Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#84951

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moi drodzy, od wielu już lat czytuję Piekielnych, aż przyszedł czas bym dodała tutaj swoje pięć groszy. Przy okazji proszę Was o pomoc, bo macie doświadczenie i poratujecie dobrą radą :)

Wprowadzenie
Moja mamusia, lat 64, ma problemy z kamieniami na nerkach. Do naszego miasta rodzinnego (miasto A) przyjeżdża urolog (z miasta B), do którego mama chodziła na wizyty. W lutym M pojechała do miasta B, w celu wykonania nefrostomii i umówienia się na zabieg rozbijania kamieni. Wydawałoby się, że wszystko pójdzie jak z płatka, och my głupie.
Akt I
Po około dwóch tygodniach przez dren przestał ściekać mocz. Mam wykonała telefon do Pana Lekarza. "Proszę się nie przejmować, wszystko jest ok". Na wizycie kontrolnej w mieście rodzinnym okazało się, że kamień zatkał przewód i trzeba jechać do miasta B "poprawić rurkę". W marcu Pan Lekarz próbował "pogmerać" rurką, by sytuację naprawić, niestety się nie udało. Dnia kolejnego M założyli dren jeszcze raz.
Akt II
M dostała gorączki, puchły jej nogi. Telefon do lekarza, wizyta w mieście B. Rurka za daleko, wchodzi w przewód moczowy. Pan lekarz w gabinecie ściągnął M szwy, wyciągnął kawałek rurki i ponownie szwy założył. Na żywca.
Od tej pory rana ropieje, M cały czas coś boli. Zabieg zaplanowany na 18 lipca więc już, już. Da radę.
Akt III Wizyta u Anestezjologa.
M była 5 lipca w mieście B u anestezjologa w celu zrobienia wywiadu. Wizyta trwała 10 minut. Dziękuję, proszę wracać do domu.
Akt IV Zabieg.
Mam dostała termin zabiegu - 18 lipca. Pytając się Pana Doktora o termin pojawiania się w szpitalu ustalono termin - 17 lipca. Rano wyjechała i zaraz wróciła. Dostała telefon z recepcji... będąc parę metrów od recepcji, że zabieg odwołano, gdyż w szpitalu jest okres urlopowy (sic!). Poinformowano mam, żeby zadzwoniła w połowie sierpnia w celu umówienia się na zabieg.
Teraz mam zadzwoniła do lekarza prywatnie, by ustalić co dalej. Inny lekarz, inne miasto. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Do Was moi drodzy mam pytanie, co mogę zrobić, gdzie napisać skargę i jak to załatwić, bo tak sprawy pozostawić nie mogę. Mam jeździła kilka razy do miasta B, dała nawet Panu Lekarzowi koniak (opiernicz ode mnie dostała, ale mama starszej daty uważała, że teraz dobrze się nią zajmie...). Poprawianie i ponowne zakładanie drenu, a na koniec odesłanie z kwitkiem do domu w dniu przyjęcia do szpitala... Mama nie jest osobą narzekającą, ale widzę, że się źle czuje, że ją boli.
Co mogę zrobić?
P.S.
Mama jeździła do szpitala pociągami. Nie mam możliwości zawieźć jej do miasta, poza tym M uważa, że gdy ona wyjeżdża ja mam "opiekować się domem".
Mam nadzieję, że wyjaśniłam jasno sytuację, gdyż trzęsie mną cały czas i myśli zebrać nie mogę.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (38)
poczekalnia

#84950

~piekmart ·
| było | Do ulubionych
Pomóżcie co jest bardziej piekielne, obrywanie za większość czy złośliwość ludzka która może doprowadzić do krzywdy zwierzęcia czy nawet człowieka. Ale od początku.



Mieszkam na blokowisku, sześć bloków obok siebie, przed nimi chodnik trochę trawy i mini plac zabaw dla dzieci + ławki. Z lewej strony bloków parking z prawej strony kolejny przecinający chodnik, schody, chodnik i między jednym a drugim chodnikiem dość spory pas zieleni (pusty, kilka krzaków, pod sporym kątem). U góry "łączki" żywopłot oddzielający go od chodnika na dole murek i jedna ławka, dalej kolejne bloki i chodniki, coś w stylu "kopiuj wklej".


Na początku zaznaczę, na ten pas chodzą tylko właściciele ze swoimi psami i co ważne jestem jedyną osobą która po swoim pupilu sprząta, reszta uznała, że skoro dwa razy w tygodniu panie sprzątaczki również tam zmiatają śmieci to kupy też mogą ale nie o tym chciałam.



Jak już wspomniałam, jest tam jedna ławka, którą upodobali sobie panowie "pije piwo cały dzień" i mają ogromny problem, że psy za ich plecami chodzą. Potrafią przeklinać, rzucać się i wiele innych. Zazwyczaj bagatelizuje sprawę tym bardziej, że zawsze sprzątam. Ale wczoraj moja ogólna złość sięgnęła zenitu.



Wychodzę przed spaniem z moim kundelkiem na spacer.
A obok mich ławki co? Specjalnie potłuczone butelki, nie dwie, nie trzy naliczyłam sześć.
Jestem okropnie wkurzona, bo mój pies może zrobić sobie krzywdę i to absolutnie nie będzie moja wina..
Chyba zacznę kłaść im woreczki z kupami na ławce, może wtedy się oduczą. A sąsiedzi? Z nimi nie mam pojęcia co zrobić żeby zaczęli sprzątać.

blok łąka pies

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (34)
poczekalnia
Dzień dobry mam na imię Szymonmówi, a to mój pierwszy tekst na piekielnych.

A teraz do rzeczy. Kilka piekielności o sprzedaży mieszkania i pośrednikach. Może moja historia kogoś czegoś nauczy.

Stan faktyczny: Wraz z bratem sprzedajemy mieszkanie (normalne w bloku dwa pokoje) odziedziczone po rodzicach. Każde z nas ma udział 1/2 w prawie własności. Chcemy się go pozbyć, bo nie mieszkamy w tym mieście, a jakieś 40km od niego. Związku z czym zaczęliśmy szukać pośrednika. Brat tez zajmuje się nieruchomościami, ale z innej "strony", dlatego ma pewne doświadczenie i obycie w tej materii. Niestety to też mały chciwy drań.

1. W trakcie poszukiwań pośrednika trafialiśmy na różne oferty. Niektóre osoby obiecywały gruszki na wierzbie, które absolutnie nie są nam potrzebne do szczęścia (zdjęcia z drona, wirtualny spacer czy zatrudnienie choreografa). Oczywiście stawka zazwyczaj zaczynała się od 3% od wartości, co było dla nas absolutnie nie do przyjęcia (w różnych wariantach pośrednik chciałby do reki wraz z vatem dostać od 4-8 tys zł) Fakt ten nie irytowałby mnie tak bardzo gdyby nie to, że prawie 75% pośredników ma takie stawki. Głownie z dużych sieciówek.

Większość dość wysoko się ceni zważywszy na fakt, że taki rejent bierze za taką transakcję około 1000-1500 zł (Nie liczę podatku i tego typu pierdół bo one idą do US, a on tylko to pobiera), a to Notariusz FAKTYCZNIE odpowiada za umowę kupna/sprzedaży. Pośrednik de facto "tylko" kojarzy strony plus robi fotki i NIEKTÓRZY dbają o mieszkanie pod nieobecność klienta.(Tak to wygląda z moich doświadczeń)

1A. Niektórzy pośrednicy byli na tyle bezczelni, że bez ogródek mówili że to oni sporządzają umowę, a rejent "tylko" odczytuje i podpisuje. Inni z kolei mówili, że notariusz nie ponosi żadnej odpowiedzialności, albo że bez problemu się wyłga jeśli powstanie jakiś problem.(Co nie jest prawdą, a ponadto Rejenci mają OC, więc maja "awaryjne" pieniądze na odszkodowanie). Za to pośrednicy zapewniali, że nigdy nie zostawią klienta "na lodzie" (Ta jasne), aczkolwiek nigdy nie podparli tych twierdzeń w umowie czy odpowiednim art. z ustawy.

2. W końcu trafiliśmy na Pana LS z pewnej sieciówki, który wziął naszą sprawę za 2%. Przekonał mojego brata tym argumentem, że sprzeda mieszkanie nie za X, lecz za X+15%x. Bratu zaświeciły się oczka i przekonywał mnie, że warto go wziąć. Ja nie byłem tego taki pewny. Znałem zalety jak i wady mieszkania. Uważałem, że X to odpowiednia cena. W końcu ja frajer dałem się przekonać i podpisaliśmy umowę. LS ustnie zapewniał nas, że kasę za "pośrednictwo" bierze tylko od nas i nikogo innego. Umowa była tylko na nas.

3. LS polecił nam odświeżyć mieszkanie (pomalować na biało i pozbyć się starych mebli). W międzyczasie już zaczął kogoś szukać. Przez pierwsze 2 miechy nikt nie chciał kupić lokalu za X+15%x, chociaż było sporo osób które odwiedzały mieszkanie. A czynsz trzeba płacić. W międzyczasie dzwonili do mnie i brata, inni pośrednicy reprezentujący swoich klientów (tel mieli pewnie ze starych ogłoszeń). Gdy dowiadywali się że już nas ktoś reprezentuje, wtedy już kontakt się urywał. Nie wiedziałem czemu... do czasu.

4. Raz się zdarzyło, że byłem tego samego dnia w domu co pośrednik i umówiona starsza para. Oprowadził ich, ja dopowiedziałem parę rzeczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Pośrednik każe im podpisywać przed wejściem oświadczenie. Wynikało z niego, że ta para kupi to mieszkanie tylko przez LS i za tą usługę zapłaci tyle samo co Ja z bratem! Reasumując LS połasił się na 2x 4000-6000 zł.

4A. Poczuliśmy się oszukani, zresztą tamta para też. W końcu pośrednik reprezentuje NASZE interesy i z nami miał umowę. Dla nich to wzrost kosztów o jakieś 5 tys zł do ceny mieszkania, więc mogli się zniechęcić. Gdy pośrednik wyszedł tamta para zaproponowała "ominięcie" pośrednika. Ja jednak nie chciałem mieszać się w kłopoty, gdyż w końcu podpisali to durne oświadczenie.

4B. W międzyczasie trzeba było załatwić kilka dokumentów. LS kompletnie nie poczuwał się do tego, by to załatwić (chociaż w umowie było inaczej) Zasłaniał się tym, że tylko właściciele mogą odbierać/wnioskować o dane pismo w konkretnym urzędzie. Trzeba było więc jeździć te 40 km... dobrze, że mam brata to wymienialiśmy się tym obowiązkiem.

5. Wyłożyliśmy LS kawę na ławę (że robi nas i kupujących w ciula), on z kolei zasłaniał się tym, że ustawa nakazuje mu podpisanie umowy z drugą stroną (To fakt, ale nie za taką stawkę). W międzyczasie przyznał, że trzeba obniżyć cenę. Stanęło na X, a on obiecał że taka sytuacja już się nie powtórzy.

6. Przez kolejne trzy miesiące nie było żadnej konkretnej oferty poza jedną, ale "tamci" chcieli X-10%x. Na to zgodzić się nie chcieliśmy.

7. Straciliśmy cierpliwość i daliśmy LS do ręki wypowiedzenie. Mieszkania w tym mieście ciągle schodzą, a nasze czekało. Prawdopodobnie LS nadal żądał te 2-3% od kupujących co skutecznie zniechęcało ich do zakupu. Dodatkowe 4-6 tys robi jednak różnicę. Mieliśmy wrażenie, że nie reprezentuje naszych interesów tylko chce jak najszybciej zarobić.

8. Potem dzwonili inni pośrednicy, reprezentujący swoich klientów, zainteresowanych mieszkaniem. Potrafili być mega bezczelni (prawie 60% ogółu). Polegało to na tym, że umawiali się na oglądanie, a potem przed wejściem do mieszkania kazali mi podpisywać analogiczne oświadczenie, z treści którego wynikało iż sprzedam mieszkanie tylko za ich pośrednictwem i to na kwotę 2,5-5% ceny sprzedaży! Oczywiście, że odmawiałem. Wtedy Pośrednicy telefonicznie wycofywali swoich klientów. Raz podsłuchałem jedną rozmowę. Wynikało z niej, że to ja "wycofałem się z oferty". Dwa razy udało mi się skontaktować z kupującymi, którzy sami się do mnie zgłosili gdy pośrednik im powiedział że "gwiazdorzę". Coś im nie pasowało w jego zachowaniu, więc przyszli sami. Zidentyfikowali mieszkanie po charakterystyczny cechach balkonu oraz wystającej fladze.(Widocznej na zdjęciach z ogłoszenia).

9. W ten oto sposób w końcu sprzedaliśmy mieszkanie, ludziom którym naprawdę zależało na nim i nie dali się zwieść pośrednikom. Zapłacili cenę X-300 zł bez żadnego gadania.

Piekielność?
A/ Ja frajer który dałem się zbajerować co kosztowało mnie x czynszu przez prawie pół roku + latanie za zaświadczeniami (właśnie wtedy weszła ustawa uwłaszczająca). Mam swoje lata powinienem być mądrzejszy. Niestety brakuje mi asertywności. Za to pośrednicy w swoich garniaczkach mają jej aż nadto.
B/ Brat który połasił się na większa kwotę i tez się na tym przejechał. Chytry traci dwa razy, jak to mówią.
C/ LS, który zwodził nas do końca i chciał mieć podwójny zarobek, nie zważając na nasze koszta, czas i cierpliwość. (sam bym chciał zarabiać od jednej czynności 10 tys, bez praktycznie żadnej odpowiedzialności.)
D/ Inni pośrednicy który JAWNIE manipulują klientami, których są zobowiązani reprezentować. Zamiast szukać dla nich mieszkań, chcą na siłę powiększyć stan swoje konta.(owszem każdy chce być bogaty, ale wypada też być dobrym w swoim fachu, a nie kłamać). Są skłonni zwodzić swoich klientów, byle mieć podwójny zarobek.

Generalnie jestem wkurzony, ponieważ to nie są pojedyncze przypadki, lecz PRAKTYKA. Zauważyłem, że temat dotyczy w szczególności dużych biur. Niestety ale mam wrażenie, że to wina ustawy De regulującej "Gowina", która weszła w życie z 6 lat temu. Do zawodu pośrednika przyszła masa cwaniaków, którzy tworzą cwane sieciówki i biura.

Uważajcie i jeśli możecie starajcie się własnymi siłami znaleźć/sprzedać mieszkanie, wtedy może oszczędzicie kupę pieniędzy,nie stracicie zbędnych nerwów i nie będziecie czekać x miesięcy z pustym mieszkaniem.

Albo miałem pecha i praktycznie spotykałem samych "cwanych" Januszy pośrednictwa nieruchomościami. Też tego nie wykluczam.

mieszkanie uslugi notariusz posrednik dom brat sprzedaz

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (41)
poczekalnia

#84947

~Lilka98765 ·
| było | Do ulubionych
Historia będzie o mojej szwagierce i jej głupocie, jeśli można tak to nazwać. Mieszkamy za granicą szwagierka Amelia przyjechała ponad 5 lat temu na wakacje a została do teraz. Razem z nią przyjechały dzieci syn Eryk wtedy lat 8 i córka Gabrysia lat 3. Szwagierka przyjeżdżając nie znała języka i jak stwierdziła na te kilka tygodni jej nie potrzebny. Niestety w dzień wyjazdu oznajmiła nam, że zostaje na dłużej, bo tu się łatwiej żyje. Swoją drogą to ciekawy wniosek jak na kogoś, kto mieszkał 4 tygodnie na cudzy koszt i poza własną przyjemnością nie musiał się martwić o nic.

Pracę znalazła, jako sprzątaczka na szczęście legalną. W pracy znajomość języka nie była jej potrzebna, bo pracowała w polskim zespole. Wszelkiej maści sprawy urzędowe pomagaliśmy załatwić jej my lub nowi znajomi. Do dnia dzisiejszego szwagierka nie potrafi się porozumiewać z tubylcami. Ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym a na wszelkie wywiadówki chodzi z tłumaczem, któremu musi płacić, bo ani my ani znajomi już jej nie pomagamy. Za dużo tego było i każdy miał dość.

Ostatnie wydarzenie przebiło wszystko. Siedzę sobie spokojnie w domu z racji choroby i nagle słyszę mój telefon. Dobra znajoma pracująca w banku dzwoni i pyta czy mogłabym przyjść do nich na chwilę, bo jest afera. Cóż było robić ubrałam się i poszłam. Na miejscu się okazało, że Amelia dostała pismo z banku i postanowiła pokazać, jaka jest samodzielna wiec poszła tam razem z córką (obecnie 8 lat) w roli tłumacza. Kiedy przyszłam krzyczała na Gabrysię, że jest tempa i do niczego się nie nadaje skoro nawet paru prostych słów nie potrafi przetłumaczyć. Nie powiem zagotowało się we mnie, bo co dziecko winne, że ma matkę idiotkę, która mieszkając ponad 5 lat za granicą nie potrafiła się nauczyć języka. Szwagierka nasłuchała się najpierw ode mnie a później od mojego męża, że sama jest tempa, nieodpowiedzialna i tak na dobrą sprawę już dawno powinna nauczyć się języka, a jak nie chce to niech do Polski wraca, bo chociaż tam nie będzie dzieci wykorzystywać.

Nic do niej nie dotarło, no prawie nic, bo teraz jak ma coś ważnego do załatwienia to bierze Eryka gdyż jest starszy i więcej potorfi. A ja siedzę i się zastanawiam, dlaczego takich ludzi nie można odstrzelić dla dobra reszty ludzkości?

rodzina zagranica

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (50)
poczekalnia
Witam, ostatnio spotkalo mnie coś dziwnego..Na początku dodam, ze jestem w ciąży, jest to dopiero drugi miesiąc wiec początki, z partnerem bardzo się cieszymy, ale jest to nasze pierwsze dziecko wiec troszkę tez jesteśmy zagubieni.

Postanowiłam pójść do ginekologa, sprawdzić co i jak..
Do wizyty skłoniły mnie opinie na znanylekarz.pl, chociaż widziałam kilka nieprzychylnych komentarzy postanowiłam spróbować. Już na wejściu u pani w recepcji poczułam się nieswojo gdyż była ona dość specyficzna. Przesłuchiwał inna kobietę w ciąży na tyle głośno ze wszyscy to słyszeli, widziałam że kobieta czuła się niekomfortowo, mówiła cicho, ale pani recepcjonistka mówiła na tyle głośno i wyraźnie że nietrudno było się domyślić o co chodzi. Nadeszła moja kolej. Kobieta przede mną zostawiła na blacie jakieś ulotki o ciąży i macierzyństwie, kiedy pani na recepcji to zobaczyla i upewniła się ze to nie moje powiedziała: Ciele, głupie ciele. Ciele zapomniało. Byłam w szoku. Jak kobieta może tak powiedzieć o nieznanej pacjentce do innej.. Pani recepcjonistka na wejściu mi powiedziała ze będzie to wizyta prywatna bo nie jestem ubezpieczona, Kiedy powiedziałam ze przychodzę na NFZ i obejmuje mnie ustawa ochrony kobiet w ciąży (nie jestem ubezpieczona, wróciłam z NL i nie zdążyłam się ubezpieczyć jeszcze w Polsce) pani z łaska podała mi oświadczenie które powinnam wypisać.

Po wejściu do gabinetu pani doktor pozwoliła wejść narzeczonemu, ale dopiero jak przewróciła oczami i powiedziała: „Noo skoro państwo sobie życzyyyciee” Po chwili zaczęła zadawać pytania na które kiedy jeszcze nie zdążyłam odpowiedzieć ona je ponawiała. Byłam dość zdezorientowana, nie spodziewałam się takiego niemiłego wywiadu. Pani doktor powiedziała, ze mam się zarejestrować jako bezrobotna bo dla niej to jest problem rozliczać mnie osobno, na moja odpowiedz, ze dla mnie problemem się zarejestrować tylko się zaśmiała. (powiedziałam tak bo była dla mnie bardzo opryskliwa) Badanie przepłynęło szybko i sprawnie, pani doktor pokazała pęcherzyk i powiedziała, ze ciąży jeszcze nie ma i na tym koniec. Chociaż przez sekundę powiedziała ze coś widzi po czym wyłączyła monitor. Rzuciła mi jeszcze na koniec przez biurko moje badanie co całkowicie mnie zmroziło. Było to lekceważące, niemiłe i bardzo nieprofesjonalne. Nie wiem czy pani doktor zachowuje się tak do wszystkich pacjentek ( mam nadzieje że nie) czy po prostu była zła ze nie udało jej się złapać mnie na wizytę prywatną. I nie chodzi mi tutaj, żeby komuś zaszkodzić, może pani doktor zarówno jak i pani Krysia na recepcji miały zły dzień.. nie wiem..

Zagłębiłam się w temat i podpytałam na miejscowym forum o tą lekarkę, okazało się, ze dziewczyny wybiegają z płaczem z jej gabinetu, potrafi powiedzieć pacjentce ze ona widzi tylko 3 paluszki u rąk i wyłącza monitor i uśmiechając się dodaje: „Ale i tak je będziesz kochała” Jedna dziewczyna powiedziała ze na wstępie usłyszała: „nooo zobaczymy czy ten płód wgl jeszcze żyje..” O pani na recepcji również pojawiły się komentarze typu: mówi na tyle głośno ze chyba zapomniała o czymś takim jak RODO, wyzwala dziewczynę od biedaczek bo ta nie miała pieniędzy na wizytę prywatna a zależało jej na czasie, lub skomentowała dzwoniący u niej na biurku telefon: „co to za [email protected] znowu dzwoni ?!”

Nie wiem, czy pani doktor już się wypaliła czy czuje się tak ważna ze znęca się nad młodymi kobietami w ciąży, komentarz na znanylekarz już wystawiłam, ale chciałabym to jeszcze gdzieś zgłosić, pytanie gdzie?

Lekarze słuzba_zdrowia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (93)
poczekalnia
Jestem przez pewną osobę postrzegana jako tzw. 'feministka' (nie był to komplement, ale cóż:p), bo nie wyobrażam sobie siedzieć w domu, sprzątać, gotować i czekać aż chłop mi fundnie wakacje, a do szczęścia zamiast dziecka wystarczy mi póki co kot. No i fajnie. Chociaż swój feminizm widzę raczej w byciu kobietą świadomą (przeważnie) swojej wartości, samodzielną, w miarę zaradną i pracującą na własny rachunek, ale uważam, że kobieta nie jest mężczyzną i na odwrot - lodówki na moje szóste piętro sama nie wniosę. Nie trzeba się zgadzać z tą definicją, ale będzie o (ultra)feminizmie w pracy.

Pracuje w miejscu, gdzie obowiązuje dress code. Dla pań są to pracownicze spodnice/sukienki plus manicure, makijaż i obcasy. Panowie również mają wyglądać schludnie.
Mam w pracy koleżankę, która na każdym kroku krytykuje te zasady. Twierdzi, że to dyskryminacja, że ona musi się malować, a koledzy nie mają wymogu np. Noszenia szpilek.
A mnie trafia szlag jak to słyszę, bo dziewczyna doskonale wiedziała, gdzie się zatrudnia - mnie już na rozmowie kwalifikacyjnej poinformowano o tych zasadach. Takie argumenty do pani feministki nie docierają i wciąż robi wokół siebie szum.

Dla mnie cholernie głupi jest ten tok myślenia, bo do każdego miejsca pracy przypisany jest inny styl ubierania się. Przecież do pracy w magazynie nie pójdę w garsonce pasujące do biura, prawda?
Ja też nie żyłam na początku w przyjaźni z wysokimi obcasami, a już na pewno miałam wrogie stosunki z rajstopami (brrr!), ale kiedy się zatrudnialam uważałam, że wypłata wyższa niż ta mityczna 'średnia krajowa' jest warta poświęceń. 

Irytuje mnie, że takie osoby czynią słowo 'feminizm' obelgą, przecież nikt nie broni mojej koleżance znalezienia pracy, w której będą panować inne zasady. Jestem pewna, że gdyby koleżanka zatrudniła się w kopalni czy też postanowiła zostać spawaczem, nikt nie wymagałby od niej noszenia spódnicy.


EDIT: nie sprecyzowałam jak wygląda męski strój. Jest on dosyć mocno wieczorowy i obejmuje białą koszulę i "lakierki" na nogach, kierownicy noszą garnitury. Moja koleżanka chciałaby im ufundować szpilki i makijaż, co do którego też nie ma dużych wymogów. U mnie można po prostu przejechać usta szminką i już jest makijaż, to samo się tyczy paznokci - bezbarwny lakier też się liczy. Może w głównych "działach", gdzie kontakt z klientem jest większy są też większe wymagania, nie mniej jednak uważam, że wiedziałam gdzie się zatrudniam i nie ma co narzekać na makijaż.

EDIT2: Poprzez mocno wieczorowy strój mam na myśli pełen "mundurek". Nie chce opisywać dokładnie jakie to są ubrania, bo pracuje w specyficznym lokalu. Kobiety mają identyczne stroje jak mężczyźni, tylko zamiast spodni noszą spódnice. Sukienki są dla "damskich" działów (a to dopiero jest dyskryminacja!).

Feminizm w pracy

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (99)
poczekalnia

#84940

~leoslawa ·
| było | Do ulubionych
Piekielnymi będą tu "osobniki" z rodziny mojego partnera.
Zacznę od poczatku.
Z przyczyn prywatnych dość szybko zamieszkałam z T.
Zamieszkaliśmy w mieszkaniu jego mamy, która pracowała zagranicą. Oczywiście zapytaliśmy jej o zgodę, nie miała żadnego problemu.
Mieszkałam tam tylko 2 miesiące.
Nie dało się znieść obecności siostry, która dzień w dzień przychodziła na kawkę o 7-8 rano i siedziała do południa, bo uważała, ze to jej rodzinny dom i ma prawo przychodzić kiedy chce.
Nie odpowiadał mi układ wstawania codziennie o 7, aby jaśnie Pani zrobić kawę i z nią siedzieć, więc oznajmiłam mojemu T, że będę chciała wynająć sobie pokój(jeszcze nie pracowałam tylko się uczyłam i nie było mnie stać na wynajęcie mieszkania). Mój T zaproponował, że chętnie wyprowadzi się zemną od swojej mamy i wynajmiemy mieszkanie wspólnie.

Pierwszy dzień po naszej wyprowadzce to był istny horror. Na zmianę siostry T i jego brat wydzwaniały do niego, że mam mnie zostawić i wracać do mamy, że ja jestem zła niedobra i ogólnie dzieło szatana.
Wiele wylanych łez awantury.
Kilka miesięcy później wyprowadziliśmy się do innego miasta aby T miał bliżej do pracy, bo dojazdy go męczyły. To również nie spodobało się siostrzyczce. Kazała mu zostać w mieście i dojeżdżać do pracy 100 km w jedną stronę, vo ona chce go codziennie widywać.
Aktualnie jest zapraszany sam, czy to na kawę czy chrzciny, urodziny i wszelkie inne uroczystości, mnie traktują jak powietrze i tak już 3 rok.
W zyciu nie zrobiłam im nic złego, dbam o ich brata jak umiem najlepiej.
Tak piekielnych ludzi nigdy na swojej drodze nir spotkałam.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (96)
poczekalnia
Czytając jedną z historii o przejściach dla pieszych przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku miesięcy.
Kierowcą jestem od niedawna, bo niecałe dwa lata. Jestem też pieszą i czasem rowerzystką. A będąc pieszą nie pcham się na pasy jak ta święta krowa, bo wiem, że jeśli będzie kraksa to ze mnie może zostać jedynie mokra plama.
Jadąc pewnego dnia z pracy stałą trasą zauważyłam przed przejściem dla pieszych chłopaka w wieku szkolnym ewidentnie chcącego przejść przez jezdnię. Zatrzymałam się więc, czego w tym miejscu akurat nie lubię, bo jechałam pod górę, a jak to młody stażem kierowca pod górę ruszać nie cierpię, bo nie zawsze idzie mi to tak jakbym chciała. Ja stojąc przed pasami czekam aż chłopak przejdzie, a ten, nie wiem czy zmienił zdanie czy na kogoś czekał, cofnął się na chodnik. No nic, ja jedyneczka, gaz i ruszam pod to nieszczęsne wzniesienie. Nagle młodzieńcowi zachciało się jednak przejść, bo okazało się, że na kogoś czekał. Był wielce zaskoczony, kiedy samochód, który chciał go przepuścić nagle przez to przejście przejeżdża, bo siłą rzeczy zdążyłam już ruszyć. Wykonałam ręką jakiś bliżej nieokreślony gest i pojechałam do domu klnąc w myślach na jego bezmyślność.
Dla mnie to logiczne, że jeśli nie mam zamiaru przechodzić przez pasy to przy nich nie stoję, bo nie jeden kierowca błędnie to zinterpretuje.
Ludzie myślcie czasem i uczcie wasze dzieci myśleć

przejście_dla_pieszych

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (51)
poczekalnia

#84933

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Idę sobie chodnikiem, po lewej stronie mam dwupasmową jezdnię, dalej drugi chodnik. Nie wiem, jaka odległość dzieliła mnie od niego, ale chyba łatwo to sobie wyobrazić?

Była to niedziela, więc jezdnia puściutka po horyzont, chodniki też pustawe. Z przeciwnego kierunku, drugim chodnikiem zmierzają trzy nastolatki, które niemal z miejsca wzbudziły moją antypatię.

Panny, zamiast iść jak należy, blisko siebie, w jakimś porządku, zajmowały cały chodnik, do tego jeszcze "rozmawiały" tak strasznie cicho, że po przeciwnej stronie jezdni doskonale słyszałam kto kogo i dlaczego p...oli. Słownictwo takie, że uszy mi więdły, a zdążyłam się już uodpornić.

Nie mogłam się powstrzymać i spojrzałam na nie, wydaje mi się że moje spojrzenie łączyło w sobie potępienie i zaskoczenie. Jedna z dziewcząt poczuła się chyba zaatakowana, bo jeszcze bardziej gromko niż przedtem zapytała uprzejmie "Co się k...a gapisz?!"

Kurczę, muszę strasznie młodo wyglądać, skoro dziewczyna mogąca być moją córką startuje do mnie na "ty"... Niewiele myśląc odkrzyknęłam "A patrzę, kto się tak drze, myślałam że małpy z ZOO wypuścili!"

Tutaj już kreatywność się skończyła, zostałam poproszona o jak najszybsze oddalenie się oraz zasugerowano mi chorobę umysłową.

Oddalić się i tak zamierzałam, w końcu szłyśmy w przeciwnych kierunkach, było mi wstyd za to, że w ogóle się odezwałam (zrobiłam dokładnie to co one - wydarłam się na całą okolicę) więc zignorowałam sytuację.

Ale przysięgam na wszystko co mi drogie, że jeśli moja córka tak się zachowa kiedykolwiek, to choć jestem przeciwna surowym karom, z pokoju nie wyjrzy do matury. Choć oczywiście zamierzam jej wcześniej przekazać, że to przejaw skrajnego buractwa...

Teraz się zastanawiam, kto jest tu piekielny - rodzice, którzy nie przekazali odpowiednich wartości dziecku, czy też dziecko, które w wieku kilkunastu lat dokonuje już przecież świadomych wyborów?

młodzież

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (89)
poczekalnia
Słyszeliście, co ostatnio wymyśliły feministki? Otóż uznały, że klimatyzacja jest seksistowska.

https://www.wykop.pl/link/5044335/wiedzieliscie-ze-klimatyzacja-jest-seksistowska/

Sprawa rozbija się o to, że zły patriarchat ustawia klimatyzację tak, że uciśnionym kobietom jest zimno.

Jak tylko to zobaczyłem, to przypomniała mi się sytuacja z pracy. Otóż od kiedy tam pracuję, to klimatyzacja nigdy nie była ruszana. Nawet nie wiem na ile stopni jest ustawiona, ale jest tak, że jest przyjemna temperatura o każdej porze roku i wszystkim to najwidoczniej pasuje, bo nikt nigdy nie narzekał.

Do czasu.

Przyszła nowa. Pierwszy rzut oka wystarczył by stwierdzić, że wojująca feministka. Czerwone włosy, wygolony bok głowy i kolczyki na całej twarzy. Od pierwszego dnia zaczęła się pruć o klimatyzację, że jej zimno. Na początku próbowała delikatnie:
- Ej, wam też tak strasznie zimno?
- Nie - odpowiadali wszyscy zgodnie.
Kiedy to nie działało, po jakimś czasie spróbowała bardziej stanowczo:
- Tu jest za zimno! Trzeba zwiększyć temperaturę a najlepiej wyłaczyć klimatyzację!
Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że tak jest dobrze i od kiedy tu są to tak było i nigdy niczego nie zmieniali, bo nigdy nikomu temperatura nie przeszkadzała.
W odpowiedzi nas ofukała, ale na kilka dni się zamknęła z tym tematem. Po kilku dniach znowu:
- Zimno mi!!! Podkręćcie tę klimę!
Jeden kolega nie wytrzymał:
- Jak ci zimno to się ubierz, a nie zmuszasz całe biuro by się do ciebie dostosowało.
Na to feministka stwierdziła, że kolega ją terroryzuje i molestuje (serio!) i ona to zgłosi.

No i zgłosiła.

Nazajutrz przychodzi kierownik biura i pyta:
- Kto chce by podnieść temperaturę w biurze?
Feministka podniosła rękę.
- Kto chce by zostało tak jak jest?
Wszyscy pozostali podnieśli ręce.

- No, to zostaje tak jak jest - mówi kierownik, po czym dodaje patrząc na sprawczynię całego zamieszania - a jak komuś zimno, to niech się ubierze.

klimatyzacja feministki seksizm

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (151)