Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mikado188

Zamieszcza historie od: 30 października 2010 - 14:27
Ostatnio: 23 stycznia 2017 - 13:51
  • Historii na głównej: 10 z 16
  • Punktów za historie: 4781
  • Komentarzy: 165
  • Punktów za komentarze: 884
 

#76725

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część trzecia.

Przez dłuższy okres pracowałam dla agencji kelnerskiej „wynajmujących” kelnerów hotelom i na cateringi. Piekielności gości jakie mnie spotkały bądź których byłam świadkiem:

Najbardziej „piekielnogenne” były imprezy urządzane dla pracowników banków – wóda lała się strumieniami, a większość gości traciła kontakt z rzeczywistością po około 3 godzinie imprezy.

Idę korytarzykiem łączącym dwie sale przeznaczone na imprezę, taca ciężka, pełna wysokich kieliszków z czerwonym/białym winem i szampanem. Wtem ktoś ni z gruszki ni pietruszki łapie mnie z tyłu za szyję i zaczyna mną trząść. Odruchowo spinam kark, ramiona idą do góry, pochylam się, kompletnie zaskoczona nie wiem co robić – taca pełna, a ja mam niestety duży biust, który przy moim skuleniu się od dłoni na karku naparł na ciężką tacę – cudem nic nie spadło. Do tej pory jak o tym pomyślę robi mi się gorąco – za stłuczone szkło musiałabym zapłacić, a z zalaną koszulą i spodniami nie mogłabym pracować i zostałabym odesłana do domu (zapłacono by mi 20 zł za przepracowane 2 godziny, nie 90 za 9 godzinną zmianę).

Śmieszkiem okazał się jeden z gości, jakiś gnojek wyglądający na świeżo po studiach – „Co się spinasz mała? Bawimy się! Hłe hłe hłe!” Po czym oddalił się kołysząc się na boki jak typowy Sebix na dzielni. Nie, nie był pijany, kołysał się „dla szpanu” przed towarzyszącą mu tlenioną dziunią, która usłużnie zarechotała na ten wyborny dżołk.

Impreza w hali również dla banku. Stałam na szatni wraz z koleżankami – główny organizator zakazał nam wydawać kurtek w przypadku zgubienia numerka. Wg instrukcji taka osoba zostaje do końca imprezy i dopiero wtedy komisyjnie następuje oddanie płaszczyka czy innego futerka. Dlaczego? Bo na imprezie było ponad 100 gości i nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kto jest gościem, a kto złodziejem udającym gościa, który zgubił numerek. Wejście jest przedzielone jedynie kotarą i każdy sobie mógł wejść i wyjść. Za uchybienie obowiązkowi i wydanie kurtki bez numerka grozi nam kara umowna w wysokości 50 zł i koszta ukradzionych rzeczy. No i przechodzimy do szczegółów:

Pierwszy gość podpity, ale zachowujący trzeźwość umysłu jak sądziłyśmy. Mówi, że zgubił numerek, ale on sobie kurtkę zaraz znajdzie. I bezpardonowo zaczyna pchać się za stół. Zostaje przez koleżankę zatrzymany, pouczony, że nie może wchodzić na teren szatni. Dogadaliśmy się z zastępcami organizatora, że oni mogą wydać kurtkę przed końcem imprezy, mówimy więc gościowi, żeby szukał mężczyzn w garniturze z logiem cateringu i złotym krawacie, bo my szatni opuścić nie możemy, by poszukać za niego, nie możemy mu też wydać kurtki bez numerka. Pan naburmuszony wraca na salę, przychodzi po trzech minutach z kieliszkiem wina w ręku, którego to zawartością chlusnął koleżance w twarz. Bo co ona sobie kuffa wyobraża? Nie wie kim on jest? Tutaj panowie ochroniarze wkroczyli do akcji, złapali szanownego pana za fraki i przeszukali kieszenie. Numerek się znalazł – pan został wyrzucony niczym szmaciana lalka za kotarę, kurtka poleciała za nim.

Impreza się rozkręca – przychodzi para gości, jak to się mówi „tańcząc tango” – czyli są tak naje... ekm... napici, że stawiają dwa kroki do przodu, jeden do tyłu, dwa do przodu, jeden do tyłu. Itd. Facet wygarnia wszystko z kieszeni i rzuca mi to na stół. Wyławiam z kupki numerek i już chcę podać kurtki, gdy wtem rzyyyyyyg równym strumieniem. Gdybym nie odskoczyła na bok, wymiociny wylądowałyby na moim dekolcie. Facet jak gdyby nigdy nic, ociera usta wierzchem dłoni i odbiera ode mnie kurtki.

Koniec imprezy – jest już luźniej. Podchodzi do mnie kobieta ubrana jak z żurnala, z biżuterią pewnej znanej firmy jubilerskiej za sumę, na którą bym pewnie ze trzy lata musiała pracować. Twierdzi, że zgubiła numerek, ale mamy jej wydać futerko „tout de suite”. (Autentycznie użyła tego wyrażenia) Odpowiadam, że nie mogę jej wydać okrycia bez numerka. Panienka zaczyna się drzeć, że to jej własność i co ja sobie wyobrażam. Obrazowo zaczyna tupać nogą i wołać jakiegoś mężczyznę. Przychodzi facet co najmniej 20 lat od niej starszy, na szczęście bardziej ogarnięty, przeprasza nas „za kruszynkę” i wyciąga numerek. Okrycia wydajemy. Happy end? Bynajmniej. Mężczyzna kieruje się do wyjścia, „kruszynka” zaś syczy w moim kierunku „kur*****!” (rymuje się z korniszon) po czym kopytkuje za swoim wybrankiem czy może ojcem.

Wychodzą ostatnie osoby - podchodzi pani w średnim wieku, wzrok szklisty, nieobecny. Podaje mi numerek, po czym zaczyna kłaść mi się na stole (rzygowiny wcześniejszego gościa zdążyłyśmy posprzątać.) Podaję czarny płaszcz. Pani budzi się, podrywa ze stołu i wrzask: To nie jest moja kurtka! Ja oczy w słup, bo jeszcze coś takiego mi się nie zdarzyło. Podchodzi mężczyzna, jak mniemam jej mąż, wzdycha, bierze kobietę na bok. Wraca, po czym stwierdza rycersko -"Moja Pani zgodziła się ze mną, że to jednak jej kurtka". Po czym wyszli, pan nawet uchylił nam kapelusza na pożegnanie.

Nie wiem jak można się doprowadzić do takiego stanu. Rozumiem, że darmowy alkohol bez limitu kusi, ale że aż tak?

gastronomia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (Głosów: 262)

#76628

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część druga.

Kawa. O kawie można książki napisać. Nie ma nic złego w tym, że ktoś się na kawie nie zna; jak przyjechałam na stałe do Warszawy wiedziałam, że istnieje kawa czarna, biała i cappuccino. Czym jest espresso czy latte nie miałam pojęcia, pytałam baristów w kawiarni. Niestety nie wszyscy potrafią się przyznać, że czegoś nie wiedzą, każdą prośbę o doprecyzowanie, czy próbę wytłumaczenia, że coś, o co proszą nie istnieje, reagują awanturą i śmiertelną obrazą.

Cztery wybrane przypadki z mojej pracy:
1.Wchodzą dwie panie po pięćdziesiątce, chcę podać kartę, panie jednak mówią, że one tylko na kawę i ciastko, pytają jakie mamy desery. Po udzieleniu przeze mnie odpowiedzi pada zamówienie:
- To poprosimy dwa serniki i jedną białą latte, a drugą czarną.
- Proszę Pani, nie ma czegoś takiego jak biała i czarna latte. Latte to pojedyncze espresso z dużą ilością spienionego mleka.
- Ale co pani opowiada, ja byłam w Monachium i tam była czarna i biała latte!

Jako, że były to początki mojej kariery i generalnie nie miałam jeszcze odporności na ludzkie nieogarnięcie i przeświadczenie o własnej nieomylności, próbowałam dalej tłumaczyć, ewentualnie starać się dopytać o co dokładnie chodzi. Pytałam, czy może chodzi o zwykłą czarną i białą kawę, lub też o klasyczne latte i latte macchiato, czyli latte dwuwarstwowe i trójwarstwowe. Panie się coraz bardziej nakręcały, ja lekko już przestraszona (jak to świeżynka) pytam, czy mogłyby mi powiedzieć jak robi się te magiczne czarne i białe latte. Pani święcie oburzona wykrzykuje:
- Ja mam cię dziewczyno uczyć jak robić czarną i białą latte!? Ty to powinnaś umieć! Rowy kopać, a nie do kulturalnych ludzi przychodzić!

Poszłam w końcu po kierownika w zasadzie ze łzami w oczach, bo to był mój pierwszy tydzień pracy i brałam jeszcze wszystko do siebie. Menager po usłyszeniu historii wyglądała jak z mema internetowego „Are you fuc*ing kidding me?” Po czym poleciła wracać za bar, a ona je obsłuży. Po tym jak wyszły podeszła do mnie i powiedziała, że jakby kiedy wróciły mam je zbyć mówiąc, że nie podajemy czegoś takiego jak czarna i biała latte i zaproponować coś innego, a jakby się awanturowały, to po prostu wyprosić.

2. Druga historia miała miejsce jakieś 3 miesiące później. Przychodzi małżeństwo, również po pięćdziesiątce. Pani siada do stolika, pan podchodzi do baru i chce złożyć zamówienie.
- Poproszę kawę z ekspresu.
- Jaką?
- Poproszę kawę z ekspresu.
- Dobrze, ale jaką? Latte, cappuccino?
- (unosząc głos) Poproszę kawę z ekspresu!!
- Proszę pana, każda kawa jest z ekspresu, chodzi mi o ro…
- (drąc się) Poproszę kawę z ekspresu!!

Zacisnęłam usta i zaczynam odliczać do dziesięciu. Facet, szczęście w nieszczęściu, nie czekał na moją reakcję i dodał warcząc „Jak już pani zrobi, to proszę dodać do niej małą łyżeczkę mleka 3%.” Po ilości mleka strzeliłam, że chodzi o espresso. Zrobiłam, wypił. Czyli trafiłam. Podchodzi drugi raz do baru – „Poproszę sok z pomarańczy świeżo wyciskany”. „Niestety nie mamy, mogę zaproponować jedynie sok z butelki.” Cisnął we mnie 20 złotówką za colę dla żony i swoją kawę po czym wyszedł obrażony.

3. Wchodzi pani koło sześćdziesiątki z mężem. Rzuca mi od razu przy drzwiach wejściowych, nie zważając, że kończę się rozliczać z innym klientem – „Poproszę dużą czarną kawę!”. Odpowiadam: „Mamy jeden rozmiar kawy, w przypadku czarnej kawy to 200 mililitrów.” Pani patrzy na mnie jakbym ją właśnie spoliczkowała, jednak siada przy stoliku z mężem i rzuca „Daj mi kartę”. Podaję, czekam na zamówienie. Pani patrzy w menu, krzywi się.
- Dlaczego tu są tylko cztery rodzaje kawy?
- Niestety tylko tyle oferujemy.
- W Costa coffee jest więcej! I gdzie są kawy 500 mililitrów?
- Proszę pani, nie jesteśmy kawiarnią, tylko pizzerią, mamy 30 rodzajów pizz w czterech rozmiarach, ale jeżeli chodzi o kawę, to mamy tylko to i automatyczny ekspres ciśnieniowy.
- Dobra, poproszę tą czarną kawę, te 200 mililitrów.

Podaję, pani wypija, milczy. Mąż prosi o rachunek, płaci. Wstają, kierują się do wyjścia. Otwieram usta, by powiedzieć „do widzenia”, wtem kobieta się odwraca i wykrzykuje: „Wstydzilibyście się taką lurę podawać, prostaki! Więcej tu nie przyjdę!”. Wytrzeszczyłam oczy, kontrolnie zrobiłam kawę w ekspresie, wyszła normalna kawa, o standardowej mocy, jak w typowych kawiarniach.

4. Wchodzi Pani koło sześćdziesiątki. Były to ostatnie tygodnie pracy w tej pizzerii, bo pensja w stosunku do oferowanych warunków zatrudnienia i piekielności gości nie była wystarczająca, by przełknąć narastającą frustrację. Siada i prosi „czarne cappuccino z mlekiem”. Mając w pamięci kobiety z pierwszej historii, chce się upewnić, czy chodzi o standardowe cappuccino. Pani zdziwiona, zaczyna się plątać, w końcu prosi „czarne cappuccino bez mleka”. Podaję kartę i chcę wytłumaczyć z czego składa się cappuccino, ale Pani widząc cenę 6,90 w menu zaczyna dociekać czemu tak drogo. Mówię, że jak na Warszawę to typowa cena za kawę w knajpie z obsługą kelnerską. Pani prycha, „myślałam, że ze 3 złote będzie, tak to nie chce!”. Wyszła.

Nie chcę nawet myśleć co przeżywa obsługa w kawiarniach.

gastronomia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (Głosów: 242)

#76462

(PW) ·
| Do ulubionych
Dentyści. Dobrego znaleźć trudno, mam czasem wrażenie, że trudniej niż lekarza specjalistę typu neurolog czy psychiatra. Moja droga krzyżowa z zębem, trwała parę lat.

Pierwszą dentystką i główną odwalającą fuchę była dentystka nr 1. Znajoma mojego ojca z liceum, do której mój ojciec nie wiedzieć czemu do tej pory chodzi. Poszłam z popsutym zębem, miało zakończyć się na zwykłej plombie, więc zabieg rutynowy. Kobieta rozmawiała przy mnie z asystentką jakby mnie nie było, dodatkowo Bóg raczy wiedzieć czemu, miały obie zaciesz, że wyrzynają mi się zęby mądrości, co jak mnie uczono na biologii, w wieku 18 - 19 lat nie jest niczym szczególnym. Do tej pory nie wiem, co było w tym śmiesznego. Nie odzywałam się, bo nastolatką byłam mocno zahukaną. Zrobiła plombę (zabieg był bez znieczulenia), po jakichś 15 minutach od wyjścia z gabinetu ząb zaczął niemiłosiernie boleć, więc poszłam do apteki po leki przeciwbólowe. Brałam jedną tabletkę za drugą przez dwa dni, nie mogłam spać w nocy. Poważnie rozdrażniona każę ojcu dzwonić, że kobieta ma mnie przyjąć tego samego dnia, bo dłużej nie wytrzymam. W trakcie rozmowy dowiaduję się, że ząb może mnie boleć i wydziwiam, ojciec jednak wymógł na niej wizytę. Decyzja pani doktor - zrywamy plombę i robimy kanałowo. Ból nie do zniesienia (gdy zapytałam, czy będzie boleć bardziej niż zwykłe plombowanie, powiedziała, że nawet nie poczuję). Po zabiegu ząb dalej boli. Znowu telefon. Usłyszałam diagnozę "ząb kanałowy boleć nie może". Poważnie wkurzona żądam od rodziców zmiany dentysty. Ci twierdzą, że lekarka ma rację i symuluję. Po kilku dniach ząb boli słabiej, trochę mrowi, przekonuję się sama, że może tak ma być. Ząb ćmi okresowo.

Dentystka nr dwa, rok później. Jestem już na studiach w Toruniu, 300 km od mojej rodzinnej miejscowości. Boli ząb równoległy, po drugiej stronie żuchwy. Okazuje się, że jest praktycznie całkowicie rozpuszczony w środku (nie bolał mnie w ogóle, wyszło dopiero przy kontroli), dentystka twierdzi, że już w zeszłym roku musiał być jakiś ubytek, tylko dentystka nr 1, go nie zauważyła. Podczas robienia zęba krew mi się leje obficie wartką strugą, dentystka pyta, czy mam jakieś problemy zdrowotne. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że mam kamicę nerkową i biorę leki na nadciśnienie. Kobieta wyskakuje (w trakcie czyszczenia kanałów w drugim zębie, czyli w połowie leczenia), że w takim razie chyba w ogóle nie powinnam mieć robionych zębów kanałowo. Odpowiadam, że mam już jeden ząb zrobiony tą metodą. Dentystka odpowiada "aha" i wzrusza ramionami, kontynuuje czyszczenie kanałów. Po tym incydencie mam nieodparte wrażenie, że stomatologa nie wybrałam zbyt szczęśliwie, więc wracam do mojej rodzinnej miejscowości do dentystki nr 3.

Stomatolog nr 3 kończy to, co zaczęła lekarka nr 2. Jako, że ma dobrą opinię i wszyscy ją zachwalają, mówię o pierwszym zębie, że jest robiony kanałowo, a czasem dalej mnie ćmi. Ta wytrzeszcza na mnie oczy, patrzy na ząb, mówi, że wygląda na zwykłą plombę, a nie ząb robiony kanałowo, robi prześwietlenie. Po obejrzeniu zdjęcia mówi, że rzeczywiście ząb jest kanałowy ergo martwy ergo boleć nie może. Mam koło tego zęba dużą odleżynę na dziąśle, pewnie mnie dziąsło boli. Ufając dobrej opinii, sprawę zostawiam.

1,5 roku później przenoszę się do Warszawy na studia. Ząb boli już całkiem konkretnie przy jedzeniu lub naciśnięciu palcem. Idę do wypasionej kliniki, bo do dentystki nr 3 już nie mam ochoty iść. Na recepcji po raz pierwszy w życiu słyszę, że taki ząb może mnie jak najbardziej boleć. Ulga, dobiłam nareszcie do kogoś kompetentnego, kto mi nie wmawia, że kłamię. U lekarza najpierw prześwietlenie, potem macanie dziąsła i zęba, by stwierdzić źródło bólu. Nie będę już się wdawać w szczegóły - konkluzja: dentystka nr 1 źle wyczyściła ząb (czyli po prostu odwaliła fuchę) i w zębie dalej rozwijały się bakterie. Gdybym przyszła parę miesięcy później ząb nadawałyby się wyłącznie do ekstrakcji, generalnie dentysta naszprycował go antybiotykami i ledwo, aczkolwiek dało się go uratować. Za całość zabiegów w wypasionej klinice zapłaciłam 1500 zł.

Nie chodzę już nigdzie indziej, wolę zapłacić nawet 20-30 % więcej i mieć dobrze zrobione zęby. Mało brakowało, a mając 21 lat nosiłabym protezę. Ząb oczywiście nie boli, a żaden inny ubytek doktorowi nie uszedł uwadze i dzięki Bogu mam wyłącznie te dwa zęby robione kanałowo. Jakoś czuję, że jakbym została u poprzednich dentystek, to już paru zębów bym nie miała.

dentyści

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (Głosów: 151)

#76008

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188.

Przez pół roku pracowałam w sieci pizzerii na D, która ostatnimi czasy zmieniła nazwę na dwuczłonową. Chciałabym wymienić moje ulubione typy klientów nawiedzających knajpę:

1.Czy ja się tym najem? Czy mnie to będzie smakować?

Wierzcie lub nie, ale takie pytania padały bardzo często – mnie i kolegów kelnerów wtedy najczęściej krew zalewała – przychodzi gość do knajpy i domaga się od dziewczyny obsługującej wiedzy, czy dana potrawa będzie w jego guście. To, że ja widzę faceta/kobietę pierwszy raz na oczy nie ma znaczenia – ja mam wiedzieć i już.

Próba tłumaczenia, że smak i ilość jedzenia sprawiającego, że będzie się sytym jest subiektywna, najczęściej spotykała się ze świętym oburzeniem i totalnym brakiem zrozumienia ze strony gości. Miałam klientów, którzy najadali się dwoma kawałkami pizzy, a miewałam panów, którzy zjadali ich osiem, zapijali kuflem piwa i jeszcze kawkę strzelali na dobry rozruch i dopiero wtedy byli kontenci.

Raz jak przytoczyłam w/w tłumaczenie (akurat w kolejnej pracy, restauracji sushi), usłyszałam, że jestem nieprzygotowana do pracy. Zaczęłam z czasem po prostu wymijająco podawać gramaturę, składniki, średnicę itp. Niestety ludzka głupota jest nieskończona:

Przychodzi kobieta, padają w/w pytania – staram się wybrnąć, opowiadam, co najczęściej zamawiają klienci, polecam pastę spinaci, opisuję dokładnie składniki (makaron, szpinak, kurczak, czosnek). Pani łaskawie się zgadza, składa zamówienie. Niestety widać, że kobiecie nie smakuje, dziobie w talerzu, minę ma nie tęgą, żąda usunięcia makaronu z rachunku. Dopytuję - czy może przesolone? Kurczak przypalony? Nie, klientka odpowiada: „A bo wie Pani, ja to w zasadzie nie lubię szpinaku…”

2.Brak czytania ze zrozumieniem/oburzenie, czemu tu tak drogo.

Nie jest prawdą, że czytać ze zrozumieniem nie potrafi tylko młodzież. Z najbardziej spektakularnymi przykładami miałam do czynienia obsługując ludzi 30-40-letnich. Nie były to również wyjątki – około 1/3 gości nie była w stanie przeczytać menu. Nie raz zdarzało się, że zamawiało się pizzę, napoje, przystawki, podwójne sery, grube ciasta i był szok, bo posiłek dla dwóch osób wyniósł ponad 80 zł. Czyja wina? No pewne, że moja, przecież nie ma możliwości, że pan i władca po prostu bezmyślnie zamawiał, nie patrząc na ceny. Nie raz przychodzili pod bar oburzeni klienci, mówiąc wulgarnie „z pyskiem” do mnie, że dlaczego ja im nie powiedziałam, że 0,5 l pepsi kosztuje 5,90? Normalnie mieli podane menu, gdzie jak wół była napisana cena za pepsi. Ich zdaniem najwyraźniej, powinnam przy składaniu zamówienia wcinać się w słowo zakrzykując gromko „ale to kosztuje tyle i tyle!”

Najbardziej jaskrawy przykład z mojej kariery: Przychodzi kobieta - zamówiła średnią capricioze z sosem. Podaję, zjadła wraz z mężem i córką. Wklepuję rachunek, przynoszę i szok! Bo pani powinna zapłacić mniej! Podaję menu - jak wół stoi średnia capi 26,90 +sos 2,99. (Tu trzeba opisać wygląd menu – w lokalach obowiązywała promocja, że przy zakupie dwóch pizz obowiązuje niższa cena za jedną – cena w promocji była pod ceną normalną, zakreślona w pętelkę i z gwiazdką). Co się okazało? Jaśnie Pani wzięła cenę ze średniej margarity, pięć pozycji wyżej. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest normalne, że ceną dla danej pizzy jest cena równoległa do nazwy pizzy. Niestety dla pani nie było to oczywiste.

Tu wyjaśniam niezachwianą logikę klientki: capricioza jest na piątej pozycji? Niechybnie ceną jest piąta pozycja od góry! A to, że co druga cena jest ceną promocyjną dla innej pizzy x, y, z itd. nie ma znaczenia. Walić pętelki i gwiazdki, pewnie są dla ozdoby. Do tej pory śmiać mi się z tego chce, bo z logiki pani wychodzi, że cena do capriciozy byłaby dobre 4 cm powyżej nazwy pizzy. Co więcej, próbowała się kłócić, że pytała mnie o cenę pizzy - przy składaniu zamówienia powiedziała „poproszę średnią capriciozę za 19,90”. Tak, moi drodzy wg klientki, to jest PYTANIE ILE KOSZTUJE PIZZA. Zarzuciła mi, że powinnam znać cenę każdej pizzy w menu – tu już nie wytrzymałam poziomu absurdu i ją wyśmiałam (mieliśmy 32 rodzaje pizzy w 4 rozmiarach, do każdej inna cena). Adnotacji o sosie to w ogóle nie dostrzegła, mimo że była w dwóch miejscach na stronie. Czyja wina? No pewno, że moja, bo powinnam się domyślić, że kobieta lat trzydzieści parę nie potrafi czytać.

3.Przyszedłem wydać 20 złociszy, masz mi paść do stóp.

Zawsze starałam się utrzymać dobry standard obsługi. Niestety niektórzy uważali, że skoro przyszli wydać 30 zł na obiad, powinnam zajmować się tylko nimi, nabijać na rachunek nienależne im zniżki itp, a kiedy odmawiałam, następowała obraza majestatu.

Przykład - przyszły dwie kobiety około 50 lat. Podaję menu, pytam czy coś do picia na początek. Wtem jedna z nich wtyka mi podane przed chwilą menu i żąda, bym im przeczytała całe menu na głos, to one sobie coś wybiorą. Odmówiłam mówiąc, że mam siedem innych stołów do obsługi i nie ma możliwości, bym stała przy nich 20 lub więcej minut i była lektorką. Nastąpiło w tym momencie skrzywienie. No bo jak to tak, one są klientkami i płacą. Ponownie odmawiam, mówię co mogę polecić. Panie pytają o promocje, żadna z wymienionych nie pasuje do nich, mówię o niższej cenie za jedną pizzę, gdy zamówią dwie. Panie zamawiają jedną pół na pół i zadowolone, że mają dwie pizze. Odmawiam nabicia zniżki tłumacząc, że to nie są dwie pizze. Ponowne skrzywienie. To one jednak zjedzą gdzie indziej, bo tu się źle traktuje klientów.

4. Znaj mą hojność, masz 20 groszy.

Rzecz w której przodują Hiszpanie. Nie ma obowiązku dawania napiwków. Sama wolałabym mieć ludzką stawkę za godzinę pracy – typu 9/10 zł za godzinę i nie mieć napiwków, niż zarabiać od pracodawcy 5 zł i dorabiać z tipów. Rzecz absolutnie wyprowadzająca z równowagi to zostawienie kelnerowi 5 gr, 20itp. Po prostu – otwierasz płatnik po wydaniu reszty i widzisz tam te grosiki. Hiszpanie mają wtedy święte przekonanie, że zachowali się światowo.

5.Przynoszenie własnego jedzenia.

Zdarza się częściej niż się wydaje, przodują w tym studenci. Przychodzi chłopak, mówi (dosłowny cytat) „Ja zjem calzone, a dziewczyna sałatkę, ma pani coś przeciwko?”. Wytrzeszczyłam oczy „Nie, czemu miałabym mieć coś przeciwko?” Chłopak odpowiada: „Nigdy nie wiadomo”. Podaję menu, dziewczyna odkłada swoje na bok, myślałam, że się rozmyśliła i nie będzie zamawiać tej sałatki. Przyjmuję zamówienie od chłopaka, przynoszę wybranego calzone. A wtem dziewczyna wyjmuje SWOJĄ sałatkę i zaczyna jeść. Machnęłam ręką. Notorycznie wywalałam z lokalu studentów przynoszących swoje piwo lub napoje gazowane.

gastronomia

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (Głosów: 251)

#74716

(PW) ·
| Do ulubionych
Trzy tygodnie temu znalazłam w bramie ulotkę fundacji charytatywnej organizującą zbiórkę odzieży.

Część dochodu ze sprzedaży miała pójść na pomoc dzieciom czy najuboższym, nie pamiętam. Miałam kilka ciuchów praktycznie nieużywanych, albo założonych 2-3 razy, wyglądały jak nowe, stwierdziłam, że się chętnie pozbędę i przy okazji komuś pomogę. Na ulotce wpisana ręcznie godzina zbiórki, daty brak. U sąsiadów na ulotkach to samo.

Dzwoniłam chyba z 5 razy do fundacji w różnych dniach, nikt nie odbierał. Napisałam maila z prośbą o podanie daty zbiórki - odpowiedzi do dziś nie otrzymałam. Chciej pomóc...

fundacje

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (Głosów: 150)

#74299

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to niektórym się, za przeproszeniem, w dupach przewraca.

Poszłam na obiad do dość obleganej knajpy. Od 14.00 - 15.00 jest tam zawsze kolejka, która zazwyczaj utrzymuje się praktycznie do zamknięcia. Ja akurat trafiłam na sytuację, że przede mną były dwie pary i dość szybko weszłam. Zostałam usadzona przez kelnera przy dwuosobowym stoliku na podwyższeniu, niżej był sprzątany stół czteroosobowy.

Nagle patrzę, że do stolika podchodzi już starszawa kobieta po sześćdziesiątce i hyc! Zajmuje miejsce. Byłam zdziwiona, bo dobrze znam ten lokal i gdy pojawiała się kolejka klienci byli po pierwsze usadzani, a po drugie duże stoły były przeznaczone zawsze na grupy 3/4/5 osobowe. Zaczęłam się przyglądać.

Podchodzi nagle kelnerka prowadząc troje gości i staje zaskoczona widząc kobietę. Wywiązuje się dyskusja, podczas której okazuje się, że kobieta weszła do knajpy omijając kolejkę i siadła tu sobie, bo to miejsce się jej podoba i chce być obsłużona bo "jest honorowym dawcą krwi" i zaczyna machać jakimś dokumentem. Na nic tłumaczenia kelnerki, że obowiązuje kolejka, nie można sobie tak po prostu wejść na zasadzie "bo mi się należy".

W międzyczasie zwalnia się inny stół, gdzie zostają usadzone te trzy przyprowadzone osoby, potem dyskusja trwa dalej. Kobieta w końcu żąda kierownika, z którym też się targuje dobre 5 minut "bo jej się należy". Koniec końców została usadzona przy mniejszym stoliku i obsłużona.

Wiedziałam, że honorowi dawcy krwi mają pierwszeństwo w kolejce do lekarza czy zniżki na komunikację miejską, ale że uprawnia to do pierwszeństwa w kolejce do knajpy to nie słyszałam...

gastronomia przywileje

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (Głosów: 264)

#22581

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej wsi pod moją miejscowością miał miejsce pewien skandalik.

Otóż córka szanownych państwa XYZ po studiach w Wielkim Mieście, przywiozła rodzicom kandydata na zięcia. Ale jakiego! Murzyna! Większość moherów oczywiście głową kręciło ze zgrozą, bo kto to słyszał takie karygodne czyny wyprawiać, taki wstyd rodzicom przynieść! O dziwo przyszli teściowie okazali się bardziej wyrozumiali dla przyszłego członka rodziny. Ale że wieś to niewielka, to ploty latają z prędkością światła - o sprawie dowiedział się wiekowy już ksiądz, którego światopogląd był równie moherowy co berety wspomnianych już pań.

Jakież zdziwienie było, gdy którejś niedzieli duchowny wtacza się na ambonę i zamiast zwykłego kazania, przyszli teściowie słyszą pogadankę o różnicach kulturowych, nie liczeniu się z panującymi obyczajami, o rozpadaniu się mieszanych małżeństw, zakończoną bardzo barwnym porównaniem: „No bo jak to tak? Nie można mąki z sadzą mieszać!”.

A ponoć wszyscy jesteśmy równi w Chrystusie...

Kościół

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 708 (Głosów: 784)

#15589

(PW) ·
| Do ulubionych
Od dwóch lat studiuję w Toruniu - do tej pory "zaliczyłam" cztery stancje - jedna piekielniejsza od drugiej - ale ta była wyjątkowa, a i sprawa zakończyła się w sądzie.

Jako, że Miasto Piernika jest małe, a jednocześnie ma duże stężenie studentów, to sporo ludzi chce sobie na żakach zarobić - powstają między innymi "prywatne akademiki" - ludzie dobudowują sobie do domu jednorodzinnego piętro lub skrzydło i wynajmują tam pokoje. Ja do takiego przybytku trafiłam zachęcona niskim czynszem i dobrą lokalizacją.

Mieszkanie oglądałam w czerwcu - po prostu cud architektury - przybudówka goni przybudówkę, ale wszystko wyglądało czysto i schludnie więc się zdecydowałam - podpisałam umowę i wpłaciłam 200 zł kaucji.
Właściciel na moje pytania dotyczące stancji odpowiadał wyczerpująco - jak się okazało wcisnął mi kit - zapewniał, że ściany w pokojach są murowane (okazało się, że kartongips, jakby mocniej kopnąć została by dziura), a lokatorami są jedynie studenci( w rzeczywistości wynajmował każdemu, kto zechciał płacić.)

W trzecim tygodniu września otrzymałam telefon od Pana K, że będzie nowa umowa, "bo potrzebuje dla księgowej". Trzeciego października zjawiłam się w akademiku, damo mi umowę, zaczynam czytać. Niestety nie dokończyłam, bo co rusz mi przerywał i rzucał jakieś dziwne gadki; na końcu stwierdził, że "nie ma co czytać, bo tam jest to samo, co w poprzedniej, po prostu tamta była pisana długopisem, a ta jest drukowana, bo mu potrzeba do jakichś rozliczeń". Jak się okazało (niestety już po złożeniu mojego podpisu), że jest tam kilkanaście punktów, których nie było w czerwcowej umowie (np karne odsetki za zwłokę w płaceniu czynszu i dodatkowe opłaty za sprzątanie) Zakotłowało się we mnie, ale stwierdziłam, że sama jestem sobie winna. Po zwinięciu umowy K. wyskoczył, że będę musiała podpisać jeszcze aneks do umowy, bo podwyższają podatek na gaz (który jest wliczony w czynsz) i on z tego tytułu będzie musiał podnieść owy czynsz. Widać już było, że facet kręcić będzie na czym popadnie. W tym momencie powinnam się okręcić na pięcie i wyjść, ale że stałam z walizami na progu i nie miałam innego miejsca do zamieszkania; zacisnęłam zęby i zostałam.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem okazało się, że lokatorami są również robotnicy budowlani, także Ukraińcy, nie rozumiejący słowa po polsku. Na moje i innych studentów pretensje "co oni tu robią?" pan K. zaczął wymyślać kolejne bajki "a są tylko do końca miesiąca, nikomu nie przeszkadzają itp". Wszyscy już nie mieli wątpliwości, że gościu robi nas wszystkich w balona. Jednak postanowiliśmy zostać. I to był nasz największy błąd - po dwóch tygodniach jeden z robotników podpowiedział właścicielowi, żeby dwuosobowe pokoje wynajmować większej liczbie robotników. I zaczął się cyrk! Upychał po czterech, trzech do jednego pokoju, Ukrainiec, Białorusin, Polak - bez różnicy. W ciągu 2 dni sprowadziło się ich kilkunastu (Było ich 30 na 11 pokoi!), urządzili libację alkoholową, w trakcie której wchodzili podpici ludziom do pokoju (ja ocalałam, bo mieszkałam na 2 piętrze - za dużo schodów do pokonania po pijaku), zataczali się, cała łazienka na parterze i obu piętrach były w wymiocinach.

Jedna dziewczyna nie wytrzymała - chciała się wyprowadzić - usłyszała stek gróźb - że ją pozwie o niedotrzymanie umowy; odmówił przyjęcia wypowiedzenia i zwrotu kaucji. Jak dziewczyna zadzwoniła po matkę (jak się okazało prawnika) nagle spotulniał i zaczął namawiać na zostanie, przepraszać za zamieszanie. Niestety nic nie ugrał, dziewczyny nie było po 15 minutach.

Po paru dniach zaczęły nam ginąć drobne rzeczy (min. moje sztućce) a także jedzenie z lodówki i zamrażarki. Nie mieliśmy złudzeń, że robią to robotnicy, bo wszystko znikało najczęściej w weekendy, kiedy nas nie było. Na nasze skargi pan K. zareagował więc kuriozalnie - "robotnicy nie wiedzą, że biorą nie swoje rzeczy, proszę je podpisywać".

W międzyczasie chciała wyprowadzić się kolejna osoba - nie mogła znieść zawilgocenia w pokojach, tym bardziej, że zaczynał się wszędzie robić grzyb (pan K nie chciał go usunąć, a gdy w końcu to zrobił ograniczył się do zamalowania go farbą). Tym razem właściciel się nie patyczkował - po prostu wsiadł w samochód i odjechał. Miał wrócić godzinę później, ale jak łatwo się domyśleć nie wrócił w ogóle. Jego szanowna małżonka odmówiła przyjęcia wypowiedzenia "bo nie jest stroną w umowie" - wybuchła kolejna awantura, chłopak w końcu wypowiedział najem listownie, kaucji więcej na oczy nie zobaczył.

Następnie właściciel wyskoczył z zapowiadanym aneksem do umowy, który podwyższał nam czynsz o 50 zł. Dodatkowo pan K uraczył nas opowieścią "że on do naszych rachunków dokłada ze swoich, żeby nam się dobrze mieszkało; a na podwyżce to on nie zarobi, bo wszystko na gaz pójdzie" - niestety nikt tak naiwny już nie był i nie dał się na to nabrać.

Kolejną osobą, która się wyprowadziła byłam ja - standardowo zostałam obrzucona groźbami o pozwie sądowym i odmówiono mi oddania kaucji. Zamieszkałam w nowej stancji - niestety niewiele lepszej.

Czyżby koniec? Niestety nie, bo sprawa miała finał prawie pół roku później. Skontaktowały się ze mną osoby, które mieszkały u pana K. rok wcześniej, bym zeznawała w sądzie. Jak się okazało podczas mojego pobytu pan K. był nad wyraz potulny - w zeszłym roku komunikował się z lokatorami jedynie za pomocą wulgaryzmów ("myślisz j***a sz**o, że będziesz mieszkać i nie płacić czynszu?" do dziewczyny,która spóźniła się z czynszem 2 dni), potrafił "za karę" zakręcić ciepłą wodę ("o północy nie będziecie się kąpać"), wyłączyć prąd ("noc jest od spania k***, a nie od nauki")a także internet (wywieszał wtedy na drzwiach karteczkę "włączenie internetu kosztuje 100 złotych")itp. Pan K. wszystkie sprawy sądowe przegrał i ma jeszcze kilka do rozpatrzenia. A ja? No do tej pory czekam na swój pozew...

Prywatny akademik

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 558 (Głosów: 604)

#9131

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, która zdarzyła mi się przeszło rok temu. Postanowiłam opisać po lekturze postu reiko http://piekielni.pl/9122#comment_20762

Jechałam autobusem z uczelni na stancję - odległość nie była gigantyczna, ale tak się składa, że osiedle położone jest na uboczu i niestety w pewnym momencie chodnik się urywa, trzeba iść błotnistym poboczem. Przyznaję - nie miałam biletu i jechałam na gapę, złapał mnie kanar (w zasadzie dwóch - kobieta i mężczyzna), nie kłóciłam się, chciałam przyjąć mandat. Należy wspomnieć, że moje doświadczenie w jazdach autobusem było wtedy znikome, bo pochodzę z małej podwarszawskiej miejscowości, gdzie nie ma linii "wewnętrznych". Byłam również dość dobrze ubrana, bo wracałam z kolokwium, miałam na sobie nowy płaszcz i buty.
Pani kanar: To będzie mandat 160 zł, poproszę dowód osobisty.
Ja: Przykro mi, nie mam. (Naprawdę nie miałam, portfel został na stancji, między innymi dlatego nie kupiłam biletu, nie miałam grosza przy sobie)
PK: W takim razie będziemy musieli wezwać policję, by potwierdzić pani dane osobowe.
J: Może być legitymacja studencka? (trzeba ją było okazać przy pisaniu kolokwium, dlatego ją miałam, mimo braku portfela)
PK: Może. (po spisaniu danych i pogadance jak to studenci kantują) Jak mówiłam będzie to mandat 160 zł, może pani należność uregulować u mnie.
J: Przykro mi, nie mam pieniędzy.
Tutaj kontrolerka wybałuszyła na mnie gały, zresztą podobnie jak jej prawie dwumetrowy towarzysz.
PK: Nie ma pani W OGÓLE pieniędzy?!
J: Nie, nie mam. (też pytanie, jak bym miała, kupiłabym bilet)
Zostałam tu obrzucona niemal wściekłym spojrzeniem, tudzież mieszaniną niedowierzania i zawodu.
PK: W takim razie muszę poinformować, że jeżeli wpłaci pani należność dziś lub jutro zapłaci pani 70 zł.
J: W porządku.
Tu nastąpiła minuta ciszy, po czym ponownie usłyszałam:
PK: Może pani zapłacić u mnie... (po zobaczeniu wyrazu mojej twarzy) lub w siedzibie przy ul xxx.
J: Jasne.
Po czym wzięłam kwitek i wysiadłam. Udałam się najpierw do mieszkania po portfel, a potem (już z biletem) na ulicę xxx. Możecie wyobrazić sobie jakie było moje zdziwienie, gdy czekając na swoją kolej zaczęłam czytać wiszący na ścianie regulamin MZK, gdzie jak wół stało, że JEDYNĄ możliwością uregulowania mandatu jest wpłata w siedzibie lub przelew na konto - ergo szanowna pani kontroler nie mogła nawet złotówki ode mnie przyjąć. Po prostu złapawszy dobrze ubraną dziewczynę sądziła, że się "nachapie" i wyłudzi 160 zł (czyli ponad dwukrotną wysokość mandatu), a gdy okazało się, że nie posiadam takiej sumy - zeszła jeszcze z nadzieją na 70, po czym zrezygnowała. Tupet szanownych kontrolerów był tym większy, że w międzyczasie dostałam pogadankę o nieuczciwości studentów jeżdżących bez biletów. Nie speszył ich również fakt, że autobus był pełen ludzi i ktoś mógł wykazać się większą znajomością przepisów niż ja i się wtrącić.

MZK Toruń

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 585 (Głosów: 649)

#3691

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam na zakupach w Tesco. Zobaczyłam mleko sojowe ze znaczkiem TKZ. Wzięłam, bo tańsze niż innej firmy. Ale, że mnie strasznie gnębiło co to za TKZ, to stwierdziłam, że zapytam przy kasie co to znaczy. Kasjerka z lat pięćdziesiąt, siwe włosy, okulary.
- Przepraszam, a co to znaczy to TKZ?
A ona mi na to:
- Takie Ku**a Zaj**iste.

Tesco zakupy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1064 (Głosów: 1290)

1