Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Issander

Zamieszcza historie od: 13 kwietnia 2011 - 19:13
Ostatnio: 6 stycznia 2020 - 14:50
  • Historii na głównej: 12 z 20
  • Punktów za historie: 4282
  • Komentarzy: 504
  • Punktów za komentarze: 5258
 
zarchiwizowany

#80134

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Opowiem krótko o dwóch piekielnych wymysłach brytyjskich* planistów miejskich. Nie jest to oczywiście jakaś straszna piekielność, ale gdy człowiek codziennie idąc do pracy natrafia na takie durne rozwiązania, które nic nie wnoszą poza niepotrzebnymi utrudnieniami i spadkiem bezpieczeństwa, to jest to mocno irytujące.

1) Przejścia w literę Z. Polega to na tym, że żeby przejść przez dwujezdniową ulicę, musisz najpierw przejść przez jedną jezdnię, następnie przejść spory kawałek w bok na wysepce, i dopiero wtedy możesz przejść przez drugą jezdnię. Najczęściej przejście na wprost uniemożliwiają wysokie barierki.

Zapewne w zamyśle geniusza, który to wymyślił, ma to spowodować, że ludzie będą przechodzić przez ulicę na dwie tury i zwiększy się bezpieczeństwo. Tymczasem faktyczny efekt jest taki, że tam gdzie nie ma dużego ruchu ludzie przechodzą na czerwonym, a tam gdzie jest, kto może, ten przebiega. Czyli spadek bezpieczeństwa. A ci nieliczni, którzy nie są w stanie przebiec... cóż, mieszkam przy bardzo ruchliwej ulicy, gdzie na zielone czeka się niemal 2 minuty, a trwa ono 10 sekund**. Czyli ktoś mniej sprawnie ruchowo potrzebuje prawie 10 minut tylko po to, żeby przejść na drugą stronę ulicy do sklepu i z powrotem.

Przypomniało mi się, jak w Krakowie ludzie robili problem, bo przez Plac Inwalidów nie dało się przejść na zielonym jednym rzutem. Tylko, że na Placu inwalidów dystans do pokonania dla pieszych to 48 metrów. Na skrzyżowaniu, o którym mowa dystans w prostej linii to jedynie 28 metrów, no i nie jeżdżą tramwaje*** ani nic takiego. Więc nie ma żadnego powodu, dla którego nie dałoby się wydłużyć zielonego do 15 sekund. Ba, nawet w te 10 sekund by się dało normalnie przejść, gdyby nikt nie wpadł na świetny pomysł, by to ludziom utrudnić!

2) Sygnalizacja świetlna przed przejściem dla pieszych tylko dla samochodów. Nie wiem, co za geniusz wpadł na to, żeby w ten sposób zaoszczędzić miastu trochę pieniędzy. Dochodzę do przejścia, przed którym stoją samochody i nie mam pojęcia, kiedy zapali im się zielone. Kilka razy miałem sytuację, że właśnie robiłem krok na przejście, gdy kierowcy włączyło się zielone i postanowił ruszyć nie patrząc na mnie - bo przecież on ma zielone!

Gdy na przejściu w ogóle nie ma świateł, wiesz, że kierowca patrzy, czy nie idą piesi i powinien ustąpić im pierwszeństwa. Tymczasem gdy tylko kierowca ma światła, to mając w pamięci zasadę ograniczonego zaufania wiem, że może się zdarzyć tak, że będzie miał zielone i albo się zagapi, więc nie spojrzy, czy idę, albo pomyśli, że powinienem wiedzieć, że on ma zielone i przecież nie wejdę na pasy.

A co jeśli dochodzę do przejścia i w tym samym momencie dojeżdża do niego samochód? Ma czerwone i się zatrzyma? Czy ma zielone i będzie jechać? Dla mnie to jest loteria, bo ktoś postanowił trochę zaoszczędzić.

Zresztą, nie jeżdżę samochodem, ale podejrzewam, że dla kierowców też to rodzi problemy, jeśli nie mają pewności, że piesi będą zachowywać się przewidywalnie, bo nie wiedzą, jaka jest sytuacja na przejściu...


* Spotkałem się z nimi tylko w UK, ale oczywiście może to nie być jedyne takie miejsce.

** Kiedyś czekałem na jedzenie z baru i mi się nudziło, to zmierzyłem stoperem.

*** Oficjalnym wytłumaczeniem, dla którego na Placu Inwalidów światła palą się zbyt krótko, żeby dało się przejść przez ulicę jednym rzutem było to, że jeździ tam dużo tramwajów i robiłyby się korki.

Miasto ulica

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (67)
zarchiwizowany

#57581

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótko:

W mieszkaniu, w którym wynajmuję pokój, jest jeszcze drugi. Normalnie stał wolny, czasem tylko korzystała z niego właścicielka na czas świątecznych powrotów do kraju. Jednak kilka miesięcy od wynajmu oznajmiła, że pokój na stałe zajmie jej córka i wnuczka.

O czym natomiast właścicielka "zapomniała" uprzedzić? Że córka jest alkoholiczką, już po jednym odwyku, w dodatku z innymi problemami psychicznymi (a przez alkohol zapomina brać na nie leków!) - czego dowiedziałem się już później, gdy znowu zaczęła pić, zapewniając nam rozmaite "przyjemności" z tym związane.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (264)
zarchiwizowany

#38561

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Czekam na swoją dziewczynę w przybytku zwanym szumnie galerią handlową. Poszła do toalety, a jako że trwa to i trwa, to oparty o ścianę na korytarzu mogę skupić się na innych ludziach, którzy... nie, wróć. Najchętniej pogrążyłbym się we własnych myślach, ale płacz dziecka i krzyki jego matki zmuszają mnie do zwrócenia na nie uwagi.

Dźwięki były nieznośne już kiedy ta dwójka szła do toalety, a po wyjściu dodatkowo znacznie przybrały na sile. Z tego, co zrozumiałem, dziecko chciało zostać gdzieś samo, matka się na to nie zgodzała. Nagle zauważyła mnie - i stało się to, czego można się było w sumie spodziewać, choć do tej pory mnie to jeszcze nie spotkało.

- Tak?! No to zostaniesz z panem, prawda? - Doskoczyła do mnie, szarpiąc dziecko i spojrzała się na mnie wyczekująco. Nie zareagowałem, zwyczajnie zaskoczony byłem. - Pan cię weźmie, prawda, proszę pana?

(A warto nadmienić, że moim zdaniem małe dziecko mogło się całkiem nieźle mnie przestraszyć. Matka musiała być więc nieźle zadowolona ze swojego "szczęścia".)

Dziecko na to w jeszcze większy ryk, tuż nad moim uchem (czy też raczej pod). Matka zdecydowanie naruszyła moją przestrzeń osobistą, nawet mnie kilka razy dotknęła, a dziecko było upchnięte gdzieś między nami.

I, co najlepsze, matka dalej próbuje mnie zachęcić do udziału w tej farsie, jednocześnie chwyta rękę małej i podaje mi ją, żebym ją złapał!

Nie wiem, co ona chciała zrobić, schować się na chwilę za róg, żeby przestraszyć małą, a potem po nią wrócić? Tak czy siak, pomysł zostawiania swojego dziecka z kimś obcym, bo było niegrzeczne, wydaje mi się zdrowo posolony, nie mówiąc już o tym, że jak można oczekiwać od obcych ludzi, że będą w czymś takim brali udział...

Oczywiście, nie zamierzałem brać w tym udziału, wtedy matka zmieniła taktykę - po prostu uciekła, zostawiając małą przy mnie. Co chwila głośno kazała jej zostać przy mnie, ale całe szczęście (dla mnie, nie dla niej) dziewczynka była już na tyle przerażona, że zignorowała komendy i pobiegła za matką.

Swoją drogą, ten idiotyczny proceder (było już kilka historii z nim związanych) ma nawet całkiem obszerny artykuł na wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Boogieman

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (220)
zarchiwizowany

#38484

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzień jak co dzień, trzeba ruszyć tyłek do pracy. Stoję więc na przystanku, podjeżdża autobus, więc przesuwam się tak jak zawsze - czyli zajmując miejsce na bok od drzwi, żeby wysiadający mogli się bez przeszkód z pojazdu wydostać. Akurat była to lewa strona, więc stałem tyłem do zajścia.

Za mną zrobiło się jakieś zamieszanie. Ludzie zaczęli się przesuwać, więc odruchowo przysunąłem się bliżej autobusu - nie pomogło, poczułem uderzenie w kostkę.

Zostałem staranowany wózkiem. Otóż stojąc raczej w tylnej części przystanku, grupka czterech matek z wózkami i ojców w ilości nieco mniejszej zorientowała się, że autobus, jak to autobusy, jest tylko częściowo niskopodłogowy i trzeba podejść do przodu, do odpowiednich drzwi. Tak więc nasza grupka (oczywiście wózek w wózek, bo po co iść gęsiego?) dzielnie ruszyła wzdłuż całej długości autobusu, nie zważając na pasażerów, którzy się tam zdążyli ustawić, a także tych, którzy zaczynali już wysiadać...

Ktoś zwrócił uwagę. Odpowiedź? "No przecież jak idzie matka z wózkiem to się USTĘPUJE!".


Dodatkowym smaczkiem był fakt, że miejsce na wózki w tym modelu autobusu może ich pomieścić trzy, jeżeli są ustawione przodem do okna... Czwarty został więc oczywiście ustawiony w poprzek naprzeciwko drzwi.

komunikacja_miejska

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (159)
zarchiwizowany

#28544

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie o spychologii. Nie takiej zwyczajnej oczywiście - na największą uwagę moim zdaniem zasługują osoby, które potrafią dzięki niej wprowadzić do rzeczywistego świata element surrealizmu. Ktoś już napisał o urzędnikach tworzących potencjalnie nieskończone pętle. Ja napiszę o kobiecie, która dała radę dokonać niemożliwego w pojedynkę.

W chwilach wolnych od nauki jestem ankieterem. Nie odpytuję jednak ludzi - wykonuję badania typu retail audit, czyli w dużym skrócie: spisuję ceny w sklepach.

Niedawne badanie rzuciło mnie do maleńkiego sklepu jednej z popularnych sieciówek, porą późną. Proszę o kontakt z kierownikiem. Nie ma, jest zastępca. Oczywiście, może być.
Tłumaczę pani, o co chodzi. Pokazuję upoważnienie od kierownictwa tejże sieci.

Tu następuje klasyczna spychologia, czyli szukanie kogokolwiek, kto by mógł powiedzieć, że się nie da, żebym tylko przestał zawracać jej głowę. Czekałem jakieś dwadzieścia minut, aż skończy rozmawiać przez telefon. A pora późna, sklep ostatni już tego dnia, od mojego wyjścia rano z domu minęło ładne dwanaście godzin.
Wreszcie wraca. Oto, czego się dowiaduję:
- Kierowniczka powiedziała, że musi być informacja na poczcie. A e-maila nie ma.
(Hm, przecież rozsądniej jest oczekiwać, że dyrekcja wyśle kilkaset e-maili do badanych sklepów, niż wyśle jedno upoważnienie, które ankieterzy sobie potem wydrukują, prawda?)
- Ona zadzwoniła jeszcze do ich marketingowca i on o niczym nie wie.
(Hm, bo przecież lepiej jest zadzwonić do kogoś, kto prawdopodobnie nie ma ze sprawą nic wspólnego, niż na numer telefonu kierownika ds. marketingu sieci, który podpisał się na upoważnieniu, no nie?)

Powstrzymałem jednak kąśliwe uwagi. Jeden plus - szybciej będę w domu.
Jednak wymóg sieci - muszę przynieść potwierdzenie wizyty lub potwierdzenie braku zgody na wizytę, jedno albo drugie. Więc zaczynam.
- Dobrze, w takim razie muszę panią poprosić o potwierdzenie odmowy. Klient ma taki wymóg bla bla bla bla
- Ale ja nie mogę tego zrobić!
- Dlaczego?
- Ja nie jestem do tego upoważniona!
- Przepraszam, ale jak może być pani nieupoważniona do niezgodzenia się na moją wizytę, skoro właśnie pani to robi?

Pani próbowała jakoś mnie jeszcze przekonać, żebym dał jej spokój, a że potrzebowałem chwili, aby dojść do siebie -podziękowałem ładnie i wyszedłem na zewnątrz swoje odśmiać. Bądź co bądź, błędy każdemu się czasem zdarza popełniać, ale skarga na zachowanie w sklepie to już poważna sprawa.
Ot, kobiecina nie może ani się zgodzić na moją wizytę, ani się nie zgodzić. Logiczne, nie? Ale na wszelki wypadek mimo to się nie zgodzi. Każe przyjść kiedy indziej, spytać kogo innego(oczywiście niemożliwe). Żeby nie dało się jej w żadnym wypadku pociagnąć do odpowiedzialności.
Piękno spychologii.

Mały sklep duża sieć.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (213)
zarchiwizowany

#24110

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Metoda kija i marchewki, czyli trochę o tym, jak polska (świecka) szkoła walczy o to, żeby jak najwięcej osób chodziło na religię.

Szkoła walczy kijem. Wiadomo, że odsetek niewierzących jest wśród młodzieży znacznie wyższy niż wśród ich rodziców, prawda? Więc jeżeli szkoła każe uczniom, którzy na religię chodzić nie chcą, przynieść pisemne zgody od rodziców, to znaczna część tych zgód nie dostanie. Szkoła oczywiście nie ma prawa tego zrobić, bo dzieci mają prawo same decydować o swoim wyznaniu. Kiedy mój ojciec (w drodze wyjątku - ateista) poszedł na zebranie i powiedział wychowawczyni, co o tym sądzi, to nagle okazało się, że żadna zgoda nie jest potrzebna. Od tamtej pory na zebrania nie chodził, bo "z tą durną babą nie będzie się użerać" i wszystko musiałem załatwiać sam.

Jednak szkoła zgodnie z zasadą "tym co się będą kłócić - odpuścimy, resztę mamy gdzieś" wymogu nie wycofała. U większości osób wyglądało to podobnie, jak u mojej dziewczyny (tą sytuację znam jednak z oczywistych względów dokładniej): Gosia do rodziców poszła. Gosia sprawę wytłumaczyła. Rodzice Gosię olali. Rodzice o sprawie więcej nie chcieli rozmawiać. Koniec.

Inny przykład metody kija: po katastrofie pewnego samolotu była i żałoba narodowa, i w szkołach apele. U nas apelu nie było, tylko msza. Obowiązkowa. Na oczywiste wątpliwości dyrektorka odpowiedziała dokładnie tak: "nie będzie to msza w charakterze mszy, tylko w charakterze apelu." Nieobecność była mniej lub bardziej piętnowana, a moje pytania, co to jest "msza nie w charakterze mszy" i czy nie lepiej zrobić apel w charakterze apelu, pozostały bez odpowiedzi.

Szkoła walczy marchewką. I to nawet skuteczniej, niż kijem. Wiadomo, nie każdy się dobrze uczy. Wiadomo, prawie każdy chciałby mieć wysoką średnią, a WF jest tylko jeden i nie zawsze wystarczająco ją podniesie. I tu pojawia się możliwość uzyskania 5 (za całkowity brak pracy) lub 6 (za pracę na poziomie podstawówki) z religii.

Efektem tego, mimo że dobrze się znaliśmy i wiedzieliśmy, że wierzących było wśród nas często mniej niż połowa - szczególnie w klasach ścisłych - to szkoła miała na religii niemal 100% frekwencję. Dyrekcja na pewno miała się czym "chwalić" przed biskupem, który był u nas częstym gościem, z obowiązkową przemową co roku w czasie uroczystości pasowania.

A ja, mimo bycia dobrze się uczącym i zachowującym uczniem, z jakiegoś powodu miałem najgorsze oceny ze sprawowania...

szkoła

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (211)
zarchiwizowany

#19573

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Choć w Krakowie są tylko dwa przystanki podziemne, to są ładniejsze od tych warszawskiego metra i na ogół lepiej utrzymane. Na każdym z nich pracuje porządkowy (nie wiem, jak to inaczej nazwać). Nie mam zielonego pojęcia, co należy do ich obowiązków, ponieważ nigdy nie widziałem, żeby jakieś obowiązki wykonywali. Przeważnie siedzą, często rozmawiając ze znajomymi.
Tak też było ostatnio, kiedy kupowałem coś sobie z automatu na przystanku (który, notabene, zeżarł mi 2 zł, ale to się zdaża regularnie). Tym razem jednak znajoma miała ze sobą psa. I ten oto zwierzak w pewnym momencie radośnie zabiera się za obsikiwanie automatu, przy którym stoję. Pani już chciała skarcić psa (choć to jej wina, bo jak się idzie z psem w takie miejsca to najpierw daje się mu załatwić), na co pan porządkowy, który teoretycznie ma porządku i poprawnego zachowania pilnować:
- Spokojnie, niech sobie siuśnie, niech sobie siuśnie...

Kraków przystanek politechnika.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (181)
zarchiwizowany

#16724

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielni sąsiedzi do rzadkości nie należą, jednak mój, z którym męczyłem się przez dwa lata, zanim wyprowadziłem się z rodzinnego miasta, przebija większość z nich - jestem tego pewien. Ale do rzeczy.
Dość nietypowo po rozwodzie rodziców zamieszkałem sam z ojcem. Jakoś koło połowy mojej nauki w liceum wprowadził się obok facet - młody, wysoki. Jako, że nie mam talentu do określania wieku na podstawie wyglądu, to dokładnie nie napiszę. Przedstawił się grzecznie, przez jakiś czas było w porządku. Jak się okazało, było to tylko złudzenie.

Preludium.
Nasze mieszkania (tylko te dwa) miały wspólny korytarzyk, oddzielony od klatki schodowej drzwiami. Zaczęło się od dziwnych zwyczajów sąsiada do "wietrzenia" korytarzyka. Jako, że trzymaliśmy tam rowery, było nam to nie na rękę, ale na początku wyglądało to na przypadek, albo zwykłe "zapomniałem zamknąć". Dopiero pewnego dnia, kiedy mój ojciec wracał do domu, patrzy - drzwi otwarte na oścież. Zwrócił mi na to uwagę, ale ja byłem pewien, że je zamknąłem. Oczywiście, sam drzwi zamknął po wejściu.
Po chwili jednak słyszymy, bo staliśmy przy blisko naszych drzwi, że sąsiad wychodzi i zaraz wraca z powrotem do siebie. Oniemieli wyglądamy na korytarz, a tam - drzwi znowu szeroko otwarte. No to jeszcze raz zamykamy i sytuacja się powtarza. Ja na takie sytuacje reaguję śmiechem, tak było i tym razem, ale nie mój ojciec. Poszedł, zrobił "kulturalną awanturę". Dowiedział się, że sąsiad wietrzy korytarz, bo nie sprzątamy i mu śmierdzi. Na dowód wskazał kępkę włosów, która wypadła mojemu psu podczas linienia, a której nie zdążyliśmy sprzątnąć. Oczywiście, włosy psa w ogóle nie pachną, ale zaczęliśmy sprzątać korytarzyk regularnie i często, żeby nie mieć problemu.

Rozwinięcie akcji - jeżeli dotrwaliście aż tutaj, to obiecuję, że zaraz zrobi się ciekawie.
Sąsiad nakręcał się, jeżeli idzie o ten korytarzyk. Najważniejsze w temacie korytarzyka jest to, że odległość między drzwiami moimi a sąsiada wynosiła jakiś metr - żeby przyjść, pogadać o jakimś problemie nie musiałby nawet wchodzić czy schodzić żadnego piętra!
Najpierw wracając do domu mój ojciec znalazł zamek z wspólnych drzwi wykręcony i leżący na ziemi. Oczywiście idzie do sąsiada. Tłumaczenie: bo zamykamy drzwi (o zgrozo! zresztą on nie robił tego w ogóle). Co więcej, jak widzimy, że on wraca do domu, to specjalnie zamykamy mu te drzwi.
To jest oczywiście nic. Innym razem to ja wracałem do domu i - właśnie tak - nie było już samych drzwi! Leżały obok, ładnie postawione, wyjęte z zawiasów.
Mój ojciec szybko przyjechał - wspominałem już, że sąsiad do samych drzwi nie miał żadnych praw? Tym razem była już porządna awantura. Według sąsiada ciągle nie sprzątaliśmy i mu śmierdziało. Jakoś się jednak dogadali z moim ojcem, za to wtedy zaczęły się głośne, nocne imprezy. Jednak sąsiad nauczył się jednego: że mojemu ojcu lepiej nie podpadać, ale ja, to co innego.
Imprezy były tylko wtedy, kiedy sam byłem w domu. Raz tylko poszedłem zwrócić uwagę, bo nie wytrzymałem, oczywiście nic to nie dało, jedynie do końca nocy słyszałem inwektywy lecące w moją stronę.
W ramach zemsty chyba, sąsiad próbował podejść mojego ojca twierdząc, że to ja hałasuję. Wnikliwe śledztwo ujawniło, że ma on dziurę w ścianie, nie na wylot, ale niemal, przez co dźwięki ode mnie były doskonale słyszalne. On jednak nie zrozumiał, że naprawa tego leży w jego kwestii (ani, że to nie moja wina zatem, że jest głośno) i nauczył się przy moim najcichszym szurnięciu czy poprawieniu pozycji walić pięścią w ścianę. Solidnie. Co ciekawe, później wyszło, że wiedział on, kiedy mój ojciec jest w domu: nigdy nie walił w ściany, kiedy tak było, twierdził też, że ja hałasuję tylko wtedy, kiedy jestem sam w domu. Uratował mnie przed pomówieniami fakt, że jestem raczej nerdem. Ile można hałasować śpiąc lub siedząc przed komputerem?
Często też wstawałem późno. Natomiast sąsiad pomiędzy swoją pobudką a wyjściem z domu (zwykle od 7 do 9) puszczał na cały regulator (przy tej dziurawej ścianie) zapętlone trzy piosenki, jakieś gó*wniane techno. Regularnie.

Punkt kulminacyjny.
W pewnym momencie sąsiadowi zdechł pies. Sąsiad był przekonany, że inni lokatorzy się przeciwko niemu zmówili - chyba nie tylko nam przeszkadzał. W każdym bądź razie stwierdził, że ktoś mu z całą pewnością psa zatruł, rozpylając na korytarzyku truciznę (bo on WYCZUŁ truciznę w powietrzu). Nie chciałem mu tłumaczyć, że mój pies, mieszkający tuż obok, czuł się świetnie i nawet nie miał mdłości. Jeszcze by uznał, że w takim razie to pewnie ja to zrobiłem. Zresztą, jakby zamykał korytarzyk, to nikt by mu tam niczego nie rozpylił :D
Na tym etapie my byliśmy już pewni, że ma on coś nie tak z głową, oczywiście nic ciężkiego, ale jakaś mania prześladowcza, czy coś. Po kolejnym zdjęciu drzwi, całych dniach i nocach walenia w ścianę, stwierdziliśmy, że się poddajemy. Z korytarzyka wynieśliśmy rzeczy do piwnicy, mój pokój urządziliśmy na nowo tak, żeby przy ścianie od sąsiada stały szafy. Zadziałało, sąsiad odczepił się od nas. Co wcale nie było dla mnie dobre.
Sąsiad zwrócił się bowiem przeciwko naszym wspólnym sąsiadom z góry. Ich wojna trwała ładne dwa miesiące w okresie, w którym powinienem przygotowywać się do matury, zamiast czego siedziałem nocami przed komputerem, bo i tak bym nie zasnął. Otóż ci z góry skakali po podłodze, sąsiad walił w sufit - reagowali na najcichszy szmer z drugiej strony i jak się nakręcili, to przez parę godzin tak na zmianę walili, nie ważne - dzień, czy noc.
Ja, na moim łóżku podwieszanym pod sufitem, z głową położoną pół metra od źródła dźwięku, nie miałbym żadnych szans.
Skończyło się bójką sąsiadów, straszną awanturą, oskarżeniem mnie przez obydwie strony, że im nie pomagam w walce z piekielnymi sąsiadem, odgrażaniem się policją, etc. Ja już to miałem dosłownie gdzieś, bo lada moment miałem się wyprowadzić.
Dobrą puentą na koniec mojego mieszkania w domu i tej historii jest następujący moment: krótko przed moim wyjazdem usłyszałem najgłośniejszy huk ze wszystkich. Po wyjściu na korytarz okazało się, że ktoś jednym solidnym ciosem zrobił dziurę o 30 cm średnicy w ściance regipsowej na korytarzyku, która skrywała pion z rurami. Sąsiad się nie przyznał i do dzisiaj nie wiemy, czy to on to zrobił z zemsty za jakąś wyimaginowaną krzywdę, czy też ktoś, komu zalazł za skórę.
A teraz wyobraźcie sobie, jakie są wasze pierwsze myśli o gospodarzach, jeżeli przychodzicie do kogoś w odwiedziny, a obok drzwi znajduje się taka dziura. Ja się wyprowadziłem, a mój ojciec jakoś z tym żyje, bo sąsiad, oczywiście, szkody nie naprawił.

Oczywiście, pominąłem mnóstwo typowych drobnostek, którymi przez te dwa lata mój sąsiad i jego znajomi mnie jeszcze uraczyli.

Piekielny sąsiad

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (203)

1