Top historii
Dom mój rodzinny, co by pomieścić wszystkich Holmesów i menażerię, wybudowany został w miejscu, gdzie psy szczekają drugą stroną a diabeł mówi dobranoc. Jako takiej kanalizacji też nie było, albo ma się szambo, albo ma się problem.
Sąsiad mieszkający na tej samej ulicy miał problem i pozbywał się go w sposób bardzo prosty – gumowy wąż na drogę i odkręcamy kurki. Syf, smród, błoto, pełen serwis. Na nic zdają się telefony do straży miejskiej i cała reszta konwencjonalnych metod, pan zwija wężyka z drogi, policja wzrusza ramionami, że jak na gorącym uczynku nie złapie, to nic nie udowodni. Sąsiad kompletnie nam był nieznany, nikomu też drzwi nie otwierał i węża wywalał tylko jak nikogo na ulicy nie było.
Któregoś dnia letniego wężyk znów wylądował na drodze, o czym jedno z mojego rodzeństwa nie omieszkało powiadomić ojca. Za moment wbija do mnie młodszy brat:
- Sherlock, ojciec wziął siekierę!
Lecę na dwór jakby mnie diabeł gonił, bo kto wie co się będzie działo. Sąsiad widząc faceta z siekierą rzucił się zwijać wężyk. I nie zdążył...
- Panie! – Ojciec łapie go za koszulę. – Panie! Widziałeś pan tego sk***na co tu szambo wylewa!? Bo ja go już od paru tygodni szukam!
- Nn-nie... - Kręci facet głową, blady jak ściana.
- Bo panie, jak ja go znajdę... - I mu siekierę pod twarz. – Panie, jak ja sk****na dorwę, jak mu rączki up***lę... Szambo na drogę wylewać gdzie ludzie mieszkają... Gdzie ja motor mam... Gdzie mi dzieciaki rowerami jeżdżą... Jak Boga kocham, tą siekierą za***ję jak psa.
- Bezczelność, nie sądzi pan? – Pytam grzecznie, facet gorliwie potakuje:
- Bezczelność! A jakże! Się nie godzi!
- No! – Huczy mój ojciec. – Też żeś pan tu przyszedł sk****na dorwać?
- Tak, tak! – Tamten macha głową, mało mu nie odpadnie. – Tak, ale... ale go nie było! No nie było ch*ja!
We dwóch w ramach zemsty przesunęli węża tak, żeby się sąsiadowi lało na posesję, a nie na drogę. Starszy zarzuca siekierę na ramię, żegna się z panem, uścisnęli sobie ręce nawet. Odwraca się, puszcza mi oczko i idziemy do domu. Śmiać zaczynamy się dopiero za drzwiami.
Wąż tego dnia znika z ulicy na dobre.
Sąsiad mieszkający na tej samej ulicy miał problem i pozbywał się go w sposób bardzo prosty – gumowy wąż na drogę i odkręcamy kurki. Syf, smród, błoto, pełen serwis. Na nic zdają się telefony do straży miejskiej i cała reszta konwencjonalnych metod, pan zwija wężyka z drogi, policja wzrusza ramionami, że jak na gorącym uczynku nie złapie, to nic nie udowodni. Sąsiad kompletnie nam był nieznany, nikomu też drzwi nie otwierał i węża wywalał tylko jak nikogo na ulicy nie było.
Któregoś dnia letniego wężyk znów wylądował na drodze, o czym jedno z mojego rodzeństwa nie omieszkało powiadomić ojca. Za moment wbija do mnie młodszy brat:
- Sherlock, ojciec wziął siekierę!
Lecę na dwór jakby mnie diabeł gonił, bo kto wie co się będzie działo. Sąsiad widząc faceta z siekierą rzucił się zwijać wężyk. I nie zdążył...
- Panie! – Ojciec łapie go za koszulę. – Panie! Widziałeś pan tego sk***na co tu szambo wylewa!? Bo ja go już od paru tygodni szukam!
- Nn-nie... - Kręci facet głową, blady jak ściana.
- Bo panie, jak ja go znajdę... - I mu siekierę pod twarz. – Panie, jak ja sk****na dorwę, jak mu rączki up***lę... Szambo na drogę wylewać gdzie ludzie mieszkają... Gdzie ja motor mam... Gdzie mi dzieciaki rowerami jeżdżą... Jak Boga kocham, tą siekierą za***ję jak psa.
- Bezczelność, nie sądzi pan? – Pytam grzecznie, facet gorliwie potakuje:
- Bezczelność! A jakże! Się nie godzi!
- No! – Huczy mój ojciec. – Też żeś pan tu przyszedł sk****na dorwać?
- Tak, tak! – Tamten macha głową, mało mu nie odpadnie. – Tak, ale... ale go nie było! No nie było ch*ja!
We dwóch w ramach zemsty przesunęli węża tak, żeby się sąsiadowi lało na posesję, a nie na drogę. Starszy zarzuca siekierę na ramię, żegna się z panem, uścisnęli sobie ręce nawet. Odwraca się, puszcza mi oczko i idziemy do domu. Śmiać zaczynamy się dopiero za drzwiami.
Wąż tego dnia znika z ulicy na dobre.
dom rodzinny
Ocena:
1139
(Głosów:
1157)
Kilka lat temu zmarła moja babcia i jeszcze tego samego roku dziadek. Zostało po nich mieszkanie, rzecz jasna z całym umeblowaniem.
Po wszystkich sprawach spadkowych, ogólnym pogodzeniem się ze stratą bliskich nadszedł czas na porządki w owym mieszkaniu.
Zabraliśmy drobiazgi obdarzone sentymentem, rzeczy osobiste, wartościowe itp. Problem był z meblami, telewizorem i wersalkami. Tak się złożyło, że mój telewizor się zepsuł w tym czasie, kiedy szukaliśmy kogoś, kto by zechciał zabrać sobie meble. Ok - jedną rzecz mamy z głowy, tym bardziej, że dziadek kupił go całkiem niedawno i porządny sprzęt. Mieliśmy go zabrać później, po meblach.
Znalazła się rodzina, która straciła wszystko w wyniku napadu agresji kogoś z domowników - ot syn potrzaskał wsie meble. To byli znajomi znajomej siostry mojej cioci czy jeszcze tam dalej. Musieli tylko załatwić sobie jakiś transport i mogą meble darmo brać.
Przyjechali, zaczynamy ładować - ławę, wersalki, komodę, szafę. Pani ogólnie szczęśliwa, uradowana, łzy w oczach, że wdzięczna, że dziękuje nam. Przyszło dwóch panów co pomagali to ładować i biorą telewizor. Mówię im, że to zostaje. Panowie ok, zostawili, biorą co innego i lecą.
Przychodzi ta wielce wdzięczna [P]ani.
[P] A telewizor?!
[J] No on zostaje, dla państwa są meble i łóżka.
[P] Ale ja chce jeszcze ten telewizor! Wy sobie możecie kupić, a ja?! Jak ja mam bez wiadomości żyć?! Tak nam pomagacie?!
[J] Nie stać nas na nowy telewizor, mówiliśmy pani, że mamy meble, nie było mowy o telewizorze.
[P] Gó**o mnie to obchodzi! Ku**a! Ja chce ten telewizor! Jak moje dzieci maja bajki oglądać?! Nie chce od was nic!
Kazała oddać meble. To się nazywa wdzięczność.
PS.
Meble dostała rodzina, która straciła wszystko w pożarze. Do dzisiaj dziękują za każdym razem kiedy się spotkamy gdzieś na zakupach.
Po wszystkich sprawach spadkowych, ogólnym pogodzeniem się ze stratą bliskich nadszedł czas na porządki w owym mieszkaniu.
Zabraliśmy drobiazgi obdarzone sentymentem, rzeczy osobiste, wartościowe itp. Problem był z meblami, telewizorem i wersalkami. Tak się złożyło, że mój telewizor się zepsuł w tym czasie, kiedy szukaliśmy kogoś, kto by zechciał zabrać sobie meble. Ok - jedną rzecz mamy z głowy, tym bardziej, że dziadek kupił go całkiem niedawno i porządny sprzęt. Mieliśmy go zabrać później, po meblach.
Znalazła się rodzina, która straciła wszystko w wyniku napadu agresji kogoś z domowników - ot syn potrzaskał wsie meble. To byli znajomi znajomej siostry mojej cioci czy jeszcze tam dalej. Musieli tylko załatwić sobie jakiś transport i mogą meble darmo brać.
Przyjechali, zaczynamy ładować - ławę, wersalki, komodę, szafę. Pani ogólnie szczęśliwa, uradowana, łzy w oczach, że wdzięczna, że dziękuje nam. Przyszło dwóch panów co pomagali to ładować i biorą telewizor. Mówię im, że to zostaje. Panowie ok, zostawili, biorą co innego i lecą.
Przychodzi ta wielce wdzięczna [P]ani.
[P] A telewizor?!
[J] No on zostaje, dla państwa są meble i łóżka.
[P] Ale ja chce jeszcze ten telewizor! Wy sobie możecie kupić, a ja?! Jak ja mam bez wiadomości żyć?! Tak nam pomagacie?!
[J] Nie stać nas na nowy telewizor, mówiliśmy pani, że mamy meble, nie było mowy o telewizorze.
[P] Gó**o mnie to obchodzi! Ku**a! Ja chce ten telewizor! Jak moje dzieci maja bajki oglądać?! Nie chce od was nic!
Kazała oddać meble. To się nazywa wdzięczność.
PS.
Meble dostała rodzina, która straciła wszystko w pożarze. Do dzisiaj dziękują za każdym razem kiedy się spotkamy gdzieś na zakupach.
Dobroczynność
Ocena:
873
(Głosów:
885)
Dziś na własnej skórze przekonałem się jak podli są zazdrośni ludzie.
Jak wiadomo z jednej z moich historii, od pewnego czasu poruszam się na wózku. W szczegóły nie ma co wnikać, ale istotne jest, że w związku z tym otrzymałem dość pokaźne odszkodowanie. Postanowiłem sprzedać swoje mieszkanie i dokładając pieniądze z odszkodowania kupić coś przystosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych. Znalazłem mieszkanie na parterze, dosłownie dwa bloki dalej. Z kawałkiem ogródka zamiast balkonu. Co więcej, mieszkanie było już wcześniej zajmowane przez osobę na wózku, więc mogłem wprowadzać się niemal natychmiast. Bez przeróbek czy remontów. Po prostu bajka.
Niestety, okazało się, że od pewnego czasu na to mieszkanie ząbki ostrzyła sobie również mieszkająca w tym samym bloku Piekielna. Jako, że była ona mocno skonfliktowana z poprzednią właścicielką mieszkania - stało się tak, że ja zostałem nowym właścicielem. Wszystko pięknie ładnie, od kilku tygodni mieszkałem sobie spokojnie gdy dziś rano wracając ze sklepu okazało się, że zniknął podjazd dla wózków przed klatką schodową (przy wejściu na klatkę jest pojedynczy stopień, po jego prawej stronie był podjazd w postaci stalowej płyty z poręczą, który prawdopodobnie wymontowany został przez jej synalków). Ledwo zdążyłem przetrawić obecną sytuację, gdy piekielna wychyliła się ze swojego okna z bananem na mordzie i rzuciła tekstem:
[P]: Teraz to sobie ch*ju pomarzniesz.
Na szczęście jeden z sąsiadów pomógł mi pokonać stopień i zaoferował się abym dzwonił śmiało gdy będę potrzebował wejść/wyjść, przynajmniej dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
Jak wiadomo z jednej z moich historii, od pewnego czasu poruszam się na wózku. W szczegóły nie ma co wnikać, ale istotne jest, że w związku z tym otrzymałem dość pokaźne odszkodowanie. Postanowiłem sprzedać swoje mieszkanie i dokładając pieniądze z odszkodowania kupić coś przystosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych. Znalazłem mieszkanie na parterze, dosłownie dwa bloki dalej. Z kawałkiem ogródka zamiast balkonu. Co więcej, mieszkanie było już wcześniej zajmowane przez osobę na wózku, więc mogłem wprowadzać się niemal natychmiast. Bez przeróbek czy remontów. Po prostu bajka.
Niestety, okazało się, że od pewnego czasu na to mieszkanie ząbki ostrzyła sobie również mieszkająca w tym samym bloku Piekielna. Jako, że była ona mocno skonfliktowana z poprzednią właścicielką mieszkania - stało się tak, że ja zostałem nowym właścicielem. Wszystko pięknie ładnie, od kilku tygodni mieszkałem sobie spokojnie gdy dziś rano wracając ze sklepu okazało się, że zniknął podjazd dla wózków przed klatką schodową (przy wejściu na klatkę jest pojedynczy stopień, po jego prawej stronie był podjazd w postaci stalowej płyty z poręczą, który prawdopodobnie wymontowany został przez jej synalków). Ledwo zdążyłem przetrawić obecną sytuację, gdy piekielna wychyliła się ze swojego okna z bananem na mordzie i rzuciła tekstem:
[P]: Teraz to sobie ch*ju pomarzniesz.
Na szczęście jeden z sąsiadów pomógł mi pokonać stopień i zaoferował się abym dzwonił śmiało gdy będę potrzebował wejść/wyjść, przynajmniej dopóki sytuacja się nie wyjaśni.
osiedle
Ocena:
1489
(Głosów:
1505)
Wezwanie przykre.
Dojechaliśmy na miejsce, niestety nie było już co "zbierać". Pan, lat 35 (młody człowiek... chorował na raka) mimo próby reanimacji nie drgnął nawet. Wokół nas biegały dwie córeczki i załamana żona.
Kolega starał się zapanował nad rozpaczą żony, a ja zszedłem wezwać zespół z lekarzem (wbrew powszechnej opinii, my nie możemy stwierdzić zgonu).
Wróciłem na górę, zbierałem sprzęt (kolega podawał leki uspokajające, bo pani zaczęła wpadać w panikę) do plecaka i nagle słychać otwieranie drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że już przyjechali (co by było dziwne, bo minęły jakieś 4 minuty, a przecież na sygnale nie jechali), a lekarzom zdarza się wchodzić do pomieszczenia bez pukania (uwierzcie, mam za sobą kilka lat wspólnej pracy z naszymi doktorkami ;)). Jednak za chwilę zza drzwi od pokoju wyłoniła się... sąsiadka.
S-Cooo? Tu przyjechało pogotowie?
Spojrzałem na żonę pacjenta i po jej minie zorientowałem się, że to nie jest specjalnie mile widziany gość, zwłaszcza w takiej chwili.
J-Może by pani wyszła? Proszę. Niech rodzina zostanie sama.
S-Ale ja tylko przyszłam zobaczyć. Pogotowie przyjechało!
J-Naprawdę? - Zerknąłem na swój mundur. - Nie wiedziałem. Mam nadzieję, że nie zastawiłem im podjazdu?
S-No co? Przyszłam zobaczyć!
J-To naprawdę nie jest film i prosiłbym żeby pani wyszła.
Starałem się lekko popychać panią w kierunku drzwi, ta jednak chwyciła się framugi i się gapi... "Gapienie się" - czyli coś, co w pogotowiu kochamy po prostu. Szkoda, że nie wyskoczyła z aparatem albo kamerą (choć wyglądała na taką, która chętnie by to zrobiła, gdyby akurat miała pod ręką)... Kolega wstał i przykrył twarz denata, aby zminimalizować ilość "ciekawych rzeczy do pooglądania"... Sąsiadka jednak nie dawała za wygraną. Przeszła do ataku.
S-Długo się męczył. Ehhh tam, zdarza się i tak. Każdy umiera. - I pełno komentarzy w ten deseń.
Żona pacjenta nie wytrzymała i krzyknęła przez łzy:
Ż-Wynoś się stąd! Po prostu się wynoś!
I teraz komentarz sąsiadki, po którym zbierałem szczękę z podłogi:
S-W końcu zdechł. Nie będzie mnie pogotowie wyć w nocy do tego zdechlaka!
I poszła. Profilaktycznie zamknąłem drzwi na zamek, jakby chciała wrócić czy coś...
Dojechaliśmy na miejsce, niestety nie było już co "zbierać". Pan, lat 35 (młody człowiek... chorował na raka) mimo próby reanimacji nie drgnął nawet. Wokół nas biegały dwie córeczki i załamana żona.
Kolega starał się zapanował nad rozpaczą żony, a ja zszedłem wezwać zespół z lekarzem (wbrew powszechnej opinii, my nie możemy stwierdzić zgonu).
Wróciłem na górę, zbierałem sprzęt (kolega podawał leki uspokajające, bo pani zaczęła wpadać w panikę) do plecaka i nagle słychać otwieranie drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że już przyjechali (co by było dziwne, bo minęły jakieś 4 minuty, a przecież na sygnale nie jechali), a lekarzom zdarza się wchodzić do pomieszczenia bez pukania (uwierzcie, mam za sobą kilka lat wspólnej pracy z naszymi doktorkami ;)). Jednak za chwilę zza drzwi od pokoju wyłoniła się... sąsiadka.
S-Cooo? Tu przyjechało pogotowie?
Spojrzałem na żonę pacjenta i po jej minie zorientowałem się, że to nie jest specjalnie mile widziany gość, zwłaszcza w takiej chwili.
J-Może by pani wyszła? Proszę. Niech rodzina zostanie sama.
S-Ale ja tylko przyszłam zobaczyć. Pogotowie przyjechało!
J-Naprawdę? - Zerknąłem na swój mundur. - Nie wiedziałem. Mam nadzieję, że nie zastawiłem im podjazdu?
S-No co? Przyszłam zobaczyć!
J-To naprawdę nie jest film i prosiłbym żeby pani wyszła.
Starałem się lekko popychać panią w kierunku drzwi, ta jednak chwyciła się framugi i się gapi... "Gapienie się" - czyli coś, co w pogotowiu kochamy po prostu. Szkoda, że nie wyskoczyła z aparatem albo kamerą (choć wyglądała na taką, która chętnie by to zrobiła, gdyby akurat miała pod ręką)... Kolega wstał i przykrył twarz denata, aby zminimalizować ilość "ciekawych rzeczy do pooglądania"... Sąsiadka jednak nie dawała za wygraną. Przeszła do ataku.
S-Długo się męczył. Ehhh tam, zdarza się i tak. Każdy umiera. - I pełno komentarzy w ten deseń.
Żona pacjenta nie wytrzymała i krzyknęła przez łzy:
Ż-Wynoś się stąd! Po prostu się wynoś!
I teraz komentarz sąsiadki, po którym zbierałem szczękę z podłogi:
S-W końcu zdechł. Nie będzie mnie pogotowie wyć w nocy do tego zdechlaka!
I poszła. Profilaktycznie zamknąłem drzwi na zamek, jakby chciała wrócić czy coś...
Pogotowie ;)
Ocena:
1470
(Głosów:
1500)
Anegdota linki007 o upierdliwej sąsiadce, która miała zwyczaj "wystawiania" matki przed blok, przypomniała mi inną, dużo smutniejszą historię.
Na moim osiedlu mieszkała Jola. Matka Joli, jeszcze w latach osiemdziesiątych, została wyrzucona z pracy w szpitalu, pomimo widocznej ciąży. Za co? Wyobraźcie sobie, jak bardzo musiała pić, żeby w tamtych czasach wylecieć za to z pracy, w dodatku będąc w ciąży! Tryb życia matki spowodował, że Jola urodziła się chora. Poruszała się na wózku, i to przy pomocy innych osób.
Z Jolą zetknęłam się w liceum, kiedy to została dopisana do naszej klasy. Matka nie chciała, żeby Jola uczestniczyła z nami w lekcjach, dziewczyna miała więc zajęcia indywidualne, pojawiając się w szkole sporadycznie, z okazji różnych uroczystości i imprez. Z krótkich rozmów z Jolą wynikało, że uczy się raczej średnio, ale nie była głupią dziewczyną, i przy odrobinie pracy mogłaby jako tako się usamodzielnić. Jednak matka nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby stracić źródło pieniędzy - Jola dostawała rentę, a matka - jakiś zasiłek opiekuńczy. Mamusia wymyśliła więc, że córka do matury przystępować nie będzie - bo i po co, skoro ma zapewnione pieniądze na chlanie do końca życia. Cała klasa była zdziwiona takim postępowaniem - ale cóż - nie nam się wtrącać.
W dniu wypłaty zasiłku w domu Joli było prawdziwe święto - matka szła, jeszcze trzeźwa, pchając przed sobą wózek z wystrojoną córką, do opieki. Po odebraniu pieniędzy już właściwie nic się nie liczyło. Impreza trwała godzinami, dopóki wszyscy nie padli, a Jola siedziała, "wystawiona" przed klatkę. Nigdy nie chciała, by ktoś zabrał ją do siebie, zawsze zresztą matka przypominała sobie o "wystawce", i zabierała wózek, nim zapadła noc.
Była Wielkanoc, kiedy matka zapomniała. Jola zmarła tydzień później w szpitalu, z powodu skomplikowanego zapalenia płuc, na dzień przed zakończeniem roku szkolnego dla maturzystów.
Na moim osiedlu mieszkała Jola. Matka Joli, jeszcze w latach osiemdziesiątych, została wyrzucona z pracy w szpitalu, pomimo widocznej ciąży. Za co? Wyobraźcie sobie, jak bardzo musiała pić, żeby w tamtych czasach wylecieć za to z pracy, w dodatku będąc w ciąży! Tryb życia matki spowodował, że Jola urodziła się chora. Poruszała się na wózku, i to przy pomocy innych osób.
Z Jolą zetknęłam się w liceum, kiedy to została dopisana do naszej klasy. Matka nie chciała, żeby Jola uczestniczyła z nami w lekcjach, dziewczyna miała więc zajęcia indywidualne, pojawiając się w szkole sporadycznie, z okazji różnych uroczystości i imprez. Z krótkich rozmów z Jolą wynikało, że uczy się raczej średnio, ale nie była głupią dziewczyną, i przy odrobinie pracy mogłaby jako tako się usamodzielnić. Jednak matka nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby stracić źródło pieniędzy - Jola dostawała rentę, a matka - jakiś zasiłek opiekuńczy. Mamusia wymyśliła więc, że córka do matury przystępować nie będzie - bo i po co, skoro ma zapewnione pieniądze na chlanie do końca życia. Cała klasa była zdziwiona takim postępowaniem - ale cóż - nie nam się wtrącać.
W dniu wypłaty zasiłku w domu Joli było prawdziwe święto - matka szła, jeszcze trzeźwa, pchając przed sobą wózek z wystrojoną córką, do opieki. Po odebraniu pieniędzy już właściwie nic się nie liczyło. Impreza trwała godzinami, dopóki wszyscy nie padli, a Jola siedziała, "wystawiona" przed klatkę. Nigdy nie chciała, by ktoś zabrał ją do siebie, zawsze zresztą matka przypominała sobie o "wystawce", i zabierała wózek, nim zapadła noc.
Była Wielkanoc, kiedy matka zapomniała. Jola zmarła tydzień później w szpitalu, z powodu skomplikowanego zapalenia płuc, na dzień przed zakończeniem roku szkolnego dla maturzystów.
rodzina
Ocena:
1018
(Głosów:
1032)
Historia dzieje się w małym miasteczku, na peronie.
Czwartek, pora popołudniowa. Jak zwykle byłam ponad pół godziny wcześniej, więc oparłam sobie torbę z laptopem o barierki i czekam spokojnie. Zaraz po mnie przyszła dziewczyna, niewiele starsza ode mnie, zrobiła to samo ze swoim laptopem co ja, lecz oparła go trochę dalej tak, że stałyśmy mniej więcej: ja, mój bagaż, ona, jej bagaż.
Stoimy sobie w ciszy, nagle przychodzi pewna kobieta, może pod sześćdziesiątkę. Chodzi w kółko w te i we wte coraz bliżej barierek, gdzie stoją oparte laptopy, ale nie robi nic, co miałoby mnie niepokoić, więc nie zwracam na nią aż takiej uwagi. Nagle popatrzyłam na ową Panią, a ona trzyma torbę z laptopem i idzie sobie powolutku jak gdyby nigdy nic w stronę schodów. Chwila, przecież jeszcze moment wcześniej jej nie miała (?). Zwróciłam więc uwagę dziewczynie. No faktycznie, urządzenie zniknęło spod barierki. Woła więc za kobieciną, każąc się zatrzymać. Chwila sprzeczki, Pani twierdzi, że to laptop jej wnuczka i go nie odda. Dziewczyna zdenerwowana dzwoni po policję, która przyjeżdża po 20minutach. Trwa wyjaśnianie, dorzucam swoje trzy grosze, bo w końcu jestem świadkiem. Pociąg ma przyjechać za parę minut, obydwie śpieszymy się, gdyż każda z nas studiuje, więc dziewczyna zaczyna- już porządnie wkurzona- recytować z pamięci rodzaj karty graficznej, dźwiękowej oraz model laptopa. Kobieta nadal nie odpuszcza, mówiąc, że ′to laptop jej wnuczka, ona nie ma czasu, chce już iść i KONIEC KROPKA, BO ONA NIE MA OCHOTY DYSKUTOWAĆ Z MŁODYMI, KTÓRZY NIE ZNAJĄ SIĘ NA ŻYCIU!!!′. Policjantka postanowiła rozwiązać sprawę inaczej. Poprosiła nr telefonu wnuczka, więc Pani, ze skwaszoną miną, ociągając się niemiłosiernie, wyciągnęła swój notesik z malutkiej torebki i podała funkcjonariuszce.
Otóż... wnuczek owej złodziejki stwierdził, że pierwsze słyszy, przecież swojego laptopa używa właśnie w tej chwili.
I tak plan kobiety spalił na panewce :)
Czwartek, pora popołudniowa. Jak zwykle byłam ponad pół godziny wcześniej, więc oparłam sobie torbę z laptopem o barierki i czekam spokojnie. Zaraz po mnie przyszła dziewczyna, niewiele starsza ode mnie, zrobiła to samo ze swoim laptopem co ja, lecz oparła go trochę dalej tak, że stałyśmy mniej więcej: ja, mój bagaż, ona, jej bagaż.
Stoimy sobie w ciszy, nagle przychodzi pewna kobieta, może pod sześćdziesiątkę. Chodzi w kółko w te i we wte coraz bliżej barierek, gdzie stoją oparte laptopy, ale nie robi nic, co miałoby mnie niepokoić, więc nie zwracam na nią aż takiej uwagi. Nagle popatrzyłam na ową Panią, a ona trzyma torbę z laptopem i idzie sobie powolutku jak gdyby nigdy nic w stronę schodów. Chwila, przecież jeszcze moment wcześniej jej nie miała (?). Zwróciłam więc uwagę dziewczynie. No faktycznie, urządzenie zniknęło spod barierki. Woła więc za kobieciną, każąc się zatrzymać. Chwila sprzeczki, Pani twierdzi, że to laptop jej wnuczka i go nie odda. Dziewczyna zdenerwowana dzwoni po policję, która przyjeżdża po 20minutach. Trwa wyjaśnianie, dorzucam swoje trzy grosze, bo w końcu jestem świadkiem. Pociąg ma przyjechać za parę minut, obydwie śpieszymy się, gdyż każda z nas studiuje, więc dziewczyna zaczyna- już porządnie wkurzona- recytować z pamięci rodzaj karty graficznej, dźwiękowej oraz model laptopa. Kobieta nadal nie odpuszcza, mówiąc, że ′to laptop jej wnuczka, ona nie ma czasu, chce już iść i KONIEC KROPKA, BO ONA NIE MA OCHOTY DYSKUTOWAĆ Z MŁODYMI, KTÓRZY NIE ZNAJĄ SIĘ NA ŻYCIU!!!′. Policjantka postanowiła rozwiązać sprawę inaczej. Poprosiła nr telefonu wnuczka, więc Pani, ze skwaszoną miną, ociągając się niemiłosiernie, wyciągnęła swój notesik z malutkiej torebki i podała funkcjonariuszce.
Otóż... wnuczek owej złodziejki stwierdził, że pierwsze słyszy, przecież swojego laptopa używa właśnie w tej chwili.
I tak plan kobiety spalił na panewce :)
Peron 2.
Ocena:
793
(Głosów:
803)
Ponieważ pełnię niekiedy na mszach niewdzięczną funkcję organisty, zdarza mi się czasem zostać po ceremonii by poćwiczyć na organach lub po prostu pograć sobie coś, co lubię.
I tak ostatnio zostałem sobie po mszy o 18.00, żeby pograć. Jednak najpierw postanowiłem zjeść co nieco. Jak to po mszy - światła w kościele pogasły, zostały jedynie w prezbiterium i jedna mała lampka u mnie na chórze. Odwijam sobie spokojnie kanapkę i oparłszy się o barierkę chóru zaczynam konsumpcję. I tak patrzę sobie po kościele i widzę jedną "zbłąkaną duszyczkę" lat na oko z 17, w nieśmiertelnym dresie, kręcącą się po bocznej nawie.
Duszyczka ta w charakterystyczny, trochę teatralny sposób rozejrzała się naokoło czy przypadkiem nikogo nie ma i dawaj majstrować przy kłódce (skądinąd idiotycznie małej) od skarbony "na potrzeby parafii". No to włączyłem ja mikrofon i podkręciwszy moc rzekłem tubalnym głosem mogącym przywodzić na myśl głos Stwórcy z wielu filmów:
- SIÓDME - NIE KRADNIJ!!!
Chłopaczek podskoczył i spojrzawszy się na chór opuścił kościół w zaskakująco szybkim tempie...
I tak ostatnio zostałem sobie po mszy o 18.00, żeby pograć. Jednak najpierw postanowiłem zjeść co nieco. Jak to po mszy - światła w kościele pogasły, zostały jedynie w prezbiterium i jedna mała lampka u mnie na chórze. Odwijam sobie spokojnie kanapkę i oparłszy się o barierkę chóru zaczynam konsumpcję. I tak patrzę sobie po kościele i widzę jedną "zbłąkaną duszyczkę" lat na oko z 17, w nieśmiertelnym dresie, kręcącą się po bocznej nawie.
Duszyczka ta w charakterystyczny, trochę teatralny sposób rozejrzała się naokoło czy przypadkiem nikogo nie ma i dawaj majstrować przy kłódce (skądinąd idiotycznie małej) od skarbony "na potrzeby parafii". No to włączyłem ja mikrofon i podkręciwszy moc rzekłem tubalnym głosem mogącym przywodzić na myśl głos Stwórcy z wielu filmów:
- SIÓDME - NIE KRADNIJ!!!
Chłopaczek podskoczył i spojrzawszy się na chór opuścił kościół w zaskakująco szybkim tempie...
Kościół
Ocena:
1316
(Głosów:
1338)
Działo się to w jednym z dużych marketów. Robiłam niewielkie zakupy - chleb, cola, parę owoców no i cukierki na wagę zapakowane do woreczka. O nich będzie ta historia.
Stoję w kolejne do kasy, a za mną pokaźnych rozmiarów Paniusia, z koleżanką, [S]ynem (na oko z 7-8 lat) i wózkiem wypchanym po brzegi. Panie trajkoczą w najlepsze, a młody widać, że się nudzi.
Wyłożyłam już swoje zakupy, szukam portfela, a tu widzę, że chłopak rozrywa woreczek i wcina moje cukierki. Wkurzyłam się trochę, ale ok - dziecko. Mówię, więc do niego miłym tonem nachylając się nieco, by zmniejszyć dystans:
- Hej, mały. Ładnie to tak podjadać cudze cukierki? Dlaczego nie zapytałeś czy możesz się poczęstować, hm?
Na co chłopak odburknął:
- Spieprzaj (!) stara (!)(mam 23 lata, więc chyba nie taka stara...) krowo!
I dalej wcina cuksy.
Podniosłam więc woreczek i zwróciłam się do [P]aniusi:
- Przepraszam, ale pani syn wyjada moje cukierki. Mogłaby pani zwrócić mu uwagę?
Babka nie reaguje. Ponawiam więc pytanie. W końcu przemawia tonem znudzonym i wielce oburzonym zarazem:
- To tylko dziecko, nie ubędzie ci. Daj mi spokój.
Wkurzyłam się. Babsko ma wypakowany wózek, zakupy pewnie za około 3 stówy, a ja studentka z cukierkami dla siostrzenicy mam tolerować takie zachowanie? Mówię więc do niej znowu:
- Przepraszam, ale mogłaby pani dać dziecku coś słodkiego z wózka. To nie mikołajki, żebym cukierki za darmo rozdawała niegrzecznym dzieciakom.
Paniusia się znowu oburzyła:
- Daj mi spokój gówniaro! Przynajmniej mniej dupa ci urośnie.
O nie, tego za wiele!
Kasjerka skasowała moje zakupy i widać, że też była zdegustowana całą sytuacją. Chwilę stałam na końcu kasy niby pakując zakupy do torby, a kasjerka zaczęła kasować rzeczy Paniusi. Był wśród nich baton, więc niewiele myśląc chwyciłam go, otworzyłam i zaczęłam jeść.
Babka we wrzask, że złodziejka jej zakupy wyżera. Ochroniarz się zainteresował, już szedł w stronę kasy, ale pani kasjerka gestem powstrzymała go. Paniusia wydzierała się, że kto to widział takie rzeczy, że ona mnie będzie skarżyć (tak - już sobie wyobrażam sprawę o kradzież batona za 1,60 :D).
Zjadłam go do połowy, rzuciłam bezczelnie na inne skasowane już zakupy i powiedziałam spokojnie i pogodnie:
- Jestem tylko gówniarą. Nie ubędzie ci.
I poszłam zadowolona, odprowadzona krzykami paniusi i jej koleżaneczki.
Stoję w kolejne do kasy, a za mną pokaźnych rozmiarów Paniusia, z koleżanką, [S]ynem (na oko z 7-8 lat) i wózkiem wypchanym po brzegi. Panie trajkoczą w najlepsze, a młody widać, że się nudzi.
Wyłożyłam już swoje zakupy, szukam portfela, a tu widzę, że chłopak rozrywa woreczek i wcina moje cukierki. Wkurzyłam się trochę, ale ok - dziecko. Mówię, więc do niego miłym tonem nachylając się nieco, by zmniejszyć dystans:
- Hej, mały. Ładnie to tak podjadać cudze cukierki? Dlaczego nie zapytałeś czy możesz się poczęstować, hm?
Na co chłopak odburknął:
- Spieprzaj (!) stara (!)(mam 23 lata, więc chyba nie taka stara...) krowo!
I dalej wcina cuksy.
Podniosłam więc woreczek i zwróciłam się do [P]aniusi:
- Przepraszam, ale pani syn wyjada moje cukierki. Mogłaby pani zwrócić mu uwagę?
Babka nie reaguje. Ponawiam więc pytanie. W końcu przemawia tonem znudzonym i wielce oburzonym zarazem:
- To tylko dziecko, nie ubędzie ci. Daj mi spokój.
Wkurzyłam się. Babsko ma wypakowany wózek, zakupy pewnie za około 3 stówy, a ja studentka z cukierkami dla siostrzenicy mam tolerować takie zachowanie? Mówię więc do niej znowu:
- Przepraszam, ale mogłaby pani dać dziecku coś słodkiego z wózka. To nie mikołajki, żebym cukierki za darmo rozdawała niegrzecznym dzieciakom.
Paniusia się znowu oburzyła:
- Daj mi spokój gówniaro! Przynajmniej mniej dupa ci urośnie.
O nie, tego za wiele!
Kasjerka skasowała moje zakupy i widać, że też była zdegustowana całą sytuacją. Chwilę stałam na końcu kasy niby pakując zakupy do torby, a kasjerka zaczęła kasować rzeczy Paniusi. Był wśród nich baton, więc niewiele myśląc chwyciłam go, otworzyłam i zaczęłam jeść.
Babka we wrzask, że złodziejka jej zakupy wyżera. Ochroniarz się zainteresował, już szedł w stronę kasy, ale pani kasjerka gestem powstrzymała go. Paniusia wydzierała się, że kto to widział takie rzeczy, że ona mnie będzie skarżyć (tak - już sobie wyobrażam sprawę o kradzież batona za 1,60 :D).
Zjadłam go do połowy, rzuciłam bezczelnie na inne skasowane już zakupy i powiedziałam spokojnie i pogodnie:
- Jestem tylko gówniarą. Nie ubędzie ci.
I poszłam zadowolona, odprowadzona krzykami paniusi i jej koleżaneczki.
sklepy
Ocena:
1589
(Głosów:
1619)
Wezwano pogotowie do jednej ze szkół. Pojechaliśmy, szkoła zamknięta na karty elektroniczne (czy jak to się nazywa, za moich czasów takich cudów nie było). Wpuścił nas pan woźny i zaprowadził do dyrektorki. Na miejscu rozglądamy się za poszkodowanym - nie ma. Za to pani dyrektor wita nas słowami:
- Witam w naszej wspaniałej szkole! Mam nadzieje, że panowie nie pomyślą o nas źle! Ta szkoła to spełnienie marzeń każdego ucznia, mamy bardzo wysokie osiągnięcia sportowe i literackie! A nawet wpadło nam kilka wartościowych nagród za konkursy matematyczne!
I tak gadka przez kilka minut. Czułem się jak na promocji lub reklamie danej szkoły.
- Cieszymy się z waszego powodzenia, aczkolwiek wezwano nas tu do rannego ucznia. Może mogłaby nam pani go wskazać? Bo osiągnięcia waszej szkoły, mimo, że imponujące, nie są obiektem naszego zainteresowania. Jak pani widzi obaj szkołę już skończyliśmy.
Lekko obruszona wezwała nauczyciela wf-u. Mijają kolejne minuty zanim pan się pojawił... Odprowadziła nas do drzwi i rzucając do pracownika: "wiesz co mówić!", trzasnęła drzwiami po naszym wyjściu. Po drodze (szkoła miała niekończący się korytarz!) pan opowiadał nam o uczniu:
- Potknął się. Chyba ma złamaną rękę. Na wf-ie się potknął. W nogę kazałem im grać, a to taka sierota... Znaczy, chyba nadepnął na piłkę i złamał nogę.
- To nogę czy rękę? W zgłoszeniu mieliśmy tylko krwawienie silne, skąd krwawi? I skąd złamania?
- To znaczy... Nie wiedzieliśmy, że jest złamana ręka jak dzwoniliśmy. I to krwawi ta ręka...
- To złamanie otwarte?
- No nie wygląda ciekawie. Chyba kość piszczelowa wystaje.
- Piszczelowa? Więc to jednak noga? Nie ręka?
- Tak, tak. Noga... O piłkę się potknął!
- Jakieś jeszcze obrażenia?
- Tak... Chyba ma limo i wybitego zęba... I jakieś siniaki na twarzy, poobijany jest, trochę zadrapań...
- Panie to brzmi jakby wpadł pod traktor, a nie nadepnął na piłkę!
Wf-ista więcej się nie odezwał, przyspieszył kroku. W końcu dotarliśmy do potrzebującego i nas zamurowało. Chłopak chudziutki, lekko zgarbiony, wyglądał jakby go ze trzech gdzieś w rogu dopadło. I to konkretnie. Faktycznie, noga była złamana (chociaż wcale żadna kość nie wystawała), nos złamany, limo jak kareta, twarz we krwi, na rękach i tułowiu mnóstwo otarć i obić. Co prawda w pracy nie takie rzeczy widywaliśmy, ale po to robiliśmy wcześniejszy wywiad, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Idąc w kierunku chłopaka rzuciłem:
- No to nie wygląda z całą pewnością na potknięcie!
Na to dziewczyna, która siedziała z tym chłopcem odezwała się:
-Jakie potknięcie! Z III C go pobili! ZNOWU!
Wf-ista doskoczył do dziewczyny, złapał ją pod rękę i krzyknął:
- Jakie pobili! Potknął się! Widziałem! W piłkę grali!
- Jaką piłkę!? Przecież Jacek nawet nie potrafi piłki kopnąć!
- W piłkę grali! Ja tu jestem nauczycielem! Wiem w co grali! Wiem co się dzieje u mnie na lekcjach! Wyjdź, bo panowie muszą mieć miejsce!
Dla nas to, że ktoś go pobił było bardziej niż oczywiste. Potknięcie się o piłkę nie powoduje takich obrażeń w żaden sposób. Chłopak był trochę przytłumiony, kolega przez radio wezwał policję, na co dyrektorka dostała prawie wścieklizny. Poprosiliśmy też o niezwłoczny kontakt z rodzicami dziecka, bo okazało się, że przed nami nikt na to nie wpadł (chłopak niepełnoletni).
Przytargaliśmy nosze i ładujemy chłopaka. Dyrektorka podleciała:
- Dlaczego go zabieracie!? Nic mu nie jest!
- Proszę pani, chłopak jest porządnie obity, ma złamaną nogę i nos, kilka krwiaków, podejrzewamy też uraz głowy (objawy otępienia, ból głowy i wymioty). Chłopak nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania, a pani mówi, że nic mu nie jest!?
- No dajcie spokój, to licealista! Myśli tylko o tym jak uniknąć lekcji!
- Tak, on przynajmniej w ogóle myśli...
Załadowaliśmy go do karetki żeby zabrać od tych idiotów. Policja akurat podjechała, nakreśliliśmy zdarzenie, pokazaliśmy chłopaka, pojechaliśmy.
Wyobrażam sobie jak długo chłopak musiał być maltretowany przez starszych kolegów, a dyrekcja wszystko ukrywała pod przykrywką szkoły idealnej... Coś strasznego, tak bardzo zaniedbać swoich uczniów żeby sławić swoją szkołę jako najlepszą. Niektóre jego obrażenia były stare, miał też kilka blizn. Swoją drogą jak to się stało, że jego rodzice nie zwrócili uwagi na to jak wygląda ich syn?
A wiecie co mnie najbardziej śmieszy? Nad drzwiami szkoły jest wielki plakat akcji "stop przemocy!"...
- Witam w naszej wspaniałej szkole! Mam nadzieje, że panowie nie pomyślą o nas źle! Ta szkoła to spełnienie marzeń każdego ucznia, mamy bardzo wysokie osiągnięcia sportowe i literackie! A nawet wpadło nam kilka wartościowych nagród za konkursy matematyczne!
I tak gadka przez kilka minut. Czułem się jak na promocji lub reklamie danej szkoły.
- Cieszymy się z waszego powodzenia, aczkolwiek wezwano nas tu do rannego ucznia. Może mogłaby nam pani go wskazać? Bo osiągnięcia waszej szkoły, mimo, że imponujące, nie są obiektem naszego zainteresowania. Jak pani widzi obaj szkołę już skończyliśmy.
Lekko obruszona wezwała nauczyciela wf-u. Mijają kolejne minuty zanim pan się pojawił... Odprowadziła nas do drzwi i rzucając do pracownika: "wiesz co mówić!", trzasnęła drzwiami po naszym wyjściu. Po drodze (szkoła miała niekończący się korytarz!) pan opowiadał nam o uczniu:
- Potknął się. Chyba ma złamaną rękę. Na wf-ie się potknął. W nogę kazałem im grać, a to taka sierota... Znaczy, chyba nadepnął na piłkę i złamał nogę.
- To nogę czy rękę? W zgłoszeniu mieliśmy tylko krwawienie silne, skąd krwawi? I skąd złamania?
- To znaczy... Nie wiedzieliśmy, że jest złamana ręka jak dzwoniliśmy. I to krwawi ta ręka...
- To złamanie otwarte?
- No nie wygląda ciekawie. Chyba kość piszczelowa wystaje.
- Piszczelowa? Więc to jednak noga? Nie ręka?
- Tak, tak. Noga... O piłkę się potknął!
- Jakieś jeszcze obrażenia?
- Tak... Chyba ma limo i wybitego zęba... I jakieś siniaki na twarzy, poobijany jest, trochę zadrapań...
- Panie to brzmi jakby wpadł pod traktor, a nie nadepnął na piłkę!
Wf-ista więcej się nie odezwał, przyspieszył kroku. W końcu dotarliśmy do potrzebującego i nas zamurowało. Chłopak chudziutki, lekko zgarbiony, wyglądał jakby go ze trzech gdzieś w rogu dopadło. I to konkretnie. Faktycznie, noga była złamana (chociaż wcale żadna kość nie wystawała), nos złamany, limo jak kareta, twarz we krwi, na rękach i tułowiu mnóstwo otarć i obić. Co prawda w pracy nie takie rzeczy widywaliśmy, ale po to robiliśmy wcześniejszy wywiad, żeby wiedzieć czego się spodziewać. Idąc w kierunku chłopaka rzuciłem:
- No to nie wygląda z całą pewnością na potknięcie!
Na to dziewczyna, która siedziała z tym chłopcem odezwała się:
-Jakie potknięcie! Z III C go pobili! ZNOWU!
Wf-ista doskoczył do dziewczyny, złapał ją pod rękę i krzyknął:
- Jakie pobili! Potknął się! Widziałem! W piłkę grali!
- Jaką piłkę!? Przecież Jacek nawet nie potrafi piłki kopnąć!
- W piłkę grali! Ja tu jestem nauczycielem! Wiem w co grali! Wiem co się dzieje u mnie na lekcjach! Wyjdź, bo panowie muszą mieć miejsce!
Dla nas to, że ktoś go pobił było bardziej niż oczywiste. Potknięcie się o piłkę nie powoduje takich obrażeń w żaden sposób. Chłopak był trochę przytłumiony, kolega przez radio wezwał policję, na co dyrektorka dostała prawie wścieklizny. Poprosiliśmy też o niezwłoczny kontakt z rodzicami dziecka, bo okazało się, że przed nami nikt na to nie wpadł (chłopak niepełnoletni).
Przytargaliśmy nosze i ładujemy chłopaka. Dyrektorka podleciała:
- Dlaczego go zabieracie!? Nic mu nie jest!
- Proszę pani, chłopak jest porządnie obity, ma złamaną nogę i nos, kilka krwiaków, podejrzewamy też uraz głowy (objawy otępienia, ból głowy i wymioty). Chłopak nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytania, a pani mówi, że nic mu nie jest!?
- No dajcie spokój, to licealista! Myśli tylko o tym jak uniknąć lekcji!
- Tak, on przynajmniej w ogóle myśli...
Załadowaliśmy go do karetki żeby zabrać od tych idiotów. Policja akurat podjechała, nakreśliliśmy zdarzenie, pokazaliśmy chłopaka, pojechaliśmy.
Wyobrażam sobie jak długo chłopak musiał być maltretowany przez starszych kolegów, a dyrekcja wszystko ukrywała pod przykrywką szkoły idealnej... Coś strasznego, tak bardzo zaniedbać swoich uczniów żeby sławić swoją szkołę jako najlepszą. Niektóre jego obrażenia były stare, miał też kilka blizn. Swoją drogą jak to się stało, że jego rodzice nie zwrócili uwagi na to jak wygląda ich syn?
A wiecie co mnie najbardziej śmieszy? Nad drzwiami szkoły jest wielki plakat akcji "stop przemocy!"...
Pogotowie
Ocena:
1563
(Głosów:
1583)
Od czasu do czasu dyżuruje na izbie przyjęć szpitala, w którym oprócz standardowych oddziałów jest również psychiatria.
Kilka dni temu przywieziono do nas starszą panią, lekko bełkoczącą, wyraźnie "nieobecną", od czasu do czasu podsypiająca. Dla laika miała stereotypowy wygląd "świra-pijaczka". Przy tym mimo, że biednie, to dość schludnie ubrana, miała idealny porządek w staromodnej torebeczce, wszystkie dokumenty, nie była zaniedbana, a już na pewno nie brudna.
Na skierowaniu jako powód przywiezienia niewyraźnie nabazgrane: majaczenie w przebiegu nadużywania alkoholu (czyli taki formalny sposób określenia że pije już długo i za dużo). Dwóch ratowników odstawiających panią na izbę umiało powiedzieć tylko tyle, że pojechali na przystanek autobusowy, zgarnęli staruszkę i bez pytania odwieźli do nas. Osobiście doradzają konsultację psychiatry, bo ona jakaś walnięta jest. Nie zadali sobie trudu skojarzyć kilku faktów, żadnemu z nich nic nie zaśmierdziało w obrazie porządnej, a jednak zataczającej się kobiety.
Nam zaśmierdziało. I to na tyle mocno, że zanim zdążyłam wypisać skierowanie, moja pieleęgniarka już pobierała krew. Na badanie cukru. I jak można się było spodziewać, glukometr wskazał wartość 42. Czyli poziom w którym mózg jest BARDZO głodny i zaczyna się powoli wyłączać.
Po podaniu dożylnie glukozy pani w ciągu 3 minut odżyła i opowiedziała, że wzięła insulinę, ale chwilę później dzwoniła córka, że wnuczek jest chory i trzeba przyjechać się nim zająć. Z tego pośpiechu i zdenerwowania przeurocza staruszka nie zjadła posiłku. Zdążyła dojść do przystanku, kiedy zrobiło jej się słabo - a reszty już nie pamięta.
Co na to ratownicy? Nie wiemy. Jak tylko oddali nam pacjentkę, odjechali, nie zostali nawet na zwyczajowe przekazanie wywiadu lekarzowi (poinformowali tylko ogólnikowo pielęgniarkę). Do kierownika poszedł uprzejmy (i nieco ironiczny) mail z pytaniem, czy na wyposażeniu karetki znajdują się glukometry i czy zespoły ratownictwa przeszły szkolenie z ich używania. I czy naprawdę uważają, że pacjent z hipoglikemią potrzebuje konsultacji psychiatrycznej.
Kilka dni temu przywieziono do nas starszą panią, lekko bełkoczącą, wyraźnie "nieobecną", od czasu do czasu podsypiająca. Dla laika miała stereotypowy wygląd "świra-pijaczka". Przy tym mimo, że biednie, to dość schludnie ubrana, miała idealny porządek w staromodnej torebeczce, wszystkie dokumenty, nie była zaniedbana, a już na pewno nie brudna.
Na skierowaniu jako powód przywiezienia niewyraźnie nabazgrane: majaczenie w przebiegu nadużywania alkoholu (czyli taki formalny sposób określenia że pije już długo i za dużo). Dwóch ratowników odstawiających panią na izbę umiało powiedzieć tylko tyle, że pojechali na przystanek autobusowy, zgarnęli staruszkę i bez pytania odwieźli do nas. Osobiście doradzają konsultację psychiatry, bo ona jakaś walnięta jest. Nie zadali sobie trudu skojarzyć kilku faktów, żadnemu z nich nic nie zaśmierdziało w obrazie porządnej, a jednak zataczającej się kobiety.
Nam zaśmierdziało. I to na tyle mocno, że zanim zdążyłam wypisać skierowanie, moja pieleęgniarka już pobierała krew. Na badanie cukru. I jak można się było spodziewać, glukometr wskazał wartość 42. Czyli poziom w którym mózg jest BARDZO głodny i zaczyna się powoli wyłączać.
Po podaniu dożylnie glukozy pani w ciągu 3 minut odżyła i opowiedziała, że wzięła insulinę, ale chwilę później dzwoniła córka, że wnuczek jest chory i trzeba przyjechać się nim zająć. Z tego pośpiechu i zdenerwowania przeurocza staruszka nie zjadła posiłku. Zdążyła dojść do przystanku, kiedy zrobiło jej się słabo - a reszty już nie pamięta.
Co na to ratownicy? Nie wiemy. Jak tylko oddali nam pacjentkę, odjechali, nie zostali nawet na zwyczajowe przekazanie wywiadu lekarzowi (poinformowali tylko ogólnikowo pielęgniarkę). Do kierownika poszedł uprzejmy (i nieco ironiczny) mail z pytaniem, czy na wyposażeniu karetki znajdują się glukometry i czy zespoły ratownictwa przeszły szkolenie z ich używania. I czy naprawdę uważają, że pacjent z hipoglikemią potrzebuje konsultacji psychiatrycznej.
izba przyjęć
Ocena:
721
(Głosów:
733)
