Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Tenzprzeciwkacomakotairower

Zamieszcza historie od: 16 czerwca 2015 - 15:46
Ostatnio: 11 lipca 2020 - 7:57
  • Historii na głównej: 36 z 44
  • Punktów za historie: 9724
  • Komentarzy: 254
  • Punktów za komentarze: 955
 
Zasłyszane w branży.

Na północy Szkocji żyją ludzie bardzo ściśle przestrzegający religijnych zasad. Sam kiedyś na własne oczy widziałem na wyspie Lewis zamkniętą na kłódkę rowerową huśtawkę dla dzieci, żeby się nie huśtały w Szabat (czyli, paradoksalnie, w niedzielę).

Rolnik z tamtych okolic zamówił sobie pewne urządzenie. Firma pracuje 24/7, auto zajechało na miejsce w niedzielę. Kierowca zapukał do drzwi, nikt nie otworzył, więc stanął w zatoczce nieopodal farmy i położył się spać.

Rano obudził go jeżdżący traktor - rolnik już od piątej zasuwał, zwożąc z pola jakieś bele siana czy coś. Kierowca więc zebrał się z wyra i podszedł do rolnika mówiąc, że ma dla niego dostawę. Rolnik mówi, że "bardzo wcześnie pan przyjechał".

Kierowca na to zgodnie z prawdą, że był w tym miejscu już wczoraj, na co rolnik dostał szału i powiedział, że od kogoś, kto nie przestrzega szabatu, towaru nie przyjmie.

No i tak urządzenie musiało wrócić do Edynburga (jakieś 7 godzin jazdy do tego miejsca) i trzeba je było wysłać jeszcze raz, inną firmą transportową :)

szkocja

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (196)
Rzecz dzieje sie w Wielkiej Brytanii. Jak pewnie wiecie, jest tu mnóstwo polskich sklepów, tak się składa, że jeden jest w miejscu przez które często przejeżdżam będąc w pracy, więc czasem się zatrzymam, żeby parę rzeczy kupić.

Niestety sklep ten oferuje nie tylko dobre towary w korzystnych cenach ale także, że tak to ujmę "ultimate Polish experience". To znaczy pani ekspedientki oszukują.

Przy kasowaniu trzeba im non stop patrzeć na ręce, bo od kiedy pierwszy raz na to zwróciłem uwagę byłem w tym sklepie bodajże 6 razy i za każdym razem coś było nie tak - a to z 1.09 zrobiło się 1.29, a to towar z metką 2.50 kosztował 3.40 i tak dalej i tak dalej.

Świeże wędliny np. mają ceny podane za 100 g, np. 0.69 albo 1.05 za sto gram. Jednak kiedy lądują na wadze, pani ekspedientka nabija ceny za kilogram. I tak z 0.69 za 100 g robi się 6.99 za kilogram, a z 1.05 robi się 10.59. No troszkę nie tak z tym zaokrąglaniem.

Za każdym razem oczywiście żądam, żeby ceny naprostować, padają różne głupawe wymówki. Ostatnio kupowałem sześć produktów, musiałem kazać im poprawić ceny trzech z nich i sarkastycznie prosiłem, żeby już mi nie tłumaczyły, że one takie biedne i że się nie mogą doprosić szefa żeby ceny w systemie poprawić. Oczywiście robiłem to bez żenady przy innych klientach, którzy też się na nie patrzyli z potępieniem, jedna z kobiet za mną nawet zrezygnowała z zakupów i wyszła.

Ale wiecie co jest dla mnie najpiekielniejsze: one ceny poprawiają na żądanie klienta, ale nie czują żadnej żenady. Nie pada żadne przepraszam, jest po prostu bezczelny uśmiech mówiący "z tobą się nie udało, ale 20 innych osób nie sprawdzi i co nam zrobisz". Mi by było głupio nawet, jeśli zła cena była faktycznie błędem w systemie...

polski sklep

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (169)
Pewna amerykańska firma prawnicza wisi mi 30 funtów, zwrot poniesionych kosztów, nieważne za co w kontekście sprawy.

Wysłali mi czek z błędem - zamiast nazwiska wpisali mój adres e-mailowy i dodali czyjś rachunek na kolejne 110 funtów.

Zamejlowalem, wyprostowałem.

Przysłali mi kolejny czek - tym razem suma prawidłowa, ale nazwisko dalej źle.

Obiecali wysłać kolejny.

Co jest piekielne? Wysyłają ekspresem, Fed Exem (choć powiedziałem, że mi się nie spieszy i mogą mi zwykłym listem wysłać). Jedna przesyłka kosztuje ich 38 funtów.

prawnicy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (134)
Na fali historii policyjnych.

Dawno, dawno temu, kiedy pięknym i młodym będąc podróżowałem po Europie autostopem zawitałem do Szwajcarii. Kierowca wysadził nas późnym wieczorem w jakimś małym miasteczku, korzystając z tego, że i tak zatrzymano nas do kontroli - była akurat jakaś obława, policja z długą bronią i tak dalej. Wygramoliliśmy się z auta i zaczęliśmy analizować mapę na przystanku autobusowym. Po chwili podszedł do nas jeden z policjantów, zapytał co i jak, po czym powiedział, że tu nie ma gdzie namiotu rozbić i że nie będziemy łazić po nocach sami, bo jacyś tam przestępcy są na wolności i jest niebezpiecznie, więc oni nas zawiozą.

Załadowali nas do radiowozu i powieźli na opłotki miasteczka, gdzie nad jeziorem było kilka kempingów. Minęliśmy kilka i dojechaliśmy do ostatniego, gdzie policjant w taktowny sposób wyjaśnił, że kempingi w Szwajcarii są drogie nawet dla Szwajcarów, dlatego wysadzili nas przy tym najdalszym, bo jakbyśmy woleli na dziko, to niedaleko jest sympatyczny lasek, w którym, o ile się zwiniemy o świcie, nikt nie powinien nas niepokoić.

A teraz, dla kontrastu, Polska.

Wysiedliśmy z TIRa w Wałbrzychu, który nie był naszym miastem docelowym. Znów późny wieczór, więc poszliśmy na dworzec PKP zobaczyć, czy nie będzie jakichś pociągów do Wrocławia. Do Wrocławia nie było, za to zaraz miał przyjechać z Wrocławia. Pełen kiboli.

Pani w kasie poradziła nam, żebyśmy lepiej zwiewali, bo może być rozróba. Kiedy odeszliśmy na jakieś 100 metrów od dworca, wysypała się z niego wataha kiboli. Szli ulicą, kopiąc w samochody, przewracając kosze na śmieci, drąc ryje, zaczepiając zabłąkanych przechodniów i rzucając butelkami po piwie wokół siebie (Dzisiaj to się chyba nazywa "walka z lewactwem"). My jeszcze większego dyla, na ile się dało z plecakami, ale miasto jest nam nieznane, jedyne co wiemy, to że idziemy główną ulicą w stronę Szczawienka, zapuszczanie się w jakieś boczne uliczki nie wydawało się dobrym pomysłem... Liczyliśmy na jakąś otwartą knajpę, sklep, cokolwiek, no ale to Wałbrzych sprzed 20 lat, tam wtedy psy dupami szczekały i w dzień powszedni po 23 to można było na głównej ulicy filmy post apokaliptyczne kręcić.

W końcu kiedy już ledwo zipiemy z przeciwka nadjeżdża radiowóz i zatrzymuje się niepewnie. Podchodzę i zagajam, że jest taka sprawa, że kilkuset kibiców, że agresywni, że z dziewczyną jestem, że ona się boi, że może by nas mogli podwieźć na wylotówkę czy w jakieś bezpieczne miejsce. Policjant na to "nie, bo my tam nie jedziemy". No to ja pytam, czy mogliby nas podwieźć gdziekolwiek, gdzie nie byłoby kibiców. "My nie jesteśmy TAXI". No to jeszcze raz tłumaczę, ze kibice są zaraz za zakrętem, że się boimy, że obce miasto, noc. Policjant na to ze śmiechem do kolegi "no patrz na nich, w nocy, piechotą przez Wałbrzych, po meczu, no nie zazdroszczę" po czym bez słowa odjechał.

Ujechał może z 50 metrów, zza zakrętu wyszła awangarda fali kibiców i na radiowóz posypały się butelki i kamienie. W tym momencie kierowca radiowozu pobił chyba światowy rekord w sprincie polonezem na wstecznym, o mało nie potrącając mojej towarzyszki która właśnie przechodziła przez jezdnię.

Na szczęście całą sytuację zobaczył cieć z pobliskiego parkingu, który nas zaprosił do swojej kanciapy, gdzie zgasiwszy światło w ciszy przeczekaliśmy nawałnicę. Zdaje się, że i jemu się pewniej zrobiło na duszy...

Ot, dwa światy.

policja

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (295)
zarchiwizowany
Zapewne kojarzycie standardowego policjanta -tajniaka z amerykańskiego serialu, co to siedzi w samochodzie po nocy obserwując podejrzany lokal a na desce rozdzielczej walają się jednorazowe kubki po kawie...

Współczesne samochody nie bez powodu mają wypukłe deski rozdzielcze na których nic się nie da położyć - chodzi o to, że odbijające się w szybie przedmioty mogą rozpraszać kierowcę.

W wielu autach dostawczych jednak deska rozdzielcza obniża się w kierunku szyby, więc można tam wozić takie graty. Dziś widziałem rekordzistę który chyba był tajniakiem, który obserwował podejrzany lokal non-stop przez kilka miesięcy -
miał pewnie ze sto kubków do kawy, powkładanych jeden w drugi i ułożonych w równych rządkach do połowy wysokości przedniej szyby. Zresztą, jeden obraz wart tysiąca słów: http://imgur.com/a/CiBAY

Gratulacje dla pana tak bardzo mającego na sercu bezpieczeństwo swoje i innych podczas jazdy tym pojazdem po drodze publicznej....

zagranica

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (80)
Taka mi się historia przypomniała sprzed wielu, wielu lat.

Starszy pan miał stłuczkę z 18 latkiem, który właśnie zrobił prawo jazdy w kadecie rodziców. Auta stoją na środku skrzyżowania, obaj wyszli. Chłopak przerażony, starszy kierowca spokojny. Obejrzeli uszkodzenia, na szczęście nic poważnego, młodszy chłopak przerażony, przyznaje się do winy i pyta co teraz.

Starszy pan mówi "nie martw się, takie rzeczy się zdarzają. To co, zjeżdżamy?".

Chłopak pokiwał głową, wsiadł do swojego auta, z piskiem opon ruszył... i tyle go widziano.

Sytuacja piekielna, ale ja szczerze wierzę, że chłopaczek po prostu nie zrozumiał, że chodziło o zjazd na bok, żeby nie blokować ruchu :)

skrzyzowanie

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (173)
Skoro moda na taksówkarzy...

Parę lat temu wsiedliśmy z kuzynem w krakowska taksówkę przy Plantach, prosząc o kurs na Cichy Kącik.

Pan taksówkarz sympatycznie zagadał, skąd jesteśmy, czy pierwszy raz w Krakowie, a skoro nie, to czy często bywamy, a następnie usatysfakcjonowany obrał kurs na Nowa Hutę.

Tak się jednak sprawia, że nie byliśmy aż tak pijani jak mu się wydawało, do tego umiemy czytać drogowskazy, no i akurat drogę z centrum na Błonia znamy bardzo dobrze.

Poprosiłem więc, żeby zawrócił i zaczął jechać we właściwym kierunku. Pan się bardzo obruszył i powiedział, że nie będę go pouczać jak jeździć, bo on po Krakowie jeździ od 20 lat.

Odpowiedzieliśmy, że w takim razie niech dalej sobie jeździ "po Krakowie", a my sobie znajdziemy kogoś, kto nas zawiezie do celu, i korzystając z postoju na czerwonych światłach wysiedliśmy.


Pan cos tam krzyczał za nami, ale światła się zmieniły i klakson stojącego za nim TIRa zmusił go do odjazdu. Pewnie do Nowej Huty...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (261)
zarchiwizowany
Troszkę się  zastanawiałem, czy dodać ta historie, bo polityczne kwestie dzisiaj lepiej w tym kraju omijać, no ale wkurzyła mnie ostatnio ta piekielność, więc raz kozie śmierć. Sytuacja w dość bliskiej rodzinie a historia może być długawa.

Są dwie siostry. Pierwsza wyszła za mąż dość młodo, ma dwójkę już dorosłych dzieci, mieszka z mężem w dużej willi w mieście A.

Druga do ok. 45 roku życia mieszkała z rodzicami w ich dwupokojowym mieszkaniu w mieście A, potem wyszła za mąż i wyprowadziła się do miasta B.

Obie siostry wyszły, tak się złożyło, za zasłużonych działaczy podziemia za komuny. Maz pierwszej siostry w wolnej Polsce wycofał się z polityki, był nauczycielem. Maja poglądy umiarkowane, centrowe, kiedyś glosowali na PO, teraz, jak większość Polaków maja problem z tym, ze nie ma na kogo glosować. Maz drugiej siostry w wolnej Polsce został lokalnym działaczem Porozumienia Centrum a obecnie PiS.

No i teraz, jak to często bywa, owe dwie siostry maja matkę staruszkę. Jej mąż, a ojciec sióstr, zmarł niedługo po wyprowadzeniu się drugiej siostry. Starsza pani jeszcze przez pewien czas dawała sobie rade sama, z czasem jednak zaczęło być coraz gorzej, dodatkowo problemy z chodzeniem zaowocowały tym, ze starsza pani nie dawała już rady wspinać się do swojego mieszkania na drugie piętro bez windy.

Ustalono, ze ponieważ starszy syn pierwszej siostry jest już na studiach, wyprowadzi się do mieszkania babci, a babcia przeprowadzi się  do willi i zajmie jego pokój. Babcia zdecydowała się  dalej oplacać za to mieszkanie czynsz a dla pokrycia pozostałych kosztów mieszkania (raty na jego wykup,potrzebne remonty, opłaty itp) drugi pokój wynajęto (za wiedza i aprobata babci) jego koleżance.

Dla siostry 2 okazało się  to wielkim problemem. Po pierwsze: kto to widział, żeby chłopak z obca dziewczyna mieszkał, to niemoralne. Po drugie: to jest "jej pokój" i nie można nim dysponować. Ten pokój powinien stać pusty do dyspozycji, aby miała gdzie spać kiedy przyjedzie do miasta A. Jednak dziwnym trafem partycypować w kosztach utrzymania mieszkania nie zamierzała a jego wykupywanie na własność uważa za wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo przecież Kaczyński i tak je da, bo jako patriotom i Polakom rodzinie się ono należy.

Siostra 2 do miasta wpada sporadycznie, zwykle przy okazji jakichś spędow PiS. Rodzinę odwiedza rzadko, a jeśli juz to robi, to przeważnie kończy się  to awantura.

Otóż siostra 2 nie może przeboleć, ze jej rodzina nie wspiera PiS, który według niej jest najlepsza partia na świecie, a Kaczyński jest mężem stanu na miarę co najmniej Piłsudskiego.

Młodsze pokolenie nie chce już w ogóle z nią rozmawiac, bo jej jedynym argumentem jest "Jesteś jeszcze za młody ze zrozumieć, ale jak dojrzejesz i zmądrzejesz to docenisz geniusz Kaczyńskiego i to, co robi dla naszej ojczyzny" (przy czym ona tak próbuje rozmawiać ze wszystkimi rodzinie, wiec i ze mną i pomimo, ze mi już bliżej do 40, ja wciaz także załapuje się  na ta argumentacje).

Ze swoja siostra dyskusji już nie prowadza, bo zawsze konczyly się  wielka awantura, tu wiec siostra 2 po prostu wzdycha ciezko mowiac "nie rozumiem, jak tacy inteligentni ludzie, moja własna rodzina, mogą nie być wyznawcami Kaczynskiemu. Bardzo mnie to boli" jakby próbowała w nich wzbudzić poczucie winy.

Co do ich matki natomiast, siostra 2 jest przekonana, ze matka od kiedy zamieszkała z siostra 1 i jej rodzina, jest poddawana regularnemu praniu mózgu i tylko dlatego nie lubi PiS. Staruszkę wkur*ia to niemiłosiernie, bo jest to inteligentna i wykształcona osoba, której zawsze bliżej było do księdza Tischnera niż do księdza Rydzyka i nie lubi, jak się  z niej robi idiotkę, odmawiając prawa do posiadania własnego zdania.

Od kiedy babcia zamieszkana z siostra 1, mieszkanie babci wciąż było kością niezgody. Siostra 2 uważa, ze "jej się  należy pol mieszkania" bo mieszkała w nim przez 45 lat, a siostra 2 tylko do ślubu 20 lat wcześniej. Nie bierze pod uwagę faktu, ze o ile mieszkając tam, dokładała się  do czynszu, to dopiero po jej wyprowadzce udało się  przekonać matkę do wykupienia mieszkania (wcześniej. argumentem przeciwnej temu siostry 2 było, ze jak Kaczyński dojdzie do władzy, to mieszkanie to miałoby jakoś przejsc na wlasnosc bez konieczności płacenia za nie w ramach jakiegoś programu uwłaszczeniowego czy coś). Aby zabezpieczyć się  przed zakusami siostry 2, mieszkanie (które de facto wykupywane jest za pieniądze siostry 1 i jej męża) zostało zapisane w spadku siostrze 1.

Siostra 2 uważa to za największa krzywdę, jaka wyrzadzila jej matka, pomimo faktu, ze sama posiada dwa mieszkania a z mezem nie maja dzieci (i raczej, z racji wieku, miec juz nie beda). Kiedy przyjezdzala do miasta A, żądała, aby ja gościć w mieszkaniu siostry 1 - potrafiła nawet zająć z mężem pokój swojej matki a następnie oznajmić, ze skoro siostra 1 przejela dwupokojowe mieszkanie, w którym mogla by spać i siostra 2 i matka, to teraz jest to jej problem jak wszystkich polozyc spać.

Dopiero kiedy siostra 1 zaczela jej po prostu wykupywać pokój w pobliskim hotelu zrozumiała aluzje i przestała domagać się  noclegów. Jednak nie poddała się  w kwestii prób przeciągnięcia matki na swoja strone.

W tym celu zapraszała do siebie mame, która jednak po dwóch-trzech dniach dzwoniła do siostry 1 lub jej męża czy któregoś z dzieci i niemal placzac żądała, żeby ja od siostry 2 zabrać, ponieważ nie może juz wytrzymać - otoz siostra 2 na przemian maltretowała matkę o "krzywdę" jaka wyrządza jej "wydziedziczając ja" z mieszkania albo silą pprobowala nawracać na PiS.

Po kilku takich wizytach matka kategorycznie odmawia wizyt u siostry 2 oraz rozmów z nia na tematy polityczne. Siostra 2 mimo tego probowala podczas swoich wizyt w mieście A, jednak po tym, jak przyprawiła matkę o palpitacje serca, ogranicza się  jedynie do rozmów telefonicznych (podejrzewam ze dlatego, ze wtedy nie musi widzieć jak się  matka denerwuje, bo ta najwyżej rzuci słuchawka).

W sumie jednak wizyty siostry 2 w mieście A stały się  sporadyczne, noclegi ogarnia sobie sama w hotelach, kontakty rodzinne ograniczone sa jedynie do symbolicznych wizyt na herbatkę u matki. W rezultacie cały obowiązek opieki nad staruszką, która wymaga coraz więcej pomocy, spada na siostrę 1. Jej mąż z racji problemów z kręgosłupem nie jest w stanie pomagać przy dzwiganiu staruszki (która do niedawna jeszcze chodziła z balkonikiem, ale bywało, że potrafiła się przewrócić), jego pomoc jest więc głównie finansowa. Podobnie dzieci, które mieszkają już na swoim, nie mogą być przy babci 24/7, w rezultacie siostra 1 od lat nie miała wakacji (jeśli nie liczyć wyjazdów z matką do sanatorium).

Siostra 2 natomiast również przeszła na emeryturę, dodatkowo skapnęły jej tam jakieś fuchy z dobrej zmiany, wywalczyła także (choc może bardziej pasowałoby "wycwaniakowała" jakieś dodatkowe dodatki i przywileje dla swojego męza-kombatanta) i tak pielęgnuje swoje zainteresowania, od czasu do czasu wyjeżdzając na kilkutygodniowe wakacje i cieszy się zasłużoną emeryturą.

Tymczasem stan zdrowia matki, która jest juz w bardzo podeszłym wieku, bardzo się  pogarsza. Choć mentalnie wciaz bardzo sprawna, potrzebuje specjalistycznej opieki - praktycznie nie wstaje juz z łózka.

Siostra 1 jest juz od kilku lat na emeryturze, jednak koszty specjalistycznej opieki nad matka (pielęgniarka, pieluchy, sprzęt rehabilitacyjny, leki itd) zmuszają ja do zasuwania jak dziki osioł jako osoba samozatrudniona. Siostry 2 nawet nie prosi się  o wsparcie finansowe, ponieważ juz wiele lat wcześniej. oznajmiła, ze ponieważ siostra 1 dostanie w spadku mieszkanie, to finansowe kwestie opieki nad matka to jej problem. Tymczasem koszta opieki wciąż rosną i tak siostra 1, pomimo, ze jej emerytura jest dosc wysoka, zmuszona jest ciągle do brania nowych zleceń, a ze jej branża jest dosc sezonowa, oznacza to, ze czasami pracuje po kilkanaście godzin dziennie, a potem jeszcze opiekuje się  matka.

I teraz dlaczego zdecydowałem się  o tym wszystkim napisać.

Niedawno z niezapowiedziana wizyta wpadła siostra 2. Siostra 1 zasuwała w pracy, jej maz był u lekarza, do mieszkania wpuscila ja, po konsultacji ze staruszką, opiekunka matki. Ta posiedziała chwile, pocmokała, pochwaliła wysokiej klasy specjalistyczne lozko, opiekunkę, po czym oznajmiła ze od razu widać rezultaty dobrej zmiany, bo gdyby nie rzady PiS, matka nigdy nie miała by takiej opieki. Po czym uspokoiwszy swoje sumienie wyszła, nie bacząc na to, że jej matkę, która dobrze sobie zdaje z tego, jak wiele jej drugą córkę kosztuje opieka nad nią, w tym momencie jakby piorun strzelił.

Pielęgniarka nie klaskała.

rodzina polityka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (39)
Tyle lat za kółkiem, nie myślałem, że mnie jeszcze głupota innych zaskoczy...

Jadę sobie leniwie moim małym, niektórzy mówią, że dziewczyńskim autkiem. Po prawdzie autko jeździ całkiem przyzwoicie, więc moje leniwie innym może się wydawać szybko - prędkości nie przekraczam, ale przyspieszam dynamicznie i zakręty też biorę w dość żwawym tempie. No, ale nie spieszy mi się.

Doganiam w miasteczku starego Lexusa ze spojlerami i pierdzącym tłumikiem. Przejeżdżamy razem miasteczko, Lexus rozpędza się tak do 90% dopuszczalnej prędkości i się turla. Mi się nie spieszy, jak mówiłem, to się turlam za nim. Ale zaczyna się bardziej kręty kawałek drogi, Lexus na każdym ciaśniejszym zakręcie zwalnia niemal do prędkości traktora. Tak się bawić nie będziemy, w odpowiednim momencie redukuję o dwa biegi, cisnę gaz i wykorzystując fragment prostej z dobra widocznością wyprzedzam, chwilowo przekraczając prędkość o ok. 20%, po czym odpuszczam gaz i w następny zakręt wchodzę już z maksymalną dopuszczalną prędkością.

Droga dalej kręta, Lexus zostaje w tyle, ja jadę mniej więcej równo z dopuszczalną prędkością cały czas, Lexus odpada w tył na zakrętach, po czym dochodzi mnie na prostych odcinkach. Czasami widzę, jak się przymierza do wyprzedzania, ale brakuje mu odwagi albo zdolności nawet do podjęcia manewru w miejscu, w którym swobodnie zdążyłby wyprzedzić mnie ze trzy razy jadąc starem z węglem.

Troszkę mnie zaczyna irytować takie siedzenie mi na zderzaku, to w momencie, kiedy od drogi głównej odchodzi droga alternatywna, którą również mogę dojechać do celu, skręcam w alternatywną. Lexus za mną.

No cóż, widocznie tamtędy jechał, ale spoko. Przy najbliższej okazji skręcam w boczną drogę, która pozwoli dostać mi się do tej, którą pierwotnie jechałem. Lexus za mną.

Wreszcie jest, kawałek prostej aż po horyzont. Lexus trochę został w tyle, ale kiedy wyjechał z ostatniego zakrętu i zobaczył, że jestem może w 20% tej prostej, wcisnął gaz do dechy. Chwilę później śmignął koło mnie z rykiem pierdzącego tłumika, mając na liczniku pewnie ze 150% dopuszczalnej prędkości...


... po czym jakieś 100 metrów dalej ostro zahamował, aby wykorzystać odchodzącą w bok drogę w celu zawrócenia. Bo widzicie, on wcale nie jechał tam gdzie ja. On po prostu nadłożył drogi, żeby mi POKAZAĆ. Przyhamował mnie prawie do zera, a kiedy go mijałem, spojrzał na mnie ze szczerą pogardą...

na drogach

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (260)
Narzekanie na kwiat polskiej młodzieży na studiach przypomniało mi jedną historię sprzed jakiegoś czasu.

Za granicą mieszkam, język znam, a dodatkowo coś tam w życiu z koleją miałem wspólnego. Poproszono mnie, żebym jakiemuś tam dalekiemu znajomemu przejrzał pracę inżynierską na politechnice czy dobrze po angielsku brzmi, bo anglistka się wypięła mówiąc, że się nie zna na słownictwie, a okazuje się, że teraz ponoć się pracę oddaje w dwóch językach na co lepszych uczelniach w Polsce (bo to była taka z tych lepszych politechnik, a nie jakaś Wyższa Szkoła Zawodowa w Bździdówku Dolnym).

Przysługę wisiałem, więc się zgodziłem, również z chęci, że sobie przeczytam co tam teraz się dzieje w temacie. Angielski nawet był ładny, słownictwo ok, za to coś mi tam zgrzytało merytorycznie. Oczywiście założyłem, że się nie znam bo kudy mi tam do inżyniera, jak z koleją od -nastu lat nic nie mam wspólnego i nic nie pamiętam, więc się nie zagłębiałem, tylko sobie zapisałem, żeby zwrócić uwagę autorowi na tą kwestię.

W pewnym momencie w sprawdzanej pracy natrafiłem na opis pewnej budowli inżynieryjnej i jej zdjęcie. Zaciekawiło mnie to, bo sam o owej budowli i metodzie jej stawiania kiedyś pisałem, wygrzebałem więc ze swoich przepastnych archiwów swoją pracę sprzed blisko 20 lat i przy okazji przeleciawszy wstęp do niej przypomniałem sobie pewne zagadnienie opisane tamże i już wiedziałem, co w tej sprawdzanej przeze mnie inżynierskiej jest nie tak.

Autorowi zwróciłem uwagę, nawet się przejął i sprawdził i przyznał, że mam rację. Po czym stwierdził, że on tego nie rusza, bo promotor to już widział i zatwierdził, to on nic zmieniać nie będzie. I poszło tak jak jest. Z tego co wiem to tym inżynierem został.

I teraz gdzie piekielność? Ta moja praca, w której przypadkiem (proszący mnie o sprawdzenie tego nie wiedzieli) poruszane były te same zagadnienia to była praca dyplomowa. Z technikum. I wiecie co?

Porównując ja z tą, której tłumaczenie sprawdzałem, jestem święcie przekonany, że jakbym zamiast pisać konkretami lał wodę, dzięki czemu byłaby o połowę dłuższa, wsadził parę wykresów i obrazków oraz doprowadził przypisy do współczesnych standardów akademickich, to by spokojnie dzisiaj przeszła jako inżynierska. A powiedzmy sobie szczerze, że piątki na dyplomie technika to nie mam.

Aż mi się smutno zrobiło.

studia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (219)