Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ursueal

Zamieszcza historie od: 3 września 2016 - 3:27
Ostatnio: 9 sierpnia 2017 - 14:51
  • Historii na głównej: 27 z 31
  • Punktów za historie: 6698
  • Komentarzy: 120
  • Punktów za komentarze: 573
 

#79551

(PW) ·
| Do ulubionych
Opisywałam kiedyś dwie skłócone damy z mojej pracy.

Złożyło się nieszczęśliwie, że obie zostały zmuszone do bezpośredniej komunikacji nad papierologią i materiałami, bo zabrakło pośredników. Co gorsza, przedmiot sprawy dotyczy spraw kompetencyjnych i stawia je w konflikcie merytorycznym.

Koszmar, bo jedna musi w końcu drugiej ustąpić, tylko która której? Na dwoje babka wróżyła. I tak sobie siedzą od poniedziałku, wygrażając i plując jadem, wychodząc co chwilę z podniesionym głosem i wzdychając teatralnie nad kawą w socjalnym, jaki je dopust Boży pokarał.

Padł dzisiaj argument przeważający szalę zwycięstwa. Cytuję:

"NO NIE! ONA SPECJALNIE SIADA NA MOIM KRZEŚLE I W NIE PIERDZI, A POTEM JA PRZESIĄKAM SMRODEM!”.

Praktykanci zwinęli się na podłodze i zaczęli kwiczeć ze śmiechu. Ja również.

Czekam na dalszy ciąg, ale nie wiem, czy to, nad czym akurat będę pracować to przetrwa, bo jak nic zapluję parsknięciem.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (118)

#79455

(PW) ·
| Do ulubionych
Epoka ustępowania miejsca "bo siedzi ktoś młody" się skończyła. To znaczy, przeszła ewolucję jak pokemon i występuje w silniejszej formie.

Jechałam z pracy, słońce nadawało na całego i w autobusie panowało gorąco wespół z duchotą. Standard letni i nic nowego. Siedziałam, czytałam, nagle usłyszałam nad głową "czy może mi pani miejsca ustąpić?". Spojrzałam - babka po 60, nie wyglądała na słabującą, ale OK, wciąż ma 30 lat więcej niż ja, niech jej będzie. Wstałam i zorientowałam się, że - TADAM - w autobusie są wolne miejsca - po drugiej stronie pojazdu. Nie ma drugim końcu, po drugiej stronie. Usiadłam na wolnym, nie będę robić z siebie kretynki i zrzucać kobiety z fotela, bo ja pierwsza na nim siedziałam. Przeczytałam jakieś 10 minut, autobus się zapełnił i usłyszałam nad głową "to teraz możesz mi z tego zejść".

Tym razem moja odpowiedź brzmiała "chyba zgłupiałaś". Zaczęłam panią sukcesywnie ignorować, kiedy się zapowietrzała i krzyczała "PRZECIEŻ TAM JEST UPAŁ!"

Co się zmieniło? Autobus skręcił i tym razem to moja strona była nienasłoneczniona. Chyba chciała skakać z miejsca na miejsce wraz ze zmianą cienia na trasie...

A jak znajomy kiedyś opowiadał mi, że wybuchła awantura, bo nie ustąpił miejsca po określonej stronie tramwaju, to nie uwierzyłam. Mój błąd.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (253)

#79246

(PW) ·
| Do ulubionych
Lato w pełni, a skoro lato, to letnie praktyki, skoro praktyki, to praktykanci, a to oznacza... przygody. Niestety.

Dostaliśmy osobnika... Hmmm... Niech mi wszyscy święci walutowi przebaczą, ale w pierwszej chwili pomyślałam: "co za ci**a”.

Trampeczki różowe, koszulka w sraczkowaty wzorek psychodelo, rureczki, tlenione włoski, etui na telefon w serduszka i podkład na gębie. Wprost z transparentów Marszu Czystości Narodu. Zachowanie odpowiada wyglądowi - prawie że płacze nad losem biednych roślinek, które umarły, żeby Fyrma miała co produkować. Uśmiecham się wred... miło i rozmawiam z pozostałą siódemką praktyków.

Przyszedł dzisiaj rano, pokręcił się, porobił, co do niego należało i nagle podchodzi do mnie.

[P] Patrz, skaleczyłem się! - słowo daję, małe, bezdomne, głodne kotki nie umieją tak żałośnie miauczeć.

Zdarza się, że w laboratorium coś się stłucze. Luz, szkło ma to do siebie, że pęka i w ogóle wrednie krucha cholera. Posprzątać, wziąć nowe i uważać. Codzienność pracy laboratoryjnej.

Spojrzałam na jego palec, rozcięcie jest, ale nic nadzwyczajnego, nawet nie krwawi, plaster załatwi sprawę.

[Ja] To zdezynfekuj i się opatrz, wiesz, gdzie jest apteczka. I pokaż mi, co się rozbiło.
[P] Ale nie będzie szycia?

Chirurg by mnie wyśmiał, gdybym mu kazała coś takiego zszywać…

[Ja] Nie będzie, zmieniaj plastry i za 4 dni nie będzie śladu. Co się stłukło?
[P] Nic się nie stłukło, czemu stłukło?
[Ja] To czym się rozciąłeś?
[P] Nożem, jak robiłem kanapkę w socjalnym...

Gwiazdy śmierci w oczach. Tę kanapkę zeżarł na moich oczach o 9 rano, a przylazł się żalić dobrze po 10.

[Ja] I OD GODZINY ŁAZISZ TU Z ROZCIĘTYM PALUCHEM? WSZYSTKO KRWIĄ ZAJ*BAŁEŚ!

I jednocześnie chłopaczek poszedł w płacz, a reszta praktykantów w śmiech. Po solidnym obsztorcowaniu ("JESTEŚ DOROSŁY FACET CZY TOTALNA PIERDOŁA!?") dziecko uciekło wreszcie się zakleić, a mi powiedziano, że od godziny chodził od człowieka do człowieka i się żalił, że go ten palec boli i jak to strasznie wygląda, bo on się boi krwi.

Dlaczego zawsze trafia na mnie...

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (223)

#78563

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dzisiaj świadkiem próby reklamowania truskawek z chodnikowego straganiku. Próba była bardzo długa i bardzo nieudana, ale nie uprzedzajmy faktów.

Pani klientka (75+) wbiła się w kolejkę z wołaniem "JA TU Z REKLAMACJĄ! Z REKLAMACJĄ!", przerwała trwającą transakcję, wyciągnęła zrywkę z czerwoną zawartością (jakaś mała garstka, jeśli chodzi o objętość) przed straganiarkę i zaczęła głośno warczeć, że przebierała truskawki i te, które przyniosła z powrotem były OBITE i - zgrozo - ZGNIECIONE. I teraz ona chce wymiany tych truskawek na nowe i zwrotu pieniędzy za całość, bo dwa razy musiała chodzić i to jest skandal, bo jest upał, i ona ma chore serce i ma prawo.

Logiki, sensu i ludzkiej przyzwoitości w powyższym zdaniu, przytoczonym tak, jak utkwiło mi w pamięci, nie doszukiwałam się. Na wszelki wypadek.

Straganiarka roześmiała się w twarz.
Zaczęły się groźby, bo sprzedaż bez paragonu, bo owoce bez atestów, bo waga bez certyfikacji, bo straganik bez standardów ISO, a sprzedająca bez książeczki sanepidowskiej. Bo ona ma prawo reklamować i wymieniać, i tyle, bo widziała w telewizji.

Skończyło się, kiedy straganiarka straciła cierpliwość i krzyknęła, że jak się kupuje 6 kilogramów, po 3 w torbie, to na dnie się muszą pognieść, bo takie jest prawo ciążenia i prawo truskawki. Klientkę przepłoszył chyba gromki śmiech, który się wtedy rozległ. Bo w zrozumienie, co próbowała zrobić, mocno wątpię.

Nie masz cwaniaka nad warszawiaka, racja. Ale ludzie, aż tak?

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (216)

#78692

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wylecieć z praktyk w trybie natychmiastowym, z przywaleniem w łeb przez kierownika laboratorium?

Od wejścia chwal się tym, że strzelasz z łuku, tańczysz, śpiewasz, grasz i gotujesz. I żonglujesz. Spróbuj się tym popisać przez współpraktykantkami, bo co prawda muskulatury za bardzo nie masz, ale nadrabiasz innymi przymiotami.

Na oczach kierownika labu zacznij żonglować pojemnikami z próbkami do badań wirusologicznych, bo jesteś takim superżonglerem, że na pewno nic się nie stanie.

Miej wielkie pretensje, że wylatujesz z miejsca, z dzikim opieprzem i solidnym kopem w zadek na rozpęd.

W sumie to dziewczątka z publiczności się popłakały, bo im się dostał jeszcze większy opiernicz za głupotę. Zamiast próbować go powstrzymać, stały i klaskały.

Od dzisiaj domagam się zaświadczenia o posiadaniu mózgu od kandydatów na praktyki w moim laboratorium.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (243)

#78139

(PW) ·
| Do ulubionych
Na Ojca, Syna i Wnuka...

Wczorajszy późny ranek, jadę autobusem miejskim i usiłuję zachować jedną pozycję za wszelką możliwą cenę. W pewnym momencie podbiega do mnie pięcio-, może sześcioletni chłopiec i kopie łydkę.

Cela miał wybornego, bo trafił prosto w naciągnięty trzy dni temu mięsień brzuchaty. Łzy w oczach, szum w uszach, a ręka poszła sama za wyćwiczonym latami odruchem i chlasnęła gnojka przez łeb tak, że aż się obrócił i upadł, zanim zaczął wyć.

Co wykrzyczała do mnie jego matka z bezpiecznej odległości 2 metrów?

"Co mu pani robi, niech go pani nie bije, ON JEST Z IN VITRO!"

Przysięgłabym, że z ZOO.

ludzkość

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (377)

#77931

(PW) ·
| Do ulubionych
Odbieram zaległe wolne i pracuję przez telefon, więc mogę w spokoju śmiać się i cieszyć, że nie ma mnie dzisiaj w firmie.

Dzisiaj chłopcy od przyjmowania zleceń musieli wytężyć szare komórki i znaleźć sposób na wytłumaczenie niedoszłemu klientowi, że:

1) Jeżeli wysyła zlecenie w Wielką Sobotę po południu, to raczej nikt tego nie przeczyta przed dzisiejszym porankiem, nieważne, ile razy wpisze w zleceniu "BARDZO WAŻNE!!!" (Pan Klient nie rozumie, że firma nie pracuje przez święta na pełnych obrotach);

2) Jeżeli standardowo przedmiot zamówienia przy produkcji wymiaruje się w dziesiątkach i setkach tysięcy sztuk (gdzie 10 000 to przeważnie najmniejsza wielkość zamówienia przyjmowana przez producentów), to jego zlecenie na 150 sztuk(!) nie postawi we wtorek całej kompanii na nogi, bo takie ilości, tym bardziej w standardowej specyfikacji, to można dostać od ręki na rynku, nie trzeba osobno produkować;

3) Nie będzie specjalnego rabatu za "nasze opóźnienie";

4) Darmowej dostawy tym bardziej nie będzie;

5) Naprawdę nie rozumiemy i nie chcemy rozumieć, jaka szansa nam ucieka sprzed nosa, bo współpraca z jego jednoosobową firmą nie jest dla nas zaszczytem.

Pan na szczęście strzelił focha, zanim chłopcom strzeliła cierpliwość i posłali go do diabła. Bo dzwonił od 8.00 już kilka razy z tym swoim "zleceniem życia". A dopiero południe.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (256)

#77701

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zepsuć życie wielkiej grupie ludzi?

Był sobie projekt. Projekt zaangażował masę ludzi (ponad 80) na etapie przygotowania treści - materiałów wytworzono od groma i jeszcze trochę. Materiały przejrzały 2 osoby (za pieniądze, bo to uznani profesjonaliści i za darmo nie będą pracować), i zatwierdziły wszystkie, jak leci, że się nadają do ostatecznej realizacji.

Bardzo zdziwiło to zespół wykonawczy, bo na pierwszy rzut oka widać było, że prawie 1/3 jest do odstrzału, ale kierownik zespołu uznał, że skoro eksperci pobłogosławili, to znaczy, że się jednak nadaje. Zdań reszty zespołu słuchać nie chciał.

Na tym etapie z dużego zespołu wykonawczego wymiksowały się prawie wszystkie dusze, zostawiając kierownika i jedną osobę zależną od niego w każdym calu, która odejść zwyczajnie nie mogła. Kierownik uznał, że zajmowanie się projektem jest lekkie, łatwe i przyjemne (bo przecież on nie ma z tym najmniejszego problemu, więc to nie może być trudne), dlatego realizację całości na wszystkich frontach (rzeczowy, kontaktowy, administracyjny, finansowy itp.) zostawił tej ostatniej osobie. Osobie, której moce przerobowe zwyczajnie nie pozwalały nawet pobieżnie połatać wszystkich dziur, które się tymczasem porobiły i to było widać gołym okiem z drugiego końca korytarza. Próśb o dodanie kogokolwiek do pomocy kierownik projektu nie słuchał, bo co to za fanaberie i "pracują razem i on widzi, że tej roboty wcale nie ma dużo". W ramach dodatku specjalnego - za realizację projektu ta osoba nie miała zobaczyć nawet grosza wynagrodzenia. Nadzór nad całością był sprawowany metodą "jak idzie? - źle - to ma iść dobrze".

Projekt ma ponad rok spóźnienia w realizacji, jeszcze co najmniej kwartał przed nim i nikt nie wie, czy w ogóle będzie skończony, ponieważ wszystkie materiały miała właśnie ta ostatnia osoba - kierownik nie miał nawet kopii roboczej, bo mu niepotrzebna. A ostatnia osoba w poniedziałek przyniosła zwolnienie lekarskie na 4 miesiące. Jak sama powiedziała, nabawiła się ciężkiej nerwicy, a nie chce siedzieć na miejscu, kiedy rozdzwonią się telefony, bo przecież nie widać żadnych efektów pracy. Byłabym bardzo zdziwiona, gdyby jakieś były, bo pamiętam etap przygotowania treści i w samych surowych danych można było utonąć - dlatego włączono w to kilkadziesiąt osób. Osób, które wciąż czekają na wyniki, bo dużo od nich zależy.

Mimo, że mierzi mnie uciekanie w chorobę, kiedy zaczynają się kłopoty, to zapytałam tylko o jedno - dlaczego to zwolnienie nie pojawiło się tak z pół roku wcześniej (bo nerwicę po człowieku było widać już kilka miesięcy temu), projekt zostałby odgórnie przesunięty do kogoś innego i może jeszcze dałoby się to uratować. Wyleczyć chorobę pewnie też byłoby łatwiej, bo pół roku nieustannej pracy ponad siły raczej nie pomogło. "Bo nie lubię uciekać od kłopotów". I teraz pat - choroba nie pozwala pracować, a bez pracy nie zlikwiduje się podstawowego stresora.

I kogo tu winić? Szefa, który wyszedł z założenia, że wszystko jest łatwe, kiedy robią to inni? Człowieka, który próbował, ile mógł, ale sam nie podołał? Czy szefa szefów, bo w końcu Wielkie Władze Firmowe widziały sytuację od samego początku, ale nie reagowały?

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (201)

#77615

(PW) ·
| Do ulubionych
Napisałam dzisiaj dwie skargi. Pierwszą na prowadzącą zajęcia. Drugą na reakcję osoby, która przyjmowała pierwszą.

Zajęcia mamy w salce wielkości komórki na miotły (na oko 4 x 4 m) – katedra mieści się w malutkim pawiloniku, w pomieszczeniach siedzimy sobie praktycznie na plecach, z ledwością wystarczyło miejsca na krzesła i stoły – a i tak stół prowadzącego zajęcia, to jednocześnie stół studentów.

Prowadząca przychodzi, czuć ją olejkiem eukaliptusowym z kilkunastu metrów, oczy czerwone i załzawione, nos spuchnięty – i zaczyna od wychrypienia, że ma grypę, więc będziemy pracować powoli.
Mamy z nią spędzić 3 godziny zamknięci w bardzo małej przestrzeni.

Wstałam, powiedziałam, że współczuję stanu, ale wychodzę, bo nie chcę się zarazić. Usłyszałam, że mam siedzieć, a jak wyjdę, to nie zaliczę zajęć. 10 minut negocjacji – wyszłam. Z nieusprawiedliwioną nieobecnością.

Poszłam do sekretariatu katedry, wzięłam kartkę papieru i wysmarowałam skargę, że prowadząca jest chodzącym zagrożeniem infekcyjnym, zmusza mnie do ekspozycji na wirusa, a ja z jej ćwiczeń miałam iść na oddział, na zajęcia kliniczne. Przy oddawaniu skargi i żądaniu poświadczenia przyjęcia na kopii, dowiedziałam się od sekretarki, że mi się naprawdę w życiu nudzi i za chwilę kark mi pęknie od zadzierania nosa.

Napisałam więc drugą skargę – "komentowanie mojego życia i jego rozrywek, nie mieści się w moim rozumieniu pracy sekretarki".

Zastanawia mnie jedno. Przez te wszystkie lata na studiach ani razu nie dostałam opieprzu za łamanie procedur bezpieczeństwa albo brak staranności. Zawsze zbierałam po głowie za zwracanie na to uwagi innym. A teraz słucham tych wszystkich narzekań, że wszędzie bylejakość, nikt nikogo nie traktuje poważnie i wszyscy olewają wszystko. Hipokryzja wiecznie żywa.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 295 (323)

#77445

(PW) ·
| Do ulubionych
Uczelnia medyczna. Budynek wybitnie niedostosowany do potrzeb niepełnosprawnych (bo ironia losu być musi). Po schodach - wąskich, stromych i mokrych - usiłuje skuśtykać dziewczyna o kulach. Na pierwszy rzut oka widać, że prawie nie umie się z nimi poruszać.

Co należy zrobić, żeby ją minąć i szybciej zejść na dół? ODEPCHNĄĆ. Tak, odepchnąć, nie otrzeć się, zahaczyć przypadkiem torbą albo ramieniem, tylko z premedytacją przepchnąć na bok. Niech wszyscy wiedzą, że nie masz czasu, bo rozmawiasz przez komórkę i tutaj PRACUJESZ. Dziewczyna sturlała się na sam dół - ty się nawet nie odwracasz.

Media poinformowane, jutro pójdzie soczysta skarga do dziekana - nawet jeśli uzna, że "to było poza stosunkiem pracy i poza czasem wykonywania obowiązków" (czego się spodziewam ja i koleżanka, z którą pomogłyśmy dziewczynie się pozbierać), to mam nadzieję, że ktoś dzięki temu przepchnie choćby zamontowanie lepszej poręczy.

Od siebie powiem tyle - wiem, jakim samochodem gad jeździ, wiem, gdzie parkuje i wiem też, jak stać się nierozpoznawalną na monitoringu.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (290)