Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Historia na gorąco, w nawiązaniu do niepełnosprawnych.
Salon sieci komórkowej, małe miasto.
Dwa stanowiska, oba zajęte, wchodzę, czekam. Trochę schodzi, ale przecież trzeba załatwić dokładnie, za mną dochodzą trzy osoby. Nic się nie dzieje, czekamy.
Przybywają następni klienci, małżeństwo z córką na wózku. Dziewczyna duża, na oko nastolatka, z porażeniem mózgowym lub czymś podobnym.
Za moment zwalnia się jedno stanowisko i co robią ci z wózkiem?
Grzecznie proszą o przepuszczenie?
NIE, ależ gdzie tam. Oznajmiają władczym tonem że oni teraz bo.... fanfary....
MAJOM HOROM CURKE!!!

Żeby była jasność. Nie mówią czegoś w rodzaju: czy państwo nas przepuszczą? Czy możemy bez kolejki?
To jest władczy, oznajmiający ton: TERA MY!!! BO HOROM CURKE MAMY.
Na pytanie: z jakiej racji pan patolog (bo inaczej go nie nazwę) zapluł się i otoczenie. Mamusia też. I hora curka też.

Dlatego drodzy niepełnosprawni was nie lubię. Współczuję i rozumiem, ale nie lubię. Takie zachowania są normą, nie wrzucam do wora wszystkich, nie, są normalni i sympatyczni, ale w mniejszości.

I żeby nie było że nie wiem co i jak. Wiem. Moja dorosła już córka od 7 roku życia chodziła w gorsecie. W 15 roku życia miała operację na kręgosłup, do dziś ma dwa tytanowe pręty w plecach i orzeczenie o niepełnosprawności. Wózek minął nas o włos.
Ale nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy wykorzystywać w tak obrzydliwy sposób tego faktu.

Wstyd.

Świat horych curek.

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (178)
poczekalnia

#83100

~Burgundowa ·
| było | Do ulubionych
(Będzie długo)
Adopcja kota to o dziwo nie jest taka łatwa sprawa. Wydaje się, że ludziom z Fundacji zależy na tym, żeby ich podopieczni znaleźli nowe kochające domy... ale czy na pewno?

Rok temu zdecydowałam się na kota. Warunki mam - spore mieszkanie, pracuje w domu, mieszkam sama a rodzice zawsze byli kociarzami. Zdrowie jest, pieniądze są, chęci też, wiem także jak z kotem się obchodzić :) idealnie!

Znajoma kiedyś przekonała mnie, że lepiej jednak kota adoptować niż kupić - rodzice w większości mieli koty rodowodowe ale stwierdziłam że faktycznie dam szansę fundacjom i uszczesliwie jakiegos mruczka, ewentualnie dwa mruczki. Also - taniej!

Perypetii z Fundacją 1 nie będę opisywać, bo długo, przykro i nudno. Opowiem o drugiej.
Na twarzoksiążce Fundacji 2 widniało zdjęcie dwóch młodych kotów. Dzwonię. Rozmowa była bardzo ciężka i przykra dla mnie ale wybiorę tylko "najlepsze" kawałki. Oczywiscie pozytywne nastawienie i udzielam wywiadu, jednakże...

[J]a
[K]obieta

[...]
[K] Ma Pani balkon w mieszkaniu?
[J] Tak mam, zamierzam go zabezpieczyć w tym tygo..
[K] JESZCZE PANI TEGO NIE ZROBIŁA?
[J] No przyznam że nie, bo nie wiem czy dostane koty w tym tygodniu czy w nastepnym, ale zamierzam jutr...
(nie śpieszyło mi się, bo pierwsza fundacja u której ubiegałam się o kota trzymała mnie w niepewności 3 tygodnie i w koncu kota nie dostalam, wiec nie wiedzialam jak bedzie tym razem)
[K] CÓŻ ZA NIEODPOWIEDZIALNOŚĆ
(Troche mnie przytkało... ale zawsze moge nie otwierać balkonu, prawda?)
[...]
[K] Dobrze usłyszałam, że wynajmuje Pani mieszkanie?
[J] Tak
[K] NAJGORZEJ
[J] Słucham? Dlaczego?
[K] A co jesli bedzie sie Pani musiala wyprowadzic? Co z kotem?
[J] Nie zamierzam. Mieszkam tu już trochę. A jak mi się odwidzi to sie przeprowadze z kotem, kot jak czlonek rodziny, wiec...
[K] A co jak wlasciciel mieszkania sie nie zgodzi na kota? Jak pani wynajmuje to na pewno zaraz sie bedzie chciala pani wyprowadzic i wywali kota na bruk! Juz ja znam takie jak pani, skrajna nieodpowiedzialnosc, jak tak mozna!

(Myslalam ze się przeslyszalam, ale aż się we mnie zagotowalo i chcialo płakać. Na nic tłumaczenia... rozmowa trochę trwała, ale na nic to że już cała wyprawka jest, jestem dyspozycyjna i moge sie umówić na spotkanie czy wizytę w domu, znam się na kotach i pracuję w domu niemal 24/7 i bede uszczesliwiac mruczki jak niemowlaki)
[...]
[K] Pani taka młoda, nie da sobie rady z dwoma kotami! To tyle roboty, nie, to jest nie do pomyślenia, nie dam Pani kotów, do widzenia.

Nie wiem która z nas cisnęła słuchawką pierwsza ale byłam w szoku, było mi bardzo przykro, bo kobieta była bardzo nadąsana i agresywna, zachowywała się jakbym chciała jej te koty wyrwać i zrobić z nich czapkę.

Bolało podwójnie, bo miałam ciężką rozmowę z Fundacją 1 kilka dni wcześniej, lecz to inna i dluga historia. Kotów też nie dostałam.

- - -
Bonusowo:
Moja mama słysząc o moim kocim pechu powiedziała, żebym dla świętego spokoju kupiła kota z hodowli a razem z ojcem dołożą się do zwierzaka. Ok.

Znalazłam ogłoszenie na olx. Kociaki dostępne 10 km ode mnie w miejscowości X. Dzwonię, może jeszcze dziś podjadę.
[H]odowca
[J]a

[J] Dzień dobry, dzwonię w sprawie ogłoszenia na olxie, jestem zainteresowana kociętami, mogę jeszcze dziś podjechać?
[H] Jak najbardziej! Zapraszam.
[J] Jaki jest dokładny adres?
[H] Piekielna 1, miejscowość Y
[J] Ale w ogłoszeniu jest miejscowość X! Y to jakieś 100 km stąd!
[H] No bo mi się zapomniało zmienić w ogłoszeniu....

Ręce opadają. Nie jestem zmotoryzowana więc kicha.

[H] Mogę do Pani podjechać z kotami.
[J] Chciałoby się Panu jechać taki kawał? Opłaca się to Panu? A co jak się nie zdecyduję?
[H] No... wtedy będzie problem.
[J] No właśnie. Dziękuję, do widzenia.

(wybaczcie, ale nie chce sie czuc zobowiazana do brania ktoregos z kociaków bo HURR DURR JA PRZYJECHALEM I PANI MUSI KUPIC KOTA I ZWROCIC ZA PALIWO. To stresujące i odmówiłam. A co jak to jakaś lewa hodowla albo kociaki są chore? Jedno kłamstwo na dzień dobry już było... Wolę sama przyjechać jak już).

Reszta ofert na olxie albo nieaktualna albo ktoś nie odbierał. Było mi na prawdę przykro.
Skończyło się tak, że znalazłam ogłoszenie w miejscowości Z, godzinę drogi od domu moich rodziców, ktorzy mieszkaja 300 km ode mnie. Więc i tak pojechałam kawał za kotem. Ale okazało się, że było warto bo to najwspanialszy kot na świecie. Kot z hodowli, rodowodowy.

No cóż. :')

Zwierzaki

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (101)
poczekalnia

#83090

~niebieskakartka ·
| było | Do ulubionych
W nawiązaniu do historii o miejscach dla osób niepełnosprawnych i komentarzy do niej.

Mam kartę parkingową dla osób niepełnopsrawnych.

Absurdów związanych z tą kartą jest naprawdę sporo. I nie jest to nawet wina przepisów, tylko sami sobie gotujemy ten los. Np. w ostatni weekend pojechaliśmy z mężem do dużej sieci meblowej słynącej też z klopsików w restauracji.
Na całym olbrzymim parkingu przed sklepem miejsc dla niepełnosprawnych było 0. Sieć przeprowadzała remont budynku i panowie fachowcy uznali, że niepełnosprawni to tacy gorsi ludzie i na ich miejscach rozłożyli sobie belki, narzędzia i remontowe śmieci. Miejsc zastępczych brak, informacji na stronie sklepu, że miejsc brak nie było.

Mam to szczęście, że na wózku nie jeżdżę, ale gdybym jeździła to wyprawa na warszawski Targówek byłaby zmarnowaniem 2-3 godzin wolnego dnia. W przypadku zupełnego braku miejsc osoba na wózku nie zaparkuje gdzieś indziej, bo nie otworzy drzwi. Prawda, że super?

Pisaliście, że z aut wysiadają tacy zdrowi ludzie. Tak, mam dwie ręce, dwie nogi. Jestem energiczna z charakteru, więc nawet jak noga mnie boli tak, że mam ochotę ryczeć, to idę, ruszam się szybko (żeby szybciej zakończyć mękę długiego spaceru). A ma prawo mnie boleć, bo od lat nie mam stawu biodrowego, tylko nogę wciśniętą w specjalnie ułożoną w tym celu inaczej miednicę. Noga jest jedynie nieco krótsza i tylko to widać. Ktoś chce się zamienić? Tak mam ja, ale po tych z protezą nogi, jak są w spodniach też nie widać i w wielu innych przypadkach też. Czy naprawdę musimy się wszystkim z tego tłumaczyć i poddawać nieustannemu osądowi piekielnych oceniaczy?

Inny przypadek: przyjeżdża gdzieś po mnie mąż. Jak zachowa się według was- piekielnych czytelników- przepisowo i nie stanie na miejscu dla osób niepełnosprawnych, wyciągając moją kartę- to po wyjściu z budynku mam do przejścia naprawdę dużo bólokroków, po których przychodzę do domu i tak sobie leżę i leżę by przestało boleć.

Wiem, wiem, powinnam zrezygnować z wychodzenia z domu, robienia zakupów w sklepach, przymierzania ciuszków, spotykania się ze znajomymi. No żeby z chorą nogą takie rzeczy robić? Bleee...

Moja ironia wynika z tego, że w wielu sprawach wydajecie osądy i prawicie mądrości życiowe. Nie wszystko jednak jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Odpuścicie więc nieco i dajcie ludziom normalnie żyć.

Targówek

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (178)
poczekalnia

#83081

~Klocek102 ·
| było | Do ulubionych
Witam,

Nie wiem czy piekielnie czy nie ale gdzieś musiałem o niezwykłej dumie i sile człowieka.

Pracuję jako kierowca ciężarówki tak więc zwiedzam różne zakątki kraju. Kilka dni temu jechałem jak co dzień do firmy z towarem, firma, do której się kierowałem znajdowała się w jednej ze stref ekonomicznych w kraju. Z głównej drogi do strefy trzeba przejechać drogą około 700 metrów (tak mi pokazywała nawigacja).
Zjazd z drogi głównej znajduje się na wzniesieniu tak więc, żeby dojechać do strefy siłą rzeczy trzeba się kierowcać w dół.
Droga dojazdowa jest gdzieś pod kątem mniej więcej 40 stopni.

Niedługo po tym jak wjechałem na tą drogę ujżałem na poboczu niepełnosprawnego na wózku inwalidzkim. Obrócony był tyłem do mnie.
Chwilę się poruszał ale jak tylko usłyszał, że się zbliżam to stanął. Z daleka jedynie zauważyłem, że jedną nogę miał opartą na drodze, a druga jakby krótsza poprostu wisiała bezwładnie.
Podjechałem bliżej niego, zauważyłem, że jest sam to się zatrzymałem na chwilę. I tak jak mi się z daleka wydawało jedna noga była zdecydowanie krótsza, i bezwładna, drugą mógł poruszać. Zauważyłem również, że ma bezwładne obie dłonie.
Zapytałem się czy wszystko wporządku i czy nie potrzeba mu jakiejś pomocy. Podziękował za zainteresowanie ale mówi, że wporządku i że tak sobie tylko tu stoi i nic mu nie potrzeba.
Zamieniliśmy jeszcze kilka słów i pojechałem na rozładunek.

Rozładunek nie był za długi trwał około pół godziny. Pospinałem plandeki i wyjeżdżam dojeżdżam do drogi dojazdowej, żeby wyjechać na główną (jak wspomniałem droga główna była na wzniesieniu,także tym razem musiałem kierować się w górę). Dojeżdżam do szczytu, a tam ten niepełnosprawny na wózku, którego spotkałem wcześniej odpychał się tą jedną zdrową nogą i doszedł, aż do samej góry i kierował się w stronę przystanku, do którego miał już tylko kilka metrów.
Zobaczył mnie, pokiwał i się uśmiechnął.

Zobaczyłem w nim niezwykłą siłę i hart ducha.
Zrozumiałem również sam jak słabym jestem człowiekiem. Muszę szczerze przyznać, że w jednej chwili zmienił się mój cały system wartości.

droga

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (98)
poczekalnia

#83080

~btk ·
| było | Do ulubionych
Nie pomogłem niepełnosprawnemu.
I czuję się z tym na prawdę wyśmienicie.

Ale od początku.

Nadzorowałem robotników wykonujących remont w moim domu rodzinnym. Miałem kilka dni wolnego, więc przyjeżdżałem codziennie na stare śmieci, pilnować prac i samemu robić drobne naprawy.
.
Koło 11tej zrobiliśmy sobie przerwę, usiadłem na ławeczce przed blokiem i ze względu na panujące ostatnio upały, raczyłem się zimnym browarkiem. W drugim końcu podwórka dwóch panów trudniących się na codzień eksploracją śmietników rozpijało trunek wysokoprocentowy a towarzyszył im mój,, kolega'' z dawnych czasów, poruszający się obecnie na wózku - Romeczek.

Po opróżnieniu butelki dwóch jegomościów udało się gdzieś, w tylko im znanym celu pozostawiając tracącego już kontakt z rzeczywistością Romeczka samego.
Przed tym co wydarzy się za chwilę muszę opisać jak wygląda plac przed domem moich rodziców. Otóż jest on dwupoziomowy na górze betonowy skwer z ławkami a ok. 1,5m poniżej są trawniki. Wyższy poziom nie jest zabezpieczony barierkami. Na około jest tylko dosyć niski krawężnik.

Po chwilowej drzemce, Romuś gwałtownie się obudził i z całym pędem ruszył swoim wózkiem do tyłu. Na jego drodze pojawił się koniec skwerku więc szalona jazda na wstecznym zakończyła się krótkim lotem i efektownym upadkiem.
O tym że mój,, przyjaciel" z dzieciństwa przeżył poinformował mnie mix jęków i wulgaryzmów dochodząc h zza krawędzi placu.
Miałem jeszcze pół piwa więc nie śpieszyłem się z oględzinami w jakim stanie znajduje się Romuś.
Piwo dopite, chłopaki jeszcze nie dzwonią więc pójdę popatrzę. Romuś przywitał mnie prośbą:

- podnieś mnie k...o!

Tutaj muszę wspomnieć że Romuś rozróżniał dwie kategorie,, ludzie" czyli tacy jak on i k...y tzn. wszyscy inni. Odpowiedziałem mu żeby swojej mamusi nie wołał bo z tego co wiem ona od kilku lat nie żyje. Tego typu dialog trwał między nami jeszcze chwilę po czym odszedłem zostawiając Romusia w promieniach południowego słońca.

Tak, wiem jestem bardzo złym człowiekiem, tym bardziej że Romuś to postać nieprzeciętna.
Poniżej przytoczę kilka faktów z jego życia i z historii naszej przyjaźni.
Był bokserem-amatorem. Stoczył wiele walk, a dostąpić zaszczytu zmierzenia się z mistrzem mógł każdy bez względu na wagę czy wiek. Miał tylko jeden warunek przeciwnik musiał być minimum 20 kg lżejszy.
Był zwolennikiem równouprawnienia kobiet - kilka też miało sposobność odbycia z nim z sparringu.
Pomagał obcym ludziom sprzątać mieszkania, głównie ze sprzętu RTV,AGD oraz zaśmiecającej szuflady biżuterii i gotówki.
Był nieprzeciętnym uczniem . Elitarne szkoły do których uczęszczał tak bardzo bały się stracić takich jak on geniuszy, że instalowały w oknach kraty.

Ja byłem jego ulubionym kolegą. Latami służyłem mu jako worek treningowy. Dbał o moją kondycję, motywując do biegania nożem, cegłą butelką i innymi ciekawymi gadżetami. Był też zwolennikiem medycyny naturalnej - kilka razy gdy trening sportów walki okazał się dla mnie zbyt intensywny i nie byłem już w stanie wstać, Romuś leczył mnie przy pomocy urynoterapii.
Lubił się dzielić, - zawsze jak spotkał mnie na podwórku dzielił się ze mną moimi rzeczami i moim kieszonkowym. Kiedy nie miałem nic wartościowego przy sobie, obiecywał, że zabierze mnie do piwnicy i wprowadzi w tajniki męsko-męskiej miłości.

O tym jak bardzo lokalna społeczność szanuje Romusia niech świadczy fakt, że gdy skończyliśmy ok. 17tej robotę, Romuś leżał nadal w tym samym miejscu w którym go zostawiłem.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (68)
poczekalnia

#83097

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miejsce:
Poczekalnia Ośrodka Wczesnej Interwencji.

Osoby:
Dwie rozmawiające ze sobą kobiety i trzecia podsłuchująca, początkowo jeszcze bez planu opisania wszystkiego na piekielnych.

Rys sytuacyjny:
Pierwsza kobieta jest matką dwóch córek, jednej zdrowej, w wieku 13 lat, i drugiej autystycznej, w wieku 7 lat. Z opisu wynikało, że młodsza córka jest w pełni samodzielna, sama się bawi, ma własne zainteresowania, a jedynym jej problemem jest to, że czasami się nie słucha.
Druga kobieta jest ciocią dwóch siedmioletnich dziewczynek z mózgowym porażeniem dzieciecym, głęboko upośledzonych, nie chodzących, pieluchowanych, nie jedzących samodzielnie, przyjmujących tylko pokarmy płynne, w zasadzie bez kontaktu.
Kobiety rozmawiają o dzieciach, o tym, jak to jest w życiu trudno, ciocia bliźniaczek opowiadała pierwsza.

Akcja właściwa:
Zaczyna opowiadać matka dziewczynki autystycznej, że ona to już ma w ogóle bardzo ciężko, bo starsza córka podbiera jej ubrania a młodsza - kosmetyki. I że robi to bez pytania. I że jak ona, ta matka, wróci z pracy, to od razu do garów i obiad gotuje, i czasu na nic nie ma. I że ona nie wie ile jeszcze tak wytrzyma...

Ja wiem, że każdy rodzic swoje dziecko uważa za najważniejsze, swoje problemy za największe, ale ludzie! odrobinę empatii... Mi było ciężko słuchać "dramatów" tej matki, a mam "tylko" jedno chore dziecko...


Na swoje usprawiedliwienie dodam, że kobiety rozmawiały tak głośno, że pomimo prób czytania książki, nie dało się nie słyszeć.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (63)
poczekalnia

#83086

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wreszcie znalazłam czas, żeby napisać kolejny (chyba już ostatni) wpis o PM.
Wpis nr 1: https://piekielni.pl/82896
Wpis nr 2: https://piekielni.pl/82930

Dla osób, które nie chcą nadrabiać poprzednich historii:
od kilku lat pracuję jako niania, trafiłam swego czasu na rodzinę, u której wytrzymałam tylko 1,5 miesiąca (cały etat - przypadało to na lipiec i połowę sierpnia). Bohaterami historii są Piekielna Mamusia [PM], mąż piekielnej i ich dwuletni synek.

15. Choroba dziecka. Przez ten krótki czas, kiedy pracowałam u PM, mały raz zachorował (miał gorączkę przez kilka dni). Tak się złożyło, że PM i jej mąż musieli być wtedy w pracy. Mały dostawał leki przeciwgorączkowe, więc temperatura zazwyczaj wynosiła około 37 stopni. Tylko pierwszego dnia wzrastała momentami powyżej 38. I właśnie ten pierwszy dzień był najgorszy. Mały czuł się źle, był marudny, płakał, o wiele trudniej było go czymś zająć (nie da się przekonać dwulatka, że najlepiej by było, gdyby leżał przez cały dzień w łóżku). Normalne rzeczy w czasie choroby dziecka. Największym utrudnieniem była oczywiście PM. Pisała/dzwoniła do mnie co kilka-kilkanaście minut, żeby być na bieżąco ze stanem małego. Jak jej przez chwilę nie odpisywałam, to wpadała w panikę. W efekcie zamiast poświęcić maksimum czasu choremu dziecku, przynajmniej połowę dnia spędziłam na odpisywaniu PM lub rozmowach z nią. Temperaturę kazała mierzyć małemu co 15-30 minut i dokładnie ją zapisywać. Kazała robić małemu zimne kompresy, a kiedy temperatura nie spadała dostawałam ochrzan, że na pewno ich nie robię. Była też zła, kiedy zobaczyła, że nie zapisałam dawki leku, który podała małemu zanim ja przyszłam do pracy (mnie powiedziała tylko, że o konkretnej godzinie mam mu podać konkretną dawkę i tak co cztery godziny, czyli dwa razy w ciągu mojej pracy – nie wspominała o tym, co sama mu podawała wcześniej).

16. Tłumaczenie dziecku konsekwencji zachowania. Dwulatek zazwyczaj rozumie już sporo, nawet jeśli jeszcze nie mówi. Dlatego starałam się tłumaczyć małemu, jakie mogą być konsekwencje jego działań. Na przykład: „nie stawaj na tej zabawce, bo odjedzie i się uderzysz”. Kiedy PM to usłyszała, od razu przybiegła do mnie z pouczeniem, że absolutnie mam dziecku nie mówić takich rzeczy. Dlaczego? Bo ono myśli, że właśnie tego od niego chcę – żeby się uderzyło, więc podświadomie będzie dążyć do tego, żeby ta zabawka odjechała i żeby się uderzyć. Przypuszczam, że PM naczytała się jakichś teorii o sile podświadomości, tylko nie do końca zrozumiała, o co chodzi w tym, co przeczytała.

17. Referencje. Po zakończeniu pracy nie proszę rodziców o referencje na piśmie – pytam po prostu, czy przy szukaniu innej pracy mogę podać ich numer telefonu, jeśli potencjalny pracodawca chciałby z nimi porozmawiać. PM miała numer telefonu do rodziców chłopca, którym opiekowałam się przez dwa lata bezpośrednio przed rozpoczęciem pracy u niej. Po dwóch czy trzech tygodniach mojej pracy PM postanowiła zadzwonić do rodziców mojego poprzedniego podopiecznego. Powiedziała mi, że nie byli zadowoleni z mojej pracy, bo „robiłam różne rzeczy, które im się nie podobały”. PM nie była mi w stanie powiedzieć, jakie to były rzeczy. Z rodzicami tamtego chłopca mam kontakt do tej pory – czasem proszą mnie o zostanie z nim, jeśli mają jakieś wyjście wieczorem. Nasza relacja była i nadal jest dobra. Przy pierwszej okazji zapytałam, czy PM rzeczywiście do nich dzwoniła. Owszem, ale nie pytała o nic konkretnego, w zasadzie tylko o to, czy zdarzało mi się nie przychodzić do pracy (przez dwa lata raz byłam na zwolnieniu, bo trafiłam na tydzień do szpitala, a wszystkie dni wolne były ustalane przynajmniej miesiąc wcześniej, więc nie było powodu, żeby narzekać na moją pracę w tej kwestii, o którą PM pytała). Wyszło więc na to, że te „dziwne rzeczy, które robiłam” PM sobie wymyśliła albo coś źle zrozumiała, co zdarzało jej się często.

18. Moje życie prywatne. PM miała okazję spotkać mojego chłopaka (powiedzieli sobie „dzień dobry” czy „cześć” i tyle). Od tego czasu za każdym razem, kiedy minęła go gdzieś na mieście dostawałam SMS-y w stylu: „Twój X szedł z plecakiem w stronę ul. Piekielnej około 10.20”. Po co mi to pisała? Do dziś nie wiem. Ale mieszkamy kilkaset metrów od PM, więc dość często zdarzało jej się wypatrzeć X kiedy szedł do pracy/na zakupy/gdziekolwiek. PM wypytywała mnie też, w którym bloku mieszkam i które dokładnie okna są moje (mój blok widać z jej okna). Mój blok ma dosyć dziwny kształt i trudno było jej to wytłumaczyć, ale męczyła mnie tak długo, aż dowiedziała się wszystkiego. I niby w żartach powiedziała, że będzie mnie podglądać przez lornetkę. Okna i tak zasłaniam, więc proszę bardzo. Uprzedzając pytania – nie chodziło o bezpieczeństwo dziecka, żeby mnie znaleźć, jeśli coś się stanie, a ja przestanę odbierać od nich telefony – na umowie PM miała mój dokładny adres.

19. Klimatyzacja. Było gorące lato, można było schłodzić mieszkanie klimatyzacją, kiedy mały spał w swoim pokoju. Fajna sprawa. Ustawiałam klimatyzację na kilka stopni mniej niż było w mieszkaniu i sobie działała. Ale PM stwierdziła, że to nic nie daje i trzeba ustawiać maksymalne chłodzenie, bo mały śpi tylko przez godzinę i takie delikatne chłodzenie nic nie daje. Następnego dnia ustawiłam klimatyzację tak jak PM sobie życzyła – dostałam ochrzan, bo w mieszkaniu będzie za zimno i młody wyjdzie ze swojego pokoju i będzie chory. Zapytałam więc, jak w końcu mam używać tej klimatyzacji, skoro dzień wcześniej kazała mi robić dokładnie tak? PM oznajmiła, że „dzisiaj jest o jeden stopień mniej niż wczoraj, więc nie powinno się tak ustawiać” (na dworze ponad 30 stopni w cieniu, w mieszkaniu jakieś 28 stopni). W każdym razie nie musiałam się więcej martwić o to, jak ustawić klimatyzację, bo PM schowała przede mną pilota, informując mnie, że jestem nieodpowiedzialna i ona nie może sobie pozwolić na takie ryzyko.

20. Wakacje. PM miała zaplanowany urlop w czasie, kiedy u nich pracowałam. Siłą rzeczy ja też miałam wtedy wolne (to był mój jedyny urlop, nie planowałam sobie niczego w innym terminie – traktowałam go więc jako swój pełnoprawny czas na wypoczynek). Zaplanowałam wyjazd nad morze, PM też jechała nad morze, tylko do innej miejscowości. Kilka dni przed wyjazdem PM zaczęła mnie zagadywać o to, gdzie dokładnie jadę. Do miejscowości X? Super! Oni planują wycieczkę do X i będę się mogła wtedy zająć małym, a oni spokojnie pozwiedzają! PM była bardzo zdziwiona, że nie chcę zajmować się cudzym dzieckiem w czasie urlopu. Ona mi przecież dodatkowo zapłaci! No tak, a ja zostanę z maluchem, z którym nie będę mogła wyjść z pokoju, bo będzie za ciepło/za zimno/za słonecznie/za wietrznie na spacer. I jeszcze później dostanę ochrzan, że zrobiłam cokolwiek, bo PM by to zrobiła inaczej. Dziękuję bardzo za taki urlop. Była jeszcze próba zagrania na moich uczuciach na zasadzie „przecież niania to jak członek rodziny”, ale później PM dała spokój.

21. Zdrowe odżywianie. Bardzo starałam się dbać o zdrowie mniej więcej w tym okresie, kiedy pracowałam u PM. Chodziłam na siłownię, biegałam, starałam się zdrowo odżywiać. PM o tym wiedziała. Pewnego dnia przychodzę do pracy, a PM jest obrażona. Kiedy trzeci raz zapytałam, o co chodzi, w końcu mi odpowiedziała, że ona nie lubi oszustów i krętaczy! Aha... A co to ma wspólnego ze mną? No bo ona wczoraj widziała, że ja sobie na obiad przyniosłam makaron z sosem, a mówiłam, że się zdrowo odżywiam! Pomijam fakt, że ten posiłek faktycznie był zdrowy (według mnie): ciemny makaron, sos z chudego mięsa i jakichś warzyw. Ale bez względu na to, co tam było, to czemu PM ocenia mój obiad, który jem ja, a nie jej dziecko? No bez przesady. Jeszcze gdyby rzeczywiście tak dbała o zdrowe żywienie swojej rodziny, to byłabym w stanie zrozumieć zainteresowanie moim posiłkiem. Ona natomiast karmiła młodego różnymi świństwami typu ryba w sosie musztardowym (z puszki), słodzone serki i jogurty, szejki czekoladowe itp.

22. Zupa dla dziecka. Codziennie gotowałam małemu zupę, kiedy ten miał swoją drzemkę. Pewnego dnia PM pracowała z domu, natomiast jej mąż wrócił też wcześniej niż zwykle. Przywiózł jakieś jedzenie od swojej mamy, w tym naleśniki dla młodego. Była akurat pora na jedzenie, więc pytam męża PM, czy dać młodemu tę zupę, którą ugotowałam, czy spróbować mu dać te naleśniki. Zarządził, żeby spróbować z naleśnikami. Szło opornie, bo chociaż naleśniki są miękkie, to i tak trzeba je trochę gryźć, mały trochę próbował żuć, trochę wypluwał, ale jakoś to szło. Nagle z sypialni wypada PM i krzyczy na mnie, że daję dziecku naleśniki zamiast zupy. Mąż ją uspokaja, że to on kazał i wszystko jest w porządku. PM krzyczy już nie tylko na mnie, ale też na męża. Ojciec nie ma prawa do decydowania o takich rzeczach jak to, czy jego dziecko może zjeść naleśniki zamiast zupy. Wszystko trzeba uzgadniać z PM.

23. Moje odejście z pracy. Pewnego dnia przyszłam do pracy, od progu zostałam zwyzywana przez to, że nie wynoszę śmieci i natychmiast mam wziąć worki i lecieć z nimi do śmietnika, bo PM ma dość mojego lenistwa. To był moment, w którym podjęłam decyzję o odejściu (miałam za sobą ciężki tydzień z PM, o wszystko była na mnie zła, miała już coraz mniejsze opory przed podnoszeniem na mnie głosu). Wzięłam bez słowa te śmieci, kiedy wróciłam, to PM narzekała jeszcze na inne rzeczy, w końcu poszła do pracy. W czasie drzemki małego napisałam wypowiedzenie. Tego dnia popołudniu zmieniał mnie mąż PM, wręczyłam mu wypowiedzenie, poprosiłam o podpisanie. Nie zgodził się, bo on to musi uzgodnić z PM (umowę miałam podpisaną z nim, nie z PM). Po chwili dostaję SMS-a od PM, że jej mąż mi wypowiedzenia nie podpisze, po to ONA MNIE ZWALNIA i następny dzień jest moim ostatnim dniem pracy u nich! Kolejnego dnia rozwiązaliśmy umowę za porozumieniem stron. PM chciała mi zrobić na złość, opowiadała, że z własnej winy zostałam na lodzie itp. Wolałam jej nie uświadamiać, że zrobiła mi ogromny prezent – w umowie miałam miesięczny okres wypowiedzenia i nie sądzę, żebym wytrzymała psychicznie jeszcze jeden miesiąc w takim miejscu. PM na pożegnanie powiedziała mi też, że nie sądzi, żebym znalazła pracę, która spełni moje oczekiwania, bo jestem leniwa i nie potrafię przyjmować krytyki.

Byłam bezrobotna dokładnie przez JEDEN dzień, w czasie którego już odbyłam dwie rozmowy kwalifikacyjne. Kolejny dzień był pierwszym dniem mojej nowej pracy. Trafiłam na świetną rodzinę. Niania, która miała u nich pracować, przestała odbierać telefony, musieli szybko znaleźć kogoś innego. Pracowałam u nich ponad rok – później ich córeczka poszła do przedszkola.


PS. Wiele osób w komentarzach do poprzednich historii dziwi się, że wytrzymałam u PM tyle czasu. Może jestem naiwna, ale w tej pracy zawsze najważniejsze jest dla mnie dziecko. Skoro podjęłam się opieki nad maluchem, to chciałam za wszelką cenę spróbować dogadać się z rodzicami – wprowadzanie do otoczenia małego dziecka zupełnie obcej osoby jest dla niego ogromnym stresem. Mały mnie polubił, nie chciałam, żeby po kilku dniach czy tygodniach musiał przyzwyczajać się do nowej niani, skoro dopiero co przyzwyczaił się do mnie. Niestety z PM nie dało się dogadać...

niania

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (118)