Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

cathyalto

Zamieszcza historie od: 1 maja 2011 - 23:59
Ostatnio: 8 lutego 2017 - 10:15
  • Historii na głównej: 23 z 38
  • Punktów za historie: 18711
  • Komentarzy: 565
  • Punktów za komentarze: 3536
 
zarchiwizowany

#75998

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia bardzo krótka, ale wyprowadziła wszystkich obecnych z równowagi.
Bardzo wcześnie rano, pełno miejsca w metrze więc spokojnie można sobie wybrać gdzie usiąść usiąść obok siebie, gdy jedzie się grupą.
Wsiadam na jednej z początkowych stacji na samym końcu wagonu, na następnej wsiada kilka osób, jedna dziewczyna siada obok mnie, miejsce na przeciwko niej jest ciagle wolne. Jak się okazało jechała ze swoją koleżanką (a może siostrą) która usiadła oczywiście... po drugiej stronie wagonu, na samym początku! Niby nie mój biznes, ale panie miały bardzo dużo do powiedzenia i krzyczały przez cały wagon. Przez jakieś 20 minut każdy w wagonie musiał znosić dosłownie wydzieranie się dwóch bab do siebie na wzajem, już nie mówiąc o tym że to były dość prywatne sprawy i tak wszyscy w wagonie dowiedzieli się że pani siedząca obok mnie zdradziła swojego chłopaka z niejakim Kieranem...
Jeden facet kazał im być cicho, to kazały mu oddalić się w bliżej nieokreślonym kierunku. Po tym wszyscy już wiedzieli że nie ma sensu z nimi dyskutować bo one zwyczajnie nie pojmują że robią coś nie tak. Aha, facet bardzo przypominał z postury i nawet twarzy głównego bohatera "Zielonej mili" (i nie mam tu na myśli Toma Hanksa) wiec jestem zaskoczona że się nie bały tak mu odpowiedzieć.

zagranica

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (118)
zarchiwizowany

#74633

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka historia z wakacji w Polsce.
Stałam sobie na przystanku i czekałam na autobus. Miałam wrażenie ze ludzie się na mnie dziwnie patrzą (chyba każdy wie o co chodzi) wiec postanowiłam sprawdzić swój makijaż, czy nic mi się nie rozmazało. W tym celu wyciągnełam puderniczkę z lusterkiem, otworzyłam ją, odwróciłam się by dyskretnie sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu, uniosłam ją do poziomu twarzy i... jakaś dziewczyna wyrwała mi ją z ręki i uciekła.
Puder z MACa, za około 100zł, zużyty w połowie. Brak słów.

Chciwość?

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (158)
zarchiwizowany

#59756

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Niedawno poroniłam. Postanowiłam przedstawić Wam listę najbardziej absurdalnych/niekulturalnych/bezmyślnych/chamskich tekstów, którymi raczą mnie bliżsi lub dalsi znajomi
(a w jednym wypadku nawet dosyć bliska rodzina):

1) "To nie było dziecko, tylko zlepek komórek." - Nie. To było moje dziecko, które kochałam, na które czekałam i które nie miało okazji się urodzić.

2) "W sumie nawet lepiej się stało, poczekacie jeszcze kilka lat, dorobicie się, to następne dziecko będzie miało lepsze warunki" - Bynajmniej nie jesteśmy bezdomni ani bezrobotni, nie mieszkamy również w stodole ani w kawalerce z dziesięcioma innymi osobami. Ot, nie jesteśmy BOGACI.

3) "Oj tam, młodzi jesteście - zrobicie sobie nowe" - Tego aż mi się nie chce komentować.

4) "To wina tego twojego chłopa, nawet dziecka porządnie nie potrafi zmajstrować" (właśnie to usłyszałam od członka rodziny) - Poronienie to był wypadek, uraz mechaniczny, a osoba ta dobrze o tym wiedziała. Najwyraźniej każda okazja żeby skrytykować mojego męża jest dobra.

5) "Zabiorę cię do kina, kawę i damskie pogaduchy. Zobaczysz, od razu zapomnisz" - Niby wszystko ok, ale nie po tygodniu.

6) "Cathyalto, ja wiem że nie jesteś teraz w najlepszej formie, ale możesz przyjść jutro do pracy? X się rozchorował, a nie ma kto wziąć jego zmiany" - Powiedziane przez szefa 3 dni po fakcie, gdy nawet fizycznie byłam w kiepskim stanie (a on o wszystkim doskonale wiedział).


Ja wiem że ludzie chcą pomóc, ale takie słowa nie tylko nie pomagają, a wręcz niewyobrażalnie bolą i irytują.
Rozumiem również, że życie toczy się dalej, ale potrzebuję czasu żeby się z tym pogodzić i wszystko sobie poukładać.
Nie oczekuję specjalnego traktowania, nie wymagam od znajomych by zasłaniali mi oczy gdy mijamy sklepy dziecięce czy ukrywali przede mną swoje dzieci, chciałabym tylko trochę szacunku dla mnie i mojej straty, to wszystko.

ludzie

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (508)
zarchiwizowany

#55925

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Do napisania tej historii skłonił mnie artykuł w dzisiejszym wydaniu londyńskiego "Metra". Czteroletnia dziewczynka została pogryziona przez swojego psa, adoptowanego kilka tygodni wcześniej mastifa.
Pierwszą piekielnością, którą chcę opisać jest reakcja ludzi w metrze. Dwie panie były bardzo oburzone, ze matka, chcąca jakkolwiek wyrwać swoje dziecko ze szczęki psa (wielkości małej krowy), złapała za nóż i go nim dźgnęła. Też jestem przeciwna okrucieństwu wobec zwierząt, ale to akurat nie było okrucieństwo, a konieczna obrona.
Druga rzecz to bezmyślna promocja adopcji psów (ba! Doszło już to potępiania kupna rasowych psów od sprawdzonych hodowców) przez wszelkiej maści media i celebrytów. Rozumiem, że mają dobre intencje, ale czasem to sie zwyczajnie nie sprawdza (a smierć małej Lexi to niestety najlepszy dowód), bo przygarniajac psa ze schroniska, nie zna się jego historii ani charakteru. Tylko kupno psa ze SPRAWDZONEJ hodowli może mniej więcej zagwarantować stabilny, zgodny ze wzorcem charakter.
Poza tym, adopcja MASTIFA przy małym dziecku w domu? Nie lepiej jakaś mniejsza rasa, którą w razie czego będzie można łatwiej kontrolować i w razie wypadku obezwładnić?

Tylko dziecka szkoda...

Ludzie i psy

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 12 (118)
zarchiwizowany

#55731

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z czasów, gdy szukaliśmy z mężem mieszkania do wynajęcia.
Jest pewna polska strona internetowa, skupiająca mieszkańców Londynu. Znaleźć tam można wszystko: wiadomości z miasta, kraju i swiata, ogłoszenia o pracę i właśnie nieruchomości. Większość ofert dotyczy tylko pokoi do wynajęcia, ale raz na jakiś czas zdarza sie trafić na mieszkanie, wiec postanowiłam sprawdzić i znalazłam: mieszkanie z jedną sypialnią, dobre położenie i wyglądało na całkiem zadbane. Postanowiłam zadzwonić.

Odebrał facet, który już po swoim "halo" wydawał sie amatorem siłowni, ubrań sportowych i spędzania czasu pod blokiem. Nie należy jednak oceniać po głosie, wiec brnę dalej:
Ja - Dzień dobry, czy to mieszkanie z ogłoszenia jest nadal aktualne?
Facet - No chyba jakby nie było aktualne, to bym nie gadał, nie?
J - Okeeej... To kiedy możemy je obejrzeć? Kiedy panu pasuje?
F - Ale zaraz, zaraz. Najpierw to ja mam kilka pytań. Kto będzie mieszkał w tym mieszkaniu?
J - yyy... No ja...
F - Ale z kim, się pytam.
J - Z mężem.
F - To ile osób?
J - Dwie? (Tu już w głowie kołacze mi stare angielskie przysłowie "what the f*ck".)
F - Pracujecie?
J - Tak, oboje.
F - Ale nie macie dzieci?
J - No nie. Jak już mówiłam, tylko ja i mąż. (W tym momencie już wiedziałam że chcę zakończyć dyskusję, ale zanim zdążyłam podziękować i sie pożegnać, zadał kolejne pytanie.)
F - A nie jest pani w ciąży? Bo wie pani, ja nie chce ludzi na benefitach.

Wtedy stwierdziłam ze to już koniec i nie ma sensu tego dłużej ciagnąć. Zapytałam sie go tylko czy po wynajęciu co miesiąc musiałabym przy nim sikać na test ciążowy, a zanim sie rozłączyłam, to usłyszałam jak mówi do siebie (a może do kogoś?) że jestem "jakaś popier*olona".

Przyjemniaczek...

Wynajem mieszkania

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (49)
zarchiwizowany

#55598

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z dzisiaj. Siedzę sobie na miejscu pasażera w samochodzie na stacji benzynowej i czekam na męża, który wszedł do środka zapłacić za paliwo, gdy nagle otwierają się drzwi i wychyla się jakiś facet. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć zaczyna sie wydzierać (po polsku, a mieszkam w UK):
"Czemu sie przesiadłaś?! Mówiłem ci k*rwa że jeszcze pijany jestem i nie mogę prowadzić!"

Ja skołowana zdążyłam zrobić tylko wielkie oczy i wtedy coś mu zaświtało... Rozejrzał się w lewo, w prawo, spojrzał na mnie i na wnętrze samochodu i, już po angielsku, powiedział: "przepraszam, samochód mam podobny, a dziewczyna też blondynka" i sobie poszedł.

Cóż, może faktycznie lepiej, żeby nie prowadził, bo jego samochód był tego samego koloru, ale innej marki i raczej niepodobny do naszego...

zagranica

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (49)
zarchiwizowany

#47365

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia, którą dodał lordvictor (o scyzoryku MacGyvera), przypomniała mi moją własną. Żeby jednak dobrze oddać dramatyzm sytuacji, w której się znalazłam, muszę napisać troszkę o sobie.

Jestem osobą szczupłą, jednak nie należę do ludzi smukłych z natury - bez zdrowej diety i (przede wszystkim) wielu godzin intensywnych ćwiczeń łatwiej byłoby mnie przeskoczyć niż obejść. Do tego nie jestem fanką ani biegu, ani żadnych sportów, ani tym bardziej ćwiczeń na siłowni (wstydze się ćwiczyć przy ludziach i nic tego nie zmieni), więc znalezienie "tego jedynego" sposobu aktywności fizycznej zajęło mi sporo czasu, ale udało się - DVD z fitnessem! Dzięki temu dokładnie wiem co mam robić, mam spory wybór trenerów i nikt mnie nie widzi:)
Niecałe dwa lata temu miałam szczęście spotkać w Kanadzie mojego idola, guru fitnessu - Shauna T (Jest to autor programów "Insanity" i "Asylum" , które są ekstremalnie trudne i wykańczające, ale dają niesamowite efekty w bardzo krótkim czasie (kolejno 2 miesiące i miesiąc), a sam Shaun T prowadzi je z uśmiechem na ustach, ciągle zachęcając do dalszych prób, motywując i wspierając) z którym zrobiłam sobie zdjęcie (Shaun jest bardzo serdecznym człowiekiem, więc mnie objął)
Za każdym razem gdy miałam kryzys (a chyba każdemu się czasem zdarza), patrzyłam na to zdjęcie i to właśnie ono dodawało mi otuchy i zapału do dalszej pracy nad sobą.

Czemu piszę w czasie przeszłym? Bo kilka miesięcy temu miałam gości i jedna "koleżanka" mi je podarła. Jej argument: "po co trzymasz zdjęcie ze swoim byłym, tym bardziej że masz już męża?". Przyznam szczerze - popłakałam się.

Dodam 2 rzeczy, żeby było "śmieszniej":
1) Mój mąż sam jest fanem pracy Shauna T i zazdrości mi spotkania z nim.
2) Z tego co wiem Shaun T jest gejem.

Nie mogę go zwyczajnie jeszcze raz wydrukować, bo zdjęcie zrobiła swoim aparatem i wydrukowała dla mnie koleżanka, którą poznałam na miejscu, a teraz nie mam z nią żadnego kontaktu. Także przepadło na dobre:(

ludzie

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (477)
zarchiwizowany

#46719

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj w pracy jadłam banana. Tak niefortunnie wyszło, że ugryzłam się w wargę od środka. Ba, ugryzłam to mało powiedziane - ja praktycznie odgryzłam sobie kawałek "mięska". Przez kilka sekund bolało jak jasna choroba, potem ból się uspokoił i zauażyłam że krew lekko cieknie mi z ust. Niby nic poważnego, ale trzeba się ogarnąć, więc wzięłam chusteczkę i zdążyłam pobieżnie wytrzeć dolną wargę, gdy przyszła moja piekielna klientka...

Od wejscia zbombardowała mnie pytaniami dotyczącymi naszego serwisu, a ja musiałam na nie odpowiadać stojąc przy niej jak głupia z chusteczką nasączoną krwią, trzymaną na wardze i czerwonymi śladami na rękach, brodzie i ustach. Dwa razy próbowałam ją przeprosić na pół minuty, by doprowadzić się do porządku, ale za każdym razem mi przerywała.
Gdy zdecydowała się na skorzystanie z usługi, kazałam jej się przygotować (zdjąć buty), a sama skorzystałam z okazji i złapałam za Dettol, by wyczyścić ręce (musiałam to zrobić ze względów higienicznych - praca wymaga dotknięcia specjalnej poduszki, na której klienci kładą swoje twarze). Pani piekielna jak tylko to zobaczyla, zaczęła się skarżyć że zajmuję jej cenny czas i że mam natychmiast rozpocząć sesję.

Jestem w stanie zrozumieć brak szacunku i współczucia dla kogoś, kto jest "tylko" pracownikiem, ale nie mogę sobie wyobrazić co siedzi w jej głowie, jeśli woli mieć kontakt z cudzą krwią, niż stracić 5 sekund...

usługi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (287)
zarchiwizowany

#42076

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Długo się zastanawiałam nad dodaniem tej historii, ale stwierdziłam, że to, co sie stało JEST piekielne i musi zostać napiętnowane.

Pewnie niektórzy wiedzą, że mój mąż jest Pakistańczykiem. Wielu zapewne nigdy mi nie uwierzy, że jest wspaniałym, miłym i sympatycznym człowiekiem, jednak nie przeszkadza mi to, o ile nikt nie próbuje mi wmawiać, że się mylę, a mój wybranek w rzeczywistości jest podłym bydlakiem, tylko tego nie widzę...
I tak przechodzimy do maila, którego dostałam tu, na (nomen omen) piekielnych:

'(...)Uważam, że niektórych kultur nie powinno
sie mieszać. Jeśli chcesz być z Arabem proszę bardzo, nikt ci nie
broni. Ale nie zdziw się, jeżeli pewnego dnia po prostu cię
stłucze i nie będzie w tym widział nic złego.
Z pozdrowieniami,
xxxxx'

Odpisałam, że Pakistańczyk to nie Arab i nie mam zamiaru dyskutować o sprawie z kimś, kto nie ma nawet podstawowej wiedzy geograficznej, że nie obchodzi mnie opinia tej, zupełnie dla mnie obcej, osoby na temat mojego małżeństwa oraz poprosiłam o zaprzestanie grożenia mi moim własnym mężem.

Co dostałam 3 dni później?
'Nikim Ci nie grożę. Ty natomiast zobacz sobie film, chociażby,
"Biała Masajka". Wychodzi na jedno. Arab, nie Arab, to wszystko jest
tak nie niebezpieczne.
Adieu'
Po czym zostałam zablokowana.

No więc po pierwsze: tytuły można sobie mnożyć po obu stronach: ty mówisz 'Biała masajka', ja na to 'Nazywam się Khan',
a po drugie, najważniejsze - ja nikogo nie zmuszam do powielania, ani nawet aprobacji mojego wyboru, ale nie widze też powodu do ukrywania pochodzenia i religii mojego męża, bo to nie jest dla mnie żaden wstyd.
Sama nigdy nie napisałabym takiej wiadomości do nikogo, nie ważne jak odmienny od mojego światopogląd by reprezentował. Tym bardziej, że to absolutnie nic nie zmienia, przecież się po takim liście nie rozwiodę...

piekielni

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (455)
zarchiwizowany

#37676

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie o piekielnej, bardzo piekielnej matce (w sumie to reszta rodziny nie była wcale lepsza, ale skupię sie na niej).

Po przyjeździe do UK, nie zamieszkaliśmy z mężem w mieszkaniu, tylko wynajmowaliśmy pokoje. Drugi, w którym się znaleźliśmy, zamieszkany był przez pewną rodzinę w składzie: babcia z dziadkiem (nie byli staruszkami, na oko jeszcze sporo przed siedemdziesiątką), mama, tata (oboje przed trzydziestką) i ich synek, kóry miał niecałe trzy lata.

Pobyt w tym domu sam w sobie nie należał do łatwych, choćby ze względu na straszny tłok, hałas i fakt, że nie rozumieli do końca, że jak się wynajmuje pokój w swoim domu, to trzeba się troszkę do nowych lokatorów dostosowac (choćby opróżnić pralkę po praniu), ale to wszystko teraz jest nie ważne, bo chcę opisać 'metody wychowawcze' tej, pożal się Boże, matki...

1) Od początku raziły mnie jej krzyki. Wrzask słychać było ciągle, od rana do wieczora, w piątek, świątek i niedzielę. To dziecko chyba nie znało jej normalnego tonu głosu. Krzyczała na biedaka nawet gdy płakał (bo miał koszmar, skaleczył się, czy był chory - kaszlał, wymiotował itd).

2)Bicie. Nie jestem zwolenniczką nawet klapsów, jednak jestem w stanie je zrozumieć. To, co rodzina fundowała małemu, to nie były zwykłe klapsy, a prawdziwe bicie. Nigdy (niestety) za rękę ich na tym nie złapałam, tylko słyszałam jego płacz. Przepraszam, nie płacz - wycie. Wcześniej słyszałam tak wyjące dziecko tylko raz, gdy przebiegałam obok placu zabaw, gdzie jakiś maluch akurat złamał nogę.

3)Straszenie. Chłopiec kiedyś przyszedł do mnie cały zapłakany i wtulił się w moją nogę (akurat byłam w kuchni, robiłam kawę). Zapytałam się go co się stało, ale był tak roztrzęsiony, że nie był w stanie nic powiedzieć. Wtedy z wyjaśnieniem przyszła jego 'mama' i dumna jak paw powiedziała, że był niegrzeczny, to go postraszyła, że przyjdzie potwór i go zje 'kawałek po kawałku'.

4)Mój 'faworyt'. Coś, co sprawiło, że się rozpłakałam, nie mogłam dojść do siebie przez kilka dni, ale też zmobilizowało do działania, bo miesiąc później (po wyprowadzce) złożyłam na nich donos i mieli/mają na głowie lokalny odpowiednik opieki społecznej...
Co takiego zrobiła?
Na moich oczach to głupie babsko zamknęło go w komórce pod schodami (wysoka i szeroka na metr) z wyłączonym światłem. Mały płakał i krzyczał histerycznie przez ten cały czas (3 - 5 minut) a ona sobie spokojnie gotowała. Powiedziałam jej, że ma natychmiast go wypuścić, ale stwierdziła, że mam się nie wtrącać (kluczyk miała przy sobie).
Wyobraźcie sobie jak wystraszony musiał wtedy być (miał przecież tylko 3 latka)! Nie jestem psychologiem, ale myślę, że takie coś może zostawić ślad na całe życie (choćby klaustrofobia), a na pewno na następne kilka lat: koszmary (miał je już wtedy i wcale mu się nie dziwię), moczenie się, czy strach przed ciemnością...

Po tym zdarzeniu już wiedziałam, że muszę zadzwonić po specjalne służby, żeby babsko nabrało rozumu i wiecie co? Nie żałuję.

zagranica/piekielna 'matka'

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (366)