Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kofi_or_ti

Zamieszcza historie od: 27 września 2014 - 6:42
Ostatnio: 15 września 2016 - 12:11
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 3820
  • Komentarzy: 8
  • Punktów za komentarze: 125
 

#73924

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod koniec kwietnia moja kuzynka skończyła liceum i razem ze znajomymi postanowili uczcić to tzw. plenerowym "piwem". Nie udali się jednak w ustronne miejsce, ani do żadnego pubu, a kręcili się z alkoholem po rynku, gdzie jak wiadomo pić się nie powinno.

W pewnym momencie rozchichotaną grupkę przyuważył policjant na służbie - prywatnie mój sąsiad i kolega ojca wspomnianej kuzynki. Podszedł do nich, pogroził palcem i powiedział, żeby poszli do pubu, albo do domu, bo w miejscach publicznych pić nie wolno i mogą dostać srogi mandat. Puścił ich tylko ze względu na to, że znał moją kuzynkę.

Gawiedź zaśmiała się, udawała, że salutuje i oddaliła się parę kroków, a policjant wsiadł do radiowozu i razem z kolegą zaczęli krążyć po okolicznych uliczkach. Nie minęło parę minut, a ponownie dostrzegli grupkę młodzieży, która nie dość, że pije praktycznie na środku jezdni to jeszcze zachowuje się głośno i rzuca puszki i butelki na chodnik. Tego już policjanci nie mogli zignorować, więc przystąpili do wykonywania czynności i wlepili całej grupie mandaty.

Parę dni później mój ojciec spotkał sąsiada i ten pożalił mu się, że rodzice mojej kuzynki nie chcą z nim rozmawiać, a ona sama jak go widzi to mamrocze pod nosem wyzwiska typu JP100%, j*bać psy itp. Zarówno ona, jak i jej rodzice, a także znajomi uważają, że policjant zachował się jak służbista, bo nie mógł odpuścić szczeniakom jednego piwa.

Wiem, że kuzynka nie przyznała się, że urządzili na rynku regularną libację, a także pominęła to, że policjant z dobrego serca początkowo tylko zwrócił im uwagę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 461 (467)

#71167

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedziela, godziny mocno popołudniowe.
Jadę pociągiem. Pociąg nie był zatłoczony, ale siedziało w nim sporo ludzi, m.in. bohaterowie mojej opowieści - kobieta po czterdziestce i chłopiec w wieku 6-7 lat.

Miałam do przejechania kilka stacji, przejazd miał mi zająć około godzinę. Rozsiadłam się na miejscu, wyjęłam książkę i planowałam rozkoszować się podróżą. Nie było mi to jednak dane, właśnie dzięki wspomnianej parce.
Chłopiec płakał. Nie, błąd, chłopiec wył. Darł się jakby go obdzierali ze skóry. Po prostu siedział i krzyczał. Jego opiekunka (może matka, nie wiem) siedziała obok i zachowywała się jakby miała w uszach stopery. Wrzaski dziecka nie robiły na niej żadnego wrażenia. Na początku starałam się to ignorować, choć nie czułam się zbyt komfortowo. Myślałam, że mały w końcu znudzi się tym "płaczem" i zamknie jadaczkę, wręcz modliłam się, żeby znużony usnął. Daremne jednak były moje prośby, bo dzieciak rozkręcał się coraz bardziej. W końcu od jego wrzasku zrobiło mi się niedobrze, poczułam, że kręci mi się w głowie i zaraz zemdleję. Wstałam i podeszłam do chłopca.

Ja: - Czy mógłbyś się uspokoić? Nie jesteś tutaj sam.

Zauważyłam, że reszta pasażerów jakby odetchnęła z ulgą, że ktoś w końcu wstał i zainterweniował. Narosła we mnie wściekłość - każdemu to przeszkadzało, ale nikt nie przerwał tego wątpliwej jakości koncertu, pewnie gdybym nie wstała, dzieciak wyłby do samej stacji końcowej.

Mateczka/opiekunka na mój widok nastroszyła się jak kwoka. Przyciągnęła dziecko do siebie, całe czerwone od płaczu i krzyku.

Pani: - Co jest, urwa! To nawet dziecko już w p*****lonym pociągu nie może sobie popłakać?! Wszystko ci w dupie przeszkadza?!

Ja: - Proszę go uciszyć, bo mnie od tego wrzasku głowa boli.

Pani: - To masz problem.

Myślę sobie - policzymy się inaczej. Poszłam do konduktora, bo naiwna myślałam, że on zainterweniuje. Co usłyszałam od kierownika pociągu? "Jeśli ta pani i jej synek mają ważne bilety, to ja nic nie mogę zrobić".

Koniec końców przeniosłam się z przedziału na korytarz, bo naprawdę nie mogłam tego wytrzymać. Krzyk dzieciaka było słychać nawet przez zasunięte drzwi. A pani przy wysiadaniu nie omieszkała na mnie wpaść i prawie mnie przewrócić.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (271)

#71036

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio kiepsko się czułam, spóźniała mi się miesiączka i postanowiłam udać się do lekarza.
Poszłam do takiego "zaufanego", poleconego mi przez mamę i jej koleżanki. Doktor miał być miły, kompetentny i empatyczny.
Zachodzę do gabinetu, patrzę, a tam poczekalnia pełna kobiet. Spoglądam na zegarek z myślą, że może mi się godziny pomyliły, ale nie, zbliża się 16, jestem umówiona na 16:10, wszystko gra.
Zameldowałam się w rejestracji (taki wymóg), zmierzono mi ciśnienie, wciśnięto w rękę kartę pacjenta i miałam podejść do poczekalni. Tam okazało się, że wszystkie panie miały być przyjęte przed 16, ale doktor znacznie się spóźnił i wszystko się przesunęło. Myślę sobie, że trudno, może się coś stało, jakiś wypadek. Czekałam sobie prawie godzinę, w końcu wchodzę do gabinetu i wyłuszczam swój problem.

[dok]: W czym problem?

[kot]: Panie doktorze od mniej więcej dwóch tygodni źle się czuję, jestem słaba, źle sypiam i spóźnia mi się miesiączka.

[dok]: Ile czasu?

[kot]: 8 dni.

[dok]: Sądzę, że jest pani w ciąży. Ile ma pani lat?

[kot]: 18, ale nie jestem w ciąży, to niemożliwe.

[dok]: Niemożliwe, bo co? Bo się zabezpieczaliście? Kiedy gówniary zrozumieją, że stosunek przerwany to nie jest forma antykoncepcji?! Latają potem takie nastolatki z brzuchami i papierochami w łapie, dzieciaki się rodzą chore i zdeformowane!

[kot]: Ale ja nie uprawiałam jeszcze seksu, jestem dziewicą.

Doktor wydawał się być zbity z tropu, ale zaraz wstał ze swojego fotela i krzyknął do recepcji przez korytarz pełen kobiet:

[dok]: Pani Hanko, trafiła nam się osiemnastoletnia DZIEWICA!

W zasadzie nie wiem dlaczego to zrobił, bo ta pani z rejestracji nawet nie podeszła do gabinetu. Nie sądziłam, że wzbudzam taką sensację, niemniej jednak poczułam się "trochę" upokorzona.

Dalsza część badania była równie absurdalna. Pan doktor kazał mi położyć się na leżance i mimo wszystko postanowił zbadać mnie "tradycyjnie" cały czas podśmiewając się pod nosem i czyniąc głupie uwagi, że pewnie nikt mnie nie chciał, albo jestem za święta na dobrą zabawę. Pomijam już nawet to, że w trakcie mojego badania, pielęgniarka wparowała do gabinetu bez pukania, zostawiając otwarte drzwi na oścież, tak, że wraz z paniami w poczekalni mogłyśmy się wzajemnie obserwować.

Na koniec zapisał mi tabletki na wywołanie okresu i kazał wrócić za 2 tygodnie.

Wyszłam z gabinetu na trzęsących się nogach, pewna, że nigdy tam już nie wrócę. Podeszłam do poczekalni oddać moją kartę pacjenta, a tam wspomniana wcześniej "pani Hanka" odebrała ją ode mnie ze słowami:
[PH]: Ty się dziecko nie przejmuj, doktor taki nerwowy, bo go żona z domu wyrzuciła.
W sumie nie wiem dlaczego mi to powiedziała.

dochtór

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 363 (399)

#70875

(PW) ·
| Do ulubionych
Jesteśmy w sklepie z typu "cash and carry".

Jak wiadomo sklepy takie mają wielką powierzchnię i wiele działów, które pewnie niewiele osób potrafi wymienić. Spacerujemy z rodzicami pomiędzy półkami i dochodzimy do działu z zastawą stołową, szklankami itp.

Na środku owej alejki stoi sobie beztrosko wózek z wrzeszczącym ile sił w płucach dzieckiem.
Dookoła wózka zebrała się już spora grupka gapiów. Jakaś kobieta próbowała uspokoić płaczącego niemowlaka, inna osoba poszła po kogoś z obsługi.

Przyszedł pracownik, przeprowadził wstępny wywiad, z czego mogliśmy się dowiedzieć, że wózek z głośną zawartością stoi tu już od dobrych dwudziestu minut, a może i nawet dłużej. Matki - brak. Pracownik zareagował i po chwili z megafonów rozległy się komunikaty proszące zbiegłą mamusię o pojawienie się we wspomnianej alejce w celu odebrania dziecka spod opieki obcych ludzi (wielkie brawa, że ktoś się w ogóle dzieckiem zainteresował).

Mija następne 10 minut, ludzie zaczynają się niecierpliwić, w końcu grupka "opiekunów" się zmniejsza i zostajemy tylko my + jeszcze jedna kobieta, szczerze zaniepokojona co się stanie z maluchem dalej.

W końcu jest! Przybiega pani na oko 25-30-letnia, z wózkiem wypakowanym po brzegi ubraniami. Na widok naszych niespecjalnie szczęśliwych min, wpadła we wściekłość i zaczęła krzyczeć, że chcemy porwać jej wózek, na co wtrąca się mój ojciec.

[o]: Żadnego wózka nie chcemy ukraść, tylko go pilnujemy, bo pani bezmyślnie dziecko same zostawiła!
[k]: A co to pana obchodzi?! Mój dzieciak, moje prawo! Przecież nie będę z nim wszędzie biegała!
[o]: Dziecko od pół godziny płacze, a pani sobie spokojnie robi zakupy! Ochrona jest zawiadomiona, to jest przecież nie do pomyślenia żeby takie małe dziecko samo zostawić.
[k]: Spier...

Przyszła ochroniarka i pouczyła panią, że dziecka samego w sklepie zostawić nie można i podchodzi to pod zaniedbanie. Oczywiście padła formułka, że jeśli się to powtórzy, to zostanie zawiadomiona policja.
Pani pozwolono zabrać wózek i dokończyć zakupy, ale nam się już tego odechciało. W samochodzie mamie zebrało się na refleksję, że jak kiedyś zgubiła mojego brata w supermarkecie, to od zmysłów odchodziła zanim się nie znalazł. A tutaj "mamusia" zostawiła niemowlę samo i jeszcze uważała, że to nic złego.
Dobrze, że ktoś się nim zajął.

sklepy mamusia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 303 (325)

#70599

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój najstarszy brat (mam ich trzech) ożenił się półtora roku temu, a od świąt w sądzie leżą jego papiery rozwodowe.

Żona brata jest starsza ode mnie o 2 lata, czyli ma teraz 20 lat. Kiedy poznali się z bratem miała 17 lat, a brat 24. Pobrali się po nieco ponad roku związku. Brat był bardzo zakochany i szybko się oświadczył, ona zachwycona, bo jako pierwsza z koleżanek się zaręczyła. Ledwo skończyła 18 lat, a już zaczęła nalegać na ślub. Twierdziła, że jest gotowa, że skoro się kochają, to po co czekać.
Zarówno moi rodzice jak i jej rodzina sądzili, że na ślub jest jeszcze dużo za wcześnie, ale panna zagroziła dramatycznie, że albo się zgodzą, albo ona ucieknie i już jej nigdy nie zobaczą.

Brat chciał skromnej uroczystości w urzędzie (planował wszystko sam zorganizować w kwestii finansowej), ale panna uparła się na huczny ślub kościelny i wesele na 100 osób. Na nic zdały się perswazje, że ich na to nie stać. Księżniczka chciała i już. Złożyły się obie rodziny, wzięto kredyt i jakoś się to zorganizowało. Panienka była zachwycona, że ma piękny ślub, a brat oblewał się potem jak tylko pomyślał o spłacie kredytu.

Blisko rok po ślubie żonce nagle się odwidziało. Ona jednak chce się bawić, imprezować i randkować. Ona jednak była za młoda na ślub, a teraz jest uwiązana przy jednym chłopaku. Ona tak nie chce. Demonstracyjne kłótnie były na porządku dziennym. Bratowa kilka razy w miesiącu ostentacyjnie wyprowadzała się do swoich rodziców. Tam wypłakiwała im się w ramię, że bycie żoną ją przytłacza. Matka próbowała tłumaczyć, że sama chciała tego ślubu, wręcz go żądała. Brat u kresu wytrzymałości przyjeżdżał po nią i błagał żeby wróciła. Wracała triumfująca i za parę dni powtórka z rozrywki.

W końcu brat nie wytrzymał i podczas którejś z kolejnych kłótni wydarł się na nią, że skoro czuje się taka przytłoczona i uwięziona, to on się chętnie rozwiedzie.
Żona wyszła z domu i nie wracała przez parę dni. Brat założył, że jest u swoich rodziców i nawet jej nie szukał. Potem przez przypadek odkrył, że żona, która podobno "już się wyszumiała" miała na boku faceta, nawet zaszła z nim w ciążę. W sądzie wylądowały papiery rozwodowe.

Widuję czasem prawie byłą bratową na mieście. Odwraca głowę jak mnie widzi. Mam nadzieję, że ze wstydu.

Skomentuj (87) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 480 (524)

#70436

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z wczoraj.
Wybrałam się na prośbę mamy na popołudniowe zakupy do pobliskiego marketu. Po zakończeniu zakupów ustawiłam się w kolejce, przede mną stały trzy osoby - starsza pani, kobieta z dzieckiem, na oko czteroletnim, za nią facet z wózkiem wyładowanym po brzegi.
Dziecko w kolejce się nudziło i zadawało przeróżne głupiutkie pytania. Kiedy jego wzrok padł na prezerwatywy, oczywiście nie omieszkało o nie wypytać.

Jego mama była trochę zmieszana, no bo jak wytłumaczyć takiemu malcowi do czego służą tzw. "gumki". Starała się jakoś umiejętnie ominąć ten temat. Piskliwy głosik dziecka najwyraźniej irytował stojącego za nimi pana, bo wywracał oczami. W końcu nie wytrzymał i mówi:

[p]: Niech pani powie dzieciakowi do czego są gumy. Niech się nauczy, że biedota nie powinna się rozmnażać - i tu ironiczne spojrzenie na raczej skromne zakupy pani mamy.

Kobieta nic nie powiedziała, tylko się zaczerwieniła i w milczeniu zaczęła pakować skasowany już towar. Kiedy przyszła kolej pana, kasjerka wstała i mówi do mnie "pani poda te prezerwatywy". Kiedy je otrzymała rzuciła je na wielką górę zakupów faceta i mówi:

[k]: Ja panu zapłacę za te gumki, żeby pan miał na przyszłość, bo tacy jak pan też się nie powinni rozmnażać.

Oczywiście nastąpił raban i wrzask z ust owego mężczyzny, wzywanie kierownika itp. Mnie poproszono do przejścia do innej kasy, więc nie wiem jak cała sytuacja się skończyła, ale jedno jest pewne - kasjerka stała się dla mnie bohaterką dnia.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 599 (661)

#70323

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci moich sąsiadów bardzo chciały mieć psa.

Ich matka nie chciała się zgodzić, bo mówiła, że nie lubi zwierząt, bo brudzą i kłaczą. Tłumaczyła swoim dzieciom, że piesek będzie się męczył na 50m2, bo nawet dla ludzi jest tam mało miejsca, a poza tym są one za małe (6 i 8 lat) i nieodpowiedzialne. Dzieci płakały, darły się aż pękała głowa, więc w końcu sfrustrowany całą sytuacją tatuś kupił dzieciom psa.
Sąsiadka była wściekła i chciała go oddać, ale wiedziała, że wtedy lament będzie jeszcze większy i postanowiła spróbować znieść jakoś obecność czworonoga w domu, jednak umywa całkiem od niego ręce - czyli kwestia opieki nad zwierzem, wyprowadzenie, kąpiele, karmienie leżały w gestii dzieci i męża.

Ojciec chodził do pracy i kiedy wracał był zbyt zmęczony żeby chociaż wyprowadzić psa na "siku", a dzieciom jak nietrudno się domyślić rozszczekany zwierz szybko się znudził, więc nie miał się kto nim zajmować. Sąsiadka chciała być konsekwentna, więc zagroziła dzieciom, że jeśli nie zaczną zajmować się psem to odda go do schroniska. Dzieci podniosły alarm, wrzeszczały, płakały, ale po paru dniach piesek znowu poszedł w odstawkę zastąpiony cichym i poręcznym tabletem, który nie wołał jeść, ani nie sikał na dywan, więc mama zapakowała psa do samochodu i odwiozła do schroniska.

Na święta, mimo protestów i niezadowolenia matki, dzieci dostały od dziadków kota. Aż strach pomyśleć co się z nim stanie.

dzieci i ryby

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 514 (534)

#70022

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja przyjaciółka pochodzi z biednej rodziny, ale nie patologicznej. Pracuje tylko jej tata, jej mama zajmuje się domem. Od czasu śmierci jej babci we wrześniu poziom ich życia jeszcze bardziej się obniżył, bo stracili rentę, którą babcia dostawała po dziadku.

Przyjaciółka więc widząc, że nie ma żadnych perspektyw, porzuciła szkołę i wyjechała do pracy za granicę. Na początku było jej ciężko, bo praca była fizyczna, ale z czasem przyzwyczaiła się i zaaklimatyzowała w nowym miejscu. Zaczęła zarabiać pieniądze o jakich w Polsce mogłaby tylko pomarzyć. Kiedy pierwszy raz przyjechała do Polski nakupowała rodzicom i rodzeństwu prezentów, bo spokojnie było ją na to stać. Jej mama, widząc, że córka doskonale sobie daje radę pożaliła się, że im ledwo starcza do pierwszego, bo ojciec zarabia bardzo mało i nie mają za co opłacić rachunków. Przyjaciółce zrobiło się bardzo przykro i obiecała, że będzie przysyłać rodzicom 1/3 swojej wypłaty co miesiąc. Rodzice byli wzruszeni i zachwyceni hojnością córki.

Minęły 3 miesiące i okazało się, że za pieniądze jakie moja przyjaciółka wysyła rodzinie nie są płacone rachunki, ale kupowane głupoty typu nowe telefony, laptopy dla rodziców i tablety dla dzieci. Koleżance było smutno i zagroziła, że nie będzie więcej przysyłać żadnych pieniędzy, skoro oni ją okłamali. Jej matka na to powiedziała, że ojciec rzucił pracę, bo nie opłacało mu się tyrać za 1200 zł miesięcznie podczas gdy ona przysyłała im prawie 2 razy tyle, wobec tego nie może ich tak zostawić, bo nie będą mieli za co żyć.

Powiedzcie kim trzeba być, żeby tak naciągać na pieniądze własne dziecko i jeszcze kłamać w żywe oczy? Kim jest ojciec, który porzuca pracę, aby żyć na koszt ciężko pracującego dziecka? Powiedzcie mi, bo ja już nic z tego nie rozumiem.

"rodzinka"

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 901 (955)

1