Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85253

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Robienie z dzieci ofiar życiowych...

Spostrzeżenie z wakacji. Wynajmowaliśmy pokój w domu z basenem. Naturalnie jeden z kilku pokoi, więc mieliśmy towarzystwo.

Słów kilka o "strefie basenowej", która składała się z basenu normalnego o głębokości ok. 1,40 m, brodzika ok 0,7 m, a także plastikowego basenika dla niemowląt, o głębokości max 30 cm.

Generalnie ja rozumiem, że dzieci są różne i mniej, i bardziej obtyte z wodą. Jedne nieśmiałe, inne lecą "jak dzik w żołędzie" i nie patrzą,ale... Widok nad tym basenem, jaki dało się zaobserwować w ciągu jednego dnia, mnie dobił i załamał.

Generalnie wśród maluchów dało się zaobserwować 3-4 dzieci w podobnym wieku (między 3 a 5, tak na oko), które bez problemu pływały w kółkach, rękawkach, na makaronach, z deską... Ale była też 4-letnia dziewczynka, może nawet pod 5 lat, bo wzrost ok 110 cm i ładnie mówiła (generalnie nic nie wskazywało na chorobę lub opóźnienie), która...
- cały czas nosiła kąpielową pieluchę
- nie chciała wejść za nic na świecie do brodzika
- dała się namówić do wejścia do baseniku dla niemowląt, w którym było z 5 cm wody, może 10, ale nawet kostek jej nie sięgało. Rodzice łagodnie skomentowali "Może jesteś już troszeczkę za duża, ale...jak tak wolisz"
- w upojeniu zjeżdżała do tego brodzika z wbudowanej zjeżdżalni, piszcząc dziko ze strachu, ewentualnie uciechy, gdy docierała do tej zawrotnie głębokiej wody
- po wyjściu z wody została przebrana i chodziła ZE SMOCZKIEM
- jako zabawkę/przytulankę nosiła pieluchę tetrową, średniej świeżości (rozumiem, że jak się nosi ją wszędzie, to się brudzi, ale nadal...)

A potem się dziwić, że dzieci jakoś niezaradne...

basen

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (95)
poczekalnia

#85241

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Posiadam psa- kilkumiesięcznego Pitbulla
Od początku staram się ułożyć go jak najlepiej potrafię, ale ludzie mi zwyczajnie nie dają!
Sytuacja 1:
Jedziemy z sunią windą, dosiada się chłopak, na oko 25 lat, pies oczywiście skacze i chce się przywitać, przytrzymuję psa i wydaję komendę "nie skacz!", pies się uspokaja, na co chłopak
"Och skacz, skacz, jaka ty jesteś słodziutka" i dalej w ten deseń.
Pies oczywiście przestaje słuchać mnie, zaczyna skakać, sikać z radości i ogonem rozbryzgiwać to po całej windzie.
"Oj, dobrze, że nie obsikała mi butów" mówi chłopak i wysiada. A ja zostaję z kałużą i wytarzanym w niej psem, bo co teraz robić? Przecież tak tego nie zostawię, trzeba wrócić do mieszkania po mopa i umyć.
Sytuacja 2:
Pies zawsze na smyczy, bo psy nie rodzą się z umiejętnością chodzenia przy nodze, trzeba je tego nauczyć.
Osiedle zamknięte, żeby wyjść na ulicę trzeba otworzyć jedną z furtek. Na ławce siedzą dwie starsze panie i komentują
"Och co za baba, taki fajny szczeniaczek, kobieto! daj się psu wybiegać! przecież nikomu nic nie zrobi, widać że przyjazny!"
No ok, ale pies leci za każdą osobą która na niego spojrzy, potrafi wystrzelić i lecieć przed siebie za kimś obcym nie patrząc gdzie biegnie. Raz- nie każdy chce być pobrudzony łapami cudzego psa, który chce się przywitać. Dwa- ja nie chcę, żeby pies biegnąc na oślep wpadł pod samochód. Trzy- no musi się nauczyć chodzić na smyczy, bez smyczy się nie nauczy.
Sytuacja 3:
Idziemy na spacer, sunia na smyczy, zwraca uwagę na każdą przechodzącą obok nas osobę, reaguje na "nie wolno" do momentu aż ktoś nie podejdzie i nie zacznie się nią jawnie zachwycać, wtedy skacze, sika i szaleje. Ludzie zachwycają się nią najczęściej na środku ulicy, na pasach, kiedy próbuję z nią przejść na drugą stronę. Błagam, serio?! Samochody tu jeżdżą!
Sytuacja 4:
Dzieci! Sunia przyzwyczajona do dzieci już u hodowcy, w domu też jest dziecko, na widok dzieci na ulicy dostaje szału z radości i ciągnie z całej siły żeby polizać, nie słucha komend.
O ile JA wiem, że pies kocha dzieci i chce tylko polizać, wie, że nie wolno na dziecko skoczyć (i to jakoś rozumie sama) to jednak rodzice mnie zaskakują. Ok, może są behawiorystami i widzą, że pies nie ma złych zamiarów, ale ludzie! To jest PITBULL, nie żaden york czy inny szczur tylko kilkanaście kilo żywego stworzenia z wielkimi ostrymi pazurami, który skacząc na wasze dziecko niechcący tym pazurem może mu rozorać twarz i wyjąć oko.
Psa trzymam i mimo wszystko przytrzymuję za kark, żeby nie skoczył, podczas gdy rodzice każą mi puścić szczeniaczka, bo taki fajniutki.
Ciekawe czy jak już będzie ważył te swoje 40 kg to nadal będzie fajniutki czy wtedy będzie niewytresowanym mordercą, którego wtedy na smyczy już nie utrzymam.
Ludzie myślcie

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (78)
poczekalnia

#85243

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ekologia, chyba.

Generalnie STARAM się żyć w zgodzie z ekologią. Nie kupuję słomek, nie kupuj wody w butelkach, tylko filtruję, ograniczam zrywki/foliówki, nie wyrzucam jedzenia... itd. Jeżdżę zbiorkomem lub chodzę pieszo. Dlatego do pasji doprowadzają mnie kierowcy ze swoją manierą pt. muszę zaparkować tuż pod, muszę się wepchnąć na miejsce dla niepełnosprawnych, muszę rozjechać trawnik, bo jest wszystkich świętych, więc "muszę gdzieś zaparkować" itd. Ale najgorsze chyba jest czekanie na silniku, i to bez względu na porę roku. Zimą może jeszcze można mieć większą dozę tolerancji, ale latem, kiedy okna są otwarte i ktoś mi "pierdzi" pod blokiem, to się pienię jak szampon. Zwłaszcza że mieszkam na parterze.

Ostatnio zatem zduszam podobne akcje w zarodku niczym najpiekielniejszy szatan z piekielnych. Tak jak dzisiaj. Słyszę, że stoi agent, wychylam się, stoi facet i stoi. Minuta, dwie, pięć... nawet babcia emerytka już by dotarła przez ten czas. A silnik chodzi, spaliny się produkują, hałas zagłusza muzykę. Wychodzę zatem na balkon, ostentacyjnie z telefonem, udaję, że rozmawiam i ewidentnie stwarzam pozory, że próbuję odczytać tablice rejestracyjne delikwenta. 15 sekund i gościa nie ma!!

I teraz pytanie - co to za jakiś rodzaj nowej rozrywki, żeby stać pod cudzym blokiem, na silniku i czekać nie wiadomo na co?

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (79)
poczekalnia
Wczoraj w związku z obchodami rocznicy wybuchu II wojny światowej w centrum Warszawy działy się sceny dantejskie- zamknięcie ulic dla ruchu kołowego, przekierowana komunikacja miejska, skrócone trasy, pozmieniane w trakcie kursu numery tramwajów, korki, trąbiący kierowcy - prawie armaggeddon. Niestety około 13.30 musiałam przedostać się z Okęcia do centrum (a właściwie Centrum, bo do metra chciałam wsiąść aby resztę drogi w miarę szybko pokonać).
Teoretycznie najprościej byłoby w normalnych warunkach wsiąść w tramwaj i doturlać się do stacji Politechnika lub Centrum właśnie. Niestety, zaaferowana załatwianymi sprawami zapomniałam o rzeczonej rocznicy i modo konik cyrkowy wsiadłam właśnie w taki tramwaj do centrum jadący. Ocknęłam się parę przystanków dalej, gdy anglojęzyczni turyści w panice usiłowali się dowiedzieć, dlaczego ten tramwaj nie jedzie dalej niż do placu Narutowicza, autochtoni też nie wyglądali na szczególnie zorientowanych. Bozia rączki mi dała, więc szybko poszukałam strony ZTM z komunikatami, niestety ostatni z nich był sprzed godziny.
I tu wchodzi Ona (Pani Wszystkowiedząca, w wieku 65+, zażywna, nieco zdenerwowana), informująca cały wagon głośno i z emfazą, że przecież był komunikat i że najwcześniej to po 18 coś ruszy i ten tramwaj to on tu będzie teraz stał. A motorniczy to gówniarz i nic nie wie. A w ogóle to tramwaj zamiast jechać prosto (centrum) to będzie skręcał w lewo (Towarowa) albo w prawo (Filtry)- niestety wersja zmieniała się jak na karuzeli, zdezorientowani ludzie zwłaszcza nieco starsi wpadali w panikę (lekarz, rehabilitacja, że nie dojadą) a Pani Wszystkowiedząca się nakręcała i głosiła wiedzę objawioną coraz głośniej, mimo próśb motorniczego i współpasażerów o zmniejszenie, powiedzmy, ekspresji.
Przecisnęłam się do kabiny motorniczego (rzeczywiście młodziutki chłopak był:) ), zapukałam i pytam : "Przepraszam, czy ma pan jakąś informację, gdzie jedziemy, bo zaczynamy się zakładać, w którą stronę skręci tramwaj?" Chłopina na to, że czeka na sygnał z centrali, na razie nie ma gdzie jechać ale wstępnie o 14 powinny się zacząć powroty na stare trasy. Gdy to mówił odezwał się komunikator, nakazujący przejazd przez plac Zawiszy (czyli po staremu, na wprost). Odwracam się i mówię do najbliższych ludzi, że powoli jedziemy na centrum (i Dworzec Centralny), żeby przekazali dalej.W międzyczasie motorniczy próbuje rzężącym głośniczkiem przkrzyczeć hałas w wagonie, podając te informacje (starszy typ tramwaju i chyba nieco wyłopotany...)
A Pani Wszystkowiedząca na to- "Aha! Nieprawda! Bo ulice zamknięte będą do 18 i dalej nie pojedziemy (...skład zaczyna ruszać...), ten gówniarz nie umie jeździć, nie wie co robi! Tam nie wolno!!"


I teraz nie wiem, czy piekielna była Pani Wszystkowiedząca czy ZTM (nie podający na bieżąco komunikatów).

komunikacja_miejska

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (65)
poczekalnia

#85235

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Empatia do pielęgniarek kończy się, gdy próbujesz się dodzwonić do przychodni od 10 minut, a one odbierają i odkładają na blat słuchawkę...
Po kolejnych 10 minutach braku nawet sygnału, łaskawie odłożyły słuchawkę, ale kolejne 5 minut konsekwentnie ignorowały telefon.
Tyle nerwów i czasu zmarnowanego dla całych 23 sekund rozmowy...

Przychodnia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (73)
poczekalnia

#85225

~WkurzonaSasiadka ·
| było | Do ulubionych
Chyba nie ma większej piekielności niż sąsiedzi!
Najgorsi to oczywiście ci którzy wszystko wiedzą, na wszystkim się znają i wszystko mogą bo przecież on tu mieszka już tyle lat, no i oczywiście starsze pokolenie które wchodzi w dyskusje bo chce sobie pogadać, ale ty nie masz prawa głosu bo ... (wróć do początku czyli wszystko wiedzą, na wszystkim się znają itd.).
Najlepsze jest chyba upominanie się o kartkę parkingową której nie posiadamy bo sąsiad który ją nam obiecał (bo chyba się tym zajmuje) już pół roku mówi że to zrobi, ten sam sąsiad narzeka że jej nie mamy.

Ciekawe jest też rozrzucanie kości, a to za śmietnikiem, a to przed blokiem jak by jakieś zwierze miało na tym skorzystać, bo żaden kotek ani piesek nie jedzą takich rzeczy a wręcz mogą im zaszkodzić, ale przecież oni wiedzą lepiej... Jednocześnie najlepiej żeby żadna zwierzyna się tu nie kręciła bo przecież robi syf.

Sąsiad który zostawił psa na tydzień samego! (tylko ktoś go wyprowadzał na 5 min 3 razy dziennie) piesek bardzo tęsknił i to bylo słychać, ma prawo narzekać na naszego szczeniaczka który dopiero się uczy przebywać sam, że go słuchać. Oczywiście nasz szczeniaczek jego zadaniem wyje 12h chodź nas nie ma co najwyżej 6, a gdy wychodzimy i wracamy zawsze jest cisza.

Lubię też bardzo starszego Pana, który posiada jakiegoś szczura na smyczy który wszystkiego się boi (pan oczywiście uważa inaczej) i on się dobrze zna na każdym innym psie i wie czego akurat mój potrzebuje. Bardzo lubi dodać komentarz jak tylko nas widzi, a to że on mówił że ten piesek potrzebuję się wybiegać, a nie hop i do domu (właśnie wróciliśmy z 2 godzinnego spaceru), bo ten piesek ma z nami tak źle (wiadomo jesteśmy młodzi i głupi na niczym się nie znamy i na pewno ten pies ma się z nami bardzo zle, bo psa można tylko brać na emeryturze). No i oczywiście wie ze nasz piesek na pewno nie jest rasowy nie to co jego Azor, bo pan przecież umie to stwierdzić na pierwszy rzut oka, bo przecież on się zna!

Moją ulubioną sąsiadką jest chyba pani co codzień- piątek, świątek czy niedziela odkurza o 8 a czasem i dwa razy dziennie. Zawsze ma minę nie zadowoloną, a jak się z nią przywitasz to nawet nie odpowie.

Człowiek naprawdę się stara żyć jakoś w tej wspólnocie blokowiej, stara się odzywać z szacunkiem, być miłym, nie robi imprez a jak już to po pewnej godzinie zachowuje względna ciszę. Mówi dzień dobry, otwiera drzwi. No, ale się nie da! Najgorsze w tym wszystkim chyba jest postrzeganie nowych, młodych lokatorów którzy tak samo jak i oni płacą i tu żyją za jakiś gorszych i nie mających prawa głosu. Co wszystko można im powiedzieć bo oni mają się dostosować, chodź inni robią dokładnie tak samo.

Zadupie na południu kraju

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (75)
poczekalnia

#85234

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wrzesień to czas poprawek dla studentów. To również czas, w którym studenci zamęczają prowadzących swoimi mailami. I właśnie o mailach, a raczej o sposobie ich pisania chciałam powiedzieć słów kilka. Wśród studenckich maili wyróżniam kilka kategorii:

1.Ani dzień dobry, ani pocałuj mnie w cztery litery.
Do tej kategorii zaliczam maile w stylu:
„Czy jutro są zajęcia”
„Jest Pani juto”
,„Kiedy kolokwium”
Tak, to jest CAŁA treść maila, czyli ani dzień dobry, ani nic. Najczęściej takie maile nawet temat mają pusty. Oczywiście, zdążają się też oburzeni studenci, którzy dopytują się dlaczego ich mail jest bez odpowiedzi…

2.Błędne powitania
Nie wiem jak jest teraz, ale jak ja kończyłam liceum te 10 lat temu to na języku polski uczyliśmy się poprawnego pisania listów. Niestety coś się chyba zmieniło, bo nagminnie dostaję maile rozpoczynające się od słów:
„Witam” - witać to ja mogę gości w domu,
„Szanowna Pani Magister Inżynier Doktor Habilitowana Honoris Causa” - czyli student nie wie, do kogo pisze i wrzuca wszystkie możliwe terminy.
Do wszystkich przyszłych studentów, maile zaczynamy od Szanowana/y Pani/e tu wstaw tytuł prowadzącego lub od zwykłego Dzień dobry.

3.Żebranie
Na początku semestru ustalane są zasady zaliczenia danego przedmiotu. Dodatkowo zasady te są dostępne na stronie danego przedmiotu a każdy student MUSI się na dany przedmiot na danej stronie zapisać. Niestety notorycznie zdarzają się maile prosząco-błagające o:
- Kolejny PIĄTY termin zaliczenia – no sorry, zgodnie z regulaminem studiów macie 2 terminy to, że zrobiłam dodatkowy 3 i 4 to tylko moja dobra wola. A skoro do tej pory nie daliście się rady nauczyć mimo iż na 4 termie był mix pytań z poprzednich terminów to już nie mój problem.
- Możliwość poprawy laboratorium mino, iż w regulaminie przedmiotu jasno stoi, że poprawy nie ma – tu powód jest bardzo prosty. Dany przedmiot maja studenci dzienni i zaoczni na kilku kierunkach (łącznie około 500 studentów w danym roku akademickim). Jak zgodzę się na poprawę dla jednego, przyjdą następni i nie będę mieć czasu na nic więcej. Brakuje Ci jednego punktu do zwolnienia z egzaminu, przykro mi, na zajęciach uprzedzałam, że poprawy nie ma.

4.Cała reszta
Tu trafiają takie rzeczy jak:
- maile wysłane na adres prywatny a nie uczelniany – żeby było śmieszniej adres uczelniany jest standardowy imie.nazwisko@uczelnia.pl mojego prywatnego musieli w gogle szukać.
- zaczepianie i próby pisania na facebooku zamiast maila.
- maile wysyłane z adresów belzebub69 czy asiczek zamiast uczelnianego (lub chociaż bardziej poważnego).
- o błędach ortograficznych nawet nie mam zamiaru pisać…


Może ktoś z was powie – ok, to jest wkurzające, ale nie piekielne. Niby tak, ale jest też druga strona medalu. Taki student uzyskuje dyplom naszej uczelni a potem w takim samym tonie pisze maile do pracodawców, czy współpracowników wystawiając tym samym uczelni opinię. No, bo jak to możliwe, że student po Informatyce na takiej uczelni nie potrafi poprawnie maila napisać…

[EDIT]
Po przeczytaniu komentarzy. Nie nie mam kija w dupie. Jedyne czego wymagam od studentów to mail w stylu:
Dzień dobry,
Jakieś zapytania...
Pozdrawiam,
Imię i Nazwksko
Wysłany z "poważnego" adresu mailowego. Niestety takich maili dostaję jakieś 20-30%. W pozostałych brakuje podpisu (a po mailu slodkaLaura nie domyślę się o jakiego studenta i jaką grupę chodzi), brakuje tematu, albo jest samo zapytanie bez informacji o kierunku, grupie czy czymkolwiek.

studenci

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (146)
poczekalnia

#85231

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem czy to będzie dla Was piekielne, ale dla mnie niestety jest.

Chyba większość z nas zna osobę, której jest wiecznie zimno. Każdego ranka przychodząc rano do pracy otwieram wszystkie okna i drzwi i wietrzę pomieszczenie (nie, nie ma klimatyzacji), w którym z reguły panuje duchota po nocy. Ot uroki położenia biura po tej gorszej stronie świata. Ja osobiście nie lubię gorąca, więc temperatury na poziomie 25+ stopnia (na zewnątrz) powodują, że nie myślę i źle się czuję. Niestety współpracownicy nie bardzo lubią się dostosowywać, więc muszę zamykać okna i kisić się w gorącu, którego nienawidzę (temperatura w biurze 30+ stopnia). Przychodzę do pracy ubrana w ciuchy z krótkim rękawem, nawet kiedy temperatura wynosi 15 stopni na zewnątrz, bo nie jestem w stanie wysiedzieć w takiej duchocie, która panuje w środku. Wiąże się to niestety z niezrozumieniem i wytykaniem, że jestem jakaś nienormalna ubierając się na „letniaka” w jesieni/zimie. Włączenie wiatraka? Absolutnie! Ja niestety nie zamierzam się dostosowywać do reszty, bo niestety nie jestem osobą ciepłolubną. Okno po mojej stronie zostaje ciągle uchylone pomimo protestów. Kompromisu brak.

Sami oceńcie kto jest bardziej piekielny.

EDIT:
Komentarze niektórych proszą się o odpowiedź z mojej strony więc zrobię to tutaj kompleksowo:

1. Biuro znajduje się po południowej stronie świata (nie, nie w Australii...)
2. U nas obowiązuje dress code - w takim wypadku nie jestem w stanie się rozebrać do podkoszulka na ramiączkach, bo dostanę upomnienie bądź naganę. Uważam, że "zimnolubni" mogą się ubrać cieplej skoro im zbyt chłodno.
3. Normy, powyżej których mamy mieć skrócony czas pracy, jak najbardziej obowiązują, co nie znaczy, że jak jest 25 stopni ciepła w pokoju to mam siedzieć z zamkniętym oknem.
4. Mam swój mały prywatny wiatraczek na biurku w celu chłodzenia samej siebie jak już proszenie o zostawienie otwartego okna zawodzi. Ów wiatraczek również spotyka się z hejtem i dezaprobatą ze strony współpracowników, bo wieje...

praca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (56)
poczekalnia

#85215

~ania158 ·
| było | Do ulubionych
Czy każdy student mieszkający w akademiku jest równy? Otóż nie.

Mieszkam w akademiku od czterech lat. W tym roku musiałam zmienić pokój, bo moja współlokatorka skończyła studia, a dla kierownika akademika wolny pokój to miejsce święte i spory zysk przy wynajęciu go dla gości.

W czym problem? Nowy pokój okazał się być totalną klapą. Ściany w resztkach po szarej taśmie, urwany kabel od telefonu, zatkany odpływ w zlewie i wiele innych. O dziwo mieszkającej tam dziewczynie nic nie przeszkadzało, możliwe że sama była winna kilku uszczerbkom pokoju. Wszystko zgłoszone na recepcji. Posprzątałam i przetrwałam miesiąc, czekając aż dziewczyna się wyprowadzi żeby móc przenieść się gdzie indziej.

Na moją prośbę o przekwaterowanie usłyszałam, że nie ma takiej możliwości i jeżeli chcę przejść do innego pokoju muszę płacić 60% więcej za miesiąc, albo kolokwialnie mówiąc mam dać jej spokój.

Gdzie tu piekielność? Mam w tym akademiku znajomych. Jednemu pozwoliła mieć psa (mimo zakazu w regulaminie, a szczeniak nie służył do terapii), drugi bez problemu przeprowadzał się kilka razy w roku bez dodatkowych opłat, mimo że mieszkał sam. Dziewczyny z pokoju obok robią co piątek imprezę puszczając na cały regulator muzykę od 19 do 23, a czasem przenoszą się na korytarz paląc zielsko, które cuchnie na całym piętrze i zapach przechodzi przez drzwi.

Oni mogą wszystko.

akademik

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (85)
poczekalnia
Witajcie. Nie mam lekkiego pióra, ale chciałabym wam opowiedzieć historię mojego byłego, M. Muszę się wygadać, a i sama historia jest moim zdaniem trochę piekielna. Byłam z nim osiem lat. Na początku był wspaniałym człowiekiem, potem był ten koszmarny okres, w którym godzinami płakałam w samotności. Potem znów przez kilka tygodni żyłam jak księżniczka w bajce. Za jego złe zachowania obwiniałam patologiczną matkę i ich chorą relację, którą zaczał rozluźniać dopiero w wieku około 22 lat. Przez te lata tłumaczyłam sobie, że przecież jest cudowny, tylko ma niełatwy charakter. Długo zajęło mi zauważenie, że coraz krócej jest idealnym partnerem, przynoszącym kwiaty, dbającym o mnie gentelmanem, a jego napady złego humoru pojawiały się coraz częściej.

1. Wilk samotnik
M nie lubił ludzi. Nie lubił współpracowników, szefostwa, kolegów, znajomych i wszystkich tych, których przypadkowo spotykał na ulicy. Nigdy nie chciał nigdzie wychodzić, a co za tym idzie ja też zostawałam w domu, bo w innym wypadku obrażał się na mnie i dąsał. Na tym etapie już byłam nauczona, żeby go nie denerwować. Zaczęły się poluźniać moje kontakty towarzyskie. Dlatego też wygaduję się w internecie, a nie przyjaciołom.

2. Mama i syn
Jeżeli już wychodziliśmy, to tylko do jego mamy. Najpierw odwiedzaliśmy ją codziennie i siedzieliśmy całe popołudnia w tygodniu i całe weekendy. Bał się, że jeśli nie przyjdziemy, będzie jej przykro. Potem, po wielu rozmowach ze mną, zaczęliśmy ją odwiedzać trochę rzadziej. Martwiłam się, bo widziałam jak ona nim manipuluje (ona sama jest materiałem na osobną historię).O jego nerwowość obwiniałam własnie ją.

3. Wszechwiedzący
M na wszystkim się znał. Miał swoje poglądy i były one zawsze prawdą obiektywną. Nie miałam prawa mieć innych poglądów niż on, ponieważ oczywiste jest, że skoro nie zgadzam się z nim, zwyczajnie jestem zbyt mało dojrzała, za mało wiem o życiu by zdać sobie sprawę, że jego wnioski są jedynymi rozsądnymi. Oczywiście zawsze miał dowody. Każdy był dobry. Na przykład wystarczyło, że znajomy znajomego płacił alimenty na nie swoje dzieci, a już było pewne, że każdy mężczyzna będzie zmuszony płacić alimenty na cudzego potomka jeśli kiedykolwiek spotykał się z daną kobietą, jeśli ona powie, że to jego. Test DNA wchodzi w grę, bo facet nie może zrobić ani zażądać takiego testu – nawet z wyrokiem sądu.

4. Uparciuch.
Kompromisy? A po co? On chce tak, a nie inaczej to ma tak być. Kiedy mu to wypominałam twierdził, że przecież zawsze jest po mojemu, bo ostatnio ja wybrałam jaką pizzę zjemy.

5. Zmienny
Jakiś czas po tym jak zaczęliśmy się spotykać, porozmawialiśmy o naszych planach życiowych. Fantastycznie. Oboje chcemy ślubu, dwójki lub trójki dzieci i zamieszkać gdzieś w dużym mieście. Minął rok, dwa, trzy. Zaczęłam się zastanawiać co z oświadczynami, zwłaszcza, że jak już mnie z kimś poznawał to zawsze przedstawiał jako już-niedługo-żonę. Po czterech latach związku postanowiłam wprost zapytać, bo jednak czekać na to i tylko słuchać jak opowiada obcym było strasznie frustrujące. Efekt był. Przestał mnie tak przedstawiać. Czekałam. Nie poruszałam tego tematu, to on wciąż mi mówił, że już niedługo. Po ponad siedmiu latach oświadczył, że zmienił zdanie i nie chce ani formalizować związku, ani dzieci. To nie była jeszcze piekielność moim zdaniem, wszak zdanie można zmienić. Piekielnie było to, że w tej sytuacji to ja byłam ta zła. Bo on się zmienił, zmienił zdanie, a ja nie. Wielokrotnie wypominał mi, że to moja wina. Bo jestem już dorosła i powinnam zrozumieć, że to głupota.

6. Pesymista
M. zawsze był na nie. Zawsze kiedy próbowałam coś robić, zniechęcał mnie do tego. Mówił, że chce mnie chronić, bo będzie mi przykro JAK JUŻ MI SIĘ NIE UDA. Randki, wycieczki, wakacje, zakupy itp. planowałam ja, bo on zakładał, że to zbędny wysiłek. I tak wszystko legnie w gruzach. Restauracja? Pewnie będzie niesmaczne. Spacer? I tak pewnie będzie padało. Park trampolin? Nie, bo jeszcze coś sobie uszkodzi.

7. Zakochany
Po bodajże pięciu latach związku próbowałam go zostawić. Prosił, żebym tego nie robiła. Obiecywał, że się zmieni. Powtarzał, że jestem jedynym powodem dla którego wciąż żyje. Cóż, wtedy jeszcze raz zmiękło mi serce.

Teraz, kiedy już z nim nie jestem, zostałam całkiem sama. On był moim ostatnim bliskim. Mam nadzieję, że uda mi się odzyskać znajomości.

Związki

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (123)