Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mariaaawaria

Zamieszcza historie od: 8 listopada 2019 - 21:55
Ostatnio: 3 października 2021 - 9:19
  • Historii na głównej: 3 z 4
  • Punktów za historie: 322
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 45
 

#88559

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie mam samochodu. Z wyboru, pracuję z domu, mąż ma firmowy, a wszystko blisko. Nie było po co płacić za ubezpieczenie, przeglądy itd.

Dziecko dostało się do państwowego żłobka, 2 km od domu. Wózkiem tam i z powrotem trochę długo, jednak godzina, potem druga, żeby odebrać. Komunikacja nie bardzo jest rozwiązaniem, bo i tak nie dojeżdża w pobliże, więc czasowo byłoby bardzo podobnie. Wybór padł na rower.
Edit., dla osób, które nie potrafią liczyć. Godzinę idę tam i z powrotem do żłobka i wracam do domu. Niestety, nie potrafię się teleportować, ani z dzieckiem, ani bez niego. 20 minut w jedną stronę - 2 km, 20 minut z powrotem - kolejne 2 km. Poza tym dziecko trzeba ubrać w domu, przebrać w żłobku - naprawdę się schodzi.

I jeszcze miesiąc nie minął (w tym tydzień choroby), a już trasę ochrzciłam mianem Pętli śmierci. Ewentualnie "Co dzień ryzykujesz życiem"(jak brzytwa Pana Samochodzika). Przy czym winni są równo piesi, rowerzyści i kierowcy.
Nie dalej jak wczoraj - piekielna mamuśka z dzieckiem w wieku około 3 lata, które jedzie sobie beztrosko ścieżką rowerową, a mamuśka za nim z nosem w komórce. Oczywiście, jak to dzieciak, zatoczył mi się pod koła. Jego szczęście, że jechałam już na pusto i że na przejściu było luźno i mogłam skręcić niemal w miejscu. Z dzieckiem w foteliku na pewno bym nie próbowała, bo skończyłoby się to mało ciekawie.

Dzisiaj za to padł rekord. W okolicy mojego żłobka jest też przedszkole, podstawówka i jakaś prywatna szkoła, więc generalnie zawsze jest gęsto, dużo aut, nikt nie ma gdzie pośpieszyć, ale to też utrudnienie, bo kierowcy sfrustrowani staniem zwykle udają, że nie widzą rowerzystów i wymuszają na nich pierwszeństwo.

Jadę sobie ścieżką. Ścieżka jest po lewej stronie jezdni. Prawa stała zablokowana, jak zwykle, a kończyła się ścieżką, przejściem dla pieszych i rondem, za którym korek się kończył, bo już były 3 opcje.

Jadę sobie spokojnie i widzę, że jakiś zakamieniały idiota jedzie przeciwległym pasem (czyli lewym). O co mu chodzi? Żadnej bocznej tu nie ma, tylko wyjazd ze szkoły. Nie wyprzedzi, bo nie ma się gdzie zmieścić, do ronda jeszcze z max 7 samochodów, więc od 3 minut stania nie umrze, a chyba nie ma zamiaru wjechać na rondo pod prąd? Nie, pan nie miał takiego zamiaru. Dmuchnął mi za to znienacka przed nosem, wjeżdżając właśnie w ten wyjazd, czyli całkowicie pod zakaz. Tamże wysadził pod szkołą synunia. Takiego góra 16 lat i ze 175 cm wzrostu i... pojechał dalej pod prąd, wymuszając pierwszeństwo na jadącym prawidłowo kierowcy.

Biedny synunio, najwidoczniej nigdy nie musiał jeszcze samodzielnie dojść do szkoły i gdyby tatuś wysadził go po tej prawej stronie, to musiałby sam przejść jakieś zawrotne 50-100 metrów do przejścia, pokonać je i jeszcze drugie 50 metrów do budynku szkoły. Zapewne nigdy jeszcze nie próbował. Kto wie, może by go to zabiło... Może za jakieś 2-3 lata spróbuje, w końcu będzie już pełnoletni.

Boję się myśleć, co zobaczę jutro...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (123)
poczekalnia

#88481

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kultura osobista. Chyba.
Ewentualnie przyjaźń?

Mam kumpelę od ok. 30 lat.
Od lat ok 10 mieszkamy w różnych miastach, może nie na dwóch różnych końcach Polski, ale dość daleko, by się widywać średnio raz w roku. Zostaje telefon.
Ponadto ja poszłam drogą masochistyczną (mąż, dzieci), a ona hedonistyczną (kot). No i wszystko było ok aż... Ostatnio kilka razy z rzędu w trakcie rozmów telefonicznych zaczęła się rozłączać.
Za pierwszym razem myślałam, że wysiada z tramwaju, a wiem, że czasem leci na przesiadkę, ale potem...

Za drugim była w domu, ale i tak wyglądało to mniej więcej tak, że rozmawiamy, rozmawiamy i nagle: "no to cześć", "no to pa". Za trzecim razem po takiej akcji już skumałam, że właśnie przyszło moje dziecko po coś i mu odpowiedziałam. Gwoli ścisłości - nie wyło, nie darło japy, nie próbowało gadać, tylko przyszło po pomoc w otworzeniu musu jabłkowego. Odtworzyłam sobie w głowie i faktycznie za każdym razem mogło być tak, że kiedy się rozłączała, to byłam z dzieciakami. Więcej, jak się umawiałyśmy na telefon, to tylko wtedy, kiedy miała pewność, że małe są w przedszkolach albo po nie dopiero jadę co oczywiście staram się uwzględniać, bo ja też nie lubię dodatkowego akompaniamentu, ale czasem masz się ochotę wygadać w tym, konkretnym momencie.

Wychodzi więc na to, że rozłącza się za każdym razem, kiedy są ze mną moje dzieci. I przyznam, że oczywiście rozumiem jej prawo do niechęci do obcowania z dziećmi, ale ja nie mam zamiaru swoich kneblować i wiązać albo specjalnie wychodzić z domu, żeby porozmawiać. A ponieważ jedno ma 3 a drugie 5 lat, to... trochę jeszcze potrwa, zanim pogadamy bez ich obecności.
Nie wiem, może ja przesadzam, ale dla mnie to zachowanie poniżej poziomu.

"przyjaciele"

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (77)

#88158

(PW) ·
| Do ulubionych
Logika pracodawców nigdy nie przestanie mnie zadziwiać.

Dział pewnej niezbyt dużej firmy, mniejsza o to jaki.
Szef/szefowa zwalnia dziewczynę, praktycznie dyscyplinarka, której stanowisko nie jest może managerskie, ale ma ogromne znaczenie dla działania firmy i obrotów. Taki killer obrotów, ekspert znajdowania kontrahentów i syrena do wabienia klientów. Bywa.

Co powinien zrobić pracodawca?
a) jak najszybciej znaleźć kogoś o pożądanych kompetencjach, posiadanych w wystarczającym stopniu, żeby nie dopuścić do spadku jakości pracy
b) przebierać w kandydatach jak w ulęgałkach, a zadania ważnego ogniwa przekazać laseczce tuż po stażu, bo młoda i ambitna, niech się uczy.
c) wybrać opcję b i jednocześnie mieć pretensje, że wszystko nie idzie tak, jakby te zadania były robione przez kompetentną osobę
d) wybrać opcję c, ale ostatecznie i tak wylądować w punkcie a, bo zatrudniony nowy killer to taki ledwo killerek.

Tak, zgadliście. Zamiast zatrudnić przeciętną, ale kompetentną osobę, która w razie czego się douczy, zadaniami killera obarczając stażystkę, która własną robotę ledwie ogarniała i była wiecznie spóźniona, przez ponad pół roku szukano mega killera, a wylądowano z mini-killerkiem, do douczenia.

A czemu o tym piszę? Bo dotyczy to mojego działu i właśnie przypadło mi zadanie stworzenia raportu półrocznego. Dane za 5 miesięcy już są i co? No generalnie kicha. A czyja wina?
Bynajmniej nie przełożonego, tylko bogu ducha winnej stażystki i w sumie to całego działu, bo nie dowiózł wyniku...

praca

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (160)

#85570

(PW) ·
| Do ulubionych
Albo mam piekielnego ubezpieczyciela albo jestem głupia. Sama już nie wiem.

Ubezpieczyłam mieszkanie. Dokładniej jakiś rok temu je doubezpieczyłam, bo mamy polisę do kredytu, ale ona - jak wiadomo - jest cedowana na bank.

Podeszłam do sprawy zadaniowo, bo na górze mam nieciekawe sąsiedztwo. Tym bardziej, że tak jakoś wyszło, ale to moje pierwsze doświadczenie z ubezpieczeniem (nie mam auta, więc nawet OC mnie ominęło). Starałam się wziąć pod uwagę wszystko. I szkło, i zalanie, i powódź... Doczytałam się też na mądrych (chyba) forach, że jeśli zależy człowiekowi na dobrej polisie, to musi zadbać, aby była w niej ujęta wartość odtworzeniowa. Czyli, o ile ja to dobrze rozumiem, żeby nie było tak, że jak mi się zepsuje lodówka, którą kupiłam rok temu za powiedzmy 1000 PLN, to mi powiedzą, że tu amortyzacja, tu cośtam i łaskawie rzucą mi 400 PLN, za które - bądźmy szczerzy - mogę kupić 1/4 lodówki, zwłaszcza w obliczu szalejącej inflacji.

2 miesiące temu zepsuła mi się płyta indukcyjna. Ukruszyła, dokładniej mówiąc, czyli nie pękła, tylko jakby odpadł róg. Złapałam numer polisy jak diabeł dobrą duszę, zrobiłam fotki, machnęłam opis, co i jak, po co i dlaczego. Dodałam model, serię itd. płyty, załączając nawet zamówienie online. Płyta nie była jakiś szał ciał i dzikie węże, w 2017 roku kosztowała 700 zł, teraz zdrożała na 999 zł. I dokładnie takiej kwoty oczekiwałam, w końcu miałam dostać wartość odtworzeniową. Jakież było moje zdziwienie, jak dostałam ekspresową (w sobotę, a zgłoszenie z piątku) odpowiedź, że szkoda uznana, na podane konto przeleją mi 603 zł. Ki diabeł? Ani cena zakupu, ani wartość odtworzeniowa.

Na moje uprzejme zapytanie, skąd taka kwota, odpisali mi, że jest to suma, za jaką powinnam być w stanie naprawić płytę, bo uszkodzeniu uległa tylko ta wierzchnia warstwa szklana.

I teraz nie wiem, czy ubezpieczyciel robi mnie w bambuko, czy to ja byłam głupia, bo nie brałam pod uwagę naprawy, czy nadal ubezpieczyciel robi mnie w bambuko, bo w jedynym sklepie online, gdzie znalazłam taką płytę koszt to od 404 do 1400, a w serwisie powiedzieli mi 80 zł za "diagnozę" i 100-120 za montaż. A przecież jeszcze potem elektryk musi podbić gwarancję... Czyli nijak mi nie wychodzi, że się w 600 zł zmieszczę.

ubezpieczyciel

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (91)

1