Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#84979

(PW) ·
| było | Do ulubionych
https://piekielni.pl/84978 - i mi się przypomniało...

Wracam sobie kiedyś spacerkiem z miasta. Na smyczy pies. W ręku siatka, no bo być na mieście i zakupów nie zrobić? Drepczemy sobie pomalutku taką uliczką-aleją zarezerwowaną wyłącznie dla pieszych. Po lewej mamy nieogrodzone boisko szkolne, nieoficjalnie wybieg dla psów. Gro właścicieli spuszcza tam swoje czworonogi ze smyczy, coby się wybiegały i wybawiły.

W pewnym momencie do mnie, a właściwie do mojego psa podbiega coś strasznie wielkiego, kremowego, z daleka widać, że jest to pies z gatunku "100 kilo żywej miłości, zero agresji". Podbiega i próbuje się zaprzyjaźnić. Mój pies się cofa, chowa się za mną, tamten za nim. Po chwili mam nogi spętane smyczą jak w kiepskiej komedii i rozglądam się za właścicielem psa. Siatki nie miałam jak odstawić (być może zdecydowałabym się na to później), bo by się przewróciła, a jakby mój od strachu przeszedł do obrony, to mogłaby się przydać. Próbuję jakoś delikatnie odgonić zwierzę, póki co bardziej wkurzona niż przestraszona, bo wielkie bydlę ewidentnie nie zamierzało nikogo krzywdzić.

W końcu wydarłam się na pół okolicy "Czyj to pies?! Zabierzcie go!". Zero reakcji. No to nabrałam więcej powietrza i gromko oświadczyłam, że jak bezpański to go sobie biorę (nie sądzę żeby ze mną poszedł bez smyczy, ale tu chodziło o efekt psychologiczny).

Dopiero wtedy znalazła się właścicielka. Podeszła, złapała zwierzę za obrożę i odciągnęła. Ani przepraszam, ani pocałuj mnie w nos...

A gdzie piekielność? Kilka miesięcy wcześniej miasto chwaliło się nowo otwartym wybiegiem dla psów, bywałam tam z moim - ogrodzone, zabawek nastawiane, był parking, miejsce na rowery - full wypas, jak to się mówi, do pełni szczęścia brakowało tylko kranu z wodą. Co bardziej świadomi psiarze właśnie tam się wybierali ze swoimi pupilami.

Przypomniałam sobie o tym i chciałam uświadomić panią, że takie miejsce istnieje i moim zdaniem jest bezpieczniejszą opcją.

"Ale po co mam tam jeździć, on nic nikomu nie zrobi przecież, tutaj jest fajnie..."

No może i nie zrobi. Ale wkurzyć potrafi. Z drugiej strony nie bardzo sobie wyobrażam, żeby mógł zrobić krzywdę sobie, do miejsca gdzie jeżdżą samochody miałby co najmniej 500 metrów, a i tak byłby to tylko parking.

park

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (56)
poczekalnia

#84978

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zainspirowana którąś z kolei historią o piekielnych właścicielach psów postanowiłam dorzucić zbiór moich doświadczeń z ludźmi, którzy mózgu nie posiadają, ale psa już tak. I żeby była jasność, wiem, że wielu właścicieli ma poukładane w głowach, sama psy bardzo lubię, ale nie zmienia to faktu, że piekielności wciąż napotyka się mnóstwo, mimo że wydawałoby się, że dużo się mówi o wypadkach z psami, dużo pojawia się historyjek w mediach społecznościowych. Historyjki chronologicznie z mojego umiarkowanie długiego żywota:

1. Pierwsza piekielność jeszcze z mojego wczesnego dzieciństwa – sporą część dzieciakowego życia spędzałam u wuja na wsi. Było to lata temu, więc normą było, że niestety psy trzymało się na łańcuchach. Podobnie było u mojego wuja. Trzeba przyznać, że pies był jak na ówczesne warunki wiejskie bardzo zadbany, miał pełno żarła, łańcuch na kilkadziesiąt metrów, murowany budynek w ramach budy itp. A skoro pies na łańcuchu, to po co jakieś ogrodzenia robić? A że pies raz na czas się z łańcucha zrywa, to cóż, zdarza się, nikomu nigdy krzywdy nie zrobił. No przynajmniej nie pogryzł. Może i nie pogryzł, ale pies to był owczarek niemiecki, który z mordem w oczach i warkotem bestii piekielnej miał zwyczaj rzucać się na ludzi, którzy przechodzili obok posesji, gdy akurat psisko się zerwało. Fakt faktem, że rzeczywiście nigdy w życiu nikogo nie ugryzł – nie wiem teraz, czy tak był wytresowany czy tak już miał w swoim charakterze – ale można sobie wyobrazić, jaka to przyjemność zostać nagle powalonym na ziemię przez takie bydlę, już nie mówiąc, że jakiejś starszej osobie mógłby od samego upadku połamać kości. Wuj oczywiście nigdy nie zagrodził swojej posesji, a psa w końcu nieznani sprawcy zastrzelili, gdy akurat wuja nie było w domu. I szkoda piesa w sumie, pewnie jakby zaogrodzone było, to by dłużej pożył, zwłaszcza że z jego psiego punktu widzenia pilnował po prostu terenu (nigdy nie było tak, że po zerwaniu biegał luzem po wsi i skakał na ludzi). Ale jeszcze bardziej szkoda ludzi, którzy pewnie mają traumę po czymś takim.
2. Druga historyjka z udziałem mojej kumpeli i jej inteligentnych rodziców. Rodzinka owa miała sobie dobermana w swoim domku. Doberman znany z tego, że obcych nie trawi, gdy przychodzą jest ponoć zamykany dla bezpieczeństwa, a rodzinka jeszcze się chwali tym, że żaden kot nie przeżyje wizyty w ich ogródku. Tak więc zdecydowanie nie był to pies z gatunku "musze by krzywdy nie zrobił" i "wszystkich kocha". Tak więc pierwsza wizyta u nich w domku? Przyjeżdżam z nimi, wchodzimy do domu razem, puszczają mnie przodem (!), a tam metr przede mną stoi warczące bydlę. "Ojej, rzeczywiście, chyba go nie zamknęliśmy, ojejku". Bogu dzięki psy uwielbiam, podejście do nich mam, wiedziałam, jak się zachować, znałam jego imię, pachniałam zapachem jego rodziny, więc skończyło się bez żadnych uszczerbków (zresztą byli na tyle blisko, że może zdążyliby go złapać jeszcze przed pierwszym chapnięciem), niemniej moim zdaniem to i tak było nieodpowiedzialne, bo był to chyba największy doberman, jakiego widziałam w życiu, no i byłam jednak na jego terenie, tak?
3. Kolejna historyjka tym razem przydarzyła się mojej współlokatorce. Mieszkałam jakiś czas w akademiku, do którego przynależał niewielki parczek. Jak można się domyślić, dla mieszkańców okolicznych domów było to idealne miejsce na wyprowadzanie psów, uj tam, że to teren w zasadzie prywatny i nikt ze studentów psa na pewno nie ma. No ale cóż, samo wyprowadzanie psów to żaden problem (poza niesprzątaniem po nich), ale nie byłoby piekielności, gdyby ktoś nie był jak zwykle mądrzejszy od wszystkich. Jeden z naszych sąsiadów miał owczarka niemieckiego, który zawsze biegał luzem bez kagańca. Zawsze. Właściciel natomiast zawsze miał argument, że pies spokojny, nigdy nikogo nie pogryzł. Aha. Czyli bierzemy psa na smycz dopiero jak już kogoś pogryzie? Jak się domyślacie pewnego pięknego dnia ten spokojny pies zaatakował moją współlokatorkę. Bogu dzięki była zima, gruba kurtka, skończyło się na zniszczonej kurtce i swetrze, właściciel natychmiast do psa dobiegł i go odciągnął. Świadkiem sytuacji nie byłam (byłam tylko świadkiem jak przyszła do pokoju roztrzęsiona), więc nie mam pojęcia, co psa sprowokowało (nieraz sama go mijałam i nawet uchem nie zastrzygł w moją stronę), ale nie zmienia to faktu, że "zawsze spokojny pies" w końcu kogoś zaatakował. A najlepsze, że później właściciel dalej go puszczał luzem. (i tak, lokatorka zgłaszała na policję – dowiedziała się, że przy takich stratach nie ma sensu nic robić (?!), do straży miejskiej – teren prywatny ich to nie obchodzi, do zarządu akademika – wzruszyli ramionami, że jakby studenci zamykali furtki na klucz, to by nie było takich sytuacji, a ochrona w ogóle nie od tego jest)
4. Często właściciele zapominają też, że pies pod kontrolą powinien też być nie tylko z uwagi na innych, ale na niego samego. W mojej rodzince był mały piesek. Tatuś rodzinki stwierdził, że przeciez piesek nie może być ciągle na smyczy, musi sobie pobiegać. To go wypuścił luzem. Na parking. Przecież co się może stać na parkingu, tam wszyscy powoli jeżdżą. Co się stało, można się domyślić, placek z psa się stał. Podejrzewam przy okazji, że pewnie tatuś rodzinki się zajął telefonem, zamiast patrzeć, czy pies nie biega przy ruszającym właśnie samochodzie.
5. Czasem nawet ze smyczą można być idiotą. Jadę do pracy rowerem, drogą osiedlową, wcześnie rano, ciemno jeszcze, ale widać mnie z daleka, bo oświetlenie porządne mam. No i widzę, że kręci się jakiś pies po ulicy po mojej lewej. Po mojej prawej na chodniku człowiek. No, norma, pies puszczony luzem, jak zwykle na tym osiedlu. A nie, jednak nie, jest długaśna smycz. W poprzek ulicy. Aha. Świetnie. Na szczęście szybko nie jeżdżę. Wyhamowałam, wrzasnęłam na gościa, że nie mam zamiaru roweru nad smyczą przenosić, bo nawet nie zareagował zajęty telefonem.
6. O magicznej kontroli nad psami. O tym, jak często spotykam psy bez smyczy i kagańca, to nawet się rozpisywać nie będę. Jeszcze przy ruchliwszych ulicach czy na ruchliwszych deptakach ludzie o tym pamiętają, ale niech już będzie jakaś osiedlowa uliczka, a już nie daj boże niedaleko jakiś teren zielony, park czy inna łączka, to już puszczamy piesa, niech biega. Taką właśnie dróżką sobie jeżdżę rowerem do pracy i psy luzem i bez kagańca to norma. Ostatnio wracałam spacerkiem ze znajomą, która psów się boi bardzo, jako że kiedyś została pogryziona. Oczywiście, jak to zwykle bywa, trafiłyśmy na dwa średniej wielkości kundle, które na nieszczęście były towarzyskie. Więc przybiegły się przywitać. Kumpela blada jak ściana, ja proszę właścicielkę, by wzięła psy na smycz. Właścicielka psy woła, psy mają ją w zadzie. Podchodzi, ona bawią się z nią w berka. Super. W tym czasie koleżanka trochę wróciła do siebie (psy odbiegły od nas) i mówiąc kolokwialnie, rozdarła ryja, jako że jest to osoba wybuchowa i temperamentna, że pies powinien mieć kaganiec lub smycz. Pani wielce urażona powiedziała nam, że nie znamy przepisów, bo wystarczy, jak pies jest "pod kontrolą właściciela". Odparłyśmy, że właśnie widzimy, jak je kontroluje. Nie, nie udało jej się przywołać własnych psów do siebie.

właściciele psów psy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (59)
poczekalnia

#84977

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja poprzednia historia dotycząca wychowywania (bądź nie) dzieci nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, ale mimo wszystko napiszę drugą, na podobny temat.

Siedzę sobie w pokoju i słyszę głosy z hallu. Moją córkę poznaję, siostrzenicę mojego partnera też, ale coś tych głosów za dużo. Wychodzę, a tam stoją wnuki sąsiadów, sztuk dwoje, i negocjują z moją córką żeby poszła się z nimi bawić. Do tego chłopiec miał ze sobą strzelbę na kapiszony i strzelił ze dwa razy w progu pokoju mojej córki. Podejrzewam, że właśnie to ją wkurzyło :D

Zanim się odezwałam, córka ich pogoniła ("To mój pokój, nie zapraszałam was!"), więc skierowali się w stronę schodów. Moje sarkastyczne pytanie "A co się mówi, jak się do kogoś wchodzi?" spotkało się jedynie ze spojrzeniem mówiącym "O co ci właściwie chodzi?".

Nie wiem, czy to taki trend w wychowaniu dzieci, że ładują się komuś do domu jak do obory? Bez zaproszenia? Ani "dzień dobry" ani "do widzenia"? Jeszcze jakby często u nas bywali, ale nie, to była ich pierwsza "wizyta" odkąd tu mieszkam.

Dla porównania - siostrzenica mojego partnera, bywająca u nas niemal codziennie, potrafi ze schodów zawołać "Cześć ciociu, N. u siebie?" i już wiem, kto przyszedł, kiedy i do kogo. I że ten ktoś zauważa moje istnienie, a to też jest przecież ważne.

własny dom

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (93)
poczekalnia

#84975

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wściekłam się, wnerwiłam, odpaliłam tryb wzmożonej perfidii i mściwości i przez noc wysmarowałam kilkanaście stron różnych dokumentów.

Pierwszy jest pozwem skierowanym przeciwko jednej ze stołecznych aptek, w którym domagam się publicznych, całostronicowych przeprosin ze strony właściciela apteki oraz "magystra" farmacji, który na moje nieszczęście mnie obsługiwał, opublikowanych w "Farmacji Polskiej" i "Aptekarzu Polskim" za naruszenie moich dóbr osobistych przez nazwanie mnie wyłudzaczką leków i oszustką.

Drugi to skarga do Okręgowej Izby Aptekarskiej na nieobecność w aptece w godzinach jej pracy kierownika apteki oraz magistra farmacji o uprawnieniach kierownika apteki wraz z żądaniem przeprowadzenia detalicznej kontroli takiego stanu rzeczy w tej placówce do 5 lat wstecz. Temat ostatnio głośny z powodu wyroku sądowego stwierdzającego konieczność takiej obecności zawsze, więc mam nadzieję, że zrobi im się cieplutko.

Trzeci to żądanie informacji o działaniach wszystkich okręgowych izb aptekarskich mających na celu sprawdzanie stanu wiedzy polskich aptekarzy (farmaceutów i techników) w zakresie przepisów prawa regulujących realizację recept w okresie ostatnich 5 lat. Adresowane do NIA.

Czwarty to żądanie udzielenia informacji o wszystkich błędnie niezrealizowanych ważnych, ręcznie wypisanych receptach, których niezrealizowanie zostało zaskarżone do izb jako bezprawne i konsekwencjach, jakie spotkały osoby odmawiające realizacji mimo braku prerogatyw oraz wszystkich czynnościach podejmowanych w tej sprawie przez okręgowe izby. Też adresowane do NIA.

W każdym pisemku uwypukliłam, że mam zamiar bezwzględnie korzystać z prawa do informacji o każdym kroku każdej osoby, która będzie zaangażowana w realizację moich spraw i piętnować wszelkie przejawy działania z pominięciem ustawowo narzuconego braku zbędnej zwłoki, zwłaszcza składać skargi na opieszałość urzędniczą. Jak się pienić, to pienić.

A o co poszło?

Wczoraj straciłam receptę na lek, który musiałam i chciałam właśnie wczoraj wykupić. Szczęśliwie akurat byłam z wizytą u dziadka, który, mimo długo już trwającej emerytury, zachował prawo wykonywania zawodu lekarza, więc wypisał mi receptę pro familiae. Ponieważ mi się bardzo spieszyło, a on nie miał specjalnych druków, zrobił to na kartce wyrwanej z notesu w formacie A6. Nie wyglądało to estetycznie, ale nie na wyglądzie mi zależało, lecz dostaniu leku w aptece. Trafiłam do niej na 20 minut przed zamknięciem.

Aptekarz odmówił mi realizacji recepty, bo... nie była na specjalnym druczku, nie miała kodów kreskowych i według niego była bezwartościowym świstkiem papieru, on w życiu nie miał czegoś takiego w rękach i na pewno nie przyjmie tego do realizacji

Spokojnie - naprawdę spokojnie - powiedziałam mu, że to recepta pro familiae i na dobrą sprawę może być napisana na papierowej serwetce, ma wszystkie wymagane prawem informacje i jest ważna, niech sprawdzi w przepisach.

Nie, bo on zaraz zamyka, a za mną jest kolejka, nie ma na to czasu. Mam sobie iść i nie blokować obsługi.

Ostatkiem sił i nerwów wycedziłam "to prawnie ważna recepta wystawiona przez lekarza posiadającego prawo wykonywania zawodu, proszę mi sprzedać zapisaną substancję".

Kolejna odmowa, wsparta pokazaniem przepisu o tym, że leki refundowane muszą być oznaczone różnymi numerami, których na mojej kartce nie było.

Zdenerwowana pokazałam mu palcem "Odpłatność 100%" i wysyczałam, że w tym kraju nikt nie może mnie zmusić do korzystania z refundacji leków, jeśli tego nie chcę i właśnie teraz nie korzystam.

Pan zniknął na zapleczu, słyszałam, że z kimś rozmawiał, wrócił kilka minut później i powiedział, że to nie jest recepta i jak nie wyjdę, to on zgłosi policji fałszerstwo i próbę wyłudzenia leków.

Najpierw zdębiałam, potem musiałam wziąć bardzo głęboki wdech, a potem powiedziałam mu, że policję wzywam ja, bo jakiś debil postawił jeszcze większego debila w aptece i kazał mu udawać aptekarza. Proszę do lady kierownika - kierownika nie ma, przecież jest sobotni wieczór.

Policja odmówiła przyjazdu nam obojgu. Moją karteczkę zrealizowałam w całodobowej aptece kilka ulic dalej. Wzbudziła spore zdziwienie, ale aptekarka po prostu sięgnęła do komórki, znalazła wytyczne co do recept nierefundowanych i powiedziała, że choć od kilku dobrych lat nie widziała tak kuriozalnie napisanej recepty, to jest w porządku.

Jutro mam zamiar urządzić w tej aptece i w izbie wcale nie takie małe piekło.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (218)
poczekalnia

#84974

~Wzburzona ·
| było | Do ulubionych
Ponoć w dzisiejszych czasach kobiety nie są już uprzedmiotawianie. Ponoć, bo wystarczy wejść na jakikolwiek serwis randkowy na którym określa się jako kobieta i wstawia zdjęcie, żeby się przekonać, że jest inaczej. Dziewczyny są traktowane jak darmowe gwiazdki porno. Nieustanne proszenie o nagie zdjęcia i propozycje wywiezienia gdzieś daleko do lasu na seks. Jakby to jeszcze był jeden lub kilku osobników, ale nie spotykam się absolutnie z jakkolwiek innym traktowaniem. Dosłownie każdy z kim miałam nieprzyjemność rozmawiać na bardzo wielu serwisach zachowywał się tak, lub podobnie. Mężczyźni a raczej chłopcy spotykani na takich serwisach wyznają w większości zasadę, że kobieta ma tylko siedzieć w kuchni, rodzić synów i zabawiać męża w łóżku. Nic poza tym. Jeżeli trafi się już ktoś odrobinę bardziej wychowany, to najpierw się przedstawi, ale i tak z miejsca oczekuje spotkania z niezobowiązującym seksem bo przecież to jest chyba romantyczne. Notoryczne pisanie starych dziadów do młodych dziewczyn, że zapłacą za numerek a najlepiej jakby w ogóle przyjechała do miasta X i dała za darmo.
Dziewczyny zakładają konta próbując kogoś poznać a są wrzucane do jednego wora z prostytutkami. W dodatku wiecznie ta aura władczości. Oni nie proszą, tylko z miejsca wychodzą z założenia, że są takimi przystojnymi samcami alfa, że kobieta ma dać, ma wysłać etc.
Pousuwałam wszystkie konta, ponieważ chciało mi się wymiotować gdy po każdorazowym zajrzeniu serwisy czytałam wiadomości w stylu "Ładna jesteś brałbym cię" albo "Wyślij nudesy" czy też "Cześć Janek, chcesz zobaczyć mojego?"

Serio, nie jestem zaskoczona, że kobiety zwyczajnie znikają z serwisów randkowych i jest ich dużo mniej niż mężczyzn, bo to podejście jest okropne i niesmaczne...

serwisy randkowe internet

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (113)
poczekalnia

#84973

~ZastepcaKierownika ·
| było | Do ulubionych
O tym, czym skutkuje prawo chroniące pracownika.

Od razu zaznaczę: nie popieram i nigdy nie poprę wyzyskiwania ludzi przez pracodawców, tzw. Januszy biznesu. Co nie zmienia faktu, że pracodawca uczciwie traktujący osoby przezeń zatrudniane, powinien mieć również swoje prawa.

Trzy przykłady:

1. Pracownica skarży się na warunki pracy. Ma chory kręgosłup (podobno, ale pieczątka na zaświadczeniu niby jest), więc trzeba stanowisko dostosować. Szefostwo zamawia sprzęt, praktycznie całe wyposażenie dla komfortu pracy pracownicy. Koszt to kilka tysięcy dla firmy, bo przecież nie dla zatrudnionej.
W dwa miesiące po zakończeniu procesu dostosowania pracownica idzie na L-4 na kilka miesięcy (choć widywana jest w miejscach publicznych - miasto nie jest aż tak duże, by uniknąć spotkania - wygląda bardzo zdrowo i bawi się na oko świetnie), a następnie składa wypowiedzenie. Zastępca na stanowisku szczęściem może korzystać z pozostawionego sprzętu, aczkolwiek zadowoliłby się poprzednim, wciąż sprawnym. Strata kilku tysięcy dla pracodawcy, ale kto by się prywaciarzem przejmował.

2. Nowozatrudniona pracownica idzie na L-4 po kilku tygodniach od momentu podpisania umowy o pracę (wcześniej umowa zlecenie). Ciąża - ok, różnie bywa. Ale zwolnienie wystawione od pierwszego miesiąca, a praca nie wymaga wysiłku, dźwigania itd. Na przykład takiego jak podczas ochoczo robionych zakupów przez ciężarną, także widywaną w przestrzeni publicznej. Więc albo jest zagrożenie poronieniem, albo nie ma (w mniej więcej tym samym czasie wieloletnia pracownica pracuje do 8-ego miesiąca bez obaw i bez przeszkód, więc to nie tak, że w zakładzie są narażenia uniemożliwiające pracę ciężarnym). Strata dla pracodawcy (bo musi szukać, zaangażować, podpisać umowę z zastępstwem, nawet jeśli to ZUS płaci tamtej ubezpieczenie, płacić za dodatkową papierologię księgowej, rekompensować zmieniony grafik pozostałym pracownikom itd.), ale kto by się przejmował...

3. Wieloletni pracownik przeszedł w okres ochronny przedemerytalny. Nie wolno go zwolnić. Nigdy nie był specjalnie porządnicki, ale od momentu wejścia w odpowiedni wiek następuje degeneracja - część pracy nie jest zrobiona, duża część zrobiona bardzo niechlujnie, sporo obowiązków przerzuconych na innych pracowników. Stosunek do współpracowników poufały i lekceważący - ale przecież on jest nie do ruszenia, chyba że sam odejdzie. Nawet jeśli zdaje się sabotować pracę innych, nie można mu udowodnić złej woli, bo przecież każdy może coś zapomnieć zrobić. Już nie mówiąc, że z głowy wylatują procedury znane od dwudziestu lat, ale to pozostawiam bez komentarza, bo już brak mi słów. Sytuacja sprawia, że pozostali pracownicy biorą nadgodziny, żeby ogarnąć za emerytem in spe. Szefostwo ponosi koszty, bo gość ma wywalone, ale na propozycję zastępstwa reaguje agresywnie, jakby był niezastąpiony (więc zapewne nie zrezygnuje z pracy aż do samej emerytury). Wszyscy się w tej sytuacji męczą, ale prawo takiej toksycznej wręcz osoby zwolnić nie pozwala. Strata dla pracodawcy, ponownie.

Osoba zatrudniająca ma więcej obowiązków wobec zatrudnianego, niż odwrotnie. Teraz zgłaszają się nowe osoby do pracy i nie wiadomo czego się spodziewać: czego będą wymagać (żądać wręcz!), jak będą pracować i czy w ogóle (bo siedzenie w domu na zwolnieniu jest bardzo modną metodą wyzyskiwania ostatnio), czy nie zostawią firmy z dnia na dzień na lodzie...

Kiedy dwadzieścia lat temu dostałam tą pracę, to cieszyłam się, że będę bardziej samodzielna, że będę zarabiać i byłam dumna z siebie, bo pracodawca docenił mnie jako człowieka, wybierając spośród wielu kandydatów i codziennie staram się udowadniać, że się nie pomylił. Pracę wykonuję sumiennie i jestem obecnie na drugim miejscu na szczeblach wewnętrznej hierarchii, bo z upływem czasu awansowałam tak, że już wyżej się nie da (chyba, że wejdę z szefostwem w spółkę, ale nie mam na to ochoty i takiej potrzeby, bo moja pensja pozwala mi na przyzwoite życie). Praca nie jest jakoś super-ciężka (no chyba, że mi też wpadają zlecenia tych wyżej opisanych - nieobecnych bądź zapominalskich), zarobki dobre, szefostwo przyjazne, grafik dość elastyczny, szansa rozwoju (trzem pracownikom szefostwo opłaciło studia zaoczne, paru innym szkolenia), szansa awansu i wiele innych.

Tymczasem w dzisiejszych czasach ludzie robią łaskę, że przychodzą w ogóle do pracy. Wykorzystują przepisy, żeby najlepiej brać pensję i nie pracować, są leniwi, niechlujni, niechętni. Czasem wręcz działają na szkodę firmy, ale tak, by im tego nie dało się udowodnić, albo po prostu bez pola manewru - bo szkoda jest, ale nieoczywista w świetle prawa.

Prywaciarza nie szanuje dziś już nikt, czego nie rozumiem i co jest wyjątkowo w mojej opinii piekielne.

praca

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (110)
poczekalnia

#84966

~Sfrustrowana111 ·
| było | Do ulubionych
Często pojawiają się tu wpisy na temat znienawidzonych kierowników czy dyrektorów. Często osoby piszące mają pewnie rację, ale co w sytuacji gdy nawet najbardziej wyrozumiały i sympatyczny kierownik po jednokrotnym zwroceniu na cos uwagi zostaje poje***** ch****?

Jestem kierownikiem(czką?) W lokalu rozrywkowym. Zarządzam grupą kilku osób, na codzień pracuję z nimi i z każdym dniem czuje, że niektórych z nich coraz bardziej nienawidzę.
Dlaczego?

1. Pracownik przysypia na zmianie, po zwróceniu uwagi, że nie jest to tolerowane w tym miejscu pracy OBRAŻA SIĘ JAK mała dziewczynka, przestaje się do mnie odzywać, a za plecami obrabia tyłek.

2. Pracownik popełnił duży błąd, który skutkowało stratą finansową dla firmy. Została mu zebrana premia uznaniowa w związku z tym zaczęły się telefony do kierownika z tekstami typu:
"Tak się nie robi!!!!" "Chcę numer do dyrektora!"

3. Pracownik jako jedyny z ekipy ma wykształcenie wyższe i od momentu zdobycia go sądzi, że nabył przywileje kierownicze: sam chce zarządzać swoją praca, decydować o dniach wolnych, często podważa zdanie kierownika.

4. Pracownik z kilkuletnim stażem pracy po wprowadzeniu jakiejkolwiek nowości krytykuje ją na forum. ZAWSZE, jaka ona by nie była. I nie potrafi, Nie chce sie do niej dostosować.


5. Kwestia grafiku/wyplaty: te kwestie zawsze spotykają się z marudzeniem i ujadaniem, jednego miesiąca pracownik ma problem, że zarobił za duzo i chyba księgowa sie pomyliła, a kolejnego miesiaca juz czuje się potraktowana niesprawiedliwie bo zarobiła za mało (bo miała najmniej godzin w miesiącu). Z grafikiem - zawsze ktos ma tej najgorszy grafik i najgorsze zmiany. Szkoda, że w ich mniemaniu najgorszy grafik ma kazdy z nich. To kto ma ten najlepszy, hmm?

Od kiedy sama jestem kierownikiem to to jestem dla innych kierowników automatycznie bardziej wyrozumiała, wg. Mnie to naprawdę duże obciążenie psychiczne. Wyobraźcie sobie, że jesteście hejtowani za każdą swoją decyzję i czesto nieświadomie jesteście przyjaźni dla kogoś, kto dzień w dzień obrabia wam tyłek.

Ps. Ciężko wymienić i zwolnić wszystkich, rynek jest teraz dość trudny i mimo niezłych zarobków często brakuje osób do pracy, a ja nie zamierzam rezygnować z mojej pracy i planów bo też co miesiąc wpada mi godne wynagrodzenie za pracę.

PRACA

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (56)
poczekalnia

#84965

~anonimuspatronus ·
| było | Do ulubionych
Piękny piątkowy dzień! Idealny na opisanie kilku piekielnych historii między klientem a pracownikiem sklepu.




Historia numer 1.
Nie pamiętam jaki dzień tygodnia, godziny wieczorne.
Co ważne dla historii szefowa siedziała na zapleczu.
Przychodzi pewna pani, pani z skwaszoną miną (mam radar i rozpoznaje klientów z którymi będę miała problem).
Sklep samoobsługowy, głównie kartki okolicznościowe, pamiątki i różne akcesoria urodzinowe jak girlandy, balony itd.
Szanowna pani podchodzi do kartek, wybiera.
Kątem oka patrze czy nie potrzeba pomocy ale pani doskonale radzi sobie w przeglądaniu więc dalej robię swoją robotę (nie podchodzę do klienta który wchodzi do sklepu i nie patrzę mu na ręce stojąc obok bo wiem, że to zwyczajnie przeszkadza i peszy aczkolwiek jeżeli ktoś poprosi o pomoc automatycznie podchodzę, pokazuje itd)
Wracając do pani, zaczęła wyzywać pod nosem biorę głęboki wdech i podchodzę. Nawiązuję się rozmowa
[j]a- Mogę w czymś pani pomóc
[o]na- Karta na urodziny dla kobiet x lat
[j]- niestety na x lat nie mamy, ale tutaj są ogólne warto przejrzeć
przegląda, przegląda
[o]na- Ta kartka może być dla kobiety x lat?
[j]- wie pani co, kwestia gustu i znajomości danej osoby (uśmiech w stronę pani)
[o]- nie będzie się do mnie tak gówniara zwracać
I wyszła, przysięgam ani ja ani moja szefowa nie mamy pojęcia czym ją tak uraziłam.





Historia numer 2.
Typowi Janusz i Grażyna, autentycznie.
Wąs, kamizelka jakby wracał z ryb. Grażynka trwała ale makijaż jak 18nasta na imprezie.
Wchodzą państwo, bez dzień dobry bo po co to komu? Przecież pracuje w sklepie więc można mną zamiatać podłogę.
Akurat wtedy miałam kilka kartonów towaru, który moja zmienniczka wyceniła i kilka rzeczy wyłożyła (kluczowa informacja) a ja musiałam wyłożyć resztę- robota na cały dzień a następnego dnia kolejny więc trzeb to wyłożyć żeby było miejsce.
[j]- DZIEŃ DOBRY
[jan]usz- Kartka na ślub
[j]- tak?
[g]rażyna- chce kartkę na ślub wyjątkową
[j]- wie pani, każdy ma inny gust i definicję słowa "wyjątkowy" (podeszłam z towarem w ręce i pokazałam gdzie jakie kartki i pamiątki znajdą)
Zaczęli oglądać, stałam chwilę z tym towarem ale oglądają to zacznę wykładać.
Mija minuta
[g]- kartka na ślub od rodziców
[j]- wie pani co, tutaj są większe pamiątki (pokazuje palcem dotykając półkę) powinny być tutaj, ale o ile dobrze kojarzę aktualnie na stanie żadnej nie mamy, chyba że jakaś się ukryła (uśmieszek dla rozluźnienia atmosfery)
Rozkładam dalej towar i jakby spadła bomba.
[jan]- JAK TY TUTAJ PRACUJESZ I NIE WIESZ CZY COŚ MACIE, PATRZ ŚLEPA PATRZ KARTKA OD RODZICÓW
[J]- po pierwsze proszę ton ciszej, po drugie mówiłam, że o ile dobrze kojarzę, po trzecie możliwe ze jest przyszły w towarze który teraz rozkładam (podnoszę 8 kartek A4 wypełnionych z obu stron) a nie byłam w stanie jeszcze zapoznać się z całością
[jan]- POWINNAŚ TU STAĆ I TEGO SZUKAĆ
[j]- nie, sklep jest samoobsługowy
[jan]- GDYBYM BYŁ SZEFEM JUŻ BYŚ TU K0000wa/K0000wO (jak krzyczał, że ciężko było stwierdzić co) NIE PRACOWAŁA!
[j]- widocznie nie jest pan na tym poziomie życia, żeby być kogokolwiek szefem
O ironio podchodzi do skasowania z tymi kartkami i rzuca je na ladę, ja już po złości kończę wykładanie tego co mam w rękach
[jan]- PODEJDZIESZ TU CZY PROSIĆ CIE TRZEBA
podeszłam aż po dwóch cennych minutach
[j]- x kwota (poniżej 100zł)
Rzuca 200 zł król biznesu
[j]- Drobniej poproszę bo z 200 zł nie mam jak wydać
[jan]- Ch*uj mnie to obchodzi
[j]- mnie również
[jan]- WYDAWAJ TE RESZTĘ BO SIĘ SPIESZĘ
[j]- jeżeli nie ma pan drobnych to niestety trzeba zrezygnować z zakupu towaru bo ja nie jestem zobowiązana do wydawania reszty a to pan powinien mieć odliczoną kwotę (mam karteczki wydrukowane z fragmentem praw konsumenta gdzie jest to napisane więc ją podaję)
[jan]- JA CIE K000WA ZGŁOSZĘ ZOBACZYSZ JUTRO TU NIE BĘDZIESZ PRACOWAĆ, JAK MOŻNA NIE ZNAĆ TOWARU TY TĘPA BLONDYNO, JUTRO CIE TU NIE MA TY IDIOTO, MUSISZ MI WYDAĆ RESZTĘ!!!!!!!!
[j]- poproszę po pierwsze grzeczniej, po drugie podać numer do szefostwa? po trzecie nauczy się pan kultury bo takie zachowanie jest aż śmieszne, po czwarte proszę opuścić sklep bo inaczej dzwonię po ochronę
[g]- chodź bo ta głupia dziewucha pracować z ludzmi nie potrafi








Historia numer 3.
Dziecko na oko 3/4 letnie kradnące mi balony co 5 minut bo rodzice uważali to za super zabawę.
Zero nagany.
Biegali za dzieckiem oddawali balony i tak w kółko.
Śmiejąc się jak na super komedii.






BONUS
Kilka dni temu ktoś zalał toaletę dla pracowników, ciężka sprawa bo woda wypłynęła aż za drzwi na korytarz.
Pech chciał, że zachciało mi się z niej skorzystać.
Idę i widzę sprzątaczkę na kolanach wycierającą podłogę.
[s]przątaczka- TUTAJ NIE WOLNO KTOŚ ZALAŁ KIBEL
[j]a- a, dobrze. Gdzie znajdę inną toaletę dla personelu?
[s]- do publicznej idź
[j]- no dobra, dziękuje.
Odchodzę kilka metrów i co słyszę?
[s]- W DUPIE SOBIE SZUKAJ KU000WA KIBLA
Przeżyłam szok, poszukałam innej toalety wracam i zachodzę do zalanego WC
[j]- Przepraszam panią bardzo, ale zawszę jestem dla pań miła. Wydawało mi się, że jeżeli pracujemy na jednym obiekcie to wypadałoby mieć do siebie wzajemny szacunek. Mam teraz panie wyzywać bo mają panie prace jaką mają czy o co chodzi? Nie życzę sobie takich sytuacji
[s]- ja nic nie powiedziałam
[j]- sama się pani teraz przyznała, a ponad to jeszcze odwróciła Pani głowę żeby sprawdzić czy słyszałam
[s]- jesteś niewychowana
[j]- Ja? Ja odnoszę się do pań z K U L T U R Ą i oczekuję również tego z pani strony
[s]- dobra weź stąd wyjdź
[j]- nauczy się pani obcować z ludźmi a dopiero wtedy proszę z nimi pracować
Miałam wielką ochotę zgłosić sprawę do jej przełożonego, ale w ostateczności zrezygnowałam. Karma wraca, tego się trzymam.

praca sklep klienci

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (71)
poczekalnia

#84956

~kotekBonifacy ·
| było | Do ulubionych
Pomykam sobie autostradą.
Abyście mi, drodzy Piekielni, nie zarzucali nieścisłości między historiami, nadmienię iż pomykam jako pasażer.
Przed nami ciężarówka. Nie tir, a nieco mniejszy dostawczak. Chcemy go wyminąć, więc hop na lewy pas i przyspieszamy. Już prawie się z nim zrównaliśmy, odległość między naszą maską a jego tylnym zderzakiem równa się około pięciu metrom, gdy pojawia się ONO.

Granatowe Audi wprost z piekielnych czeluści gna równolegle do nas za dostawczakiem.

Nim w naszych głowach zdąży błysnąć choćby jedna myśl odnośnie tak niespodziewanego pojawienia się auta, owo auto, gardząc pożytecznym wynalazkiem, jakim jest kierunkowskaz, pcha się w pięciometrową, a w tamtej sekundzie raczej czteroipółmetrową lukę między nami a dostawczakiem.

Siła wyższa sprawia, że wszyscy wychodzą z tego cało. Władca Pierścieni, widać niezadowolony z takiego obrotu sprawy, ryczy silnikiem niczym zraniony humbak, po czym znika, odnalazłwszy zapewne pomiędzy kolejnymi samochodami teleport do piekła.

autostrada A4

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (43)
poczekalnia

#84954

~Biess ·
| było | Do ulubionych
Będzie o dzwoniących telemarketerach. Nie będę się tu rozpisywał o tym ile razy do mnie dzwoniono na zasadzie: "kup Pan cegłę" czy "wygrał Pan w naszej loterii" i inne podobne. Wypracowałem sposób na pozbycie się takich połączeń i to ja jestem Piekielny.
(J) - ja, (T) - telemarketer(ka)

1. T - witam ty ZXCV z firmy VBNM i mała "litania"
J - informuję, że rozmowa jest nagrywana i jej kontynuowanie
oznacza zgodę na nagrywanie i późniejsze wykorzystanie
nagrania
- bip bip bip i koniec rozmowy
2. T - witam ty ZXCV z firmy VBNM i mała "litania"
J - informuję, że rozmowa jest nagrywana i jej kontynuowanie
oznacza zgodę na nagrywanie i późniejsze wykorzystanie
nagrania
T - (niezmordowany/a) ma Pan do odebrania nagrodę w naszej
filii w mieście K wystarczy przyjść na pokaz
J - hura super oczywiście, że się pojawię. A czy Wasza firma
opłaci mi podróż do miasta K w Polsce bo od 6 lat mieszkam
w Grecji?
T - a to Pan nie mieszka w Polsce? No to do usłyszenia.
3. Telefony z banków po kilku odmowach "super kredytów" odpuścili.

Nie wiem czy komuś się to przyda ale mnie pomogło i mam dużo większy spokój bo nie mam już tylu "propozycji" przez telefon. A co do nagrywania rozmów to faktycznie mam w telefonie programik do nagrywania i w momencie jak ktoś do mnie dzwoni to mam możliwość włączenia nagrywania co z reguły robię jak mam telefon z poza mojej książki numerów.
Pozdrawiam Piekielnych.

call_center

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (37)