Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Wspollokatorka2222

Zamieszcza historie od: 16 sierpnia 2017 - 9:08
Ostatnio: 22 czerwca 2020 - 12:14
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 1142
  • Komentarzy: 27
  • Punktów za komentarze: 84
 
Jakiś czas temu przeprowadziłam się ze swoim partnerem na swoje. Wyszło tak, że mi udało się nazbierać więcej oszczędności, przez co własność mieszkania nie jest po 1/2, a 1/4 i 3/4. Dla nas to było oczywiste, skoro wykładam więcej pieniędzy, to należy mi się większy udział. Nie spodobało się to jednak teściom, przy czym temat jest poruszony przy każdej okazji do wspólnego spotkania się.

2 urodziny siostrzeńca partnera. Nasza pierwsza okazja do spotkania się z całą rodziną po braku widzenia się od początków koronawirusa. Miło spędzamy czas, grillujemy, pada pytanie o mieszkanie i o to czy się już w końcu urządziliśmy do końca (szło nam to bardzo opornie :D).
-No i nawet już porządną kuchnię mamy, wyszliśmy ze starych blatów i szafek. -mówimy, a tu wtrąca się teść-z wykształcenia stolarz, który robieniem kuchni zajmuje się zawodowo.
-Jakieś papierowe meble wzięliście, durne szafki z Komandora, a ja bym wam to zrobił! Zaraz wam się to rozleci i tyle będzie z waszych pieniędzy!
-Dzięki, już sobie poradziliśmy bez waszej łaski.
-Jakiej łaski! Ja tam synowi dam wszystko!- tu słowo wyjaśnienia. Prosiliśmy teścia, aby pomógł nam z kuchnią i z szafkami-oczywiście chcieliśmy mu zapłacić. Nasza prośba spotkała się z odmową, bo to mieszkanie nie jest jego syna, a moje, a on do interesu gdzie nie ma małżeństwa dokładać się nie będzie. Policzył nam cenę prawie 30k za kuchnię, za którą w salonie kuchni, czyli stolarzu o rozwiniętym zapleczu, zapłaciliśmy około 10-11. Szafy wycenił na jakieś 6k od sztuki, gdy inny stolarz wycenił je na 3.Dlaczego? Bo on nie będzie dawał do obcego domu. Nie uznawał tego, że przecież jest własnością jego syna w 1/4.
-Tato, rozmawialiśmy już o tym wcześniej, a to nie miejsce i czas.
-No tak, bo lepiej dać to komuś, a potem ty zostaniesz z niczym jak cię wyrzuci, bo mieszkanie jest na nią!- i tu wskazuje na mnie. Widzę, że mój partner zaczyna się gotować, a nie chcę psuć urodzin 2 latka awanturą rodzinną, więc pod byle pretekstem wychodzimy na taras. Teść został usadzony w międzyczasie przez siostrę, która powiedziała, że nie życzy sobie takich odzywek w swoim domu.

Wcześniej, gdy podchodziliśmy do zakupu mieszkania, teściowie też musieli wrzucić swoje trzy grosze. Oczywiście każde oglądane przez nas mieszkanie było małe i beznadziejne, a jak pojawi się dziecko to, cytując, będziemy je chyba trzymać na suficie. Nie rozumieli, że nam większe mieszkanie nie jest na tę chwilę potrzebne, a co więcej, nie stać nas.
-To może się dołożycie skoro te 20 m2 to jest dla was nic? W końcu wyjdzie to tylko dodatkowe 120 tysięcy.
-My się wam nic nie będziemy dokładać, to jest wasze mieszkanie sami sobie zaróbcie. Przecież rodzice Wspólokatorki też się nic nie dokładają!- co było nieprawdą. Mieliśmy do wyboru mieszkanie o niższym standardzie oraz o wyższym, ale brakłoby nam 20-30 tysięcy. Moi rodzice zadeklarowali, że wrzucą nam to jako prezent na start, bo woleli, abyśmy kupili to lepsze mieszkanie. Oczywiście teściowie o tym wiedzieli, ale ani ja, ani mój partner, nie wymagaliśmy od nich podobnych gestów. Mieli po prostu przestać wtykać nos w nasze mieszkanie, czego nie robili dopóki mi nie puściły nerwy i powiedziałam, że jak nie dorzucają się ani groszem, ani żądną robocizną, to mają patrzeć się na swój dom, którego nie potrafią wykończyć od 20 lat.

Raz przyjechali z wizytą. Teściowa pomarudziła, że te meble są takie bez gustu, płaskie, żadnych wzorów. No i jak to tak może być, że meble są bez nóżek, a stoją na podłodze. Podłoga też oczywiście nie taka, bo powinna być drewniana. Dlaczego to w sypialni mamy łóżko, by druga kanapa nam wystarczyła i byłoby miejsce na łóżeczko dla dziecka (którego jeszcze przez najbliższe 7 lat nie planujemy). A te obrazki liście to szczyt tandety, ona nie rozumie jak tak można mieszkać. Na szczęście ja tego nie słuchałam, bo w tym czasie pracowałam, a tylko ich syn miał wolne.

To była ich ostatnia wizyta u nas, na której koniec poczęstowali mojego partnera tekstem, że mają nadzieje, że on kupi swoje mieszkanie i się stąd wyniesie na swoje i urządzi je w swój prawdziwy i gustowny sposób- tak trzy razy podkreślali SWÓJ.

Ogólnie rzecz ujmując, moi teściowie są bardzo toksyczni i dopóki krzykiem nie wyznaczy się im granic (innego języka nie rozumieją), będą starali się narzucić swoje zdanie i robienie pod ich dyktando. Na szczęście my mieszkamy od nich bardzo daleko, a mój kochany zdołał nabrać doświadczenia w mówieniu nie.

teściowie

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (190)
Dziś przychodzę do Was z historią o moim byłym miejscu pracy- już na szczęście byłym.

Gdy poszłam tam na rozmowę kwalifikacyjną zobaczyłam, że biuro jest przepełnione. Osób na oko przynajmniej 20, powierzchnia mała, biurko obok biurka. Już wtedy powinnam się wycofać, lecz na rozmowie zapewniono mnie, że jest to stan zupełnie przejściowy. Właśnie zatrudniono nowe osoby i zaraz będzie przeprowadzka kawałek dalej, do domku jednorodzinnego, gdzie każdy będzie miał już luz. Pokazano mi lokalizację nowego biura, potencjalny pokój. Chciano tylko zakończyć miesiąc i z początkiem nowego przenieść się na nową lokalizację.

Szefowie, którzy przeprowadzali rozmowę, potrafili bardzo dobrze zagrać i uwierzyłam. Przyjęłam ofertę pracy, po to aby przekonać się, że nie jest tak różowo jak myślałam, a przeprowadzki nie doczekałam.

Duża ilość osób była spowodowana tym, że przyszły nowe osoby-to fakt. Jednak 3 osoby ze starej ekipy były na wypowiedzeniu. Sami twierdzili, że to naturalna droga rozwoju, a w tej firmie mimo wszystko dobrze się im pracowało, lecz przyszedł czas na coś nowego.
To było kłamstwo, bo uciekli ze względu na słabą pensję, brak realnego podziału obowiązków (kompetencje były tak płynne, że raz twierdzono iż sprawa należy do działu technicznego, raz że do firmy zewnętrznej, a w końcu okazywało się, że nikt nie miał tego wpisanego w obowiązki) oraz inne przeszkody, które powodowali sami szefowie, ale o tym przekonałam się na własnej skórze już po okresie próbnym.

Firma cierpiała na kompleks stanowisk. Było w firmie 18 pracowników z czego każdy miał w stopce przynajmniej "specjalista/młodszy specjalista", a kierowników było czterech.
Ja pracowałam na stanowisku "Asystenta Zarządu". Wielkie stanowisko, za którym w praktyce ukryła się praca na stanowisku pracownika biurowego od klepania danych. Niestety nie mogłam nijak liczyć na współpracę z Zarządem i tego nigdy nie zrozumiem po co tak nazwali to stanowisko. Nie chcieli mnie dopuścić do żadnych spraw, nie informowali o dyspozycyjności, a jednocześnie kazali przygotowywać oferty i umawiać spotkania z potencjalnymi klientami. Czasem kończyło się tak, że nie wiedziałam o której ktoś się pojawi, a telefon przez szefów był nieodbierany.
Jednak przez 90% czasu przenosiłam dane od klientów do bazy lub odpisywałam im na maile oraz załatwiałam sprawy typu zamówienia do biura, zakup sprzętu elektronicznego etc. W ogłoszeniu jako zadania było zapisane kompletnie coś innego, coś co odpowiadało moim umiejętnościom- w praktyce wykorzystywałam je bardzo sporadycznie.
Miałam też nijako "pod sobą" osobę, która miała stanowisko opisane jako "Sekretarka i specjalista ds. obsługi korespondencji".
Osobiście uważam, że zarówno moje stanowisko, jak i stanowisko sekretarki, należą do tych ważnych w firmie oraz powinny mieć największą wiedzę na temat jej funkcjonowania.
W rzeczywistości pod "Sekretarką" kryła się osoba do wysyłania i odbierania listów oraz faktur oraz wpisywania ich w bazę. Nawet telefonów nie odbierała, bo były one oddalone w innym pokoju. Nasza wiedza o tym co dzieje się w firmie-żadna, bo szefowie zachowywali wszystko dla siebie.

Odnośnie zakupu sprzętu. Moim zadaniem było pilnowanie, aby wszelkie licencje były odnowione lub zakupione nowe. Jak zobaczyłam stan komputerów i informatyzacji w firmie, załamałam się. Poczułam się jak w latach 90, gdzie królowały Windowsy na płytach z bazaru.
Żaden z komputerów nie miał kopii Windowsa dla firm, a jedynie wersje home. Dodatkowo klucze pochodziły z dziwnej strony, która była w połowie po angielsku, w połowie w łamanej polszczyźnie. Raz kupiony tam klucz okazał się już wykorzystany, co nie świadczy za dobrze o legalności ich produktów. Ale były tanie, bo Win 8 kosztował tam tylko 50 zł. Dostałam zakaz zakupu Win 10, bo był za drogi (aż 100 zł). Szefów nie przekonało to, że 8 zaraz straci wsparcie. Nie mogłam skorzystać z żadnej innej strony, bo ta miała najtańsze oferty.
Skończyła się licencja na antywirusa. Zaproponowałam, że napiszę do firm dystrybutorów o ofertę na wszystkie komputery, to zapewne wyjdzie taniej. Szefowie zadecydowali jednak, że wystarczający będzie Avast.
A w komputerach, na serwerze mieliśmy tak dużo danych ludzi, że brakowało nam praktycznie tylko odcisku buta.

Serwery-ach, żadnego podziału. Osoba z terenu miała dostęp do plików księgowych i na odwrót. Całość można było skasować paroma kliknięciami. Kopia zapasowa? Jest, owszem, na dysku zewnętrznym, gdzie ostatni zapis był z 2018 roku. Moja propozycja aby zainwestować w chmurę oraz automatyczne kopie danych z serwera po każdym dniu spotkała się z odpowiedzią- za drogo.

Zaczęła się też rotacja pracowników. W ciągu 13 miesięcy odeszło 11 osób. Wrzucałam ogłoszenia na pracuj średnio co miesiąc. Zwracałam uwagę, że stara ekipa zaraz całkiem się rozsypie, bo ludzie byli już zirytowani siedzeniem na kupie, hałasem i brakiem chęci zmian ze strony szefów, którzy tak dużą rotację uznali za naturalny stan rzeczy.

Szefowie uważali za ważnych tylko osoby decyzyjne. Więc jeśli przychodził do nas zwykły Kowalski, był on traktowany jak zło konieczne. Raz przyszła do nas kobieta, o lasce, lat około 75+, panował upał. Zaproponowałam jej aby usiadła i odpoczęła oraz przyniosłam wodę. Zobaczył to niestety szef. Po wyjściu kobiety zostałam pouczona, że woda z butelki jest tylko dla WAŻNYCH klientów.
My jako pracownicy oraz zwykli klienci mają zadowolić się zakamienioną kranówką.

Po paru próbach zmienienia ich mentalności, podejścia do firmy, stwierdziłam, że nie jest to na moje nerwy. Znalazłam inną pracę i zaniosłam wypowiedzenie. Zapytano mnie o powody. Opowiedziałam o wszystkim. Skwitowano to stwierdzeniem, że przesadzam i to wszystko jest wina nowych osób, które muszą się ze sobą dopiero zgrać.

Swojej winy oczywiście nie widzieli.

praca

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (136)

#85327

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeprowadziłam się na początku tych wakacji. Kupiłam z lubym nasze małe M z ogródkiem o dużej powierzchni 20m2 ;). Szczęśliwa pomieszkuję tam i z ogródka korzystam wraz z kotem oraz przez chwilę dzieliłam go z psem tymczasem.

Wcześniej ogródek był nieużywany. Ja od razu zrobiłam go po swojemu. Mała klatka dla kota, aby mógł posiedzieć bez naszej ciągłej opieki i nigdzie nie zniknąć; ogródek na drabinie opartej o elewacje, stoliczek i dwa krzesełka. Pozostało się trochę odgrodzić, na co zgoda wspólnoty była już od dawna wyrażona.
Nie spodobało się to właścicielce mieszkania z pierwszego piętra, o której usłyszałam już od poprzedniego właściciela mieszkania. Kobieta stwierdziła, że swój rower będzie zapinała o płot, należący do ogródka, bo dźwigać nie będzie. Poprzedni właściciel nie był kłótliwy, dał sobie spokój, bo i tak ogródek leżał odłogiem.

Ja niestety dla sąsiadki jestem wredna. Raz zwróciłam jej uwagę, że zapinać rowerów tu nie pozwalam i od tego są specjalne stojaki koło altany śmietnikowej.
-A co to tu Pani będzie przeszkadzało, jeden mały rower.
-Jak pozwolę Pani to zaraz ludzie pójdą w Pani ślady i zamiast płotu i miejsca na relaks, będę mieć rowerowy parking.
-Ale Pan Nowak mi pozwalał.
-Ale ja nie jestem Panem Nowakiem i proszę o stawianie rowerów w wyznaczonym miejscu.

Oczywiście rower pojawiał się, gdy nie było mnie w domu. Po czym pojawił się płot - zgodny z wytycznymi wspólnoty, który skutecznie uniemożliwił przyczepianie rowerów do oryginalnego, metalowego płotka, bo sam był do niego przytwierdzony.

Sąsiadka przestała mówić dzień dobry już dawno, teraz tylko ostentacyjnie odwracała głowę. Super, mamy spokój.

Aż połowy sierpnia. Dostaję pismo z administracji, że mój płot jest podobno postawiony niezgodnie z regulaminem, bo zasłania widok. Umówiłam się na wizytę z administratorem, przyjechał, wymierzył i stwierdził, że wszystko jest okej. Przeprosił za zamieszanie i pojechał w swoją stronę.

Znowu cisza przed burzą. Z dwa tygodnie temu, w poniedziałek do lubego dzwoni nieznany numer. Nie odebrał, bo w godzinach pracy nie mógł. Spróbował oddzwonić po niej ale telefon dzwoniący miał już wyłączony.

W czwartek dostaję pismo z, a jakże, administracji. W celu wyjaśnienia zgłoszenia o nieprawidłowym użytkowaniu ogródków mam przedstawić co i jak mam zasadzone, bo podobno zasadziłam duże drzewa, które przebiją się do hali garażowej oraz postawiłam murowaną klatkę w której cały czas trzymam kota, a pies rozwala grunt.
Zdjęcia zrobiłam, od razu wysłałam mailem do opiekuna naszego budynku. Potem załączyłam filmik jak funkcjonuje klatka-czyli jest to zwykła klatka, którą można przenieść, gdzie kot ma swoje legowisko. Psa już w tym momencie nie miałam, bo został adoptowany.

Domyślając się, że za wszystkim stoi sąsiadka, wystąpiłam o możliwość zamontowania baldachimu, ponieważ sąsiadka z piętra narusza moją prywatność i cały czas zagląda mi do ogródka, na co wspólnota wyraziła zgodę.

Teraz tylko słyszałam jak sąsiadka klnie, bo zasłoniłam się i w ogóle jestem niesąsiedzka, bo pewnie z jakiejś wsi się urwałam, a w dodatku kota w klatce trzymam.

A to wszystko przez rower ;).

sąsiadka

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (230)

#83944

(PW) ·
| Do ulubionych
W wakacje moja przyjaciółka miała ślub. Zatrudniła kamerzystę oraz fotografkę. Kamerzysta z filmu wywiązał się w ciągu dwóch miesięcy (a termin ustalili na 3), a Pani fotograf oddała zdjęcia z ponad miesięcznym opóźnieniem - Młodzi mieli dostać sesję poślubną oraz reportaż ślubny do końca listopada. Dostali je przed Sylwestrem.

Zdjęcia ze ślubu i wesela - nałożony określony preset, kadry w ogóle nieprzemyślane. Z kościoła pełno zdjęć (w tym jak goście biorą komunię), a z wesela o wiele mniej. Teraz jednak przychodzi sesja.

Estetyka, mimo ładnego miejsca, zniszczona. Dlaczego? Pani fotograf postanowiła zastosować taktykę, że poza Młodymi cała reszta będzie w kolorze kawy. Młodzi kolorowi, reszta brąz lub nieudana sepia. Nawet na twarzoksiążkę te zdjęcia się nie nadawały, a co dopiero jako pamiątka.

Przyjaciółka poprosiła mnie o to, abym ich wyratowała, bo kiedyś bawiłam się photoshopami. Ze szczerością powiedziałam, że ja nic z takich zdjęć nie wyciągnę. Poprosiłam o to, aby załatwili mi rawy, to coś spróbuję uratować w miarę moich możliwości.

I co się okazało? Fotografka nie pracowała na rawach. Ani na systemie raw+jpeg. Tylko jpeg, który potem ciężko jest edytować. Z łaską udostępniła zrobione przez nią zdjęcia, bo przecież ona się wywiązała i zdjęcia po obróbce oddała. A że była to obróbka niezgodna z umową, to swoją drogą.

Młodzi poszli z nią negocjować zwrot części kosztów, a ja zostałam z 300 zdjęciami, z których chcę i muszę coś wyciągnąć, aby przyjaciółka miała chociaż parę zdjęć do albumu.

fotograf

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (149)
O tym jak to szukałam pracy, znalazłam i najprawdopodobniej stracę.

Głupiej mi zachciało się pracy w zawodzie. Mam już doświadczenie, a więc bez problemu dostałam się do Prestiżowego Miejsca (jak to będę nazywała ze względu na chęć pozostania choć trochę anonimową). Do pracy potrzebne odpowiednie wykształcenie i kwalifikacje. Przynajmniej tak myślałam.

Na okres próbny - 1800 zł na rękę, ale miały być premie początkowe, czyli miałam dostawać 2200. Nie jest źle, ale dobrze też nie, jednakże obiecanej premii po przepracowanym miesiącu nie dostałam, bo coś tam.

W międzyczasie zwolniły się u nas 2 inne dziewczyny. Jako że Szefowie muszą mieć prestiż, to szukali dziewczyny ładnej i do tego z super CV za 1800 zł. Nie udawało im się to, a więc przyjęli dziewczynę ładną, bez kwalifikacji i za 2000.

Jej szkolenie przypadło mi. I tak oto ja, po przepracowanym miesiącu, szkoliłam dziewczynę z zakresu, o którym miałam średnie pojęcie (kompletnie inny system pracy i program do wpisywania danych, jednak wiedzę miałam dużą i mogłam udzielić informacji klientom bez zerkania w notatki). Tym sposobem ja, zarabiając 1800 zł, szkoliłam nową, która dostała bez doświadczenia 2000.

Nie podobał mi się ten stan rzeczy. Zebrałam się do Szefów i jasno powiedziałam, że albo negocjujemy stawkę, albo zostają sami. Na to szefowie:
- Ale jaką stawkę, jak wszystkie dostają tyle na okresie próbnym!
- Nowa dostała 2k, a więc proszę mi nie kłamać, tym bardziej, że to ja wysyłam dane do księgowej i mam wgląd w całe finanse firmy.
- Ale pani dostaje dużo doświadczenia do pracy!
- Doświadczenie mi już niepotrzebne, studia mam praktycznie skończone. Albo dostaję 2100 na rękę, albo dziękuję za współpracę.

Nie wiem, czy mieli mnie za głupią, ale kazali mi poczekać do przyszłego miesiąca na podwyżkę płacy i zejść do 2000. Prosiłam o to, aby promesę o podwyżce sporządzić, ale odmówili. Tak że ja napisałam wypowiedzenie i przyszłam z nim dzisiaj. Ponowna negocjacja, bo nowa sobie nie radziła wcale - doszło do tego, że udzieliła złej informacji klientowi, co Szefowie musieli później odkręcać.

Prośby, czy nie dam rady pociągnąć jeszcze do końca okresu wypowiedzenia za 1800 zł, czy opłacenie parkingu by nie było lepsze (mam do pracy 700 metrów i autem nie jeżdżę), czy obietnica podwyżki po okresie próbnym mnie nie zadowoli. Odpowiedź - nie. W czasach, gdy w mojej miejscowości kasjerka w Biedronce zarabia 3500 na rękę (oczywiście nie obrażam tu kasjerek, a wręcz cieszę się, że w końcu dostają godną pensję), utrata pracy mi niestraszna. Zawsze znajdę coś innego, choćby na chwilę, lub utrzyma mnie mój luby albo w ostateczności rodzice.

Gdy się nie zgodziłam i nadal chciałam wyrównania do pensji, stwierdzili, że muszą to rozważyć i dadzą mi odpowiedź do końca tygodnia. Coś czuję, że może być ona równie pozytywna, co negatywna. Ale tej pracy mi nie szkoda - kilka historii mogłabym z niej sklecić na ten portal i cóż, na pewno byłyby one z piekła rodem.

praca

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (185)
Szukanie mieszkania do kupienia okazało się równie trudne, co szukanie mieszkania do najęcia. Ale dziś ciśnienie mi się podniosło.

Umówiłam się na oglądanie mieszkania. Znaczy, chciałam umówić. Według opisu mieszkanie znajdować się miało na ulicy Białej, która była jedną z główniejszych ulic miasta. W miarę dobrze skomunikowana, fajna okolica. Jako, że patrzę również się na ewentualny najem w przyszłości, cieszyłam się, bo blisko miała być uczelnia - studentom łatwo będzie wynająć mieszkanko. Napisałam do pośrednika, który wystawiał ogłoszenie o potencjalne godziny obejrzenia nieruchomości. Godziny dogadane, poprosiłam o dokładniejszy adres, bo w ogłoszeniu nie było nic poza ulica Biała.

I uwaga - tu następuje zgrzyt. Ulica Biała okazała się nie ulicą Białą, a Czarną. Owszem, ulica Biała przechodzi w Czarną, ale to już kompletnie inna okolica. Jeden autobus na pół godziny, z częstymi opóźnieniami. Aby przesiąść się na tramwaj trzeba przejechać 2-3 przystanki - ktoś powie, że to mało, ale łącznie przystanki mają 2,1 km.

Napisałam więc, że nie pojawię się na spotkaniu, bo w ogłoszeniu jest zupełnie inna okolica. Podziękowałam za informacje i życzyłam miłego dnia. Co dostałam w odpowiedzi?

Pretensje, że umawiam się na spotkanie, a potem nie daję znać, że się nie pojawię. Także argument, że to jest poprawny adres, bo "ulicy Czarnej mało kto kojarzy, a jest przedłużeniem Białej", a także że najwidoczniej nie znam tamtej okolicy, a oj znam znam, bo często tam wybierałam się na rower/spacer i doskonale wiem jakie tam kwiatki się pojawiają.

Podsumowując więc, pośrednik był podróżnikiem w czasie, bo nie przyszłam na spotkanie umówione dziś wieczór (o czym poinformowałam go o dziś o 11, bo i dziś rano konwersacja się toczyła), jasnowidzem, bo przecież nie mogę znać tamtej okolicy i chyba geodetą z uprawnieniami zmiany i wydłużania dowolnie ulic.

pośrednicy nieruchomości

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (153)
Historia parę postów niżej przypomniała mi o tym jak nam chciano urozmaicić WF w czasie zimy. Czasy późnej podstawówki-5 lub 6 klasa. W mojej miejscowości, dosłownie rzut kamieniem od szkoły, otworzono w końcu lodowisko. Zwykła wylewka na boisku, ale można było wypożyczyć łyżwy itd.

Szkoła wpadła więc na pomysł, aby Ci, którzy mają WF na pierwszych lub ostatnich lekcjach oraz po długiej przerwie, mogli tam wychodzić na zajęcia. Ja zajarana, bo na łyżwach już wtedy dobrze jeździłam z zadowoleniem przyjęłam tę propozycję. Pierwsze zajęcia miały być próbne, a po nich rodzice mieli dać zgody (a co w zgodach-poczytacie za chwilę).

Padła propozycja, że łyżwy będzie można przechować w szkole, aby nie nosić ich w tą i w tą. Oczywiście jeśli ktoś posiadał własne. Ja taki przywilej miałam i na pierwsze zajęcia przyszłam z moimi łyżwami, które w tym roku kończą chyba 45 lat albo i więcej. Tak, moje łyżwy to relikt PRLu, na których uczył się jeździć mój tato oraz wujek. O coś takiego, tylko w o niebo lepszym stanie- https://8.allegroimg.com/s400/01d3ba/f100aea54425b1ca35f6319e00b8

Ta informacja jest o tyle ważna, że gdy zobaczył je mój WFista zakazał mi w nich wchodzić na lód, bo one STANOWIĄ ZAGROŻENIE. Dla mojego dziecięcego móżdżku to był error. Jak to? Przecież są w pełni sprawne, naostrzone, zadbane- w zeszłym sezonie jeździłam na nich po moim stawie, a tu nie mogę wejść? Chcieli mnie za to wcisnąć na figurówki, których ani razu w życiu nie miałam na nogach. Po dłuższej chwili i telefonie do rodziców, pozwolono mi wejść w swoich łyżwach. Nastąpiła następna piekielność ale wobec całej klasy.
Chłopcy dostali hokejówki, dziewczyny figurówki (nie licząc tych co mieli własne). Jak wiadomo różnią się one techniką jazdy. A że w mojej klasie mało kto na łyżwy jeździł, czy je miał, to pierwszą lekcją było poruszanie się. Ci co potrafili mogli sobie już pojeździć obok. Uczył nas oczywiście WFista. I nakazał wszystkim wykonywać ruchy takie jak na hokejówkach. Skończyło się na paru upadkach ze strony figurówek, bo jak wiadomo- tam do odpychania się służą ząbki.

Reszta zajęć wyglądała tak, że jeździliśmy lub próbowaliśmy (zależnie od umiejętności) jeździć w kółko tafli. A na koniec nauczyciel oznajmił nam, że na zaliczenie zajęć na lodowisku trzeba będzie umieć przejechać kawałek na jednej nodze. Miał być to wstęp do przekładanki podobno.

Wspomniałam już o zgodach-wraz ze zgodą na uczestniczenie w tych zajęciach przy opłacie w wysokości 10 zł, była zgoda na trzymanie łyżew w szkole i UDOSTĘPNIANIE ich innym uczniom. Moi rodzice mieli szczerze mówiąc gdzieś udostępnienie, bo łyżwy stare jak świat, ale Ci, którzy mieli już coś nowszego podnieśli bunt.

I tak po dwóch wyjściach łyżwy się zakończyły. Patrząc na to jak miały wyglądać te zajęcia- na szczęście.

łyzwy w szkole

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (133)
Jeśli już w temacie oddawania rzeczy za darmo jesteśmy, to dorzucę swoje trzy grosze.

Jakiś czas temu robiłam porządek w szafie i znalazłam starego laptopa. Nie był on laptopem sprawnym w 100%, ale zdecydowałam się wystawić go na olx za 10 zł albo czekoladę oreo z milki. W ogłoszeniu ujęłam, że w laptopie bateria działa jak chce (to znaczy, że raz uda się ją naładować, a raz trzeba cały czas być podłączonym do zasilania) i że już "muli", jednak do przeglądania sieci na spokojnie się nadaje. Napisałam również, że chodzą na nim gry z okolic lat 2000, które nie mają dużych wymagań, bo sam laptop miał i5U. Ale w końcu czego spodziewać się po Samsungu z 2012 roku ;)

I cóż, kupiec trafił się bardzo szybko, lecz do transakcji nigdy nie doszło, bo "zawsze coś, zawsze ktoś". Potem napisała do mnie kobieta, że weźmie go dla synka. Uprzedziłam ją, że jeśli chodzi o dziecko,, ten laptop może mu nie odpalić nowszych gier. Kobieta napisała, że jej syn i tak dużo nie gra, a więc go weźmie. Transakcja dokonana.

I tu mogłaby się zakończyć historia, lecz po 3 dniach otrzymałam telefon od zbulwersowanej matki, że laptop to syf, kiła i w ogóle masakra. Dlaczego? Bo jej syn chciał odpalić na tym komputerze Wiedźmina 3 i cóż, nie odpalił się. Dosłownie parsknęłam śmiechem. Jeszcze raz powiedziałam kobiecie, że to jest laptop stary jak świat i gra taka jak Wiedźmin, która już potrzebuje lepszego sprzętu, na nim nie pójdzie. Chyba, że mówimy tylko o 1 części serii. Kobieta chciała oddania pieniędzy. Zgodziłam się, mimo że w teorii kobieta miała świadomość co kupuje za tę 10.

Przyjechała z synem, ale bez laptopa. Pytam się więc, gdzie laptop. Co na to kobieta? Że w ramach rekompensaty za to, że traciła paliwo, ona zabiera pieniądze i zatrzymuje laptopa. To powiedziałam jej, że jak przywiezie laptopa to będą pieniądze. To kobieta zagrała inaczej. Że mam jej wymienić laptopa na jakiegoś innego. Już lecę pędzę. Dla śmiechu spytałam się chłopca jakiego laptopa chce. To ten zaczął wymieniać, że musi być 1080, a najlepiej to żeby cały laptop był od MSI gamingowy. To mówię do mamuśki, że mogę takiego laptopa jej załatwić. Mamuśka już szczęśliwa, ale mina jej zrzedła, gdy powiedziałam, że na laptopy gamingowe to trzeba w okolicy 4-5k wydać. Wyzwała mnie od wariatek, że tyle pieniędzy na komputer dawać nie będzie. Zabrała syna i już na szczęście więcej się nie pokazała.

A myślałam, że kwota minimalna wytępi takie osoby.

mamuśka vs komputer

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (147)

1