Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85363

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracujesz sobie przez kilka lat i w pewnym momencie wzywają cię na rozmowę do szefostwa. Tam zostaje ci zakomunikowane, że wydajność masz równo na linii najmniejszego oporu i to tylko dlatego, że część wpadek idzie na konto całego zespołu, a nie twoje własne (akurat twoich niedociągnięć jest w tej puli najwięcej). Rozwój zawodowy od momentu zatrudnienia ogranicza się do szkoleń obowiązkowych dla całej załogi plus jedno, góra dwa jednodniowe przeszkolenia w roku, ale tylko jeśli są w centrum miasta i są w godzinach twojej zmiany (dla porównania, ponad dwie trzecie załogi robi takich przeszkoleń 8-9 rocznie, zazwyczaj weekendowych). Koledzy z pracy za bardzo za tobą nie przepadają, przeciwnie, masz opinię osoby swarliwej i gburowatej, która tylko patrzy, jak podrzucić komuś swoje zadania, a podstawową formą aktywności społecznej w pracy jest dla ciebie obrabianie wszystkim dupy.

Na początku roku szefowie już z tobą o tym wszystkim rozmawiali, ale po twoim zachowaniu nie widać, żeby cokolwiek w mózgu zatrybiło. Dlatego teraz firma daje ci ostatnią szansę. Dostajesz konkretne zadania do zrealizowania i jeśli uporasz się z nimi do końca roku, a atmosfera w zespole przestanie ociekać twoim jadem, to w ramach prezentu noworocznego nie dostaniesz wypowiedzenia. Chyba że chcesz odejść, wtedy możesz dostać i porozumienie stron.

To było w czwartek.

W piątek kadry dostają twoje półroczne(!!!) L4 od psychiatry. Masz depresję.
Osoba psychiatry jest dobrze znana w firmie, bo to twoja szwagierka, która nie pierwszy raz wystawia ci zwolnienie.
Zupełnym przypadkiem dwa tygodnie temu w socjalnym wszyscy słyszeli od ciebie, że udawanie depresji przed lekarzem jest dziecinnie proste, a żadne badania w ZUS-ie nie podważą diagnozy, bo to niemożliwe. Akurat rozmawialiśmy o weryfikacji zwolnień lekarskich, bo mieliśmy na produkcji dyscyplinarkę symulanta. Owszem, to niemożliwe i odrzucenie diagnozy zaburzeń depresyjnych można uzyskać w zasadzie wyłącznie w wyniku obserwacji klinicznej, jeśli symulant dobrze przygotował się do roli. Ale wiesz też, że w ZUS-ie się nie p*erdolą w tańcu i tam badanie psychiatryczne trwa 30 sekund ze z góry znanym wynikiem negatywnym - tak, masz tego świadomość.
"To muszę zajść w ciążę."

Jak wrócisz, to na pewno wszyscy będą tak za tobą stęsknieni, że postanowią cię nie zwalniać, no skąd...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (79)
poczekalnia

#85337

~Pacjentolo ·
| było | Do ulubionych
Od czasu do czasu muszę się poobijać w szpitalu i pomyślałam, że napiszę tu kilka z nich historyjek. Nie wiem czy ma to znaczenie, ale sytuacje dzieją się na oddziałach ogólnych, różnych szpitalów w różnych miastach Polski.

1. Leżę sobie, nagle dwa dni od przyjęcia okazuje się, że tym razem to nie moja przewlekła choroba wywołała ostre objawy, tylko bakteria. Bieda i panika, w całym szpitalu jest tylko jedna izolatka, zajęta, oj biada! Zabierają mnie z wyrem do takiego jakby zapasowego pokoiku dla pielęgniarek, taki mały, wąski, z leżanką, szafką z opatrunkami, zlewem. I mówią mi, że będę teraz tutaj mieszkać. To pytam: "a toaleta, prysznic?". A oni mi: "no nie ma oddzielnego, czyli ogólne". Bakteria bardzo zaraźliwa i niebezpieczna, warto wspomnieć.

2. Ciąg dalszy historii wyżej. Po 3 dniach przetransportowali mnie do szpitala, w którym był pożądany oddział - zakaźny. Usytuowany w oddzielnym budynku niż reszta. Położyli w pokoju z jednym łóżkiem, własną łazienką, panie, jak na wakacjach ollinkluziw. Teraz wtrącę jedną ważną rzecz: we wszystkich znanych mi szpitalach (a spędzałam w nich trochę czasu), standardem jest, że po zwykłym badaniu "dotykowym" pacjenta, osłuchaniu, badaniu pulsu ręką itp, lekarz czy pielęgniarka myją ręce i dezynfekują żelem, mimo że mieli na rękawiczki. I wracamy do wątku, bo oto proszę państwa, nie na tym oddziale! Odwiedziłam z 5-6 różnych szpitali i tylko na tym zakaźnym oddziale mieli w to wyjebongo. Zero rękawiczek, zero żelu. Dodatkowo nikogo nie interesowało, co robisz, gdzie idziesz, po co, drzwi były zawsze szeroko otwarte i pacjent mógł iść sobie gdzie i kiedy chce, bez słowa. Ogólnie lekarzy na tym oddziale nie było, przychodzili gdzieś z głównego szpitala raz dziennie. Była jedna pielęgniarka na zmianie, bo na całym dużym oddziale było łącznie ze mną 5 osób, a i nie wymagaliśmy żadnej opieki prócz przyniesienia tabletek 2 razy dziennie. Przynajmniej miło było widzieć, że panie tam mają lekką pracę, bo zazwyczaj ta praca to harówa.

3. Znowu zwykły oddział, leży ze mną pani w ciężkim stanie, a na trzecie łóżko wchodzi po wyjściu poprzedniej kobieta. Nazwę ją panią Żanetą. Pani jest alkoholiczką i nałogowo pali, a także ma wczesne stadium Alzheimera. Nie myślcie, że była zaniedbana, bo alkohol, nie. Była "zniszczona", ale trzymała się dosyć schludnie.
W związku z chorobą, jej córka wychodząc od niej pierwszego dnia do domu, zabrała ze sobą jej dowód. Widocznie miała ku temu powód, ale pani Żaneta zapominała o tym i nie chciała mi wierzyć, że mówię prawdę. Uważała, że dowód jej skradziono, a ja stałam się główną podejrzaną. Najpierw przeszukiwała gorączkowo swoje rzeczy, potem próbowała moje, a na końcu rzeczy nieprzytomnej pani z drugiego łóżka. Musiałam się z nią tam mocno kłócić, aby zostawiła nas w spokoju. Pani Żaneta jednak nie w ciemię bita, poczekała aż mnie zabrali na badania i przetrząsnęła mi szafkę i torbę. Nic nie zabrała, ale sam fakt jest piekielny. Nie znalazłszy swego dowodu, oskarżyła pielęgniarki, nazywając je "mendami". Personel szpitala nie za wiele robił bo nie za wiele mógł zrobić. Pani niekontrolowana znikała na kilka godzin, wracała mocno zalatując fajkami, a na prośby lekarza, aby ze względu na zdrowie nie paliła, odpowiadała, że przecież nie pali, panie, co pan? Znikanie skutkowało tym, że panie pielęgniarki nie mogły jej zabrać na ustalone badania.
Pani Żaneta pewnego wieczoru stojąc w drzwiach i cicho rechocząc z uciechy, rzekła kilka razy, tak do siebie, "he, ona nie żyje". Tak, pacjentka obok zmarła, tuż obok mnie. Nie będę wam tłumaczyć, czemu tego nie dostrzegłam a pani Żaneta owszem, ale jej zachowanie było tak piekielne, że wyszłam z tego pokoju do pań pielęgniarek, poinformować o tym, co się stało, i już do niego nie wróciłam, prosząc o przełożenie mnie na drugi koniec oddziału, byle dalej od pani Żanety.

4. Badanie, gastroskopia. Rurka do żołądka i wio. Byłam wtedy siuśmajtkiem, na początku swojej choroby (nie ma ona nic wspólnego z żołądkiem, nie wiem po co wtedy robili to gastro). To był mój pierwszy raz i wcale nie było romantycznie! Szpital taki zielonkawy, ze starymi murami, popękaną kozetką, wiecie o co chodzi. W pokoju wilgotno i mrocznie. Wchodzi pani pielęgniarka, taka Helga, przysięgam! i pan lekarz o smutnej twarzy. Helga bez pardonu psika mi gardło a lekarz nie wnika w żadne tam czekanie aż zacznie działać to znieczulenie tylko bajlando, jedziem. Dławię się tą rurą, nie mogę powstrzymać szarpania się i odruchu wymiotnego, nie mogę oddychać, puls chyba 500, Helga się na mnie drze! Koszmar. Żołądek odruchowo pozbywa się wtłaczanego powietrza więc bekam jak szalona a Helga do mnie że co ja robię! Mam natychmiast przestać bo nic nie widać! Durna ty jakaś? Szarpie mnie za ręce, a ja nie mogę przestać, nie umiem powstrzymać odruchu. Po policzkach spływają mi łzy, bólu, upokorzenia, poczucia samotności. Helga na ten widok spuszcza z tonu, ale nadal jest oziębła i mną gardzi. Wychodzę z obolałym, spuchniętym przełykiem. Na szczęście mam jedzenie dożylne na oddziale...

5. Późny wieczór (23), idę do pielęgniarek poprosić o coś na ból głowy bo ledwo już żyję. Nie mogą one mi nic dać bez zlecenia lekarza. Okazuje się, że lekarz śpi i zbudzenie go do takiej pierdoły jest niedopuszczalne. Idę jeszcze dwa razy, prawie błagając. Nie ma opcji, nara.

6. Trafiam do szpitala z ostrą anemią i odwodnieniem, te dwie rzeczy związane są z moją chorobą (dla uściśnienia, fizyczną, nie psychiczną). Pierwsze co robią lekarze, to zawsze dają mi milion kroplówek, jedzenie dożylne i krew. Ale nie on! On mi mówi, że mam jeść i pić i basta! Wszystko przejdzie. Nie intere go, że co zjem i wypiję, to nic się nie przyswoi tylko wyleci ze mnie w bólach piekielnych. On wie lepiej, przecież jest lekarzem. Papiery z pozostałych szpitali go nie przekonują, diagnoza też niezbyt, wyniki lecące na łeb na szyję też nie. Udało się załatwić innego lekarza (który zrobił to, czego tamten nie chciał). Nie wiem, czo ten pan.

7. Jako nastoletni dzieciak (chyba ze 13 lat miałam) leżałam w szpitalu dziecięcym (nie z jakiegoś bardzo poważnego powodu, wtedy nie chorowałam przewlekle). W każdym razie, byłam tam na przełomie sierpnia i września. Ostatniego dnia sierpnia wypisano do domu totalnie wszystkie dzieci prócz mnie i małego chłopca, Rosjanina, który "niepanimaju". Jako że był chłopcem, leżał w oddzielnej sali. Pustka na całym oddziale. Moja sala była przy drzwiach wyjściowych z oddziału. Wyszłam do łazienki, a gdy wróciłam, nie było mojego telefonu (Nokia 3310, a jak, wtedy dobra maszyna!). Nie tylko mnie tak skrojono, po szpitalu grasowali złodzieje, mając w du*ie, że okradają chore dzieciaki. Chodzili i zaglądali do sal "z brzegu", jak puste to kroili co się dało i tup tup dalej. Empatia? Nie słyszałem. Szefy szpitala nic z tym nie robili, "nie odpowiadamy za rzeczy zostawiane w salach". No rozumiem, ale może by tak kurna jakoś zabezpieczyć te oddziały? Było to w Białymstoku, a moje miasteczko rodzinne na mazurach, rodzice nie mogli być ze mną. Totalnie straciłam z nimi kontakt, w sumie pierwszy raz w życiu, a nie miałam pieniędzy na budkę telefoniczną. To była dla mnie wtedy wielka tragedia (btw, dla czujnych czytelników info, że kiedyś wstawiłam tutaj tę historię, jako pojedynczą. Dodaję ją do tego spisu, bo pewnie sporo osób jej nie widziało, a pasuje tematycznie do tego elaboratu).

szpitale

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (73)
poczekalnia

#85352

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może nie piekielne, ale jednak wkurzające.

Wracam sobie skądśtam. Droga w większości prosta, po jednym pasie w każdą stronę. Przede mną ciężarówka, ja utrzymuję bezpieczny odstęp + jeszcze troszkę. Wyprzedzać jej nie mogę, sytuacja zbytnio nie pozwala, ale też i nie muszę, bo ciągnie zdrowo 80, a tam jest do 90.

Za mną ustawił się jakiś srebrny samochód. Podjechał moim zdaniem ciut za blisko, ale co tam, jak uważa że wyhamuje to niech sobie jedzie. Ale on to podjeżdża, to zwalnia, wychyla się na drugi pas i wraca...

No będzie wyprzedzał jak nic...

A nie, jednak nie będzie.

O, wyprzedza!

Nie, jednak nie...

Teraz!

Nie.

To może teraz?

Nie...

I tak ponad dziesięć minut siedzenia mi prawie na zderzaku.

A ja częściej już patrzę w lusterko niż na drogę, bo jeśli mnie wyprzedzi i zjedzie przede mnie, to wolę być przygotowana. To raz, a dwa - nie chcę przypadkiem wyciąć kolesiowi buraczanego numeru "ja ją wyprzedzam, a ona przyspiesza", częściej nawet zwalniam gdy jestem wyprzedzana.

Wreszcie jest, wyprzedził! Piękna prosta, puściutka po horyzont, żadnych wzniesień, pewnie wyprzedzi mnie, potem ciężarówkę i pomknie w siną dal?

Guzik.

Następne 10 km jechał między mną a ciężarówką. Z prędkością dokładnie taką samą, jak przed wyprzedzeniem mnie. Po czym skręcił sobie w prawo.

Ja rozumiem, że często kierowca myśli, że zdąży, ale z naprzeciwka pojawia się auto i jednak rezygnuje. Wiadomo, wyprzedza się wtedy, gdy warunki pozwalają.

Ale nie rozumiem wyprzedzania dla samego wyprzedzania, żeby nie jechać jako ostatni wóz w "sznurku" (też mi sznurek, trzy pojazdy a między nimi by się po trzy jeszcze zmieściły).

Nie wiem, ujmą dla niego było jechać za prawie pełnoletnim wozem? Bo raczej nie widział, że jedzie za kobietą :D

Droga

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (94)
poczekalnia

#85329

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniało mi się. Będzie bardziej zabawnie niż piekielnie. :)

Było to jakieś 6-7 lat temu i wtedy pracowałam w Empiku. Godziny krótko przed południem, miałam dyżur na kasie. Podchodzi młody chłopak, na oko ok. 22 lata, z grą na Iboxa. Kasuję, wybiera płatność kartą. Za pierwszym razem odmowa, za drugim to samo. Informuję go, że być może nie ma wystarczającej ilości środków na koncie, ale twierdzi, że na 100% tak nie jest. Coś mnie tkneło i zerknełam na jego kartę, a tam data ważności do listopada zeszłego roku i mówię, że powodem odmowy jest nieważna karta. Chłopak na to z lekkim zdziwkiem tak rzecze: "To karty płatnicze mają ważność?" Facepalm.

Nie mam pojęcia jak mógł funkcjonować z nieważną kartą, aczkolwiek jak tak sobie teraz pomyślę, mógł ją komuś podpierniczyć i nie zwrócił uwagi na ten mały szczegół.

Empik

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (81)
poczekalnia

#85322

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych. Mamy całkiem spory ogród, w nim trawnik, piaskownicę dla dzieci.
Mamy też psa po którym zobowiązani jesteśmy sprzątać kupy i nie puszczać go bez kontroli.
Sąsiedzi są różni, niektórzy mają psy, niektórzy koty. A koty są miłe, czysciutkie i zakopują po sobie kupki, no co komu przeszkadzają takie kotki, nie?

No cóż, nie zakopują, bo mają za słabe łapy i pazury żeby zryć trawnik. Zresztą ani z kociej kupy na trawie ani z dziury w trawniku się nikt chyba nie cieszy.

Jest jedno miejsce gdzie słodki kotek może zakopać kupkę jak już ją zrobi: piaskownica.

I teraz ja mam sprzątać po swoim psie i pilnować, a kotek sąsiadów może walić kupy gdzie chce i to ja mam problem, powinnam latać z łopatką po trawie i sprzątać (a cóż innego zrobić?) oraz najlepiej wymienić piaskownicę na taką z pokrywą a potem dzień w dzień pilnować żeby była zamykana.

Kochanemu kotkowi zdarzało się też wejść nam na wysoki taras oraz do salonu przez uchylone drzwi, raz nawet do kuchni i wyżerać psu żarcie z miski.


PS Skąd wiem że to nie mój pies robi kupy na trawnik? Bo przylapalam kotka na gorącym uczynku conajmniej kilka razy.
PS2 Metaforyczny 'kotek' jest w rzeczywistości 2 lub 3 kotami różnych sąsiadów. Ostatnie 2 lata był spokój, bo odkąd jednym z sąsiadów zaginął 1 z 3 kotów przestali je wypuszczać, ale w zeszłym miesiącu ktoś inny sprawił sobie nowego kotka. Na razie jest wielkości połowy normalnego kota i widuję go u nas w ogrodzie conajmniej co 2 dzień.

Dom kot kupa

Skomentuj (89) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (73)
poczekalnia

#85319

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem w 8. miesiącu ciąży, brzucha nie da się przegapić. Ostatnio byłam z mężem i synkiem w biedronce. Zdecydowanie łatwiej obecnie mi chodzić niż stać, ale nie proszę o przypuszczenie w kolejce.

Staliśmy więc w kolejce. Mąż tuż za wózkiem sklepowym, a ja bokiem do kolejki, żeby obserwować naszego 2 latka stojącego przy sklepowym wózku i w razie czego łatwo zareagować, a jednocześnie miałam możliwość się lekko przemieszczać, żeby mniej obciążać kręgosłup.

W pewnym momencie otworzyli kasę obok nas. Staliśmy w takim punkcie, że najwygodniej nam było podejść jako pierwsi do kasy, ale nie zdążyliśmy. Babka za nami prawie mnie przewróciła przepychając się i zaczęła wyrzucać swoje produkty na taśmę. Dosłownie wyrzucała je, bo wykładaniem tego nie nazwę, wyglądało to po prostu jakby nie chciała dać możliwości kasjerowi, żeby nas poprosił przed nią. Miała pełny wózek rzeczy.

Kiedy kasjer zapytał ją czy zbiera naklejki, obczaiła nas od góry do dołu i z miną i tonem jakby przynajmniej utarła komuś nosa odpowiedziała, że oczywiście.

Nasze dziecko promocją biedronki nie interesuje się kompletnie, naklejki bierzemy, bo młody lubi naklejki jako takie, do szczęścia ich nie potrzebujemy.

Przykre jest to, że takie zachowanie jest obecnie nagminne. W pierwszej ciąży notorycznie byłam przepuszczana w kolejkach, czasami wręcz chciał przepuścić mnie ktoś z dużo mniejszą ilością zakupów, w tej ciąży 2x bez kolejki poprosiła mnie ekspedientka, a wpychanie się przede mnie jest nieustanne. Do walki nie staje, bo nie będę ryzykowała zdrowia dziecka w starciu z wózkiem. Poruszam się raczej samochodem, ale zdarza się komunikacja i tak w pierwszej ciąży nie zdążyłam jeszcze dobrze wejść, a już ktoś mi oferował miejsce, obecnie nikt nie widzi. Będąc w ciąży i z dzieckiem sama pomagałam młodej matce z wózkiem wyjść z autobusu, bo inni tylko jej drogę tarasowali.

Nie jestem roszczeniową madką, moje dziecko wychowuję, a nie hoduję, za żłobek płacimy prawie 4x więcej niż dostajemy osławionego 500+, które zresztą pobieramy od lipca i nie uważam, że mam honorowo go nie pobierać, skoro obydwoje z mężem pracujemy i płacimy podatki, a po 2 latach rekrutacji do państwowego żłobka jesteśmy najbliżej na 351 miejscu. Nie oczekuję specjalnego traktowania, tylko trochę empatii i traktowania jak człowieka.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (112)
poczekalnia

#85316

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Długo się zastanawiałam, czy dodać tę historię...

O tym, jak niektórzy potrafią wykorzystywać czyjąś trudną sytuację.

Po odejściu od ojca mojej córki najpierw zamieszkałyśmy w Ośrodku Interwencji Kryzysowej, skąd po trzech miesiącach przeniesiono nas do Domu Samotnej Matki. Tamże spędziłyśmy pół roku, właściwie tylko dlatego, że nie miałyśmy się gdzie wyprowadzić.

Dom prowadzony był (zapewne nadal jest) przez zakonnice ze zgromadzenia Orionistów. Zakonnice mieszkały tam trzy, na piętrze, gdzie nie wchodziłysmy ze względu na klauzurę, matki z dziećmi miały dla siebie parter.

Warunki mieszkaniowe były nawet przyzwoite, choć w pokojach było jednak ciasno (po trzy matki+plus dzieci), ale mieliśmy do dyspozycji dużą bawialnię, jadalnię i naprawdę spore podwórze z przyzwoitym placem zabaw. Była nawet zmywarka i naprawdę wypasiony telewizor! W pokojach się właściwie tylko spało.

Problemem, z jakim trzeba było się zmierzyć, był totalny brak szacunku okazywany nam przez siostrę przełożoną, która zarządzała całym domem i kontaktowała się z pracownikami socjalnymi. Zresztą, pracownice socjalne też swoje za uszami miały, ale to się jakoś dało przeżyć.

Kilka przykładów:

1) Wizyta darczyńcy, który co roku przekazywał na rzecz Domu spore zapasy chemii rozmaitego gatunku. Zostałyśmy uprzedzone, że pani będzie o 12, bawialnia i jadalnia mają lśnić, a dzieci wyglądać jak na świątecznych pocztówkach. A proszę bardzo...

W praktyce wyglądało to tak, że pani rzeczywiście przybyła o 12 i została przez siostrę przełożoną natychmiast zaproszona na górę na kawkę. Czekaliśmy w pełnej gotowości około dwóch godzin, ale przyszła 14, godzina o której zawsze podawany był obiad. My wytrzymamy, ale najstarsze z dzieci miało wtedy cztery lata i gromadka zaczęła się dość stanowczo domagać nakarmienia (jakby nie patrzeć miały rację...). Akurat tego dnia w menu było bolognese. Gdy około 14:30 siostra sprowadziła gościa, ani dzieci, ani jadalnia nie wyglądały reprezentacyjnie. I właśnie wtedy siostra rzuciła "A to są panie, które u nas aktualnie mieszkają i ich pociechy". Gość przywitał się z każdą z nas z osobna, zagadał do dzieci, wysłuchał naszych wyrazów (szczerej!) wdzięczności za pomoc i pojechał.

Oczywiście po wyjściu gościa ostro nam się oberwało, "bo przecież siostra mówiła, że wszystko ma lśnić, w jakim świetle my ją stawiamy?". Ktoś tam zdobył się na cichą ripostę, że wszystko było gotowe o umówionej godzinie, przecież wiadomo że o 14 jest obiad, siostra sama ustaliła pory posiłków i się ich trzymamy. Odważna mamusia została przez siostrę zakrzyczany, głównie na temat "nikt was nie zmusza, żebyście tu mieszkały!".

2) Siostra przełożona bardzo często podkreślała, jaką wielką łaskę robi nam, że pozwala nam tam mieszkać. Że to nie jest nasz dom, i że to tylko jej dobra wola, że tam znalazłyśmy schronienie. I ok, to bez wątpienia była prawda, ale powtarzana codziennie zdążyła nam obrzydnąć. Tym bardziej, że przykładałyśmy się bardzo do utrzymania domu i posesji w porządku, włączając w to odśnieżanie podwórza i pielęgnację ogródka. Siostry musiały tylko zadbać o swoje piętro (klauzura) i swoje potrzeby. Nie wiem, może jestem naiwna, ale gdyby nie to ciągle podkreślanie tej nieprawdopodobnej łaski, na pewno wykrzesałabym z siebie trochę więcej wdzięczności, a tak za każdym razem myślałam "Tja, ciekawe kto by dbał o ten dom, gdyby nie było kobiet w takiej sytuacji jak nasza..."

3) Całkowita nieznajomość realiów macierzyństwa, połączona z przekonaniem o własnej wszechwiedzy.

Dziecko w wieku dwóch lat nie powinno samo się ubierać, bo to długo trwa. Nie powinno samo jeść, bo się brudzi. Nie powinno przebywać z matką w kuchni, bo nie zrozumie że nie wolno dotykać kuchenki czy zmywarki. A odpieluchowywanie dziecka w tym wieku (moja akurat wtedy zaczęła się interesować kontrolowaniem potrzeb fizjologicznych) to jest jakaś dzika fanaberia. Aha, kolejną fanaberią jest zmienianie dziecku codziennie ubrań, przecież wystarczy pilnować, żeby się nie brudziło! (Widział kto kiedy zdrowe dziecko, które się nie brudzi?!)

Oczywiście utrzymanie porządku w pokoju gdzie mieszka 3-4 dzieci w wieku do 4 lat to jest pikuś. Siostry w swoich pokojach mają porządek i przełożona nie rozumie, czemu u nas są często porozsypywane zabawki.

Z drugiej strony - usypianie/karmienie dziecka w czasie gdy zdaniem siostry należało robić co innego jest (jej zdaniem) niedopuszczalne. Każda z nas miała swoje dyżury, jedna sprząta w danym tygodniu łazienki, inną werandę, wiadomo o co chodzi. Czas na wykonanie dyżuru był jasno określony - do południa. Moja córka akurat, wstając o 6-6:30, około 10 zaczynała ziewać. Czyli akurat - ululać i zdążę zrobić swoje, bo nie zawsze się zdarzało wcześniej, a jeszcze często trzeba było popilnować dziecka w czasie gdy jego mama wykonywała swój dyżur (to wszystko naprawdę dawało się dogadać). Jednak jeśli siostra zeszla, w czasie gdy siedziałam z małą, a moja praca była jeszcze nie wykonana, musiałam wysłuchać wykładu na temat mojego lenistwa, niewdzięczności i tego jak przedkładam własne sprawy nad dobro domu.
Podobna sytuacja zdarzyła się, gdy siostra zeszła na dół pewnego dnia i zarządziła zebranie. Ot tak, spontanicznie, chce z nami porozmawiać. To znaczy chce nam uświadomić, jakie jesteśmy podłe kłamczuchy i wmówić że parę sytuacji, które doskonale pamietałyśmy wcale nie miało miejsca, albo wyglądało inaczej. I siostra wcale nie powiedziała mi, że jak mam pieniądze na papierosy to powinnam mieć na pieluchy (nigdy nie paliłam!) i nie odmówiła mi wydania paczki pieluch z magazynu. Uroiłam to sobie pewnie. Przecież nam niczego nie brakuje, w magazynie jest tyle szamponów, balsamów i żeli pod prysznic, że na dziesięć lat by nam starczyło. Starczyłoby, gdyby cokolwiek z tego świętego magazynu zostało kiedykolwiek wydane... Ale nie było wydawane nawet na nasze usilne prośby. Jednocześnie siostra krzywym okiem patrzyła nawet na to, że rodzina przywozi nam prezenty "bo w magazynie wszystko jest!".

Hm. W sumie to nie o tym miałam, a o tym jak potraktowano przy tej okazji moja koleżankę. Otóż była to już godzina, kiedy dzieci spały i R akurat usnęła razem ze swoimi synkami. Obudziłyśmy ją, ale wiadomo - wstawać trzeba ostrożnie, włosy przygładzić, sweter jakiś założyć... Chwilę to potrwało, po czym R dopuściła się bezczelności ostatecznej. Ośmieliła się jeszcze pójść do toalety! Jak to było? "Wiem, że zebranie jest niezapowiedziane, ale czy naprawdę oczekujesz, że my wszystkie będziemy czekać aż ty jakieś tam swoje sprawy pozałatwiasz?" I nie, żadna z nas nie miała do R najmniejszych pretensji, przecież to wszystko to są ludzkie rzeczy...

3) Wychodzenie "na miasto".
Będąc dorosłymi kobietami, mając dzieci, same czułyśmy się jak dzieci. Otóż żeby móc wyjść należało wykonać swój dyżur (no to raczej oczywiste), ok czym iść do siostry przełożonej i zapytać ją o pozwolenie. Oczywiście musiałyśmy się dokładnie opowiedzieć - dokąd, czy z dzieckiem, kiedy będziemy... Po czym dowiadywałyśmy się, że nie wolno, bo pogoda brzydka, potem dziecko będzie chore! Albo że przed chwilą na miasto wyszły R i G, więc ja mogę wyjść po ich powrocie, albo zgoła jutro, bo jak to tak, że wszystkie gdzieś idziemy, a dom pusty. Albo że K nie zajmie się moją córką, bo siostra dla niej zaplanowała inne zajęcie (o czym K nie wiedziała i ochoczo zgodziła się podjąć opieki, jako że wystarczyło wsadzić nasze córki do piaskownicy i się świetnie dogadywały). Albo coś tam innego. Generalnie - to, czy będę mogła wyjść, często zależało od fanaberii siostry przełożonej. Jedynie do pediatry zawsze byłyśmy puszczane, internista jednak już był zdaniem siostry luksusem.

Ja naprawdę wiele rozumiem. Mieszkanie pod jednym dachem z tabunem obcych bab i dzieci może być frustrujące. I zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba było ustalić jasne zasady i przestrzegać ich z żelazną konsekwencją, bo niektóre z pensjonariuszek tylko patrzyły, jak nagiąć regulamin (jeśli chcecie, pojawi się część druga, właśnie o tym). Ale uważam, że siostrze przełożonej naprawdę nie ubyłoby powagi i godności gdyby okazała nam odrobinę szacunku. I to nie była kwestia tego, że wg standardów religii katolickiej byłyśmy grzeszne - każda z nas miała dzieci ze stałego, często legalnego związku, a w czasie pobytu w Domu nie utrzymywałyśmy kontaktów z mężczyznami... To było po prostu podejście "Mogę, to wam dowalę. Bo dokąd pójdziecie?" A my musiałyśmy jeszcze starać się nie zasłużyć na wyrzucenie z ośrodka, bo faktycznie nie było dokąd pójść.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (111)
poczekalnia

#85311

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Phoebe Buffay z "Przyjaciół" śpiewała piosenkę o śmierdzącym kocie. Ja wam opowiem o śmierdzących psach.

W bloku, w który mieszkam, jest winda. Zawsze mogę poznać kiedy jechał nią z ktoś z psem, gdyż smród jest tak okrutny, że wyciska łzy z oczu. Nigdy nie miałem psa i zastanawiam się jak to jest, że niektóre tak śmierdzą. Ilekroć byłem u jakichś znajomych, którzy mają psa, to nie śmierdziało. Jednak ludzie ode mnie z bloku albo mają jakieś dziwne psy albo o nie nie dbają, nie myją ich, nie kąpią, nie wiem. Jak jadę windą z kimś z psem albo po kimś, kto jechał z psem, to naprawdę idzie się porzygać. Niedługo będę mógł bić rekordy we wstrzymywaniu oddechu, bo 6 pięter przejeżdżam na wdechu. Skoro tak sztyni w windzie, którą koleś z psem jechał przez 30 sekund, to jak musi capić u takiego w mieszkaniu? Jak im to nie przeszkadza? Dlaczego nie dbają o psa?

Są tu jacyś właściciele psów i mogą rzucić jakieś światło na tę sprawę?

psy zwierzęta pies

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (81)
poczekalnia

#85310

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ja wiem, że każdy z nas uczył się kiedyś jeździć, nikt się Hołowczycem, czy Niki Laudą nie urodził, ale...

Wracałam wczoraj z miasta w godzinach szczytu. Zamiast autostrady wybrałam drogę wiodącą przez park przemysłowy. I widzę: L-ka. Ok, trochę wolno jedzie, ale wyminę...

Nie dało rady. Panna jechała średnio 20 mil na godzinę na drodze z limitem do 50 (czasem było to 25, czasem 15). Dodatkowo jechała tropem węża w czasie sztormu, od krawężnika do środkowej linii. Widać, że to jedna z jej pierwszych lekcji.

I byłoby ok, bo przez większość dnia ta droga jest pusta, ale nie o szóstej po południu, kiedy w wielu okolicznych zakładach pracy kończą lub zmieniają się zmiany i panuje spory ruch w obie strony.

W końcu, zupełnie nieprawidłowo, wyprzedziłam l-kę używając zatoczki do skrętu w prawo i łamiąc pewnie przy tym kilka przepisów.

I nie, nie winię dziewczyny, ja trzy lata temu też uczyłam się jeździć. Winię instruktora, który ewidentnie nie dopasował umiejętnośći uczennicy do wybranej trasy i idę o zakład, że samochody, wyprzedzające ją na wariata stresowały ją bardziej niż to konieczne i odbierały przyjemność z jazdy.


P.S. Mieszkam w Anglii, stąd prędkość w milach i zatoczka do skrętu w prawo :-)

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (59)
poczekalnia

#85306

(PW) ·
| było | Do ulubionych
No cóż, przebystrość studentów nie zna granic. Za czasów dawnych, bo będzie kilkanaście lat temu, jeden z moich znajomych szukał mieszkania do wynajęcia w jednym z średnich miast w PL, nazwijmy je Wlove :D. Szukał długo i zawzięcie ale to albo kwota nie taka albo właściciel dziwny albo zamiast właściciela ciągle odzywała się jakaś agencja... Nie znalazł.

Poddał się... nie.

Dał ogłoszenie (sam też trochę poszukał), że szuka lokalu komercyjnego, na obrzeżach (miał auto, więc komunikacja nie była problemem). Przedstawił warunki: 30-40 mkw + łazienka z prysznicem, raczej biuro, może być w przyziemiu. 4-5 dni trwało, jest stary, bo stary lokal, bez łazienki ale z przyłączem i za ścianką. Trzeba pomalować, bo długo stało. Ale sucho, ogrzewanie z miasta, prąd jest. Była krótka rozmowa: on, młody programista szuka lokalu, żeby spotkać się z klientem i pracować w spokoju do późna (no przecież po to mu ta łazienka), bajka. Umowa cywilno-prawna spisana... tylko oddający w najem nie mógł pojąć, dlaczego młody się aż tak cieszy.

Otóż:
- lokal za circa 600 netto
- + opłaty (może z 200/m),
- z ogrzewaniem miejskim
- miejsce do zaparkowania na ulicy
- lokal wziął w najem na 5 lat.

Szybka akcja w stylu biała farba + meble z ikei i z demobilu, podłoga umyta, kibelek + drzwi + kabina w stylu ekonomicznym założona, kuchnia była prowizorka, ale zrobił coś w rodzaju aneksu, nawet mała pralka weszła, szyby do wysokości oczu zaklejone kremową folią, na folii napis - programowanie w językach XYZ + numer telefonu, na drzwiach napis: nieczynne zaraz wracam. Koszt, czuję, że zmieścił się w 3000 spokojnie.

Po tygodniu kawalerka na 5 lat na miłosnej - cławskiej polibudzie jak się patrzy za 600 co miesiąc netto, na użytek indywidualny, bez współlokatorów, bez problemów.

student wynajem lokal

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (66)