Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#88971

przez ~Wonsky071 ·
| było | Do ulubionych
I znów samochodowo...
Wylewa się wszechobecny hejt na ludzi, którzy dojeżdżają innym do zderzaka i błyskają, mrugają, trąbią albo pokazują się raz w jednym, raz w drugim lusterku.
Po wczorajszej podróży mam pewną smutną refleksję - inaczej się czasami po prostu nie da...

Jadę sobie, jestem na lewym pasie, około 145 na 140, - na prawym co 700m ciężarówka, czasem 2. Co robią ludzie na pasie lewym? Nic! Jadą sobie jak gdyby nigdy nic 110-115... Żaden nie zjedzie bo po co? Podjeżdżam odrobinę bliżej, zrównuje prędkość, czekam... Nic... Migam lewym kierunkowskazem... Nic... Czekam, może się akurat ktoś zagapił, zamyślił, nie wiem. Czekam... Blyskam długimi - nic, zero reakcji. 2 kilometry dalej po minięciu 3 x po 2 ciężarówki wciąż lewym za zawalidrogą.. Podjeżdżam bliżej - znowu kierunek, zero reakcji, długie-zero reakcji, lewe prawe lusterko - no nic... Ciśnienie mi rośnie - podjeżdżam pod sam zderzak, włączam długie światła - nareszcie - klient zjechał na prawy, wyprzedziłem i uwaga - ja zmienilem pas na prawy bo do ciężarówki dobry kilometr a klient myk-już z powrotem na lewym pasie...
A jak mi wygrażał łapami jak go mijałem... W głowę się stukał... Szkoda, że własnej winy jakoś nie widział... Czasem nie zostaje nic innego tylko wyprzedzać po prawej stronie - czego raczej się robić nie powinno, mimo iż jest dozwolone. A pan zawalidroga pewnie wciąż na lewym pasie.
Podsumowanie - wczoraj miałem takich sytuacji co najmniej 5 przez około 70 kilometrow. Dziwne - podobne praktyki ustają w magiczny sposób po przekroczeniu zachodniej granicy - tam się da jechać po prawym pasie.
Od razu przypomina się artykuł o młodym człowieku który jechał 70km bez przerwy lewym pasem, bo na kursie nikt mu nie powiedział, że tak nie wolno... Ale nie, egzaminy za trudne, hurr durr egzaminatorzy źli, itd... A jeździ się coraz gorzej.

A-4

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (97)
poczekalnia

#88972

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Wspieram WOŚP. Kilka lat temu proponowałem darmowy transport, ale wrzucasz coś do puszki. LUDZIE celowo dużą wrzucali po 300 500zl bo na dzieci.
Jeden Janusz wrzucił 5zl i chce darmowy transport palety. Dodam koszt 50zł. Komentarze pominę.

Janusz

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (99)
poczekalnia

#88954

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem POZeciarzem (przychodnia od 8-18) oraz NPLowcem ("przychodnia" od 18-8 + weekendy 24h/dobę). Dodatkowo robię staż w szpitalu w ramach specki. Przekrój pacjentów mam od osób z wyższym wykształceniem jak i po niepełnym podstawowym - zazwyczaj najgorsi/najpiekielniejsi są w skrajności obu grup (ale o tym nie teraz).

Po części w nawiązaniu do #88880 i komentarzy do tej historii.

Wbrew temu, co sporo osób pisze: przychodnie działają i przyjmują pacjentów (jeszcze się to udaje). Mamy tyle pacjentów zarówno osobiście jak i na teleporadach, że nie ma czasu niekiedy spokojnie coś zjeść, czy wyjść do łazienki. A to, że rejestracja nie odbiera telefonów jest zazwyczaj winą tego, że w tym czasie rejestratorka i pielęgniarka rozmawiają z innymi petentami.

Nawet nie wiecie ilu dziennie miałem 2tyg temu pacjentów, którzy z objawami przeziębieniowymi się pojawiali w gabinecie.

Najczęściej należeli oni do jednej z dwóch grup:
- objawy mają od rana (lub wieczora), rzadziej 2.-3. dzień, bez leczenia
- są po >7dniach ciężkiej infekcji dróg oddechowych, również bez leczenia... bo Wit C + raz dziennie aspiryna leczeniem nie można nazwać.

Jako, że przyszli to zbieram wywiad i badam ich sumiennie (zgodnie ze sztuką), ale...

Prawie NIKT sam nie wykonał sobie nawet testu antygenowego na COVID-19 który można kupić (a nawet od niedawna dostać za darmo) w aptece, który wykonany w największej wiremii wirusa (jakieś 72h od pierwszych objawów, potem tak naprawdę skuteczność jest coraz mniejsza i nie jest w pełni diagnostyczny) ma MINIMUM czułość 80% przy swoistości 97% (o ile wykonany prawidłowo, dodatkowo ten który ma pogotowie i niektóre przychodnie ma nawet większy) -> jeśli wynik jest dodatni to macie COVID-19 (ja zlecam wtedy wymaz PCR, by było potwierdzenie, bo na słowo nie mogę wysłać na izolację).

Dodatkowo lekarze pracują na bazie schematów leczenia i zaleceń koordynatorów danej dziedziny medycyny (to tak w wieeelkim skrócie) -> zabezpiecza nas to przed błędami oraz systematyzuje pracę (a także zmniejsza ilość eksperymentów na małej liczbie osób jak było z pewnym lekiem w pierwszej fali). Aktualnie według zaleceń KAŻDA osoba z jakimkolwiek objawem choroby dróg oddechowych lub układu pokarmowego (biegunka/wymioty) ma mieć wykonany test w kierunku COVID-19. Po to by jak najszybciej została odizolowana i nie zarażała innych osób a i dodatkowo była monitorowana lub w razie zaostrzenia jak najszybciej trafiła w odpowiednie miejsce (oddział COVID-19 lub zwykły).

Samo to, że zrobicie sobie test wcześniej (najlepiej od razu PCR) daje dla mnie dużo -> zmniejsza mi czas potrzebny na ich ogarnięcie (samo wypisanie zlecenia wymazu to ~4min (jak ma się pacjenta co 10-15min to znacząca ilość czasu)), zazwyczaj wystarczy im przepisać leczenie objawowe, wyjaśnić co mają robić i tyle. A dodatkowo nie przychodzą do przychodni i nie zarażają innych osób które są pod gabinetem z innego powodu -> mimo walczenia by ludzie przychodzili tuż przed planowanym czasem wizyty nadal są osoby (głównie starej daty), które przychodzą na godzinę przed czasem. A im mniej czasu zajmie mi pacjent tym więcej osób będę mógł dodatkowo przyjąć.

Jak wiecie lub nie (patrząc przez pryzmat pacjentów to raczej to drugie) standardowe przechorowanie COVID-19 to ... przeziębienie. Bo SARS-CoV-2 (w skrócie i po laicku) należy do rodziny wirusów, która powoduje przeziębienia, ale ten szczep postanowił zmutować i nasze organizmy z nim sobie do końca nie radzą (czy to reagują przesadnie, czy w ogóle z nim nie walczą). I właśnie problem polega na tym, że mamy ruletkę jak to przechorujemy (każda osoba może się pogorszyć w 7. lub 8. dobie tak, że będzie potrzebowała pilnej opieki w szpitalu). Dlatego powinniśmy się zaszczepić, bo to zmniejsza ryzyko infekcji/powikłań. Właśnie! -> zmniejszy, a nie spowoduje, że będziemy w pełni odporni!

Bo oto argumenty dlaczego pacjenci nie zrobili testu na COVID-19:
- Co roku mam grypę/przeziębienie, tylko antybiotyk mi pomaga -> tak mieliście takie same/podobne objawy jak x lat temu w tym czasie, bo mamy coś takiego jak sezon przeziębieniowo/grypowy i właśnie teraz w nim jesteśmy. I jak to po antybiotyku poprawa? Jak zarówno na WIRUSY przeziębieniowe i WIRUS grypy nie działają antybiotyki? A >95% pozaszpitalnych infekcji dróg oddechowych jest wirusowych! Notabene jak mówicie, że "przeszliście grypę", to zazwyczaj było to cięższe przeziębienie, które obok grypy nie stało. Niezależnie leczenie jest objawowe, antybiotyk jest ewentualnym dodatkiem do leczenia w późniejszym czasie, by zabezpieczyć przed/leczyć nadkażenie uszkodzonych dróg oddechowych. Po wywiadzie typowym dla zapalenia dróg oddechowych następuje badanie (osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru), dalej zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- TO ANGINA, TRZEBA ANTYBIOTYKU! -> ehh dobra, pacjent/ka 20-60lat; proszę pokazać gardło -> gardło zaczerwienione, migdałki powiększone ale bez ropnej wydzieliny, w wywiadzie dodatkowo suchy kaszel, stan podgorączkowy jedynie, węzły szyjne lekko powiększone, niebolesne, osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru -> no ma Pan/Pani anginę, tzn zapalenie migdałków (no i ogólnie gardła) bo to właśnie "angina" znaczy. "Anginę paciorkowcową" (gdzie z wyboru daje się antybiotyk) rozpoznaje się po skali Centora a i tak mimo wystarczającej ilości punktów według jej kryteriów (w teorii 4pkt ale z racji braku testów w przychodniach już przy 3pkt uznaję, że zachowane są warunki) tylko ~40% to faktycznie bakteria, ale z racji ryzyka daje się antybiotyk (z ciekawości sprawdźcie sobie ile taka osoba ma punktów). A i objawy zapalenia gardła/migdałków są typowe w odmianie Delta i Omicron -> dalej zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Myłem/am okna, sprzątałem/am na dworze, pracuję w przeciągu i to dlatego mam objawy przeziębieniowe + bardzo silne bóle mięśniowe -> badanie (osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru), zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Jestem zaszczepiony! -> no i co z tego? Znam osoby szczepione 3. dawkami które zachorowały najpierw przed 1. dawką, potem po 2. dawce i na końcu po 3. dawce. Bo mają tak duży kontakt z wirusem, że szczepienie nic nie da -> wystarczy zapytać ludzi pracujących w opiece zdrowotnej -> w większości już co najmniej raz przechorowali mimo priorytetu i kompletu szczepień. Po wywiadzie typowym dla zapalenia dróg oddechowych następuje badanie (osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru) i potem dalej zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Ja się tylko osłuchać chciałem, bo mam przeziębienie, a nie COVIDa! -> nosz kurna, w wywiadzie cała rodzina z podobnymi objawami, wywiad typowo przeziębieniowy w badaniu "osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru" (wiecie czemu to już kilka razy napisałem? Bo w COVID-19 objawy osłuchowe MOGĄ ale NIE MUSZĄ się pojawić lub pojawiają się w okresie rekonwalescencji! Plus nie mają żadnego znaczenia rokowniczego odn przebiegu choroby) + zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Bo nie chcę być na kwarantannie/izolacji! -No ok, a chodzi Pan/Pani do pracy? -NIE i dlatego chcę zwolnienie! -> kwarantanna/izolacja jest równoważna zwolnieniu lekarskiemu. Jedyna różnica jest taka, że musisz pod groźbą sankcji siedzieć w domu, a nie pojechać mieć dodatkowy urlop na wyjazd na narty/opalanie się na plaży w tropikach w momencie jak cudownie ozdrowiałeś po jednym dniu (miałem takich agentów).

I wiecie co? Ponad 1/3 wyników jest dodatnich. No nie wiadomo czemu... (kolejna fala pandemii?) I zazwyczaj im bardziej ktoś zaprzecza/awanturuje się, tym częściej wynik pozytywny.

I nie, nie dostaję pieniądze za rozpoznanie COVID-19.
Nie dostawałem w POZ żadnego dodatku COVIDowego.
Za szczepienie p/COVID-19 jest płacone jako, że w Polsce za wykonaną pracę trzeba płacić -> a szczepienie mimo, że w POZ i mimo, że w jego godzinach pracy to jest wykonywany przez dodatkowy zespół, który nie zajmuje się pacjentami POZ w tym czasie.
Za konsultację pacjentów z ROZPOZNANYM COVID-19 POZ otrzymywał niewielką kwotę, która szła na badania, które zlecaliśmy pacjentom po chorobie w czasie rekonwalescencji (podejrzenie i wysłanie na test NIE jest płatne).

Ogólnie bez tego jest roboty, bo przeziębień/gryp/Covidów było ~połowa pacjentów a reszta z innymi chorobami. Aktualnie ekipa znowu się wykrusza, bo ponownie zaczęliśmy chorować (BTW pozdrawiam z izolacji, na szczęście skąpo objawowo przechodzę).

A teraz jeszcze rządzący dali nam betonowe koło ratunkowe (w teorii z troski o podatników) i wymyślili, że każdego pacjenta po 60rż mamy osobiście zbadać, nie mówiąc skąd mamy wziąć do tego ludzi, miejsce i czas (a nie, powiedzieli, że mamy brać nadgodziny... gdzie ja brałem nadgodziny w czasie nadgodzin dotychczas...).

A i pamiętajcie, że jak macie wynik dodatni to w ostatnich 72h izolacji skontaktujcie się ze swoim POZ lub NPL -> bo tak naprawdę to decyzja lekarza decyduje o wyjściu z izolacji i najczęściej dostaniecie zlecenie na badania wtedy oraz ewentualne zwolnienie na rekonwalescencję przy ciężkim przebiegu.

EDYCJA: poprawiłem trochę literówek, starałem się zmniejszyć ilość zdań wielokrotnie złożonych oraz dodałem parę rzeczy bez zmiany informacji/sensu zdań.

słuzba_zdrowia ochrona_zdrowia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (126)
poczekalnia

#88925

przez ~98765 ·
| było | Do ulubionych
Znalazłam przypadkiem taką historię: #67574
Smutno mi się zrobiło. Z powodu tej historii, ale też mojej własnej sytuacji, w pewnym aspekcie podobnej.
Jestem w 9 miesiącu ciąży. Od dziecka choruję też na dysplazję biodra, która to choroba znacznie się przez ciążę pogłębiła. Byłam świadoma tego, że się pogłębi zarówno ja jak i lekarze, bo problemem jest nie to, że stawu biodrowego nie mam, ale że mam za dużo relaksyny, która kości rozluźnia, u kobiet głównie podczas ciąży i porodu. Czekam więc na córeczkę, a potem jestem już zapisana w kolejkę po endoprotezę i ta kolejność jest tu bardzo ważna.
Na dzień dzisiejszy chodzę jednak jak pingwinek. Taki upasiony, z brzuszkiem pełnym rybek.

Żartuję z tymi rybkami, ale ciąża JEST widoczna.
Zaczęłam tak od 6 miesiąca liczyć, ile razy ktoś mi ustąpi miejsce. Wcześniej ludzie mają prawo tego nie widzieć, więc dopóki sama nie poproszę i ktoś nie odmówi, nie mogę mieć o to żalu.

Ile razy ktoś ustąpił mi miejsce z kolejce, przepuścił do kasy? Jeden raz. Jedna Pani w kolejce do banku. Podziękowałam i zrezygnowałam, bo mogłam wtedy komfortowo usiąść, a mi nie brakuje wolnego czasu, tylko nie mogę stać.
Parę razy jednak byłam zwyzywana przez staruszki, bo np chciałam po zajęciu kolejki usiąść w środku oddziału banku zamiast gnieździć się z nimi na ławeczce w centrum handlowym (skądinąd tam mnie chciały usadzić dopiero po tym jak powiedziałam, że stać nie mogę i same szły warować pod same drzwi oddziału- tak żebym przypadkiem nie weszła przed nie....). Paniom od ławeczki oczywiście też było duszno, więc każda bez maseczki albo z maską na brodzie, bo przecież na Stadionie Narodowym można też chyba rodzić, no nie?

Kasjerki w sklepie uprzejmie udają, że mnie nie widzą i np. przed nosem zamykają mi kasę z pierwszeństwem i idą pomagać w zakupach panu w kasie w samoobsługowej. Na zwrócenie takiej pani uwagi, że czekam i mnie ignoruje ona odpowiada słodkim głosem- och, nie widziałam. Ciekawe jak nie widziała jak brzuch wielki jak stodoła. Mam ze soba plakat nosić, że w ciąży jestem?

Ludzie zaczynają oglądąć sufit- tak jakoś im ten sufit w mojej obecności wydaje się ciekawy.

Ostatnio na pobraniu krwi usłyszałam obok taki dialog:
Babeczka- Powinnam przepuścić, tę panią w ciąży, ale tak strasznie się spieszę...
Facecik- Tak, tak, każdy teraz tak ma...
Ja siedziałam kilka krzeseł dalej, więc nie zależało mi na przepuszczaniu w kolejce, ale pokazuje to sposób myślenia.

Nie potrafię też zrozumieć jak mam w takiej standardowej sytuacji skorzystać z kasy pierwszeństwa, która przysługuje mi zarówno jako ciężarnej jak i osobie z niepełnosprawnością. Te kasy są najbardziej zapchane staruszkami, bo najczęściej jest to jedyna otwarta kasa. Nie da się ludzi w kasie ominąć, bo przejścia tam są tak samo wąskie jak przy innej kasie. Dwa metalowe wózki sie nie zmieszczą. Musiałabym krzyknąć: uwaga, nadchodzę, chować zakupy z taśmy do toreb, koszyków, cofnąć się o dwa metry bym mogła wjechać i wyłożyć swoje zakupy! No absurd jakiś, nie wiem kto takie kasy pierwszeństwa projektuje. Zdarzają się takie szerokie, ale bardzo rzadko.

Dobrze, że mam męża, który jak już włożymy zakupy do wózka, czeka w kolejce, płaci a ja czekam już w aucie.
Dobrze, że nie jestem elektronicznie wykluczona i korzystam z kas samoobsługowych.
Dobrze, że mam auto i nie muszę prosić się o miejsce w autobusie.
Dobrze, że w więszości przypadków korzystam z prywatnej przychodni bez szalonych kolejek.
Tylko nie każda pani tak ma.

Mąż twierdzi, że to nieustępowanie ma związek z moim płaszczykiem. Mieści mi się w nim ciążowy brzuszek, to taka budrysówka. Nie mam w nim wyciętej tali, nie jest rozkloszowany, więc brzuch widać jak się patrzy. Teoria męża mnie więc nie przekonuje. Mi się wydaje, że to przez to jak chodzę, jestem widziana jako osoba “nienormalna”. Nie spełniam standardów kobiety w ciąży. Gruba, utykająca na nogę- to pewnie jakaś dziwna choroba, może też z głową coś nie tak- lepiej udawać, że jej nie widzę. Szacunek dla drugiego człowieka? I to jeszcze niepełnosprawnego? A co to jest?

kolejki

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (89)
poczekalnia

#88881

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, jaki obowiązuje limit czasowy, aby swobodnie i bez niemiłych konsekwencji, móc napisać : u nas w : tu wpisz dowolne miejsce na kuli ziemskiej? W tym roku mija 15lat, odkąd spakowałam się i zamieszkałam w innym
państwie . To samo miasto, 2 różne ulice, to wszystko w tym okresie czasowym. A jednak wciąż na hasło: u nas spadł śnieg, u nas w mieście, u nas w ... , wciąż wiele osób reaguje alergicznie. Ostatnio pod postem na Fb 3 z 5 komentujących osób zwróciło mi uwagę, jak śmieszna jestem i taka "nie-polska" staram się być. Wręcz mała dyskusja z docinkami się rozpętała. Język polski znam, dziecko moje uczę, pierogi lepię... Może to już pora, żeby odpuścić? Dlaczego w Polsce jest tak mało tolerancji i zwraca się uwagę na tak nieistotne sprawy, zamiast cieszyć się z tego co mamy i żyć własnym życiem ?

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (120)
poczekalnia

#88836

przez ~bezdzietnizwyboru ·
| było | Do ulubionych
Historia #88833 przypomniała mi dyskusję pomiędzy mną i moim mężem, a teściami. Mimo złych relacji, nadal co jakiś czas do nich zaglądamy, żeby choćby sprawdzić, czy nie narobili już jakiś długów, albo czy jeszcze żyją w dobrym zdrowiu.

Ogólnie moi teściowie są bardzo konserwatywni. W niedzielę do kościoła, dom, ogródek, pies i trójka dzieci. Od nas oczekiwaliby tego samego, ale uporczywie odchodzimy od ich schematu.

Cała dyskusja pojawiła się krótko po naszym ślubie- cywilnym, co było już powodem do awantur. Mieliśmy wtedy 27 lat, dopiero co dostaliśmy stałe posady, a nie kolejne umowy na zastępstwo/czas określony/śmieciówki. Zaczęto nas dopytywać się kiedy będzie bombelek. Na co odparliśmy, że może za kilka lat, bo najpierw musimy ustabilizować swoją pozycję, spłacić chociaż większą część kredytu za mieszkanie, trochę też odpocząć, bo ostatnie lata były niezłą harówką. A przede wszystkim musimy zaoszczędzić pieniądze na nianie, bo zarówno teściowe jak i moi rodzice, mieszkają od nas ok. 300 km w jedną stronę i są czynni zawodowo. Wspomnieliśmy też, że chcielibyśmy mieć na tyle oszczędności, aby potencjalne dziecko wysłać do szkoły prywatnej (bo to że dostanie się do publicznego przedszkola już wtedy było nierealne i prywatne przedszkole było oczywistością). Ta odpowiedź nie spodobała się teściom, którzy zarzucili nam, że już jesteśmy starzy i że to najwyższa pora, bo zdążymy mieć jedno dziecko, a jedynaki są niedorozwinięte.

Plot twist-jestem jedynaczką, o czym teściowie wiedzą. Odpowiedziałam, że czuję się bardzo rozwinięta i radzę sobie lepiej niż moi rówieśnicy, a więcej niż jednego dziecka nie chcemy, bo stawiamy "na jakość", a nie ilość, jak robiło to ich pokolenie i pokolenie ich rodziców. Może moi wychowali mnie trochę na egoistkę w pewnych kwestiach i nie musiałam szarpać się o nic z rodzeństwem, ale czuję, że mimo nienajlepszej sytuacji finansowej, poświęcili mi swój czas i dużo pomogli, nawet nie mając funduszy. Tu mama posiedziała ze mną nad matematyką, tu ojciec pokazywał jak zbić karmnik etc.

Mój mąż zarzucił im, że mają trójkę synów, a nie widzi żadnego oprócz siebie w tym domu, bo jeden brat wyemigrował do Irlandii, drugi do Niemiec i tam już zostali. Wspomniał, że na studiach utrzymywał się ze stypendium oraz prac dorywczych, a także z tego co najstarszy z braci mu przelał, bo rodzice mogli mu opłacić jedynie rachunki za telefon, internet i czynsz. Nie mieli pieniędzy na korepetycje oraz lepsze ciuchy, więc w dzieciństwie musiał mierzyć się z wyśmiewaniem z powodu braku markowych ciuchów. Miał być najlepszy ze wszystkich przedmiotów, jednocześnie nie posiadając dobrego sprzętu do nauki, gdyż przypadał im jeden komputer na 3 dzieci i ojca. Musiał też pomagać przy gospodarce, którą wówczas mieli i dopiero, gdy był nastolatkiem, oddali w dzierżawę.

Nigdy nie usłyszał, że są z niego dumni, a jak pomagali mu w lekcjach, to z wielką łaską, bo rodzice byli zmęczeni po pracy stacjonarnej i w polu.

Powiedzieliśmy, że my dla naszego dziecka chcemy pewnej przyszłości w dobrym standardzie, tak aby nigdy nie usłyszało, że jest gorsze, bo nosi Pumbę zamiast Pumy. Szczególnie, że dzisiejsze czasy powodują, że dzieci są jeszcze gorsze, niż wtedy gdy my byliśmy młodzi, gdyż wtedy większość rodzin wygrzebywała się jeszcze z lat przemian ustrojowych i bezrobocia.

Chcemy mieć też trochę życia dla siebie, a nie przepracowywać 8 godzin, później siedzieć w domu przed telewizorem, bo na inną rozrywkę nas nie będzie stać. A chciałoby się kiedyś rodzinnie wyjść do kina, teatru, czy choćby na mecz.

Teściowie popłakali się, przeprosili swojego syna, przytulili nas i zrozumieli nasze zdanie.

Ta, akurat.

Dostaliśmy pouczenie, że przecież mój mąż wyszedł na ludzi i o co ma pretensje, że ciężkiej pracy się nauczył? Że oni mu dawali jeść, miał swój pokój i jeszcze mu mało? A bracia są zagranicą i bardzo ich kochają (wiemy, że bracia dzwonią do nich od święta, bo są formalnie bardzo zapracowani). Kiedyś nie było luksusów, a oni mogli pomarzyć o własnym pokoju i komputerze, bo sami mieli po 4 (teściowa) i 7 (teściu) rodzeństwa, ale każdy był ze sobą zżyty. Było biednie, ale byli szczęśliwi, a my już teraz mamy super warunki na bombelka i mamy się o niego starać.

Także mnóżcie się mimo braku gotowości psychicznej i finansowej, a potem jakoś to będzie. Najwyżej wszystkie dzieci będą miały średnio szczęśliwe dzieciństwo, jak mój mąż.

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (127)
poczekalnia

#88816

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielny system opieki zdrowotnej (ściślej dostępności leków) w naszym kraju.
Znajoma miała operację. Wstawienie endoprotezy stawu biodrowego. 4 dni po zabiegu wypis do domu.
Z racji posiadania auta po podwyższonym prześwicie, poprosiła mnie o odbiór jej ze szpitala. Prosto ze szpitala pojechaliśmy zrealizować jej receptę, w której na pierwszym miejscu jest lek przeciwzakrzepowy w formie zasztrzyków. Lek niezbędny po operacjach, szczególnie dla osób o wysokim ryzyku wystąpienia zakrzepu.
Wchodzę do apteki (znajoma z racji stanu została w samochodzie), podaję niezbędne dane i nagle.... Pani w okienku mówi, że nie mają tego leku. Na moje pytanie, czy na jutro mogą go ściągnąć, pani odpowiada, ze to niemożliwe, ponieważ tego leku nie ma w ofercie dla aptek. Czasami (raz na pół roku może się pojawić). Pytam, czy może sprawdzić w innych aptekach (miasto wojewodzkie-120 tys. mieszkańców). Nie ma nigdzie. W ościennych gminach również. Jest dostępny tylko w szpitalach.
Znajoma po przekazaniu informacji, łzy w oczach. Mówi mi, ze to dla niej śmierć. Chyba, że wróci do szpitala (w tych czasach zapewne tylko karteką). Ostatnia deską ratunku była wyszukiwarka leków. Znalazł się. W innym województwie. Szybki telefon, rezerwacja i w drogę.
Wszystko skończyło się pomyślnie.
Na koniec pytanie - jak to jest, ze apteki pełne są pseudo leków na przeziębienie (które teraz nie istnieje, bo kolejny szczep korona wirusa je wywołuje. I jest to covid nic innego). A nie ma (w ofercie) leków ratujących życie dla niektórych grup osób?

PS. Ten lek to Clexane 40 mg

słuzba_zdrowia

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (127)
poczekalnia

#88815

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Mail który otrzymałam przed chwilą od znajomego:

Poczekałem dziś "jedyne" 1,5 h na szczepienie w aptece 6x7 metrów z kilkunastoma osobami. Przy otwartych drzwiach do obiektu - podobno najlepszym środku antywirusowym.

W sobotę wakcyna wzięła sobie wolne (czytaj nie dojechała), a ludzi przeniesiono na dzień dzisiejszy. Czyli dwa razy tyle, a do szczepienia i wprowadzania potem danych... jedna pielęgniarka (kurtyna!).
Nie wiem o której zaczęła. Srednio potrzebowała 10 minut. O 13.30 (miałem na 12.00...) byłem podobno jej 32-gim klientem.

apteka szczepienia przeciw covid-19

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (60)
poczekalnia

#88798

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Wycieczka do lat studenckich - wspomnienia lokatorskie 2. (kontynuacja #88794)

Mieszkałyśmy na 1. piętrze. Nad nami było puste mieszkanie, o którym dowiedziałyśmy się, że ma mroczną historię. Jakiś czas wcześniej, nie pamiętam ile, na 2. piętrze wydarzyła się rodzinna tragedia – ojciec i syn w trakcie popijawy zabili żonę/matkę. Obydwaj przebywali w zakładzie karnym, mieszkanie stało puste.

Ten stan rzeczy nagle zmienił się na przełomie maja i czerwca. Pewnego poranka korzystając z łazienki usłyszałam dziwny szum wody. Zakręciłam kran, ale woda nadal szumiała. Było to bardzo dziwne, ponieważ od początku zasiedlania tej stancji takiego szumu wody nie słyszałam. Wyszłam więc na klatkę schodową. Woda lała się po ścianie, po schodach, gdzie tylko znalazła ujście. Szybki telefon do (już wtedy nowego) administratora. Dowiedziałam się, że ekipa już działa w piwnicy, czyli szukają głównego zaworu. Cóż, woda nie lała się w naszym pokoju, współlokator, czyli chłopak Kasi, był w mieszkaniu, wiec poszłam na zajęcia.

Co się stało? Od naszego współlokatora dowiedziałam się później, że któryś z panów opuścił zakład karny, wrócił do mieszkania i zastał pozdejmowane krany i zaślepione rury (może taka jest procedura w takich przypadkach, nie wiem, a może mieli już wcześniej odciętą wodę). W każdym razie uznał za dobry pomysł, żeby zdjąć zaślepki z rury. Co się działo dalej wiadomo. Jakimś cudem w wynajmowanych przez nas pomieszczeniach nie było zalania.

Kilka dni była cisza. Któregoś czerwcowego wieczoru ok. 22:00 usłyszałyśmy z koleżanką hałasy u góry. Pierwszy raz od października. Zadzwoniłam do administratora, bo nie wiedziałam czego można się po tym człowieku spodziewać; uznałam, że administrator powinien wiedzieć. Po kilkudziesięciu minutach zapukali do nas dwaj panowie z odznakami, w cywilu. Byli na górze, ale nikogo nie zastali. Wyglądało na to, że mieszkanie nie było nawet zamknięte. Jeden stwierdził, że wolałby spać na wycieraczce niż tam. Nasza wyprowadzka nastąpiła tydzień później, ale co strachu użyłyśmy przez te parę dni, to nam nikt nie zdejmie.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (68)
poczekalnia

#88790

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Aby ponarzekać trochę.

Jakiś czas temu wyprowadziłam się z domu. Wiecie, krok w dorosłość, koniec z życiem na garnuszku, trochę wolności, ale i dużo więcej odpowiedzialności.
Z wyprowadzką przyszła i praca. Właściwie pierwsza na etat, dotąd pracowałam tylko wakacyjnie.

Ale chyba nigdzie nie może być za dobrze, bo trochę mam zażaleń.

1) Współpracowniczki

Zaczynając pracę oznajmiono mi jasno, że oprócz mnie i jednej dziewczyny cały zespół ma kilkuletnie doświadczenie i powinnam zdanie ich szanować, bo ogarniają sklep bardziej. Ja się z tym nie kłóciłam, chętnie zadawałam pytania, próbowałam nauczyć się wszystkiego w miarę na szybko, żeby nie tracić i mojego, i ich czasu. Problem w tym, że Panie w twarz mi się uśmiechają, mówią, że sobie radzę, ale sekretnie idą na skargę do Kierowniczki jakich to ja błędów nie robię. Oczywiście zbieram za to solidnie, szczególnie teraz, gdy pracuję już prawie dwa miesiące. Ani razu nie usłyszałam wprost, że robię coś źle, tylko od razu musiałam urządzać sobie pogawędki z Kierowniczką.

2) Kierowniczka sama w sobie.

Nie studiuję, pracuję na zleceniówce, 8h dziennie 5 dni w tygodniu. Czasem częściej. Nigdy mi się nie zdarzyło poprosić o wolne w konkretny dzień, bo nie potrzebowałam, dzień jak dzień, jestem w nowym mieście i jeszcze nie mam tu znajomych. Jedynie poprosiłam, żeby dała mi znać trochę wcześniej niż o godzinie 19:00 w przeddzień wolnego, że będę je miała, bo chciałam odwiedzić rodziców.

Ale ostatnio odnowił mi się kontakt ze starym znajomym, nie widziałam gościa pięć lat okazało się, że mieszka relatywnie blisko (1,5h pociągiem, ale serio, super facet, jestem w stanie pojechać) i poprosiłam o wolne w konkretne dni - niedzielę i poniedziałek i żeby w sobotę pracować na porannej zmianie, żeby o ludzkiej godzinie do znajomka dojechać. Naiwna, myślałam, że po dwóch miechach pracy bez szemrania i jakiejkolwiek niedyspozycyjności moja prośba by przeszła, ale spotkałam się z odmową, bo "oni chcą jechać do rodziny i nie ma kto za mnie stanąć". No nie powiem, trochę przykro.

I tak, zdaję sobie sprawę, że to najpewniej zderzenie małolaty z rzeczywistością i "prawdziwym życiem", ale jednak trochę kłuje w bok.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (81)