Profil użytkownika
Xynthia ♀
| Zamieszcza historie od: | 30 sierpnia 2017 - 21:03 |
| Ostatnio: | 10 stycznia 2026 - 18:59 |
- Historii na głównej: 175 z 199
- Punktów za historie: 23340
- Komentarzy: 867
- Punktów za komentarze: 6119
poczekalnia
Skomentuj
(45)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Rzuciła mi się w oczy g*wnoburza w inernecie na temat nauczycielki pewnej szkoły, co to niby krzyż ze ściany zdjęła i wyrzuciła go do śmieci... I tu naprawdę nie chodzi mi o to, czy to faktycznie był krzyż czy tam krucyfiks, czy też (jak twierdzi nauczycielka) zabawka wydrukowana w drukarce 3D, która dzieci się bawiły, rzucając nią do siebie nawzajem i przeszkadzając w lekcji.
Nie, mnie tu bardziej interesuje, jaka odpowiedzialność karna grozi MNIE i innym opiekunkom... Już wyjaśniam.
DPS jak to DPS, zdarza się, że ludzie umierają. Są to starsi ludzie, zazwyczaj mocno wierzący, tych dewocjonaliów mają nazbierane sporo. Jeśli mają jakąkolwiek rodzinę, to po posegregowaniu i spakowaniu rzeczy pytamy, co mamy z tym zrobić. Odpowiedź - WYRZUCIĆ. Tzn. czasem chcą wziąć telewizor czy lodówkę, którą wcześniej babci/cioci kupili, ale nawet i to nie - "proszę oddać innym podopiecznym, resztę wyrzucić".
No więc tak robimy. Lodówka, telewizor, czajnik elektryczny "idą" do pokojów, w których nie było takiego sprzętu, ciuchy są selekcjonowane i te w dobrym i bardzo dobrym stanie rozdawane innym podopiecznym, reszta jest wyrzucana... Tak, krzyże, krzyżyki, różańce, święte obrazki, figurki świętych itp. idą do śmieci.
To ile mi za to grozi?
Nie, mnie tu bardziej interesuje, jaka odpowiedzialność karna grozi MNIE i innym opiekunkom... Już wyjaśniam.
DPS jak to DPS, zdarza się, że ludzie umierają. Są to starsi ludzie, zazwyczaj mocno wierzący, tych dewocjonaliów mają nazbierane sporo. Jeśli mają jakąkolwiek rodzinę, to po posegregowaniu i spakowaniu rzeczy pytamy, co mamy z tym zrobić. Odpowiedź - WYRZUCIĆ. Tzn. czasem chcą wziąć telewizor czy lodówkę, którą wcześniej babci/cioci kupili, ale nawet i to nie - "proszę oddać innym podopiecznym, resztę wyrzucić".
No więc tak robimy. Lodówka, telewizor, czajnik elektryczny "idą" do pokojów, w których nie było takiego sprzętu, ciuchy są selekcjonowane i te w dobrym i bardzo dobrym stanie rozdawane innym podopiecznym, reszta jest wyrzucana... Tak, krzyże, krzyżyki, różańce, święte obrazki, figurki świętych itp. idą do śmieci.
To ile mi za to grozi?
dom_pomocy_społecznej
Ocena:
35
(69)
poczekalnia
Skomentuj
(22)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Druga historia, na która na pewno wszyscy czekali z utęsknieniem (żarcik, jakby co).
Jestem introwertykiem. Młoda też. Chyba u niej się to objawia silniej niż u mnie, a może po prostu mając te 15 lat jeszcze nie wypracowała sobie mechanizmów radzenia sobie z tym. Ja się tutaj skupię na najważniejszym (dla nas) problemie, jakim jest szkoła.
Tak, wiem, obecnie to mamy luksus, klasy max 15 osób - dla porównania, jak ja chodziłam do podstawówki, klasa liczyła 33-34 osoby, w liceum 20+ (już dokładnie nie pamiętam).
Pandemia i nauczanie online. Większość rodziców narzekała, Młoda rozkwitła. Nagle rozumiała, co nauczyciel tłumaczy, klasówki i sprawdziany pisała wręcz w natchnieniu, na lekcjach "udzielała" się mało, ale była. Słuchała. Rozumiała.
Powrót do szkoły stacjonarnej. "Mamo, głowa mnie boli, mogę nie iść?". "Możesz". Raz, drugi, trzeci... Wizyta u lekarza. Szpital. Komplet badań (za niektóre płaciłam prywatnie, bo terminy na NFZ były za rok...). Nie ma fizycznych przyczyn bólów głowy. Lekarze sugerowali przyczyny psychologiczne - zapisałam do psychologa (sama chciała), nic nie pomogło, ale psycholog koncentrował się na "problemach", które Młoda tak naprawdę umiała sama przepracować, fajnie ze jej pomógł, ale to nie to.
Nie, Młoda nie oszukuje. Jak widzisz swoje dziecko szykujące się do szkoły ze łzami w oczach, to ci serce pęka... Ale "frekwencja" jest ważna!!! W ostatnim roku już kombinowałyśmy - dobra, dzisiaj możesz nie iść, ale potem do końca tygodnia musisz być, bo frekwencja... I jak za niska, to szkoła MUSI to zgłosić, naślą nam kuratora...
Szkoła w Chmurze. Wyszydzana, opluwana, mieszana z błotem. Złożyłyśmy wniosek (czekamy na decyzję). I nagle milion osób ma jakieś "ale".
"A ty wiesz, jak niska jest zdawalność matur u uczniów Szkoły w Chmurze?". Wiem. Ale to moje dziecko, a nie wyniki statystyczne. Dlaczego mam zakładać, że akurat Młoda nie zda?
"No ale tam też się musi uczyć, co jej to da?". Młoda z lekcji w stacjonarnej szkole nie wynosi NIC. Nie umie się skupić, nie słucha nauczyciela, wystarczy że ktoś rzuci żarcik, a nim koncentruje się jej uwaga, nie na lekcji. Z lekcji "wynosi" tylko temat, który ma opanować - uczy się i tak w domu. Więc każda lekcja to stracone 45 min, "przesiedziane" w klasie, bez żadnych korzyści.
Wkurzyłam się ostatnio. I na pytanie "ale dlaczego Młoda ma się uczyć w Szkole w Chmurze?", odpowiedziałam z uśmiechem firmowym nr 5 - "bo jest taka możliwość i jest ona zgodna z prawem".
Komentarze pod poprzednią historią sugerują mi fobię społeczną. Być może, nie będę się sprzeczać. Mnie to nie przeszkadza, serio. Być może u Młodej jest to samo, no to mamy dwie opcje - "leczyć" fobię społeczną albo dostosować do niej jej funkcjonowanie.
Ale jakoś tak nie bardzo mam ochotę prawie codziennie słyszeć "mamo, głowa mnie boli"... Nie, już nawet bez opcji "mogę nie iść do szkoły?". Młoda rozumie, że za często nie może "nie iść"...
Jestem introwertykiem. Młoda też. Chyba u niej się to objawia silniej niż u mnie, a może po prostu mając te 15 lat jeszcze nie wypracowała sobie mechanizmów radzenia sobie z tym. Ja się tutaj skupię na najważniejszym (dla nas) problemie, jakim jest szkoła.
Tak, wiem, obecnie to mamy luksus, klasy max 15 osób - dla porównania, jak ja chodziłam do podstawówki, klasa liczyła 33-34 osoby, w liceum 20+ (już dokładnie nie pamiętam).
Pandemia i nauczanie online. Większość rodziców narzekała, Młoda rozkwitła. Nagle rozumiała, co nauczyciel tłumaczy, klasówki i sprawdziany pisała wręcz w natchnieniu, na lekcjach "udzielała" się mało, ale była. Słuchała. Rozumiała.
Powrót do szkoły stacjonarnej. "Mamo, głowa mnie boli, mogę nie iść?". "Możesz". Raz, drugi, trzeci... Wizyta u lekarza. Szpital. Komplet badań (za niektóre płaciłam prywatnie, bo terminy na NFZ były za rok...). Nie ma fizycznych przyczyn bólów głowy. Lekarze sugerowali przyczyny psychologiczne - zapisałam do psychologa (sama chciała), nic nie pomogło, ale psycholog koncentrował się na "problemach", które Młoda tak naprawdę umiała sama przepracować, fajnie ze jej pomógł, ale to nie to.
Nie, Młoda nie oszukuje. Jak widzisz swoje dziecko szykujące się do szkoły ze łzami w oczach, to ci serce pęka... Ale "frekwencja" jest ważna!!! W ostatnim roku już kombinowałyśmy - dobra, dzisiaj możesz nie iść, ale potem do końca tygodnia musisz być, bo frekwencja... I jak za niska, to szkoła MUSI to zgłosić, naślą nam kuratora...
Szkoła w Chmurze. Wyszydzana, opluwana, mieszana z błotem. Złożyłyśmy wniosek (czekamy na decyzję). I nagle milion osób ma jakieś "ale".
"A ty wiesz, jak niska jest zdawalność matur u uczniów Szkoły w Chmurze?". Wiem. Ale to moje dziecko, a nie wyniki statystyczne. Dlaczego mam zakładać, że akurat Młoda nie zda?
"No ale tam też się musi uczyć, co jej to da?". Młoda z lekcji w stacjonarnej szkole nie wynosi NIC. Nie umie się skupić, nie słucha nauczyciela, wystarczy że ktoś rzuci żarcik, a nim koncentruje się jej uwaga, nie na lekcji. Z lekcji "wynosi" tylko temat, który ma opanować - uczy się i tak w domu. Więc każda lekcja to stracone 45 min, "przesiedziane" w klasie, bez żadnych korzyści.
Wkurzyłam się ostatnio. I na pytanie "ale dlaczego Młoda ma się uczyć w Szkole w Chmurze?", odpowiedziałam z uśmiechem firmowym nr 5 - "bo jest taka możliwość i jest ona zgodna z prawem".
Komentarze pod poprzednią historią sugerują mi fobię społeczną. Być może, nie będę się sprzeczać. Mnie to nie przeszkadza, serio. Być może u Młodej jest to samo, no to mamy dwie opcje - "leczyć" fobię społeczną albo dostosować do niej jej funkcjonowanie.
Ale jakoś tak nie bardzo mam ochotę prawie codziennie słyszeć "mamo, głowa mnie boli"... Nie, już nawet bez opcji "mogę nie iść do szkoły?". Młoda rozumie, że za często nie może "nie iść"...
edukacja
Ocena:
47
(73)
poczekalnia
Skomentuj
(22)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jeśli dla kogoś mało piekielne, to z pełnym przekonaniem przyklasnę, ale chcę wrzucić drugą historię, dla której ta będzie nieodzownym wstępem.
Jestem introwertykiem. Dobra, nie jestem młodą osobą i przez całe życie wypracowałam sobie pewne schematy zachowań, które pozwalają mi sobie z tym radzić.
Koncerty? No raczej nie, chyba że BARDZO chcę, to szukam kogoś, kto ze mną pójdzie. Dlaczego? Skupiam się na trójkącie wykonawca - druga osoba - ja i wtedy jest OK, mogę udawać, że nie ma tego tłumu wokół mnie. Nie wiem czemu opcja skupienia się tylko na zestawie wykonawca - ja nie działa, albo działa dużo słabiej, idąc sama na koncert czuję się przytłoczona, tłum na mnie "napiera", no jest niefajnie... Nie, nie odczuwam żadnego poczucia wspólnoty, przynależności, żadnego "pokrewieństwa dusz" z tymi wszystkimi ludźmi, którzy też uwielbiają tego wykonawcę. Męczą mnie. Przeszkadzają.
Zebrania w pracy. Tu już musze bardzo mocno się skupić na opcji - ktoś gada, ja słucham, bo może to ważne. Czasem odchoruję. Nie mam problemów z wyrażeniem swojego zdania, jeśli jest taka potrzeba, chociaż czasem długo czekam, bo nienawidzę przekrzykiwania się, czekam na chwile ciszy.
Spotkania towarzyskie. Z jedną, dwoma, max trzema osobami OK. Więcej nie dam rady, choćbym wszystkich lubiła. Ostatnio pojechałam na kilka dni w góry z moją przyjaciółką i jej dwoma córkami + Młoda i ja. W ostatniej chwili zapytała, czy jej partner może z nami jechać, lubię go, jest OK, odruchowo powiedziałam "tak". No nie, za dużo dla mnie... Ze spacerów po górach (lubię!) wykpiłam się opcją "to Park Narodowy, z psem nie wolno" (Maleństwo pojechało z nami), z dziką rozkoszą spacerowałam sobie tam, gdzie "z psem wolno". I potem zamiast się wkurzyć, że telefon z pracy wezwał mnie dzień przed planowanym przyjazdem do domu, to się naprawdę ucieszyłam i skróciłam swój pobyt. Dla jasności - nie, nie musiałam się zgodzić. Chciałam.
I ostatnia sytuacja - impreza firmowa. Ponad 20 osób. "Xynthia, będziesz?". Nie wiem, co mi odwaliło, ale stwierdziłam, że będę. Nadszedł dzień imprezy, nawet zaczęłam się powolutku szykować, kiedy okazało się, że nigdzie nie pójdę, no chyba że w pampersie... Sorry za dosłowność, ale dostałam tak kosmicznej s*aczki, że oddalenie się od toalety na odległość większą niż parę metrów groziło katastrofą i kompromitacją. Aha, dodam tutaj, że nie mam i nigdy nie miałam problemów gastrycznych, przewód pokarmowy to chyba jedyny w moim organizmie, który nie sprawia mi żadnych problemów. I nie, nic nieświeżego ani podejrzanego nie zjadłam. S*aczka zniknęła jak sen złoty, kiedy ktoś zadzwonił do mnie, czemu mnie nie ma i wyraźnie powiedziałam, że nie będę. Nie dojadę. Mają nie czekać.
Introwertyczność to nie wymysł. To konkretne potrzeby organizmu. Psychiczne, ale też fizyczne. Unikam dużych skupisk ludzi (tak, np. w autobusie siedzę z nosem w telefonie), jak już się nie da, to stosuję wypracowane od lat metody, żeby to jakoś przeżyć. Bo jak zignoruję, to mam "atrakcje" typu s*aczka (dobra, to tylko ostatnio), zawroty głowy, ogólne "rozbicie" i bardzo złe samopoczucie.
Czy mi to przeszkadza? Chyba nie bardzo. Tak mam "od zawsze" i z tym żyję. Owszem, na tą imprezę firmową chyba chciałam iść. Ale patrząc na reakcję mojego organizmu zastanawiam się, czy na pewno chciałam...
Jestem introwertykiem. Dobra, nie jestem młodą osobą i przez całe życie wypracowałam sobie pewne schematy zachowań, które pozwalają mi sobie z tym radzić.
Koncerty? No raczej nie, chyba że BARDZO chcę, to szukam kogoś, kto ze mną pójdzie. Dlaczego? Skupiam się na trójkącie wykonawca - druga osoba - ja i wtedy jest OK, mogę udawać, że nie ma tego tłumu wokół mnie. Nie wiem czemu opcja skupienia się tylko na zestawie wykonawca - ja nie działa, albo działa dużo słabiej, idąc sama na koncert czuję się przytłoczona, tłum na mnie "napiera", no jest niefajnie... Nie, nie odczuwam żadnego poczucia wspólnoty, przynależności, żadnego "pokrewieństwa dusz" z tymi wszystkimi ludźmi, którzy też uwielbiają tego wykonawcę. Męczą mnie. Przeszkadzają.
Zebrania w pracy. Tu już musze bardzo mocno się skupić na opcji - ktoś gada, ja słucham, bo może to ważne. Czasem odchoruję. Nie mam problemów z wyrażeniem swojego zdania, jeśli jest taka potrzeba, chociaż czasem długo czekam, bo nienawidzę przekrzykiwania się, czekam na chwile ciszy.
Spotkania towarzyskie. Z jedną, dwoma, max trzema osobami OK. Więcej nie dam rady, choćbym wszystkich lubiła. Ostatnio pojechałam na kilka dni w góry z moją przyjaciółką i jej dwoma córkami + Młoda i ja. W ostatniej chwili zapytała, czy jej partner może z nami jechać, lubię go, jest OK, odruchowo powiedziałam "tak". No nie, za dużo dla mnie... Ze spacerów po górach (lubię!) wykpiłam się opcją "to Park Narodowy, z psem nie wolno" (Maleństwo pojechało z nami), z dziką rozkoszą spacerowałam sobie tam, gdzie "z psem wolno". I potem zamiast się wkurzyć, że telefon z pracy wezwał mnie dzień przed planowanym przyjazdem do domu, to się naprawdę ucieszyłam i skróciłam swój pobyt. Dla jasności - nie, nie musiałam się zgodzić. Chciałam.
I ostatnia sytuacja - impreza firmowa. Ponad 20 osób. "Xynthia, będziesz?". Nie wiem, co mi odwaliło, ale stwierdziłam, że będę. Nadszedł dzień imprezy, nawet zaczęłam się powolutku szykować, kiedy okazało się, że nigdzie nie pójdę, no chyba że w pampersie... Sorry za dosłowność, ale dostałam tak kosmicznej s*aczki, że oddalenie się od toalety na odległość większą niż parę metrów groziło katastrofą i kompromitacją. Aha, dodam tutaj, że nie mam i nigdy nie miałam problemów gastrycznych, przewód pokarmowy to chyba jedyny w moim organizmie, który nie sprawia mi żadnych problemów. I nie, nic nieświeżego ani podejrzanego nie zjadłam. S*aczka zniknęła jak sen złoty, kiedy ktoś zadzwonił do mnie, czemu mnie nie ma i wyraźnie powiedziałam, że nie będę. Nie dojadę. Mają nie czekać.
Introwertyczność to nie wymysł. To konkretne potrzeby organizmu. Psychiczne, ale też fizyczne. Unikam dużych skupisk ludzi (tak, np. w autobusie siedzę z nosem w telefonie), jak już się nie da, to stosuję wypracowane od lat metody, żeby to jakoś przeżyć. Bo jak zignoruję, to mam "atrakcje" typu s*aczka (dobra, to tylko ostatnio), zawroty głowy, ogólne "rozbicie" i bardzo złe samopoczucie.
Czy mi to przeszkadza? Chyba nie bardzo. Tak mam "od zawsze" i z tym żyję. Owszem, na tą imprezę firmową chyba chciałam iść. Ale patrząc na reakcję mojego organizmu zastanawiam się, czy na pewno chciałam...
relacje_miedzyludzkie
Ocena:
24
(60)
poczekalnia
Skomentuj
(9)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Fragment przepisów dotyczących przewozu psów (nie będę wklejać, bo długie i nudno napisane, to mój skrót) - pies w komunikacji miejskiej ma mieć kaganiec lub być z zamykanym transporterku, z którego nie wystaje głowa.
Jadę z Maleństwem autobusem. Wsiadłam, a kierowca się burzy "kaganiec!!!". Kurde, Maleństwo właśnie w transporterku, obrażona jak cholera, no ale przepisy to przepisy...
"Nie mam kagańca, jest zamknięta i głowa jej nie wystaje, może jechać". "Musi mieć kaganiec!". Grzecznie wygooglałam odpowiedni przepis i pokazuję panu kierowcy, no beton... "Musi mieć kaganiec!". Zgryźliwie zapytałam, czy mogę jej wstążeczkę na pyszczku zawiązać, pan kierowca się zapluł i zaczął na mnie drzeć. "Proszę wysiąść, nie pojedzie pani z psem bez kagańca!". Hmmm... To proszę wezwać Policje albo Straż Miejską, bo ja mam bilet, mam psa przewożonego zgodnie z przepisami i nie pozwolę się wyrzucić z komunikacji miejskiej.
Pan kierowca z wielkim fochem wyraził łaskawe pozwolenie na przewóz psa.
Zna ktoś fajną ofertę na kagańce dla "ciułałki"?
Jadę z Maleństwem autobusem. Wsiadłam, a kierowca się burzy "kaganiec!!!". Kurde, Maleństwo właśnie w transporterku, obrażona jak cholera, no ale przepisy to przepisy...
"Nie mam kagańca, jest zamknięta i głowa jej nie wystaje, może jechać". "Musi mieć kaganiec!". Grzecznie wygooglałam odpowiedni przepis i pokazuję panu kierowcy, no beton... "Musi mieć kaganiec!". Zgryźliwie zapytałam, czy mogę jej wstążeczkę na pyszczku zawiązać, pan kierowca się zapluł i zaczął na mnie drzeć. "Proszę wysiąść, nie pojedzie pani z psem bez kagańca!". Hmmm... To proszę wezwać Policje albo Straż Miejską, bo ja mam bilet, mam psa przewożonego zgodnie z przepisami i nie pozwolę się wyrzucić z komunikacji miejskiej.
Pan kierowca z wielkim fochem wyraził łaskawe pozwolenie na przewóz psa.
Zna ktoś fajną ofertę na kagańce dla "ciułałki"?
komunikacja_miejska
Ocena:
58
(72)
poczekalnia
Skomentuj
(14)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Dobra, znowu będzie "zwierzątkowo", bo wczoraj chyba coś załapałam... Co nie oznacza, ze to "coś" mi się podoba, po prostu zrozumiałam "dlaczego".
Mam w polubieniach na FB parę organizacji prozwierzęcych i często widzę posty o porzuconych psach/kotach, tutaj chodzi mi o te mocno "w typie rasy", czyli mówmy po imieniu - "odpad" z pseudohodowli. Dobra, jeden zwierzak czy dwa (nie twierdzę, że to OK, wręcz przeciwnie), ale można nie zauważyć, że sąsiad miał pieska i już nie ma, nikt się nie interesuje czyimś życiem i w sumie słusznie. Ale...
Sytuacja sprzed kilku miesięcy - kilka postów na FB, tutaj zamieszczam takie podsumowanie i to głównie polegając na swojej pamięci, bo nie chce mi się teraz tego szukać. Ponad 20 kotów!!! Wyrzuconych w lesie... Znajdowanych pojedynczo, po dwa, po trzy. Dwa chyba nie przeżyły, jeden w zbyt kiepskim stanie mimo znalezienia go, drugi chyba znaleziony martwy. Koty "rasowe", piękne, delikatne, długowłose. Znalezione wychudzone, skołtunione, z sierścią powyrywaną przez gałęzie krzewów, no tragedia.
I dzisiejszy post Fundacji dla szczeniąt Judyta - ok. 17 psów w typie yorka i maltańczyka, wyrzuconych na podmokłą łąkę i bagno. Do jednej suni musiała przyjechać Straż Pożarna, ludzie bez sprzętu nie byli w stanie uratować jej z bagna, w którym się powoli topiła. Nie wiadomo, ile dokładnie było psów, bo rozbiegły się w panice na widok ludzi, trwają poszukiwania.
Do czego zmierzam? Jak pisałam wcześniej, można nie zauważyć, że ktoś miał pieska i już go nie ma... Ale kurde, nie wierzę, że ludzie nie widzą, że komuś nagle "ubyło" ok. 20 psów albo kotów. Nie znaleziono "właścicieli" tych 20 kotów. Sprawa z psami świeża, ale też nie sądzę, żeby cokolwiek się dało ustalić... Dlaczego? Już wyjaśniam.
Milion komentarzy na FB "znajdźcie tych zwyrodnialców", "przecież to duża ilość zwierząt, jak to nikt nic nie widział", "na pewno ktoś coś wie, trzeba pociągnąć do odpowiedzialności właścicieli!". Trzeba. Tylko ze fajnie się pisze o jakimś bliżej nieokreślonym pseudohodowcy, który wyrzucił zwierzaki do lasu. A jak się okaże, że tę osobę znasz (no może słabo, ale znasz), to nagle jest "no ale to w sumie dobry człowiek", "może sytuacja go przerosła", "utrzymania psów/kotów jest drogie, no nie dał rady...".
Powyższe zdania są z doopy wzięte. Albo prosto z mojej wyobraźni, nie obrażę się, jeśli dla kogoś to to samo. Napisałam (wymyśliłam) je na podstawie wczorajszej sytuacji. Byłam w pracy i już pod koniec "dniówki" wróciłam do dyżurki po przebraniu się w szatni (raczej nie idziemy wszyscy na raz, tylko po kolei, żeby zawsze ktoś tam był). Wróciłam w momencie, kiedy jedna z moich koleżanek kończyła opowieść o rodzinie, do której jeździ codziennie robić zastrzyki jednej z osób (tak, opiekun medyczny ma uprawnienia do robienia zastrzyków, a nawet do pobierania krwi, więc ludzie często "zamawiają" sobie opiekunkę zamiast pielęgniarki, taniej wychodzi).
Agresywne psy zamknięte w piwnicy bez dostępu światła - kurde, też bym była agresywna, gdyby mnie zamknęli w ciemniej piwnicy. Właśnie chodziło o to, że ona się boi tam iść, bo "czasem" (nie wiem jak często) psy są wypuszczane i wtedy atakują wszystkich i wszystko. Na moją delikatną uwagę, że to wypadałoby gdzieś zgłosić, usłyszałam, że "a bo oni tak mają, wszyscy tam tak żyją" "Tak" oznacza zabite na głucho okiennice, pozasłaniane okna, zero kontaktu ze światem zewnętrznym. Z tego co udało mi się doprecyzować, to są tam minimum trzy osoby - dwoje seniorów i dorosła córka. Niestety, na moje delikatne próby ustalenia kto to, gdzie to, dlaczego??? koleżanka nabrała wody w usta i stwierdziła, że nie będzie się komuś wpie*dalać w życie. A to w sumie fajni ludzie, co jej do tego, jak sobie żyją...
I co ja mam teraz zrobić? Zgłosić policji/organizacji prozwierzecej, że gdzieś w okolicy Za*upia Górnego jest dom z zabitymi na głucho okiennicami i psami zamkniętymi w piwnicy? No na pewno bardzo poważnie potraktują takie zgłoszenie...
Nie odpuszczam. Będę delikatnie próbowała podpytać.
Mam w polubieniach na FB parę organizacji prozwierzęcych i często widzę posty o porzuconych psach/kotach, tutaj chodzi mi o te mocno "w typie rasy", czyli mówmy po imieniu - "odpad" z pseudohodowli. Dobra, jeden zwierzak czy dwa (nie twierdzę, że to OK, wręcz przeciwnie), ale można nie zauważyć, że sąsiad miał pieska i już nie ma, nikt się nie interesuje czyimś życiem i w sumie słusznie. Ale...
Sytuacja sprzed kilku miesięcy - kilka postów na FB, tutaj zamieszczam takie podsumowanie i to głównie polegając na swojej pamięci, bo nie chce mi się teraz tego szukać. Ponad 20 kotów!!! Wyrzuconych w lesie... Znajdowanych pojedynczo, po dwa, po trzy. Dwa chyba nie przeżyły, jeden w zbyt kiepskim stanie mimo znalezienia go, drugi chyba znaleziony martwy. Koty "rasowe", piękne, delikatne, długowłose. Znalezione wychudzone, skołtunione, z sierścią powyrywaną przez gałęzie krzewów, no tragedia.
I dzisiejszy post Fundacji dla szczeniąt Judyta - ok. 17 psów w typie yorka i maltańczyka, wyrzuconych na podmokłą łąkę i bagno. Do jednej suni musiała przyjechać Straż Pożarna, ludzie bez sprzętu nie byli w stanie uratować jej z bagna, w którym się powoli topiła. Nie wiadomo, ile dokładnie było psów, bo rozbiegły się w panice na widok ludzi, trwają poszukiwania.
Do czego zmierzam? Jak pisałam wcześniej, można nie zauważyć, że ktoś miał pieska i już go nie ma... Ale kurde, nie wierzę, że ludzie nie widzą, że komuś nagle "ubyło" ok. 20 psów albo kotów. Nie znaleziono "właścicieli" tych 20 kotów. Sprawa z psami świeża, ale też nie sądzę, żeby cokolwiek się dało ustalić... Dlaczego? Już wyjaśniam.
Milion komentarzy na FB "znajdźcie tych zwyrodnialców", "przecież to duża ilość zwierząt, jak to nikt nic nie widział", "na pewno ktoś coś wie, trzeba pociągnąć do odpowiedzialności właścicieli!". Trzeba. Tylko ze fajnie się pisze o jakimś bliżej nieokreślonym pseudohodowcy, który wyrzucił zwierzaki do lasu. A jak się okaże, że tę osobę znasz (no może słabo, ale znasz), to nagle jest "no ale to w sumie dobry człowiek", "może sytuacja go przerosła", "utrzymania psów/kotów jest drogie, no nie dał rady...".
Powyższe zdania są z doopy wzięte. Albo prosto z mojej wyobraźni, nie obrażę się, jeśli dla kogoś to to samo. Napisałam (wymyśliłam) je na podstawie wczorajszej sytuacji. Byłam w pracy i już pod koniec "dniówki" wróciłam do dyżurki po przebraniu się w szatni (raczej nie idziemy wszyscy na raz, tylko po kolei, żeby zawsze ktoś tam był). Wróciłam w momencie, kiedy jedna z moich koleżanek kończyła opowieść o rodzinie, do której jeździ codziennie robić zastrzyki jednej z osób (tak, opiekun medyczny ma uprawnienia do robienia zastrzyków, a nawet do pobierania krwi, więc ludzie często "zamawiają" sobie opiekunkę zamiast pielęgniarki, taniej wychodzi).
Agresywne psy zamknięte w piwnicy bez dostępu światła - kurde, też bym była agresywna, gdyby mnie zamknęli w ciemniej piwnicy. Właśnie chodziło o to, że ona się boi tam iść, bo "czasem" (nie wiem jak często) psy są wypuszczane i wtedy atakują wszystkich i wszystko. Na moją delikatną uwagę, że to wypadałoby gdzieś zgłosić, usłyszałam, że "a bo oni tak mają, wszyscy tam tak żyją" "Tak" oznacza zabite na głucho okiennice, pozasłaniane okna, zero kontaktu ze światem zewnętrznym. Z tego co udało mi się doprecyzować, to są tam minimum trzy osoby - dwoje seniorów i dorosła córka. Niestety, na moje delikatne próby ustalenia kto to, gdzie to, dlaczego??? koleżanka nabrała wody w usta i stwierdziła, że nie będzie się komuś wpie*dalać w życie. A to w sumie fajni ludzie, co jej do tego, jak sobie żyją...
I co ja mam teraz zrobić? Zgłosić policji/organizacji prozwierzecej, że gdzieś w okolicy Za*upia Górnego jest dom z zabitymi na głucho okiennicami i psami zamkniętymi w piwnicy? No na pewno bardzo poważnie potraktują takie zgłoszenie...
Nie odpuszczam. Będę delikatnie próbowała podpytać.
gdzieś_niedaleko_nas
Ocena:
39
(63)
poczekalnia
Skomentuj
(11)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Dobra, miałam tego nie wrzucać... Ale historia w poczekalni... (dalej wiesz, co chcę napisać).
W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.
Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.
"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.
"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?
"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???
"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".
Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...
Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.
P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...
W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.
Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.
"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.
"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?
"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???
"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".
Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...
Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.
P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...
miejsce_publiczne
Ocena:
69
(85)
poczekalnia
Skomentuj
(14)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jeszcze jedno mam do "wyrzucenia" z siebie.
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu pomocy. I jeszcze raz podkreślam, że lubię moją pracę, tylko czasami trzeba się wyżalić. Nie, niekoniecznie na Piekielnych, raczej odreagowujemy to w ten sposób, że opowiadamy innym opiekunkom "a wiesz, co mi pani Piekielna zrobiła?", wysłuchają, dorzucą swoje, można dalej pracować.
Krótkie wyjaśnienie - my, opiekunki, nie mamy ŻADNEGO kontaktu z finansami podopiecznych. Od tego są pracownicy socjalni. Podopiecznym, którzy z różnych względów nie dysponują całością swoich finansów, pracownicy socjalni robią zakupy (wg zgłoszonych zapotrzebowań) i rozliczają się z nimi.
No i kwestia kluczowa. PAPIEROSY. Pracownicy socjalni pracują od poniedziałku do piątku w godz. 7.00-15.00, przez weekend ich nie ma. Za to są podopieczni, którzy palą. I nie, nie można im "wydać" zapasu papierosów na te dwa dni, bo wypalą wszystko w piątek wieczór i będą szaleć. Więc kto im ma wydać te papierosy? No oczywiście opiekunki... "Socjalne" wychodząc do domu w piątek o 15.00 przynoszą nam na dyżurkę papierosy dla tych podopiecznych, którzy sami sobie rozsądnie nie podzielą, którym trzeba "wydzielać". Z rozpiską, ile się komu należy.
Piatek, godz. 15.10. "Pani, papierosa chciałem...". No a ja chciałam wygrać w totolotka! Ku*wa, nie można było 15 min wcześniej iść do socjalnej??? Nie, nie jestem wredna, jak mu dam w piątek po południu, to mniej mu zostanie na sobotę i niedzielę, i jak się okaże, że limit się wyczerpał, to mnie zwyzywa...
Zwykły dzień tygodnia po 15-tej. "Pani, nie ma pani papierosów?". Nie mam. Tzn. czasem mam, nie zawsze w weekend "schodzi" wszystko, czasem trochę zostaje. Nie dam. Wiecie dlaczego? Bo dam jednemu, drugiemu, trzeciemu, dla czwartego już nie zostanie i usłyszę, że to nie Dom Opieki, tylko Dom Wariatów, że jesteśmy wredne i się "znęcamy" nad podopiecznymi. I że dajemy tym, których "lubimy". Lubię wszystkich, inaczej bym tu nie pracowała. Ale papierosów mam określoną ilość i ściśle określone wytyczne, kiedy, ile i komu mogę dać.
Osoba, która sama dysponuje swoimi finansami, no kurczę, zapomniała kupić papierosów na weekend... "Pani przecież ma, da mi pani kilka, co?". Nie. Podstawową przyczyną odmowy jest fakt, że to "oddam" jest prawie niemożliwe do wyegzekwowania. Ja zazwyczaj pytam, komu mam UKRAŚĆ, żeby tej osobie dać, nie rozumieją, foch i komentarz "wredne opiekunki".
Jest JEDNA osoba, która dostanie od nas papierosa (albo dwa), kiedy by nie przyszła - no dobra, jak wiemy, że "socjalne" jeszcze są w pracy, to pokazujemy palcem, ze ma iść "na górę" (dyżurka na parterze, pokój socjalnych na pierwszym piętrze). Cała reszta ma "ogarnąć" o tyle, żeby przychodzić do nas tylko w sobotę i niedzielę. NIE w piątek o 15.10!!! Bo mam tyle, ile mi zostawiono. I nie, nie polecę do sklepu kupić za własne pieniądze paczki fajek, żeby pan/pani nie wyzywał/a nas od wrednych opiekunek...
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu pomocy. I jeszcze raz podkreślam, że lubię moją pracę, tylko czasami trzeba się wyżalić. Nie, niekoniecznie na Piekielnych, raczej odreagowujemy to w ten sposób, że opowiadamy innym opiekunkom "a wiesz, co mi pani Piekielna zrobiła?", wysłuchają, dorzucą swoje, można dalej pracować.
Krótkie wyjaśnienie - my, opiekunki, nie mamy ŻADNEGO kontaktu z finansami podopiecznych. Od tego są pracownicy socjalni. Podopiecznym, którzy z różnych względów nie dysponują całością swoich finansów, pracownicy socjalni robią zakupy (wg zgłoszonych zapotrzebowań) i rozliczają się z nimi.
No i kwestia kluczowa. PAPIEROSY. Pracownicy socjalni pracują od poniedziałku do piątku w godz. 7.00-15.00, przez weekend ich nie ma. Za to są podopieczni, którzy palą. I nie, nie można im "wydać" zapasu papierosów na te dwa dni, bo wypalą wszystko w piątek wieczór i będą szaleć. Więc kto im ma wydać te papierosy? No oczywiście opiekunki... "Socjalne" wychodząc do domu w piątek o 15.00 przynoszą nam na dyżurkę papierosy dla tych podopiecznych, którzy sami sobie rozsądnie nie podzielą, którym trzeba "wydzielać". Z rozpiską, ile się komu należy.
Piatek, godz. 15.10. "Pani, papierosa chciałem...". No a ja chciałam wygrać w totolotka! Ku*wa, nie można było 15 min wcześniej iść do socjalnej??? Nie, nie jestem wredna, jak mu dam w piątek po południu, to mniej mu zostanie na sobotę i niedzielę, i jak się okaże, że limit się wyczerpał, to mnie zwyzywa...
Zwykły dzień tygodnia po 15-tej. "Pani, nie ma pani papierosów?". Nie mam. Tzn. czasem mam, nie zawsze w weekend "schodzi" wszystko, czasem trochę zostaje. Nie dam. Wiecie dlaczego? Bo dam jednemu, drugiemu, trzeciemu, dla czwartego już nie zostanie i usłyszę, że to nie Dom Opieki, tylko Dom Wariatów, że jesteśmy wredne i się "znęcamy" nad podopiecznymi. I że dajemy tym, których "lubimy". Lubię wszystkich, inaczej bym tu nie pracowała. Ale papierosów mam określoną ilość i ściśle określone wytyczne, kiedy, ile i komu mogę dać.
Osoba, która sama dysponuje swoimi finansami, no kurczę, zapomniała kupić papierosów na weekend... "Pani przecież ma, da mi pani kilka, co?". Nie. Podstawową przyczyną odmowy jest fakt, że to "oddam" jest prawie niemożliwe do wyegzekwowania. Ja zazwyczaj pytam, komu mam UKRAŚĆ, żeby tej osobie dać, nie rozumieją, foch i komentarz "wredne opiekunki".
Jest JEDNA osoba, która dostanie od nas papierosa (albo dwa), kiedy by nie przyszła - no dobra, jak wiemy, że "socjalne" jeszcze są w pracy, to pokazujemy palcem, ze ma iść "na górę" (dyżurka na parterze, pokój socjalnych na pierwszym piętrze). Cała reszta ma "ogarnąć" o tyle, żeby przychodzić do nas tylko w sobotę i niedzielę. NIE w piątek o 15.10!!! Bo mam tyle, ile mi zostawiono. I nie, nie polecę do sklepu kupić za własne pieniądze paczki fajek, żeby pan/pani nie wyzywał/a nas od wrednych opiekunek...
dom_opieki
Ocena:
44
(64)
poczekalnia
Skomentuj
(27)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Dobra, muszę, bo się uduszę...
Dla wszystkich, którzy mi zaraz wytkną, że skopiowałam post z pewnej grupy na fb - oczywiście, że tak. Tylko że to MÓJ post, ja go napisałam. Zresztą jeszcze nie zatwierdzony przez adminów, przypuszczam, że na Piekielnych się pojawi wcześniej, niż na fb:
Wiecie co, ja się już nawet nie wkurzam, ręce mi opadły i najlepiej to z tego się pośmiać...
Z religią moja córka miała kontakt o tyle, o ile jej ktoś wpisał "nieobecność" na tychże zajęciach, pisałam, upominałam, prostowałam, dobra, usuwali.
Dzisiaj sobie zajrzałam na mobidziennik pooglądać oceny końcowe córki - wiedziałam, ale chciałam zobaczyć, czy aby na pewno tak, jak się spodziewałam. A świadectwa nie mamy, córka nie była w piątek na zakończeniu roku, odbierze w tym tygodniu z sekretariatu.
Oceny końcowe takie jak się spodziewałam, z jednym zaskoczeniem - otóż widnieje w nich również dumna szóstka z religii... WTF??? A skądżesz ta cudowna ocena się wzięła? Otóż z ocen cząstkowych - piątka za aktywność (???) wpisana 6.06, piątka z testu (???) wpisana również 6.06 oraz piątka i szóstka z "wiedzy biblijnej" wpisane jedna (a jakże!) 6.06, druga 23.06.
Zupełnie bez znaczenia jest tutaj fakt, ze moja córka w czerwcu prawie w ogóle nie była w szkole, były to pojedyncze dni albo nawet godziny, kiedy była coś "poprawić". I raczej nie muszę dodawać, że na zajęcia dodatkowe z religii katolickiej NIE była zapisana?
Zawsze reagowałam, walczyłam, prosiłam albo wykłócałam się. Teraz nie zareaguję. Mam dość. Córka chce kontynuować naukę w Szkole w Chmurze, w tej sytuacji może co najwyżej napiszę kąśliwą wiadomość (której zapewne nikt nie odczyta - wakacje) i tyle... No chyba, że jej tą szóstkę wpiszą na świadectwo (wiem, już nie mogą, ale niektóre szkoły to robią), no to wtedy zrobię piekło.
Dobra, wyżaliłam się. Dzięki!
Dla wszystkich, którzy mi zaraz wytkną, że skopiowałam post z pewnej grupy na fb - oczywiście, że tak. Tylko że to MÓJ post, ja go napisałam. Zresztą jeszcze nie zatwierdzony przez adminów, przypuszczam, że na Piekielnych się pojawi wcześniej, niż na fb:
Wiecie co, ja się już nawet nie wkurzam, ręce mi opadły i najlepiej to z tego się pośmiać...
Z religią moja córka miała kontakt o tyle, o ile jej ktoś wpisał "nieobecność" na tychże zajęciach, pisałam, upominałam, prostowałam, dobra, usuwali.
Dzisiaj sobie zajrzałam na mobidziennik pooglądać oceny końcowe córki - wiedziałam, ale chciałam zobaczyć, czy aby na pewno tak, jak się spodziewałam. A świadectwa nie mamy, córka nie była w piątek na zakończeniu roku, odbierze w tym tygodniu z sekretariatu.
Oceny końcowe takie jak się spodziewałam, z jednym zaskoczeniem - otóż widnieje w nich również dumna szóstka z religii... WTF??? A skądżesz ta cudowna ocena się wzięła? Otóż z ocen cząstkowych - piątka za aktywność (???) wpisana 6.06, piątka z testu (???) wpisana również 6.06 oraz piątka i szóstka z "wiedzy biblijnej" wpisane jedna (a jakże!) 6.06, druga 23.06.
Zupełnie bez znaczenia jest tutaj fakt, ze moja córka w czerwcu prawie w ogóle nie była w szkole, były to pojedyncze dni albo nawet godziny, kiedy była coś "poprawić". I raczej nie muszę dodawać, że na zajęcia dodatkowe z religii katolickiej NIE była zapisana?
Zawsze reagowałam, walczyłam, prosiłam albo wykłócałam się. Teraz nie zareaguję. Mam dość. Córka chce kontynuować naukę w Szkole w Chmurze, w tej sytuacji może co najwyżej napiszę kąśliwą wiadomość (której zapewne nikt nie odczyta - wakacje) i tyle... No chyba, że jej tą szóstkę wpiszą na świadectwo (wiem, już nie mogą, ale niektóre szkoły to robią), no to wtedy zrobię piekło.
Dobra, wyżaliłam się. Dzięki!
szkoła
Ocena:
41
(77)
poczekalnia
Skomentuj
(1)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Wkurzyłam się. Już wyjaśniam, o co chodzi.
Pracuję jako opiekunka osób starszych w Domu Pomocy, pracujemy tu na 12-to godzinne zmiany, czyli w grafiku masz D (dzień) albo N (noc). Biorąc pod uwagę, że ilość godzin musi się zgadzać z "normalnym" ośmiogodzinnym miesiącem pracy, czasem zamiast "dwunastki" wychodzi "ósemka" albo nawet 4 godz.
Dla historii ważne jest też to, że wyśmiewany ogólnie "elastyczny grafik" u nas rzeczywiście funkcjonuje. Czyli gdzieś tak w połowie miesiąca dajemy prośby do grafiku, np. 10-go mam wizytę u lekarza, 18-go ciocia Zosia ma imieniny, a 25-go twoje dziecko ma przedstawienie w szkole, wtedy na pustym grafiku wpisujesz w ten dzień literkę W - wolne. Zapewne nie określają tego żadne przepisy, po prostu dobra wola pracodawcy, ale respektowane od lat, że W jest "święte". Jest też wpisane na grafiku tym "do użytku", żeby ktoś chcąc się zamienić na dniówkę/nockę widział, kogo nie ma sensu prosić o zamianę, bo chciał mieć wolne.
No więc nie wpisałam W na jeden z dni, kiedy bardzo potrzebowałam wolne. Nie przegapiłam, potrzeba posiadania wolnego "wyskoczyła" już w jakiś czas po otrzymaniu grafiku (nie, nic już z nim nie zrobisz, możesz się z kimś zamienić i tyle). Próbowałam, ale nikomu nie pasowało się zamienić. No cóż, po dokładnym przestudiowaniu grafiku poszłam do kierowniczki pytając, czy mogłabym chociaż wyjść po 8 godz., a nie po 12, też by mnie to ratowało. Powiedziałam, że te brakujące 4 odrobię innego dnia, kiedy też na zmianie było mało osób, w tym dwie miały 8 godz., więc na ostatnie 4 godz. zostaje bardzo mała "obsada". Aha, w dzień kiedy zaoferowałam się przyjść na 4 godz., miałam owo magiczne W, ale ewentualnie mogłam je poświęcić, bo sprawa była ważna.
No niestety "niedasię", OK, rozumiem. Przyszłam, byłam 12 godz. dzisiaj dostaję wiadomość od kierowniczki:
"Xynthia, nie przyszłabyś na 4 godz. wtedy co mówiłaś, że możesz przyjść?".
Grzecznie odpisuję, że mam tam W.
"No ale wcześniej mówiłaś, że możesz przyjść na 4 godz..."
Ku*wa, mogę. Za 4 godz. tego dnia, kiedy BARDZO potrzebowałam wolne, albo chociaż wyjść wcześniej. Grzecznie zwracam uwagę, że już nie ma mi kiedy "odpisać" tych 4 godz., wszędzie mało ludzi (sezon urlopowy się zaczął), a nadgodziny mnie nie interesują.
"No ale ja tam nie mam kogo dać..."
Ojej, jak mi przykro. Żeby nie było - to W wpisałam sobie nie "z łaski na uciechę", tylko też mam coś tam zaplanowane, owszem, mogłam to poświęcić na rzecz wcześniejszego wyjścia wtedy, kiedy bardziej potrzebowałam wolne. Nie!
No i wyszło na to, że jestem wredna, niekoleżeńska i przeze mnie dziewczyny będą pracować w okrojonym składzie...
P.S. Dla wszystkich (rozsądnych) komentarzy, że mogłam wziąć UŻ. Mogłam, nie chciałam z różnych względów, nieistotnych dla historii. Przebolałam, przyszłam, "odrobiłam" dniówkę, nic nikomu nie jestem winna.
Pracuję jako opiekunka osób starszych w Domu Pomocy, pracujemy tu na 12-to godzinne zmiany, czyli w grafiku masz D (dzień) albo N (noc). Biorąc pod uwagę, że ilość godzin musi się zgadzać z "normalnym" ośmiogodzinnym miesiącem pracy, czasem zamiast "dwunastki" wychodzi "ósemka" albo nawet 4 godz.
Dla historii ważne jest też to, że wyśmiewany ogólnie "elastyczny grafik" u nas rzeczywiście funkcjonuje. Czyli gdzieś tak w połowie miesiąca dajemy prośby do grafiku, np. 10-go mam wizytę u lekarza, 18-go ciocia Zosia ma imieniny, a 25-go twoje dziecko ma przedstawienie w szkole, wtedy na pustym grafiku wpisujesz w ten dzień literkę W - wolne. Zapewne nie określają tego żadne przepisy, po prostu dobra wola pracodawcy, ale respektowane od lat, że W jest "święte". Jest też wpisane na grafiku tym "do użytku", żeby ktoś chcąc się zamienić na dniówkę/nockę widział, kogo nie ma sensu prosić o zamianę, bo chciał mieć wolne.
No więc nie wpisałam W na jeden z dni, kiedy bardzo potrzebowałam wolne. Nie przegapiłam, potrzeba posiadania wolnego "wyskoczyła" już w jakiś czas po otrzymaniu grafiku (nie, nic już z nim nie zrobisz, możesz się z kimś zamienić i tyle). Próbowałam, ale nikomu nie pasowało się zamienić. No cóż, po dokładnym przestudiowaniu grafiku poszłam do kierowniczki pytając, czy mogłabym chociaż wyjść po 8 godz., a nie po 12, też by mnie to ratowało. Powiedziałam, że te brakujące 4 odrobię innego dnia, kiedy też na zmianie było mało osób, w tym dwie miały 8 godz., więc na ostatnie 4 godz. zostaje bardzo mała "obsada". Aha, w dzień kiedy zaoferowałam się przyjść na 4 godz., miałam owo magiczne W, ale ewentualnie mogłam je poświęcić, bo sprawa była ważna.
No niestety "niedasię", OK, rozumiem. Przyszłam, byłam 12 godz. dzisiaj dostaję wiadomość od kierowniczki:
"Xynthia, nie przyszłabyś na 4 godz. wtedy co mówiłaś, że możesz przyjść?".
Grzecznie odpisuję, że mam tam W.
"No ale wcześniej mówiłaś, że możesz przyjść na 4 godz..."
Ku*wa, mogę. Za 4 godz. tego dnia, kiedy BARDZO potrzebowałam wolne, albo chociaż wyjść wcześniej. Grzecznie zwracam uwagę, że już nie ma mi kiedy "odpisać" tych 4 godz., wszędzie mało ludzi (sezon urlopowy się zaczął), a nadgodziny mnie nie interesują.
"No ale ja tam nie mam kogo dać..."
Ojej, jak mi przykro. Żeby nie było - to W wpisałam sobie nie "z łaski na uciechę", tylko też mam coś tam zaplanowane, owszem, mogłam to poświęcić na rzecz wcześniejszego wyjścia wtedy, kiedy bardziej potrzebowałam wolne. Nie!
No i wyszło na to, że jestem wredna, niekoleżeńska i przeze mnie dziewczyny będą pracować w okrojonym składzie...
P.S. Dla wszystkich (rozsądnych) komentarzy, że mogłam wziąć UŻ. Mogłam, nie chciałam z różnych względów, nieistotnych dla historii. Przebolałam, przyszłam, "odrobiłam" dniówkę, nic nikomu nie jestem winna.
dom_pomocy_społecznej
Ocena:
65
(81)
poczekalnia
Skomentuj
(9)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Dobra, a teraz historia, której wrzucenie chyba świadczy o jakiś masochistycznych skłonnościach we mnie, bo doskonale wiem, że zbiorę opieprz, ale i tak wrzucę.
Jakiś czas temu umarła Kruszyna, jak dla mnie było za wcześnie na nowego psa, może za jakiś czas... Ale rozpacz Młodej spowodowała, że jednak pojawiło się u nas w domu Maleństwo.
Maleństwo jest szczeniaczkiem małej, "słodkiej" rasy. I naprawdę coraz bardziej się wkurzam na spacerach z nią, bo ludzie traktują jak maskotkę, zabaweczkę, w dodatku publiczną. To szczeniak, w dodatku bardzo towarzyski, pełna miłości i entuzjazmu do ludzi, próbuje podbiegać i zaczepiać wszystkich w zasięgu wzroku. Oczywiście jest na smyczy (nie puściła bym "luzem" szczeniaka, który raz przybiegnie na zawołania, ale pięć razy nie), ale to bez znaczenia, jak ktoś nas mija w bliskiej odległości, Maleństwo się do niego wyrywa. Ja "stopuję" smyczą, mówię stanowczo "nie wolno!", reakcja ludzi?
"Ojej, no co to szkodzi, on taki słodki!", po czym przykucnięcie i głaskanie psa. Tak, nikt nawet nie pyta o pozwolenie, po prostu ją sobie głaszczą! Tak, moja wina, za każdym razem powinnam ostro zareagować, że sobie nie życzę, ale na razie wolę unikać ludzi na spacerach i powoli budować w sobie asertywność w tym zakresie (w innych aspektach nie mam z nią problemów). Kurczę, śmiejemy się z małych piesków, że toto takie rozpuszczone, nieułożone, że wszystko im wolno, no kurde, jak mam nauczyć psa, że nie wolno zaczepiać ludzi, skoro za takie zachowanie dostaje nagrodę w postaci głaskania?
Natomiast szczytem wszystkiego było babsko (tak, specjalnie obraźliwego określenia użyłam), która widząc Maleństwo zapiała tradycyjnie "jaki słodziak!", po czym tak po prostu wzięła ją sobie na ręce... Wtedy już nie zdzierżyłam, obsztorcowałam babę, usłyszałam, że jestem wredna, nieużyta i znęcam się (???) nad psem.
A, i jeszcze jedno. Najgrzeczniejsze w tej całej sytuacji są dzieci w różnym wieku, dziecko ZAWSZE zapyta, czy może pogłaskać Maleństwo. Dorośli po prostu to robią.
Dobra, można ochrzaniać za brak zdecydowanej reakcji. Ale staram się, serio.
Jakiś czas temu umarła Kruszyna, jak dla mnie było za wcześnie na nowego psa, może za jakiś czas... Ale rozpacz Młodej spowodowała, że jednak pojawiło się u nas w domu Maleństwo.
Maleństwo jest szczeniaczkiem małej, "słodkiej" rasy. I naprawdę coraz bardziej się wkurzam na spacerach z nią, bo ludzie traktują jak maskotkę, zabaweczkę, w dodatku publiczną. To szczeniak, w dodatku bardzo towarzyski, pełna miłości i entuzjazmu do ludzi, próbuje podbiegać i zaczepiać wszystkich w zasięgu wzroku. Oczywiście jest na smyczy (nie puściła bym "luzem" szczeniaka, który raz przybiegnie na zawołania, ale pięć razy nie), ale to bez znaczenia, jak ktoś nas mija w bliskiej odległości, Maleństwo się do niego wyrywa. Ja "stopuję" smyczą, mówię stanowczo "nie wolno!", reakcja ludzi?
"Ojej, no co to szkodzi, on taki słodki!", po czym przykucnięcie i głaskanie psa. Tak, nikt nawet nie pyta o pozwolenie, po prostu ją sobie głaszczą! Tak, moja wina, za każdym razem powinnam ostro zareagować, że sobie nie życzę, ale na razie wolę unikać ludzi na spacerach i powoli budować w sobie asertywność w tym zakresie (w innych aspektach nie mam z nią problemów). Kurczę, śmiejemy się z małych piesków, że toto takie rozpuszczone, nieułożone, że wszystko im wolno, no kurde, jak mam nauczyć psa, że nie wolno zaczepiać ludzi, skoro za takie zachowanie dostaje nagrodę w postaci głaskania?
Natomiast szczytem wszystkiego było babsko (tak, specjalnie obraźliwego określenia użyłam), która widząc Maleństwo zapiała tradycyjnie "jaki słodziak!", po czym tak po prostu wzięła ją sobie na ręce... Wtedy już nie zdzierżyłam, obsztorcowałam babę, usłyszałam, że jestem wredna, nieużyta i znęcam się (???) nad psem.
A, i jeszcze jedno. Najgrzeczniejsze w tej całej sytuacji są dzieci w różnym wieku, dziecko ZAWSZE zapyta, czy może pogłaskać Maleństwo. Dorośli po prostu to robią.
Dobra, można ochrzaniać za brak zdecydowanej reakcji. Ale staram się, serio.
spacer_z_psem
Ocena:
60
(86)
1 2 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 następna »