblach.
Znalazła się rodzina, która straciła wszystko w wyniku napadu agresji kogoś z domowników - ot syn potrzaskał wsie meble. To byli znajomi znajomej siostry mojej cioci czy jeszcze tam dalej. Musieli tylko załatwić sobie jakiś transport i mogą meble darmo brać.
Przyjechali, zaczynamy ładować - ławę, wersalki, komodę, szafę. Pani ogólnie szczęśliwa, uradowana, łzy w oczach, że wdzięczna, że dziękuje nam. Przyszło dwóch panów co pomagali to ładować i biorą telewizor. Mówię im, że to zostaje. Panowie ok, zostawili, biorą co innego i lecą.
Przychodzi ta wielce wdzięczna [P]ani.

[P] A telewizor?!
[J] No on zostaje, dla państwa są meble i łóżka.
[P] Ale ja chce jeszcze ten telewizor! Wy sobie możecie kupić, a ja?! Jak ja mam bez wiadomości żyć?! Tak nam pomagacie?!
[J] Nie stać nas na nowy telewizor, mówiliśmy pani, że mamy meble, nie było mowy o telewizorze.
[P] Gó**o mnie to obchodzi! Ku**a! Ja chce ten telewizor! Jak moje dzieci maja bajki oglądać?! Nie chce od was nic!

Kazała oddać meble. To się nazywa wdzięczność.

PS.
Meble dostała rodzina, która straciła wszystko w pożarze. Do dzisiaj dziękują za każdym razem kiedy się spotkamy gdzieś na zakupach.

Dobroczynność

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1233 (Głosów: 1249)
13 lutego 2012, 17:18 przez alesze (PW) | Do ulubionych
Dziś będzie o stereotypach w naszym pięknym kraju.

Prowadzę firmę zajmującą się kompleksowym wykończeniem wnętrz (czytaj budowlanka).
Jak to czasem w
firmie bywa i szef musi czasem popracować.
A więc przebrałem się i jazda do pracy.

Praca nie zawsze czysta, a więc i ubiór czysty nie jest, mimo wszystko zawsze schludny.
Niestety bywa i tak, że trzeba czasem w pracy "wyskoczyć" coś tam załatwić.
No to załatwiamy - urząd niedaleko, więc nie ma sensu się przebierać. Idziemy.
J-Ja
P-(pani w urzędzie-około 50 lat)

J- Dzień dobry.
P- Słucham.
J- Chciałbym prosić o zał..
P- Pan jest pijany... jak tak można przychodzić do urzędu, taki brudny, proszę wyjść.
J- Słucham? Nie jestem pijany, a ubiór o niczym nie świadczy.
P- Proszę wyjść albo wezwę Policję!
J- Proszę bardzo. I poproszę z kierownikiem.
P- Co pan tu wygaduje? Proszę stąd wyjść!
Na szczęście kierownik sam przyszedł zwabiony hałasem.
Cóż się okazało - wezwano Policję i musiałem dmuchać.
Niestety wyszło 0.0. Przynajmniej mnie.
Pani urzędniczka wydmuchała 0,4.

Tak więc moi mili, nie każdy budowlaniec to pijak, nie każdy policjant to cham i nie każdy kierownik to świnia.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1219 (Głosów: 1239)
12 lutego 2012, 20:21 przez MrGranatPL (PW) | Do ulubionych
Dziś na własnej skórze przekonałem się jak podli są zazdrośni ludzie.

Jak wiadomo z jednej z moich historii, od pewnego
czasu poruszam się na wózku. W szczegóły nie ma co wnikać, ale istotne jest, że w związku z tym otrzymałem dość pokaźne odszkodowanie. Postanowiłem sprzedać swoje mieszkanie i dokładając pieniądze z odszkodowania kupić coś przystosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych. Znalazłem mieszkanie na parterze, dosłownie dwa bloki dalej. Z kawałkiem ogródka zamiast balkonu. Co więcej, mieszkanie było już wcześniej zajmowane przez osobę na wózku, więc mogłem wprowadzać się niemal natychmiast. Bez przeróbek czy remontów. Po prostu bajka.

Niestety, okazało się, że od pewnego czasu na to mieszkanie ząbki ostrzyła sobie również mieszkająca w tym samym bloku Piekielna. Jako, że była ona mocno skonfliktowana z poprzednią właścicielką mieszkania - stało się tak, że ja zostałem nowym właścicielem. Wszystko pięknie ładnie, od kilku tygodni mieszkałem sobie spokojnie gdy dziś rano wracając ze sklepu okazało się, że zniknął podjazd dla wózków przed klatką schodową (przy wejściu na klatkę jest pojedynczy stopień, po jego prawej stronie był podjazd w postaci stalowej płyty z poręczą, który prawdopodobnie wymontowany został przez jej synalków). Ledwo zdążyłem przetrawić obecną sytuację, gdy piekielna wychyliła się ze swojego okna z bananem na mordzie i rzuciła tekstem:

[P]: Teraz to sobie ch*ju pomarzniesz.

Na szczęście jeden z sąsiadów pomógł mi pokonać stopień i zaoferował się abym dzwonił śmiało gdy będę potrzebował wejść/wyjść, przynajmniej dopóki sytuacja się nie wyjaśni.

osiedle

Skomentuj (69) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1868 (Głosów: 1896)
14 stycznia 2012, 4:39 przez zaszczurzony (PW) | Do ulubionych
Wezwano pogotowie do jednej ze szkół. Pojechaliśmy, szkoła zamknięta na karty elektroniczne (czy jak to się nazywa, za moich czasów takich cudów nie było). Wpuścił nas pan woźny i zaprowadził do dyrektorki. Na miejscu rozglądamy się za poszkodowanym - nie ma. Za to pani dyrektor wita nas słowami:

- Witam w naszej wspaniałej szkole! Mam nadzieje, że panowie nie pomyślą o nas źle! Ta szkoła to spełnienie marzeń każdego ucznia, mamy bardzo wysokie osiągnięcia sportowe i literackie! A nawet wpadło nam kilka wartościowych nagród za konkursy matematyczne!

I tak gadka przez kilka minut. Czułem się jak na promocji lub reklamie danej szkoły.

- Cieszymy się z waszego powodzenia, aczkolwiek wezwano nas tu do rannego ucznia. Może mogłaby nam pani go wskazać? Bo osiągnięcia waszej szkoły, mimo, że imponujące, nie są obiektem naszego zainteresowania. Jak pani widzi obaj szkołę już skończyliśmy.

Lekko obruszona wezwała nauczyciela wf-u. Mijają kolejne minuty zanim pan się pojawił... Odprowadziła nas do drzwi i rzucając do pracownika: "wiesz co mówić!", trzasnęła drzwiami po naszym wyjściu. Po drodze (szkoła miała niekończący się korytarz!) pan opowiadał nam o uczniu:

- Potknął się. Chyba ma złamaną rękę. Na wf-ie się potknął. W nogę kazałem im grać, a to taka sierota... Znaczy, chyba nadepnął na piłkę i złamał nogę.
- To nogę czy rękę? W zgłoszeniu mieliśmy tylko krwawienie silne, skąd krwawi? I skąd złamania?
- To znaczy... Nie wiedzieliśmy, że jest złamana ręka jak dzwoniliśmy. I to krwawi ta ręka...
- To złamanie otwarte?
- No nie wygląda ciekawie. Chyba kość piszczelowa wystaje.
- Piszczelowa? Więc to jednak noga? Nie ręka?
- Tak, tak. Noga... O piłkę się potknął!
- Jakieś jeszcze obrażenia?
- Tak... Chyba ma limo i wybitego zęba... I jakieś siniaki na twarzy, poobijany jest, trochę zadrapań...
- Panie to brzmi jakby wpadł pod traktor, a nie nadepnął na piłkę!

Wf-ista więcej się nie odezwał, przyspieszył kroku. W końcu dotarliśmy do potrzebującego i nas zamurowało. Chłopak chudziutki, lekko zgarbiony, wyglądał jakby go ze trzech gdzieś w rogu dopadło. I to konkretnie. Faktycznie, noga była złamana (chociaż wcale żadna kość nie wystawała), nos złamany, limo jak kareta, twarz we krwi, na rękach i tułowiu mnóstwo otarć i obić. Co prawda w pracy nie takie rzeczy widywaliśmy, ale po to robiliśmy wcześniejszy wywiad, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Idąc w kierunku chłopaka rzuciłem:

- No to nie wygląda z całą pewnością na potknięcie!

Na to dziewczyna, która siedziała z tym chłopcem odezwała się:

-Jakie potknięcie! Z III C go pobili! ZNOWU!

Wf-ista doskoczył do dziewczyny, złapał ją pod rękę i krzyknął:

- Jakie pobili! Potknął się! Widziałem! W piłkę grali!
- Jaką piłkę!? Przecież Jacek nawet nie potrafi piłki kopnąć!
- W piłkę grali! Ja tu jestem nauczycielem! Wiem w co grali! Wiem co się dzieje u mnie na lekcjach! Wyjdź, bo panowie muszą mieć miejsce!

Dla nas to, że ktoś go pobił było bardziej niż oczywiste. Potknięcie się o piłkę nie powoduje takich obrażeń w żaden sposób. Chłopak był trochę przytłumiony, kolega przez radio wezwał policję, na co dyrektorka dostała prawie wścieklizny. Poprosiliśmy też o niezwłoczny kontakt z rodzicami dziecka, bo okazało się, że przed nami nikt na to nie wpadł (chłopak niepełnoletni).
Przytargaliśmy nosze i ładujemy chłopaka. Dyrektorka podleciała:

- Dlaczego go zabieracie!? Nic mu nie jest!
- Proszę pani, chłopak jest porządnie obity, ma złamaną nogę i nos, kilka krwiaków, podejrzewamy też uraz głowy (objawy otępienia, ból głowy i wymioty). Chłopak nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania, a pani mówi, że nic mu nie jest!?
- No dajcie spokój, to licealista! Myśli tylko o tym jak uniknąć lekcji!
- Tak, on przynajmniej w ogóle myśli...

Załadowaliśmy go do karetki żeby zabrać od tych idiotów. Policja akurat podjechała, nakreśliliśmy zdarzenie, pokazaliśmy chłopaka, pojechaliśmy.

Wyobrażam sobie jak długo chłopak musiał być maltretowany przez starszych kolegów, a dyrekcja wszystko ukrywała pod przykrywką szkoły idealnej... Coś strasznego, tak bardzo zaniedbać swoich uczniów żeby sławić swoją szkołę jako najlepszą. Niektóre jego obrażenia były stare, miał też kilka blizn. Swoją drogą jak to się stało, że jego rodzice nie zwrócili uwagi na to jak wygląda ich syn?

A wiecie co mnie najbardziej śmieszy? Nad drzwiami szkoły jest wielki plakat akcji "stop przemocy!"...

Pogotowie

Skomentuj (156) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1814 (Głosów: 1842)
19 listopada 2011, 0:43 przez d1ler (PW) | Do ulubionych
Stoję w kolejce do kasy, przede mną babinka na oko powyżej 80 lat. W koszyku ma kilka bułek. przychodzi jej kolej, kasjerka liczy i mówi, że 1,80 zł. Staruszka wyciąga z kieszeni torebkę foliową, w której ma same drobne (tylko żółte), ale dokładnie odliczone. A kasjerka na nią z krzykiem, że ona tego nie będzie sprawdzać, że żebrać to pod kościół (co sytuacja ma do żebrania, nie wiem) itd. Babcia prawie z płaczem odkłada bułki i chce wyjść. Wkurzyłem się i zapłaciłem za nią. Chciała mi oddać te drobniaki, ale nie wziąłem. Za to dobrze zapamiętałem kasjerkę. Po powrocie do domu postawiłem na stole w kuchni słoik litrowy i powiedziałem, że jak ktoś będzie miał żółte drobniaki, to niech wrzuca. Sam się zdziwiłem, ale po ok miesiącu słoik był pełen. Wybrałem się na rekonesans do sklepu, ponotowałem ceny, wróciłem i zrobiwszy listę zakupów odliczyłem potrzebna kwotę. Pozostało czekać, kiedy "moja" kasjerka będzie na popołudnie...

Akcja właściwa:
5 minut przed zamknięciem sklepu podchodzę do kasy. Kasjerka liczy i rzuca kwotę. A ja wręczam jej foliową torebeczkę i mówię, że tu jest dokładnie tyle. Ona na mnie z wrzaskiem, że żarty sobie robię, że ona nie jest od liczenia (i do tej pory manka nie miała???) itd.K - kasjerka, Kier - kierowniczka, J - ja:

K: - Proszę to zabrać!!!
J: - Rozumiem, że nie chce pani przyjąć zapłaty?
K: - Pan sobie nie robi żartów! Nie musi tu pan kupować!
J:- Nie muszę, ale mam taki kaprys i CHCĘ. A pani MUSI przyjąć zapłatę w legalnych środkach płatniczych, bo te drobniaki również takimi są.
K: - Ja nie mam czasu, ja już powinnam skończyć pracę!
J: - To ja poproszę o przyjście kierowniczki.
Kierowniczka przyszła, pyta o co chodzi, ja tłumaczę i opowiadam przy okazji o akcji ze staruszką. Kierowniczkę jakby piorun strzelił. Do kasjerki:
Kier: - Policzysz w tej chwili te pieniądze, potem jeszcze raz, żeby się upewnić, że się nie pomyliłaś, a potem zrobisz kasę (czyli policzy te drobniaki trzeci raz). A jak jeszcze raz ktoś na Ciebie przyjdzie na skargę, to na drugi dzień nawet nie przychodź do pracy.

Po mniej więcej miesiącu przestałem widywać te kasjerkę. Widać długo nie wytrzymała...

Sklep osiedlowy

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1193 (Głosów: 1215)
15 listopada 2011, 9:44 przez janhalb (PW) | Do ulubionych
Tytułem wstępu: mój dziadek ze strony taty był z pochodzenia Żydem. Poza 1/4 genów odziedziczyłem po nim dość charakterystyczne nazwisko. Nazwisko brzmi lekko z niemiecka, ale osoba choćby minimalnie świadoma historii i języka polskiego od razu skojarzy, że nazwisko jest żydowskie. Dla mniej świadomych tłumaczę, że gdybym był z tego portalu, to nie nazywałbym się Piekielny czy Piekielski, ale raczej na przykład Piekielbaum czy Piekielberg ;-)

Lat temu już niemal trzynaście, szykowałem się do ślubu. Jednym z dokumentów potrzebnych do ślubu kościelnego jest świadectwo chrztu. Choć od urodzenia mieszkałem w Warszawie, z różnych rodzinnych przyczyn chrzczony byłem zupełnie gdzie indziej - w rodzinnym mieści moich dziadków ze strony mamy. Mogłem oczywiście załatwić sprawę korespondencyjnie, ale że akurat byłem niedaleko, zajechałem do miasta P., aby sprawę załatwić. Idę do właściwej parafii, pukam do kancelarii, wchodzę - widzę że ksiądz (młody człowiek, pewnie niedługo po trzydziestce) rozmawia z jakąś starszą panią o wyglądzie typowo moherowym. Właściwie - nie tyle rozmawia, co z dość jednoznacznie udręczoną miną wysłuchuje jakiejś tyrady. Przeprosiłem i chciałem się wycofać, aby poczekać na korytarzu, ale ksiądz z naciskiem powiedział, żebym wszedł, bo on JUŻ KOŃCZY. Wyglądało na to, że uratowałem go od konieczności dalszego słuchania tyrad tej pani.

Mówię zatem o co chodzi, ksiądz z wyraźną ulgą siada do komputera (tak, już wtedy w większości parafii kancelaria była "wrzucona" do komputera, nie trzeba było szukać w księgach, wystarczyło znaleźć i wydrukować). Podaję rok urodzenia i nazwisko...

...I w tym momencie moherowa babcia (która cały czas siedziała na krześle obok) uniosła wysoko brwi i wygłosiła w stronę księdza (mnie nawet nie zaszczycając spojrzeniem):

- No ja nie wiem, proszę księdza! Przecież to chyba nie jest POLSKIE NAZWISKO!

Mnie w tym momencie szczęka lekko opadła, ksiądz popatrzył najpierw na panią z miną męczennika, potem na mnie z miną typu "Sam pan widzi, co ja tu mam..." - i nic nie mówiąc wrócił do przygotowywania zaświadczenia.

Ale babcia nie dała za wygraną. – To nie jest POLSKIE nazwisko, ja księdzu mówię, znam się na tym! Ja nie wiem, czy to tak można po prostu dać papierek! Ja myślę, że to trzeba chyba do biskupa zgłosić! (...i tak dalej, i tak dalej).

Już nabierałem powietrza, żeby powiedzieć babci co myślę (a nie byłoby to miłe), ale ksiądz nie wytrzymał pierwszy. Ochrzanił babcię (choć, muszę przyznać, w sposób kulturalny) i kazał jej "opuścić lokal". Babcia wyszła, wielce obrażona, rzucając jeszcze na odchodnym że "ona się proboszczowi poskarży", co ksiądz skwitował krótkim "Powodzenia".

Po wyjściu babci ksiądz kończył papierki, wydrukował, podpisał, pieczątkę przybił - ale widziałem, że jest wkurzony. Chcąc rozładować sytuację, powiedziałem żeby się nie przejmował, bo ludzie są różni, jak wiadomo, po czym dodałem pół-żartem:

- No ale w sumie ta panie miała rację, to faktycznie nie jest polskie nazwisko...

Na co ksiądz popatrzył na mnie zmęczonym wzrokiem i powiedział:

- A wie pan, jak ta pani się nazywa? Z domu Schimdt, po mężu Schwarzmüller. I używa obu nazwisk.

Myślałem że się uduszę ze śmiechu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1541 (Głosów: 1569)
12 listopada 2011, 17:51 przez Tiszka (PW) | Do ulubionych
Piekielni rodzice :)

Wyszłam dziś do pobliskiego sklepu. Po drodze mijam taki pseudoskwerek: parking od ulicy, trawa, trochę drzew, między
nimi chodniczek i dalej już mój blok. Na skwerku pan grabi liście i pakuje je do wielkich worów na śmieci - norma.

Wracając trafiłam idealnie w moment: grupka chłopaczków, na oko 10-12 lat, radośnie biega po tymże skwerku i... wywala z worków liście, które zagrabił wspomniany pan. Rzucają się nimi, bawią, generalnie - sielanka. Jednak, co zrozumiałe, grabiącemu niezbyt to przypadło do gustu (nie znoszę grabić ogródka, wolę nawet prasować - więc tym bardziej rozumiem jego złość) - podbiegł do dzieciaków, gdy tylko je zauważył i zaczął krzyczeć: co oni wyprawiają, on tu pracuje, marnują jego czas i wysiłek, mają mu teraz pomóc to powkładać do worków, itp. Dzieciaki zlały go dokumentnie, dalej kopią liście.

W tym momencie, niemalże z powietrza, pojawia się tatuś - nie wiem, czy wszystkich, czy tylko jednego z radosnych chłopaczków. Naskoczył na grabiącego (Pana Grabarza? :P), że jak on tak może krzyczeć na te dzieci! To on jest tu rodzicem, a nie Pan Grabarz, i on chce, żeby jego dzieci mogły się spokojnie jesienią bawić, jak on za młodu, wśród liści! Nikomu te dzieci nie szkodzą i wara od nich, urwa!

Grabiącego aż zatkało, po czym zapytał:
- A mieszkasz pan w tym bloku? Po uzyskaniu odpowiedzi, że rodzic z dziećmi jest z domku po drugiej stronie ulicy, dokończył:
- Więc wyp...dalaj pan, na swoim podwórku burdel robić, a jak nie, to ja panu te wszystkie liście wpieprzę przez płot, bez worków, żeby się mogły gnoje bawić.

Tatuś zmył się błyskawicznie, ciągnąć nieletnią czeredkę za sobą.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1017 (Głosów: 1033)
16 maja 2012, 17:45 przez Annika3 (PW) | Do ulubionych
Po powrocie z uczelni postanowiłam zrobić małe porządki, bo mieszkanie aż samo prosiło się o odkurzacz. Przebrałam się w domowe ciuszki i zaczynam.

Gdy odkładałam odkurzacz po pracy, usłyszałam pukanie. Przez wizjer zobaczyłam obcą panią. Pani okazała się sąsiadką z kilku pięter wzwyż (mieszkam w późnopeerelowskim wieżowcu. Po otworzeniu drzwi:

Sąsiadka: - Proszę więcej nie odkurzać w trakcie snu mojego dziecka, bo mi je pani budzi i ja potem nie mogę jej uśpić. Tu są jej godziny snu.

Dostałam od pani karteczkę z godzinami snu dziecka: 12-16, 18-6.
Wiedziałam, że kilka pięter wyżej w mieszkaniu jest małe dziecko, wiem, że jest to również dziewczynka ok. 8 miesięcy (zaczyna już mówić mama, tata) i ma na imię Olga. Są to niestety uroki mieszkania w budynku z płyty.

Ja: Dzień dobry. Czy mogłaby pani powtórzyć?
S: Nie pozwalam pani odkurzać, gdy moje dziecko śpi. Budzi ją to i nie mogę jej potem uspokoić.

Ponieważ ton sąsiadeczki brzmiał rozkazująco, a nie prosząco, postanowiłam być wredna. Poszłam do pokoju po karteczkę.

J: A ja nie życzę sobie, aby pani dziecko płakało w godzinach mojego snu. - I zaczynam na kartce je wypisywać. tj. 22-6. - I proszę się do tego stosować, ponieważ już nie jeden raz pani dziecko mnie w nocy obudziło.
Zamknęłam drzwi.

Być może było to zbyt wredne, jednak pracuję w godzinach zmianowych i nie jestem w stanie sprzątać w regularnych godzinach. Gdyby pani sąsiadka raczyła mnie poprosić, to mogłabym to uwzględnić w swoich planach, ale ton rozkazujący działa na mnie jak płachta na byka. Owszem dziewczynka parę razy obudziła mnie swoim płaczem w nocy, ale rozumiem takie rzeczy i afery nie robiłam.

brać sąsiedzka

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 893 (Głosów: 917)
12 maja 2012, 16:03 przez proszek (PW) | Do ulubionych
Wiosna piękna, idę z dzieckiem na spacer, wracając chcę wstąpić na bazar po warzywo. Ale dziecko mi się zmęczyło i chce na ręce. To nawet lepiej, bo nie chcę by się ludziom pod nogami plątało, tam zawsze jest tłok.

I tak stoję przy budce, dziecko jedną ręką trzymam, drugą wyjmuję kasę z kieszeni. I fik - 20zł wypada na ziemię. Eh... już już odstawiam małą, kiedy podbiega taki dziesięcioletni chłopczyk i podnosi pieniądz, podaje mi do ręki. Uśmiecham się i dziękuję, za nim idzie jego mama, do niej też się uśmiecham. Ona do mnie również, ale jakoś tak nieszczerze. Nie zwróciłam na to nawet uwagi.
Mama stanęła z chłopcem budkę dalej i chyba myślała, że nie usłyszę jak mówi do syna:
- Głupiś! Miałbyś na tę swoją colę i chipsy, baba z bachorem by cię nie goniła!

Nie ma to jak wychowywać sobie złodzieja.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1117 (Głosów: 1151)