Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 23 lutego 2018 - 20:59
  • Historii na głównej: 32 z 38
  • Punktów za historie: 7635
  • Komentarzy: 144
  • Punktów za komentarze: 746
 

#81442

(PW) ·
| Do ulubionych
Popełniłam życiowy błąd i spędziłam weekend, udzielając awaryjnych i ekspresowych korków z chemii ogólnej, biochemii, farmakologii i fizjologii studentce pewnej stołecznej uczelni medycznej. Takie kombo, do pełni szczęścia zabrakło tylko anatomii i etyki w postępowaniu medycznym.

W życiu bym się nie ugięła, gdyby nie to, że Bardzo Była Uczennica to kuzynka dobrej przyjaciółki, której wisiałam od dawien dawna ogromną przysługę i w ten sposób przyszło mi spłacić dług. Dziewczyna ma jakieś warunki, jakieś poprawki, sesję mocno przedłużoną, średnio mnie to zresztą interesowało, ważne było dla niej, że potrzebuje pomocy na już, teraz, natychmiast, a dla mnie - co w zasadzie mam jej tłumaczyć.

Okazało się, że wszystko...
I niech mi stawy zaczną wyginać się w drugą stronę, jeżeli przesadzam. Wszystko. Zaczęłam z grubej rury - kazałam jej zaznaczyć na listach zagadnień wszystko, co już umie, żebym wiedziała, z czym się mierzymy. Dziewczynka po minucie czy dwóch gapienia się tępo w przestrzeń wyjąkała "No... ale ja nic jeszcze nie umiem. Dlatego korków potrzebuję, nie?".

Po bardzo niedługim czasie okazało się, że "nic" to bardzo trafne określenie. Podręczników i skryptów dziewczyna nie czyta, bo ich nie rozumie (i - w większości - ich nie posiada). Na zajęciach "trochę byłam, no wiesz, hehe, bo sprawdzali obecność, ale średnio ogarniałam". Dlaczego nie odpaliła choć Wikipedii, żeby tam sobie przeczytać absolutne minimum? Nie potrafiła powiedzieć.

Zdusiłam w sobie ubolewanie, szok, gorycz i resztę operetkowych odruchów i przeszłam do tłuczenia bazy pytań, bo nie streszczę jej kilkuset godzin wykładów i nauki własnej w 2 dni, może przynajmniej prawidłowe odpowiedzi zapamięta. Rozmowy o pytaniach wyglądały przeważnie tak:
- Ale ja nie rozumiem, o co chodzi w tym pytaniu.
- Którego słowa nie rozumiesz?
- Wszystkich...

Skracając przydługą opowieść - po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się spotkać studentkę IV roku, która planuje mieć napisane na dyplomie "lekarz-dentysta", a której trzeba było wyjaśniać, czym są - z chemicznego punktu widzenia - białka. Tak, białka. Jak trzynastolatkowi w gimnazjum. Przy aminokwasach jej twarz się rozjaśniła i zachwycona wystękała "aaaaa... TO BYŁO!...". Na całe szczęście, bo chyba bym udusiła dla dobra ludzkiej puli genetycznej.

Pod koniec drugiego dnia poinformowałam ją z mocą i przekonaniem, że nie ma najmniejszych szans zdać żadnego z egzaminów i zapytałam, jak zdała maturę z biologii i chemii.

Ściągała.
Najciekawsza była jej reakcja na moją złowrogą wróżbę - wzruszyła ramionami i stwierdziła, że "tatuś zadzwoni, zapłaci i dadzą jej zdawać znowu, w następnej sesji".
Zaciekawiłam się, kim jest tatuś.
Tatuś jest profesorem kardiochirurgiem. Nawet kiedyś byłam na jego wykładzie, tylko nazwiska nie skojarzyłam.
Zastanawiam się, dlaczego sam nie uzupełnia braków w wykształceniu córeczki. Może przejdę się na jego dyżur i zapytam.

niestety moja kuchnia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (232)

#81017

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie madka, ale ojciedz roku wczoraj mi się trafił.

Wybrałam się wczoraj w odwiedziny do kolegów ze studiów - ot, jednodniowa wycieczka. Po kawce i ciasteczku zaproponowali, że pokażą mi tamtejszy kościół, bo raz, że zabytkowy, a ja jestem łasa na smaczki architektury sakralnej, dwa - świeżo po większej renowacji. Poszliśmy.

W kościele zastaliśmy tylko krótką kolejkę do konfesjonału, panią zajętą robieniem dziesiątek zdjęć ołtarza i nawy głównej oraz mężczyznę, który zabawiał małe, na oko półroczne dziecko - stał w bocznej kaplicy. Po obejściu całości weszłam do niej - akurat w tym momencie, w którym facet postanowił zmienić dziecku pieluchę. Zużytego pampersa odłożył prosto pod figurę Maryi, na biały obrus ołtarzowy...

Zwróciłam uwagę. Usłyszałam, że przecież widzę, że ciasno i nie ma miejsca. Rzeczywiście, kapliczka wielkości orzecha włoskiego i nie ma się w niej za bardzo jak obrócić, ale ludzie, są pewne granice bezmyślności. Odparłam, że przecież mógł iść od zakrystii, tam jest pewnie toaleta, nikt nie robiłby problemu - żachnął się, że nie pomyślał i o co mi chodzi, przecież już zabrał brudną pieluchę. Cóż, na pyskówkę nigdy nie trzeba było mnie namawiać i zaczęłam się z nim dochodzić. Scysję przerwała mi kobieta od zdjęć, jak się okazało - matka dziecka. Facet chyba upatrywał w niej wsparcia, ale się rozczarował - zaczęła go objeżdżać jeszcze zajadlej niż ja.

Co będzie następne, kładzenie dzieciaków na głównym ołtarzu, bo w ławkach nie ma przewijaków? Czy zamykanie się w konfesjonałach, bo trzeba berbecia nakarmić piersią?

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (147)

#80934

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojechałam sobie na konferencję na południe Polski. Firma moja zapłaciła jak za zboże, bo kwota opłaty za sam udział niebezpiecznie zbliżyła się do czterocyfrowej, noclegi we własnym zakresie. Kontakt z organizatorami na poziomie maila miałam mieszczący się w granicach przyzwoitości, choć denerwowało mnie, że korespondowałam w jednej sprawie z 4 różnymi osobami ("przekazałem Pani wiadomość do XYZ, bo to on się zajmuje tą częścią prac organizacyjnych..." wpieniało mnie niesamowicie już za trzecim razem).
Tak w skrócie:

- W ramach powitalnych gadżetów, ludzie dostawali torbę biurową, kubek termiczny, organizer i jeszcze coś. Dla mnie i kilku innych osób materiałów zabrakło. Po solidnym opierd*leniu jednej organizatorki ("Proszę się tak nie unosić, ja mam doktorat!" - "A ja mam ciężkiego wk*rwa na panią!" prawdopodobnie zrobi furorę w pracy, kiedy wrócę), dostałam tylko trochę używany program, bloczek firmowy i długopis. Mniej asertywno-agresywni nie dostali nawet tego.

- Program zresztą niewiele mi się przydał, bo przestał być aktualny długo przed początkiem obrad.

- Zapytałam dziewczynę z rejestracji uczestników, gdzie moja faktura i komu mam zostawić delegację do podbicia. "Nie wiem". Lepiej niech się dowie, bo za 3 godziny mam zamiar ją znaleźć i wymolestować odpowiedź.

- Nie zmieściłam się w sali konferencyjnej, bo geniusze nie pomyśleli, że jednym panelem może być zainteresowanych więcej niż 20 osób na raz, a na konferencji jest, lekko licząc, jakieś 150 luda.

- Nikt nie wpadł na pomysł poinformowania prowadzących sesje o tym, kto z ich prelegentów się pojawił, a kto nie. Sprawdzanie listy obecności na początku panelu przypomniało mi pocieszne lata podstawówki.

- Konferencja w trzech budynkach jednocześnie. Bynajmniej nie tworzą one trójkąta. W rezultacie z popołudniowej sesji na przerwę kawową zasuwałam ponad kilometr z buta, bo w trakcie referatów zdążyła ona przewędrować wraz z organizatorami.

- Znalezienie kogokolwiek technicznego, żeby np. przyniósł drugi mikrofon, kiedy pierwszy się rozładował albo ogarnął niezsuwający się ekran do projektora okazało się niemożliwe, bo pan techniczny jest tylko po wcześniejszym zgłoszeniu telefonicznym, jako że urzęduje w budynku głównym w innej dzielnicy.

- Nie wiem, po co na życzenie organizatorów deklarowałam konkretne opcje żywieniowe ze wskazaniem dań z menu obiadowego włącznie, skoro okazało się, że obiad nie był wydawany na porcje, ale rzucany na stoły systemem "na tym końcu ryba, a na drugim makaron".

- To zresztą nieważne, bo zanim ryba i reszta przewędrowały połowę stołów już ich zabrakło.

- Na uroczystej kolacji uroczysta była tylko moja garsonka, bo do jedzenia jako opcję wege dostałam surówkę z jabłka, marchewki i słonecznika. Mięsożercy dostali pieczeń wołową w sosie jabłkowym ORAZ dziwnie znajomą surówkę.

A na koniec najlepsze. Swój poster wysłałam tutaj pocztą 3 tygodnie temu i dwa razy się upewniałam, czy na pewno go mają. Poszłam wczoraj zobaczyć, gdzie mam dzisiaj stać. Mojego posteru NIET. Organizatorzy nie potrafią go znaleźć, nie wiedzą, kto ostatni go miał w rękach, kto ostatni go widział i gdzie on może być, skoro już nie wymagam informacji, gdzie na pewno jest. "Najwyżej będzie pani miała referat".

Po 8 nocnych godzinach przerabiania posteru na referat na tablecie, serdecznie nie pozdrawiam pewnego "przodującego wydziału chemii". Mogą być pewni, że przed wyjazdem wymolestuję zwrot opłaty konferencyjnej gotówką do ręki.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (217)

#80609

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak ostatnia ofiara losu zepsułam sobie wczoraj laptop. Szybka diagnoza stanu pobojowiska, bo to nie pierwszy raz, jak sprzęt mi ulega awarii - wszystko przeżyło, zostaje wymienić gniazdo zasilania, pogrzebać chwilę w bebechach z lutownicą i będzie śmigać. Zazwyczaj w takich sytuacjach pomaga mi mąż przyjaciółki, bo ma cały warsztat w piwnicy (ja, durna, nawet zwyczajnej lutownicy nie mam), ale po krótkiej wymianie SMS-ów okazało się, że wyjechał do następnego weekendu. Trudno, zacisnęłam zęby i wyruszyłam rano w pielgrzymkę po okolicznych punktach naprawy laptopów i inszej elektroniki. Zeszły mi 3 godziny, zdaję relację na świeżo:

1) Paaaani, a co to w ogóle jest? Nie podejmę się! - No kurde, laptop w Polsce bardzo rzadki, szybko zniknął z rynku (i się nie dziwię), kosztował kosmiczne pieniądze (i się bardzo dziwię), rozkręca się to dziadostwo wyjątkowo upierdliwie, ale wygląda na to, czym jest, czyli laptop, więc może przynajmniej pan rozkręci śrubki, zdejmie obudowę i zobaczy, że w środku nie ma nic specjalnego do robienia? NIE! BO ON TEGO NA OCZY WCZEŚNIEJ NIE WIDZIAŁ! (Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli...)

2) Paaani, ja to znam, ja tego gówna za żadne pieniądze nie dotknę! - Cóż, gdyby chodziło o naprawę wiatraka albo grafy, to bym powiedziała to samo, ale gniazdo zasilania już miałam okazję sama w nim naprawiać i wiem, że to akurat nie jest skomplikowane. NIE. Pozostawiam bez komentarza.

3) Tak, mamy doświadczenie w naprawie tego modelu (SERIO? HURRA!), tak, możemy to zrobić na przyszły piątek (zdecydowanie nie hurra, liczyłam na poniedziałek), płaci pani 700 zł (CO K*RWA?!). To ja jednak podziękuję...

4) Nie, bo nie mamy części. - Ale to standardowe gniazdo zasilania, poza nim nie trzeba żadnych części. - Nie, bo i tak nie mamy. - Średnio w to wierzę, żeby nie miał pan gniazd zasilania na stanie. - Nie mam i co mi pani zrobi? (A klątwą impotencji pod nosem j*bnę...)

5) Wie pani co, to już lepiej nowego kupić, bo ten na sto procent się spalił, tutaj mamy idealny sprzęt dla pani...
- Ale nawet pan do środka nie zajrzał!
- Ale ja widzę... (Nie no, jasnowidzów podobno mamy 100 000 w tym kraju, ale to pierwszy w mojej karierze).

Na tym etapie skończyły mi się warsztaty i cierpliwość, więc poturlałam się do domu, zamówiłam na allegro gniazdo, przy okazji trochę pierdółek, napisałam do przyjaciela SMS, że poczekam na jego powrót i pozostaje mi się modlić, żeby wszystkie dane zdążyły się automatycznie zbackupować, bo inaczej czeka mnie pisanie ekspertyzy od nowa, a już byłam na samym końcu...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (192)

#80104

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak szybko wzbić się w łaski (na szczęście niedoszłej) teściowej i z nich spaść na brudną ziemię potępienia? Bądź uczciwą, prawdomówną i szczerą jednostką. Wystarczy.

Spotykałam się z chłopakiem na tyle długo, że nastał moment, w którym powinnam poznać jego rodziców. O ojcu mówić nie będę, bo jego postać dla tej historii jest bez znaczenia, ale matka... O, matka to zupełnie inna para kaloszy. Mężczyzna mój uprzedzał mnie, że mamusia ma bardzo trudny charakter. Uwierzyłam, ale nie sądziłam, że to określenie okaże się daleko idącym eufemizmem.

W czasie kolacji zapoznawczej mamusia przesłuchała mnie na okoliczność pochodzenia, rodziców, rodziny, poglądów politycznych, obyczajowych, rozmiaru noszonej bielizny i preferencji smakowych przyprawy do omułków. Każda kolejna informacja wywoływała coraz większą dezaprobatę. Informację o tym, że pracuję w laboratorium przyjęła skrzywieniem twarzy, bo ona zawsze marzyła o tym, że jej syn zrobi dobrą partię, o, taką lekarkę mógłby sobie znaleźć.

Ja w śmiech i mówię, że w zasadzie jej marzenia się spełniają, bo właśnie skończyłam ostatni rok medycyny. Od tego momentu nastawienie Jaśnie Mamusi zmieniło się o 180 stopni, zrobiła się słodkopierdząca, ponarzekała, że kolejki teraz długie, leki drogie, na badania nie można się dostać, a tu ją strzyka, tam ją rwie, tutaj pypeć wyskoczył, pani, zdrowie już nie te.

Sielanka trwała jakieś pół godziny. Przy deserze wystrzeliła z pytaniem, jaką specjalizację mam zamiar wybrać, bo ONA najbardziej chciałaby kardiologię. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że żadną, bo mam zamiar pracować w pierwszym wyuczonym zawodzie, który daje mi i pieniądze, i samorealizację, i perspektywy rozwoju - i jeszcze parę rzeczy.

Zostałam wyproszona z kolacji, nazwana zakałą ludzkości, złodziejką, co się wyuczyła z podatków, a oddawać nie chce, to przeze mnie ten kraj tak wygląda i powinnam się wstydzić, bo tyle ludzi marzy o medycynie, a ja miejsce zabrałam i pasożytuję.

Jakoś mi nie wstyd. A z chłopakiem znajomość kontynuuję mimo braku błogosławieństwa jego rodzicielki.

Skomentuj (100) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (182)

#79551

(PW) ·
| Do ulubionych
Opisywałam kiedyś dwie skłócone damy z mojej pracy.

Złożyło się nieszczęśliwie, że obie zostały zmuszone do bezpośredniej komunikacji nad papierologią i materiałami, bo zabrakło pośredników. Co gorsza, przedmiot sprawy dotyczy spraw kompetencyjnych i stawia je w konflikcie merytorycznym.

Koszmar, bo jedna musi w końcu drugiej ustąpić, tylko która której? Na dwoje babka wróżyła. I tak sobie siedzą od poniedziałku, wygrażając i plując jadem, wychodząc co chwilę z podniesionym głosem i wzdychając teatralnie nad kawą w socjalnym, jaki je dopust Boży pokarał.

Padł dzisiaj argument przeważający szalę zwycięstwa. Cytuję:

"NO NIE! ONA SPECJALNIE SIADA NA MOIM KRZEŚLE I W NIE PIERDZI, A POTEM JA PRZESIĄKAM SMRODEM!”.

Praktykanci zwinęli się na podłodze i zaczęli kwiczeć ze śmiechu. Ja również.

Czekam na dalszy ciąg, ale nie wiem, czy to, nad czym akurat będę pracować to przetrwa, bo jak nic zapluję parsknięciem.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (125)

#79455

(PW) ·
| Do ulubionych
Epoka ustępowania miejsca "bo siedzi ktoś młody" się skończyła. To znaczy, przeszła ewolucję jak pokemon i występuje w silniejszej formie.

Jechałam z pracy, słońce nadawało na całego i w autobusie panowało gorąco wespół z duchotą. Standard letni i nic nowego. Siedziałam, czytałam, nagle usłyszałam nad głową "czy może mi pani miejsca ustąpić?". Spojrzałam - babka po 60, nie wyglądała na słabującą, ale OK, wciąż ma 30 lat więcej niż ja, niech jej będzie. Wstałam i zorientowałam się, że - TADAM - w autobusie są wolne miejsca - po drugiej stronie pojazdu. Nie ma drugim końcu, po drugiej stronie. Usiadłam na wolnym, nie będę robić z siebie kretynki i zrzucać kobiety z fotela, bo ja pierwsza na nim siedziałam. Przeczytałam jakieś 10 minut, autobus się zapełnił i usłyszałam nad głową "to teraz możesz mi z tego zejść".

Tym razem moja odpowiedź brzmiała "chyba zgłupiałaś". Zaczęłam panią sukcesywnie ignorować, kiedy się zapowietrzała i krzyczała "PRZECIEŻ TAM JEST UPAŁ!"

Co się zmieniło? Autobus skręcił i tym razem to moja strona była nienasłoneczniona. Chyba chciała skakać z miejsca na miejsce wraz ze zmianą cienia na trasie...

A jak znajomy kiedyś opowiadał mi, że wybuchła awantura, bo nie ustąpił miejsca po określonej stronie tramwaju, to nie uwierzyłam. Mój błąd.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (260)

#79246

(PW) ·
| Do ulubionych
Lato w pełni, a skoro lato, to letnie praktyki, skoro praktyki, to praktykanci, a to oznacza... przygody. Niestety.

Dostaliśmy osobnika... Hmmm... Niech mi wszyscy święci walutowi przebaczą, ale w pierwszej chwili pomyślałam: "co za ci**a”.

Trampeczki różowe, koszulka w sraczkowaty wzorek psychodelo, rureczki, tlenione włoski, etui na telefon w serduszka i podkład na gębie. Wprost z transparentów Marszu Czystości Narodu. Zachowanie odpowiada wyglądowi - prawie że płacze nad losem biednych roślinek, które umarły, żeby Fyrma miała co produkować. Uśmiecham się wred... miło i rozmawiam z pozostałą siódemką praktyków.

Przyszedł dzisiaj rano, pokręcił się, porobił, co do niego należało i nagle podchodzi do mnie.

[P] Patrz, skaleczyłem się! - słowo daję, małe, bezdomne, głodne kotki nie umieją tak żałośnie miauczeć.

Zdarza się, że w laboratorium coś się stłucze. Luz, szkło ma to do siebie, że pęka i w ogóle wrednie krucha cholera. Posprzątać, wziąć nowe i uważać. Codzienność pracy laboratoryjnej.

Spojrzałam na jego palec, rozcięcie jest, ale nic nadzwyczajnego, nawet nie krwawi, plaster załatwi sprawę.

[Ja] To zdezynfekuj i się opatrz, wiesz, gdzie jest apteczka. I pokaż mi, co się rozbiło.
[P] Ale nie będzie szycia?

Chirurg by mnie wyśmiał, gdybym mu kazała coś takiego zszywać…

[Ja] Nie będzie, zmieniaj plastry i za 4 dni nie będzie śladu. Co się stłukło?
[P] Nic się nie stłukło, czemu stłukło?
[Ja] To czym się rozciąłeś?
[P] Nożem, jak robiłem kanapkę w socjalnym...

Gwiazdy śmierci w oczach. Tę kanapkę zeżarł na moich oczach o 9 rano, a przylazł się żalić dobrze po 10.

[Ja] I OD GODZINY ŁAZISZ TU Z ROZCIĘTYM PALUCHEM? WSZYSTKO KRWIĄ ZAJ*BAŁEŚ!

I jednocześnie chłopaczek poszedł w płacz, a reszta praktykantów w śmiech. Po solidnym obsztorcowaniu ("JESTEŚ DOROSŁY FACET CZY TOTALNA PIERDOŁA!?") dziecko uciekło wreszcie się zakleić, a mi powiedziano, że od godziny chodził od człowieka do człowieka i się żalił, że go ten palec boli i jak to strasznie wygląda, bo on się boi krwi.

Dlaczego zawsze trafia na mnie...

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (230)

#78563

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dzisiaj świadkiem próby reklamowania truskawek z chodnikowego straganiku. Próba była bardzo długa i bardzo nieudana, ale nie uprzedzajmy faktów.

Pani klientka (75+) wbiła się w kolejkę z wołaniem "JA TU Z REKLAMACJĄ! Z REKLAMACJĄ!", przerwała trwającą transakcję, wyciągnęła zrywkę z czerwoną zawartością (jakaś mała garstka, jeśli chodzi o objętość) przed straganiarkę i zaczęła głośno warczeć, że przebierała truskawki i te, które przyniosła z powrotem były OBITE i - zgrozo - ZGNIECIONE. I teraz ona chce wymiany tych truskawek na nowe i zwrotu pieniędzy za całość, bo dwa razy musiała chodzić i to jest skandal, bo jest upał, i ona ma chore serce i ma prawo.

Logiki, sensu i ludzkiej przyzwoitości w powyższym zdaniu, przytoczonym tak, jak utkwiło mi w pamięci, nie doszukiwałam się. Na wszelki wypadek.

Straganiarka roześmiała się w twarz.
Zaczęły się groźby, bo sprzedaż bez paragonu, bo owoce bez atestów, bo waga bez certyfikacji, bo straganik bez standardów ISO, a sprzedająca bez książeczki sanepidowskiej. Bo ona ma prawo reklamować i wymieniać, i tyle, bo widziała w telewizji.

Skończyło się, kiedy straganiarka straciła cierpliwość i krzyknęła, że jak się kupuje 6 kilogramów, po 3 w torbie, to na dnie się muszą pognieść, bo takie jest prawo ciążenia i prawo truskawki. Klientkę przepłoszył chyba gromki śmiech, który się wtedy rozległ. Bo w zrozumienie, co próbowała zrobić, mocno wątpię.

Nie masz cwaniaka nad warszawiaka, racja. Ale ludzie, aż tak?

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (222)

#78692

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wylecieć z praktyk w trybie natychmiastowym, z przywaleniem w łeb przez kierownika laboratorium?

Od wejścia chwal się tym, że strzelasz z łuku, tańczysz, śpiewasz, grasz i gotujesz. I żonglujesz. Spróbuj się tym popisać przez współpraktykantkami, bo co prawda muskulatury za bardzo nie masz, ale nadrabiasz innymi przymiotami.

Na oczach kierownika labu zacznij żonglować pojemnikami z próbkami do badań wirusologicznych, bo jesteś takim superżonglerem, że na pewno nic się nie stanie.

Miej wielkie pretensje, że wylatujesz z miejsca, z dzikim opieprzem i solidnym kopem w zadek na rozpęd.

W sumie to dziewczątka z publiczności się popłakały, bo im się dostał jeszcze większy opiernicz za głupotę. Zamiast próbować go powstrzymać, stały i klaskały.

Od dzisiaj domagam się zaświadczenia o posiadaniu mózgu od kandydatów na praktyki w moim laboratorium.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 239 (247)