Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#83387

(PW) ·
| Do ulubionych
Mglisty poranek, niektórzy już czują weekend, byle szybciej do pracy, a potem jeszcze szybciej wyjść z niej.
Ulica nieco wąska, korek na tej ulicy w godzinach szczytu jest codzienną "radością" z podróżowania tą przelotówką, ale dzisiaj sięgnął prawie dwóch kilometrów.

Pierwsza myśl, że kolizja, wypadek, nawet jeśli sygnalizacja świetlna nawaliła na skrzyżowaniu to nie było tak zakorkowane. Po doturlaniu się do skrzyżowania okazało się, że pani samochód odmówił posłuszeństwa, sama nie miała siły zepchnąć go i czekała na lawetę. Korek wziął się stąd, że aby ją ominąć trzeba zjechać na przeciwny pas ruchu, a przy natężeniu ruchu jakie jest w tym miejscu jest to dość trudne. Do skrzyżowania od momentu zatoru jechałem ok 20 minut, nikt pani nie pomógł, dopiero ja i dwójka nastolatków zepchnęliśmy samochód na chodnik. Wracając do samochodu komentarz wymijającego kierowcy:

- Gdzie chu.u parkujesz. Życie utrudniasz kuta.e.

Człowiek chce być pomocny, to takie kwiatki go spotykają.

droga

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (155)

#78188

~recepcjonistaxax ·
| Do ulubionych
W trakcie studiów zatrudniłem się z jednym z hoteli jako recepcjonista. Z racji, że każdy w szafce ogólnej miał swój kubek, to też przyniosłem go swój, który był podpisany moim imieniem (wiadomo, można takie kupić co mają już na stałe wymalowane imiona - ja takich od czasów szkolnych miałem kilka). Zawsze po swojej zmianie myłem go i chowałem do ogólnej szafki. Do czasu, aż zniknął po moim tygodniowym pobycie na L4. Skoro nie miałem, to raz skorzystałem za pozwoleniem z kubka kolegi, po czym dokładnie go umyłem, a następnym razem przyniosłem znów nowy z podpisem.

Za jakiś czas jednak znów mój kubek zniknął, lecz zniknął też kubek kolegi. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi, więc popytaliśmy w naszej kuchni, czy czasami ktoś kubków nie przynosi do mycia. Okazało się, że jedna z koleżanek co jakiś czas daje wszystkie kubki, ale zawsze wszystkie wracały do nas na recepcję, chyba że się zbiły, ale to zawsze było nam mówione. Przynieśliśmy nowe kubki i stwierdziliśmy, że będziemy zamykać je, każdy w swojej prywatnej szafce.

Jak wiadomo, czasami w roztrzepaniu się o kubku zapomni, szczególnie kiedy człowiek się spieszy. I tak raz zapomniałem schować swój kubek do zamykanej szafki i zostawiłem go na stole na zapleczu. Na następnej zmianie już go nie miałem, ale nadzieja była, bo koleżanka mówiła, że zaniosła go do mycia. Gdy popytałem w kuchni okazało się, że był i chyba przez pomyłkę ktoś go wyniósł na ich zaplecze, gdzie przechowują naczynia. Poszedłem z pomocą kuchenną i go znalazłem: leżał na wierzchu siatki jednej z kelnerek. Gdy ją zapytałem dlaczego go schowała, to powiedziała: bo on taki ładny, jak tamte dwa poprzednie, i że chciała swojemu dziecku dać.

Kubek zabrałem i od tamtego dnia zacząłem używać tylko naczyń hotelowych, gdyż nie znoszę złodziejstwa.

hotel współpracownicy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 305 (309)

#76935

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu dodałam historię o poszukiwaniu pracy.
Pracę chciałam zmienić głównie z jednego powodu - byłam zatrudniona na umowę zlecenie, a jako już dorosła osoba, która zakończyła uniwersytecką edukację, nie było mi to na rękę z logicznych powodów. Zresztą fajnie by było pójść na urlop, który nie skutkuje jednocześnie o połowę mniejszą wypłatą, bo nie wyrobiłam godzin.

Istotny tu jest fakt, że w umowy podpisywaliśmy na miesiąc, od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Przykładowo w okolicach 1-go bądź 2-go lutego podpisałabym umowę na luty właśnie. Co za tym idzie, mieliśmy układany grafik także na miesiąc.

Przyszedł w końcu ten szczęśliwy w moim życiu moment, że pracę znalazłam. Było to 20-go, umowę oraz grafik miałam do końca miesiąca, jak zawsze. Chciałam być w porządku i nie odchodzić od razu, nowy pracodawca zgodził się też na to, żebym zaczęła 1-go. Tak więc od razu jak otrzymałam list intencyjny, wte pędy mail do kierownika, że z ostatnim dniem tego miesiąca kończę współpracę z w/w względów.

Gównoburza jaka się rozpętała, była po prostu żałosna.
Na początku było zdziwienie, bo "jak to odchodzisz? Przecież Ci nie pozwoliłem!". Potem zaczęło się granie na emocjach, coś w stylu, że przecież w 10 dni nie znajdą pracownika, więc może mogłabym zostać jeszcze kolejny miesiąc? Yhy, na pewno.
Praca nie była wymagająca, więc gdyby szefowie się spięli, to pracownika znaleźliby w 2-3 dni, tym bardziej, że ciągle napływały do nas nowe CV. Wymaganiami były: status studenta i znajomość angielskiego na poziomie komunikatywnym, co w dzisiejszych czasach chyba nikogo nie powinno dziwić.

Potem zaczęło się "straszenie", bo przecież na umowie zlecenie jest miesięczny okres wypowiedzenia, więc mogę odejść 20-go, ale kolejnego miesiąca. Gratuluję w takim razie myślenia i znajomości przepisów. Umowę miałam podpisaną do końca miesiąca, ale szefostwo upierało się, że mimo, iż umowy na kolejny okres nie mam, to i tak muszę zostać. Nie docierało do nich to, że coś takiego nie obowiązuje. Skoro podpisałam umowę przykładowo do 31-go, to moim świętym prawem jest odjeść 31-go. Lamentów i płaczu, że toż to bezprawie, że pracodawcy tak NIE WOLNO zostawiać były na porządku dziennym.

Pewnego dnia w kuchni, szef wyskoczył do mnie z tekstem, że jestem nie fair, by tak z DNIA NA DZIEŃ odchodzić, no kto to widział! Oni się tego po mnie nie spodziewali, no wstyd! Jestem niepoważna i jeżeli ktoś zapyta ich o referencje, to oni wszystko powiedzą, o tym jak ich potraktowałam! Powiedziałam mu wtedy, że jakby zatrudniali jak porządny pracodawca na umowę o pracę, to takich problemów by nie było, bo zawsze byłby w zapasie okres wypowiedzenia. Wzrok jakim zostałam wtedy potraktowana, mógłby spokojnie zabić, uratowało mnie chyba tylko szybkie opuszczenie kuchni.

Do końca mojej pracy, codziennie towarzyszyły mi kąśliwe uwagi na mój temat, bo przecież lepsza praca nie istnieje, na pewno wrócę do nich z płaczem, okaże się, że umowy nie ma, no i ogólnie będę tego żałować do końca życia.

Dla smaczku dodam fakt, jak wyglądało to z drugiej strony. Gdy jakiś pracownik im podpadł, wzywali go do biura i stawiali przed faktem dokonanym: "Jutro nie przychodź do pracy, bo właśnie ją straciłeś". I tacy ludzie wmawiali mi, że to ja jestem jestem niepoważna.

Dobrze, że stamtąd odeszłam.

praca

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 457 (463)

#72997

(PW) ·
| Do ulubionych
Urodziny czterolatka. Zamówiona salka w dziecięcej „bawialni”, zaproszone koleżanki i koledzy z przedszkola, super tort ze Spidermanem. Ekscytacja do granic wytrzymałości.

No właśnie, tort. Co usłyszała mama jubilata, gdy przed imprezą zjawiła się po odbiór tortu w cukierni Blikle na warszawskich Kabatach?

„NIE ZROBILIŚMY PANI ZAMÓWIENIA. MOŻE BYĆ NA POJUTRZE”.

Kurtyna.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 608 (616)

#78262

(PW) ·
| Do ulubionych
Taki tam cwaniaczek z OLX-a.

Znalazłem niedaleko ciekawy przedmiot za 15 zł. Sprzedający ma trzy warianty kolorystyczne: czarny, srebrny i biały. Każdy wystawiony oddzielnie w ogłoszeniu. Czarny za 15, srebrny za 15 i biały za 15. Interesuje mnie tylko biały. Treść ogłoszenia dokładnie precyzuje: sztuka białego 15 zł, do sprzedania 7 szt. Dzwonię, umawiam się, idę piechotą bo niedaleko.

Oglądam białego, wszystko ok, wyjmuję 15 zł i próbuję zapłacić.

Sprzedający jakiś taki zdziwiony:
-Co pan, biały jest w idealnym stanie, nowy kosztował 200 zł, za mniej niż niż 100 nie sprzedam.
-Przecież w ogłoszeniu była cena 15 zł za sztukę.
-No co pan? Przecież to prawie nowe, no za 90 sprzedam.
-W ogłoszeniu było 15 zł?
-Nie mam mowy, biały kosztuje 90.
-Przecież wystawił pan po 15 zł, a teraz nagle chce 90?
-Po 15 są srebrny i czarny, biały 90.

(Facet wiedział, że koniecznie potrzebuję białego, bo przez telefon mu powiedziałem).

-Ok, wezmę czarny, trysnę sobie sprayem za 20 na biało i
będzie ok.
-Ale czarny to też po 90, za czarnego też 200 zł dałem za nowego!
-Dobrze, poproszę w takim razie jakiegokolwiek z ogłoszenia za 15 zł.

-K...., idź pan w ch.., nic panu nie sprzedam, cwaniaczek się znalazł.

-Nawzajem, do widzenia.

Facet sprzedawał resztki wyposażenia sklepu, przedmioty te miały wartość około 10-50 zł (inne ogłoszenia). Z takim podejściem jakoś się nie dziwię, że sklep zamknął. Na szczęście nie musiałem daleko jechać...

OLX

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 301 (305)

#77881

~Paralizator ·
| Do ulubionych
Czasami się zastanawiam, jak bardzo można "wyrzec się zasad moralnych dla osiągnięcia jakichś korzyści, zwłaszcza materialnych". Niestety, nie mogę użyć tego słowa, ale sama definicja powinna wystarczyć.

Teraz historia właściwa.

Zmarli rodzice mojej dziewczyny. Matka od dłuższego czasu chorowała, niestety walkę przegrała. Ojciec strasznie to przeżył i kilka dni później, dziewczyna idąc go obudzić, znalazła go martwego. Dostał zawału w nocy.

Wyobraźcie sobie teraz, jaki to jest potężny cios dla 19 letniej dziewczyny, stracić obojga rodziców w ciągu 2 tygodni.

Drugiego dnia po śmierci ojca, dostałem SMSa o treści "proszę, przyjedź jak najszybciej" Wystraszyłem się, w takiej sytuacji miałem już najgorsze przed oczami.

Pobiegłem do szefa, wytłumaczyłem jaka sytuacja, wyszedłem wcześniej z pracy i pojechałem.

Widok jaki zastałem na miejscu wyglądał tak:
Dziewczyna zapłakana siedziała na ziemi, a na fotelach i kanapie siedziała jej ciotka, wujek i kuzynka.

Na moje pytanie "co się stało" odpowiedział wujek "wyjdź stąd, to sprawy rodzinne, przybłęda niech się nie wpiernicza" z tym, że nie o pierniku tu mowa, a o dali.

Zignorowałem dziada i zapytałem dziewczyny co się stało. Jedyne co w tamtym momencie odpowiedziała to "Wyrzuć ich stąd, nie ważne jak, mają zniknąć na zawsze, nie chce ich widzieć" w płaczu.

Cóż, na początku spokojnie próbowałem ich wyprosić, skoro padła taka prośba, no ale na rodzince nic to nie robiło. Nadal miałem się nie wpierniczać. Rozmowa przybierała trochę na sile, padło sporo obraźliwych słów w moją stronę itp. No ale w końcu pogrożenie policją lub usunięciem siłą, jakoś przekonali się do wyjścia, jednocześnie odgrażając się w stronę dziewczyny, że sprawa nie jest zakończona i ma się szykować, bo oni nie będą czekać w nieskończoność.

Sytuacja jakoś się uspokoiła, dziewczyna też i jakoś od słowa do słowa przedstawiła mi całą sytuacje. Wyglądało to tak.

Rodzinka przyjechała. Dziewczyna myślała, że przyjechali pomóc w tych trudnych chwilach czy coś, ale nie. Nic z tych rzeczy.

Otóż, rodzinka stwierdziła, że skoro Kasia została teraz sama, to jej taki wielki dom nie jest potrzebny i oni z chęcią się zamienią na swoje 2 pokojowe mieszkanie, w którym mieszkają w 5 osób. To nawet nie była propozycja, tylko nakaz. Oni już mają wszystko ustalone i najlepiej jakby do niedzieli się wyniosła(tak, tego słowa użyli), bo będą mieć auto żeby przewieźć swoje graty.

Po odmowie zaczęli nie tylko naciskać na nią, ale nawet wyzywać od samolubnych bachorów, że ona nie wie jak im ciężko się żyje w tym małym mieszkaniu, że się jej w dupie poprzewracało od dobrobytu, że nie zna życia. Później kłamali w żywe oczy, że byli z jej rodzicami umówieni, że jak coś im się stanie to mogą się wprowadzić do Kasi, żeby ta nie była sama, a że jest pełnoletnia i im NIEPOTRZEBNA bo mają swoje dzieci to ma się wynieść. I że w ogóle powinna się cieszyć i być im wdzięczna, że oferują jej stare mieszkanie, bo mogliby sobie je sprzedać i Kasia by została na bruku.

Powiedzieli też, że oni choćby po trupach to jej ten dom wydrą, bo umowa na gębę jest wiążąca i oni pójdą do sądu, bo nikt im nie udowodni, że takiej umowy nie było.

To jeszcze nie koniec, na drugi dzień do Kasi przyjechali dziadkowie, wielce zdziwieni, że ona nie chce oddać wujostwu domu, bo po co jej samej taki duży. Przecież w mieszkaniu będzie miała lepiej i oni w ogóle nie rozumieją dlaczego się nie zgadza i że robi niepotrzebne zamieszanie w rodzinie. Powinna się zgodzić i już, a nie wymyślać.

Na pogrzebie ojca wujostwo jeszcze nastawiało przeciwko Kasi innych członków rodziny, że ona tak i owaka. Niektórzy się z nimi zgadzali. Na szczęście była tam jedna ciotka, siostra tego pseudo wujka i jedyna, która naprawdę interesowała się Kasią, prawdziwie jej pomagała itp. W żołnierskich słowach wytłumaczyła obecnej rodzince, co sądzi na ten temat i że jak jeszcze raz spróbują takich praktyk, to ona zrobi z nimi porządek. A jako, że ciotka jest z tych osób, przed którymi każdy w rodzinie czuje respekt, to jakoś sytuacja się uspokoiła.

Nie na długo. Tydzień po pogrzebie Kasia dostała telefon od babci, czy przestałą już wydziwiać, bo czas ucieka, a czym szybciej się wyniesie tym lepiej. Tutaj już nie wytrzymała. Wykrzyczała że mają się wszyscy pierniczyć i zostawić ją w spokoju.

Czasami się zastanawiam, jak nisko jeszcze może upaść istota zwana człowiekiem.

rodzina

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 601 (609)

#85508

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieliśmy w pracy kontrolę z Inspekcji Pracy.
Biuro w stanie naturalnym, czyli 17 osób na małej przestrzeni, 4 osoby bez swojego stanowiska tj. biurek oraz pełno kartonów z dokumentami, których nie ma już gdzie upychać, bo każda wolna przestrzeń zajęta jest przez inne kartony lub segregatory.
Wiele razy upominaliśmy szefów o biurka, o właściwe doświetlenie biura, o wynajęcie archiwum, aby wszystkie szpargały wynieść. Cały czas słyszeliśmy, że to problem tymczasowy, bo już za X (wstaw dowolną ilość miesięcy) będziemy się przenosić do nowego biura. I tak przynajmniej od pół roku.

Jak się domyślacie, kontrola nie przeszła pozytywnie. Tydzień na poprawki całej listy zastrzeżeń.

Co na to szefowie? Zrozumieli swoje błędy? Nie.

Wezwali mnie na dywanik, jako ich asystentkę i zganili za to, że gdy weszła inspekcja, a ich nie było, nie pokierowałam zespołem i kolejno:
- nie wynieśliśmy dokumentów (bo nie ma gdzie, chyba że na dwór);
- nie wysłałam ludzi w teren, żeby w biurze było mniej osób;
- cały zespół nie popisał się bystrością, bo nie zrobił nic, aby biuro odgracić, wynieść zalegające śmieci i prywatne worki z ubraniami kierowników;
- nie odesłałam osób bez biurek (w tym siebie) na miejsca bardziej dostosowane, bądź w teren (bo nie ma gdzie);
- na moje słowa, że tak normalnie funkcjonujemy, starali się zaprzeczyć, bo przecież "to nie jest normalny stan biura!"

Nie dotarło do nich, że nim kobieta usiadła w ich gabinecie i zaczęła przeglądać dokumenty, obeszła całe biuro i sprzątanie nie miałoby sensu.
A dwa - w duchu cały zespół miał dość. Ci co mogą, szukają nowej pracy, bo tu chęci zmiany warunków, nigdy chyba nie przejdą, więc kontrola była w pewnym sensie na naszą korzyść.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (151)
Jestem kierowcą nie-zawodowym, ale dużo jeżdżę po Polsce, więc trochę historii już mi się uzbierało.

Droga nr 48 od Inowłódza do Tomaszowa przez Spałę - jedna z dróg dojazdowych do S8 i A1, więc jest tam trochę ruchu. Akurat powrót po świętach, natężenie ruchu jeszcze większe niż normalnie, ale udaje się płynnie jechać te 80 km/h za miastem... do czasu. Tuż za Spałą samochody przede mną zaczynają hamować, prędkość spada do 20-25 km/h. Myślałem że może jakiś wypadek. O nie!

Grupka rowerzystów postanowiła wybrać się na przejażdżkę, tworząc 5-6 osobową kolumnę. Nowe rowery warte pewnie więcej niż moje auto, firmowe ubranko - no zawodowcy. I w sumie nie byłoby historii gdyby nie jeden drobny szczegół - dosłownie 10 metrów od drogi zrobiono nową ścieżkę rowerową, jakieś 10 km długości. Zaczyna się przed Spałą, kończy w Tomaszowie. Szeroka, równa, dobrze zrobiona. Ale wiadomo, że lepiej jeździ się po ruchliwej drodze.
Na klaksony reagowali tylko rozkładając ręce.

(Od razu dodam, że droga rowerowa jest bardzo dobrze oznaczona i widoczna z drogi, plus ma masę wjazdów żeby nie przedzierać się przez krzaki).

polskie_drogi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (151)

#70331

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej pracy istnieje coś takiego jak kontrola.
Polega na tym, że człowiek od nas z firmy, do tego przeszkolony sprawdza stan kasy, zgodność ilości towaru z systemem, ale też porządek, ubiór pracowników... Ogólnie sprawdzić ma prawo wszystko, od tego czy zgadza się ilość kubeczków gadżetowych po aktualność plakatów na ścianach albo ważność gaśnic.

Kontrola, jako że przeprowadzana przez naszą firmę, nie musi być zapowiedziana. Po prostu wchodzi sobie facet, legitymuje się - pracownik zgłasza fakt gdzie trzeba i zaczyna się jazda.
Zdarza się, że kontrola sprawdzi tylko stan kasy i jeśli wszystko jest ok, to odpuszcza. Ale często jest tak, że patrzy dosłownie na pierdoły.
Wynik końcowy dostaje bezpośredni przełożony i dyrektor, razem z informacją co było źle w razie jeśli było.

Ostatnio dziewczyna dostała wynik kontroli negatywny, a kontroler nie ujął w raporcie przyczyny. Wiadomo jaki to generuje stres.
Po wyjaśnieniu okazało się że... brakło dwóch firmowych długopisów (tak, takich z nazwą firmy REKLAMOWYCH które leżą na biurku). Kontrolera nie interesował fakt, że może po prostu klient zabrał przy podpisywaniu umowy, a pracownik nie zauważył i nie odznaczył - co każdemu chyba się zdarza, z rozpędu schować do torby.
Najgorsze w tym jest to, że zasady w firmie mówią jasno - dwie negatywne kontrole i pogadasz sobie z kimś "wyżej" o swoim losie w firmie.

Żałosne, że w takim przypadku u dziewczyny pojawił się brak w kasie do uzupełnienia z własnej kieszeni, na zawrotną kwotę 28 groszy za zaginione długopisy.

Praca

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 446 (452)

#85844

(PW) ·
| Do ulubionych
Skoro jestem już przy klawiaturze, to tak mi się przypomniało z mojego przylotu do Polski/Warszawy na święta.

Samolot wylądował, jak zwykle ludzie stoją już w korytarzu, czekając na możliwość opuszczenia samolotu.

Są tacy, co siedzą i czekają, aż będzie można wygodnie wyjąć bagaż ze schowka, tak właśnie siedział sobie facet na środkowym fotelu, bo sam leciał w całym rzędzie (szczęściarz). Swoje drobiazgi, w tym telefon, położył na siedzeniu od strony korytarza. W pewnym momencie młody człowiek stojący tuż obok i czekający na możliwość wyjścia, po prostu nachylił się i zabrał telefon, schował go do swojej kieszeni, jakby nigdy nic.

No faceta, czyli właściciela telefonu, po prostu wcięło, zaniemówił. Dopiero jak inni pasażerowie zwrócili uwagę temu młodemu, to on wyjął telefon, położył go z powrotem na siedzeniu, powiedział „sorry” i jakby nigdy nic, stał dalej.

Nie rozumiem tego, co widziałem, bo przecież na co on liczył - i tak nie miał możliwości ucieczki czy jakiegokolwiek innego ruchu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (145)