Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Juannita

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2015 - 8:48
Ostatnio: 7 stycznia 2017 - 13:31
  • Historii na głównej: 6 z 8
  • Punktów za historie: 1449
  • Komentarzy: 6
  • Punktów za komentarze: 0
 

#76584

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem na etapie kupna mieszkania. A w związku z tym wyborem mebli kuchennych, które są jednym z większych wydatków. Po odrzuceniu ofert firm indywidualnych, postanowiłam spróbować półgotowców, czyli mebli na wymiar z sieciówek meblarskich.

Zabrałam męża i ruszyliśmy na obchód. Zaczęłam od tanich szwedzkich mebli, które okazały się wcale nie takie tanie. Ale to właściwie finisz tej historii, a po drodze wyglądało to tak:

Mimo że zaznaczyłam na początku, że mój budżet nie jest zbyt wysoki, pani "doradczyni" uparcie albo wcale nie pytała mnie o zdanie, albo przemycała drogie rozwiązania, albo w ogóle nie próbowała znaleźć tańszej alternatywy. Efektem czego dostaliśmy propozycję:
- 2 szafek narożnych (kuchnia kształt U") z karuzelami i innymi bajerami, za miliony złotówek, bo to najlepsza opcja i chyba nie chcemy, żeby nam się miejsce marnowało
- szafek z milionem szuflad, oczywiście typu coś tam, co kosztuje 2x tyle co ten drugi (ale to doczytałam dopiero w domu)
- okapu i z rurą i z filtrem (zdaje się, że potrzebne jest tylko jedno)
- górnych szafek o wysokości 100 cm, gdy na początku wyraźnie zaznaczałam, że góra 80 cm, bo nie chcę mieć klaustrofobii, a będę miała osobną spiżarkę
- "średniej klasy" AGD, w cenach oderwanych jak dla mnie od jakości.

Całość jedyne 16 tys., a i to jeszcze bez oświetlenia (dodatkowe 970 zł) i zdaje się, że bez kilku "zaślepek", bo ich nie było w systemie. Szafki bezuchwytowe, na szczęście, bo stanęlibyśmy na 20 pewnie ;)

Następnego dnia udaliśmy się z mężem do konkurencji, mniejsza z tym gdzie, bo to nie reklama, imo podobna półka cenowa. No i okazało się, że można jednak brać pod uwagę życzenia i budżet klientów: w szafce narożnej przecież może być zlew, a w ogóle to może być też normalna szafka "80-tka", bo ta przestrzeń pod zlewem i tak się marnuje. Szuflady - owszem, cargo się zmieściło, wysokość szafek wiszących można jednak uzgodnić, a sprzęt do zabudowy może kosztować średnio 1/3 mniej. Ogólna wycena wyszła z oświetleniem, ze wszystkimi zaślepkami i cokołami niespełna 7 tys. plus AGD w opcji ok 4,5 tys.

Ja oczywiście rozumiem, że "doradca" w sklepie to jak w banku, ma własny interes, prowizje itd., ale czegoś jednak nie rozumiem. W końcu urządzanie mieszkania to nie tylko kuchnia, ale i masa innych pomieszczeń, których wydy...many klient nie kupi. Aczkolwiek molochowi widać wszystko uchodzi na sucho, bo mają taki przerób, że co im jeden statystyczny Kowalski.

sklepy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (Głosów: 207)

#75542

(PW) ·
| Do ulubionych
To, że szajba rodziców na tle dzieci, może przyjąć monstrualne rozmiary, to mnie nie dziwi, ale żeby obcych ludzi?

Jadąc tramwajem, bezczelnie zajęłam miejsce siedzące i pogrążyłam się w lekturze, wychodząc z założenia, że jak ktoś coś, to poprosi.
Po kilku przystankach słyszę:
- Może być wstała i ustąpiła dziecku?!

Tyradę wygłosiła stojąca nieopodal pani ok. 55-60 lat, ale ja 3 z przodu mam już dawno i na swój wiek wyglądam. Nic to, rozejrzałam się, gdzie to dziecko, bo ona nie holowała żadnego.

Patrzę, stoi za mną facet z synkiem, lat ok. 7. Szybko powiedział, że nie trzeba, bo mają do przejechania tylko 2 przystanki. Wzruszyłam ramionami i pozostałam na miejscu. Pewnie mogłam ustąpić kobiecie, ale jak chciała usiąść, to mogła powiedzieć.

A co do ustępowania miejsca 7-latkowi mogę powiedzieć to samo, co o noszeniu przez babcie (mamusie) plecaków wnuczkom:
Toż to debilne!

komunikacja_miejska

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (Głosów: 258)

#74721

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapragnęłam kupić nowe buty biegowe, niby nic zdrożnego, ale przypomniało mi się, jak ten proces przebiegł (nomen omen) ostatnim razem.

Upatrzyłam w sklepie oficjalnego przedstawiciela Nike (o nazwie "dla profesjonalistów") niesamowicie przecenione buty, tyle że starszy model. Powiedzmy aktualny był 18, a ja znalazłam 16. Cena 160 zł, przecenione o 70%, więc okazja niewąska. Kto biega, ten wie. Zapłaciłam kk od ręki i czekam, już marząc o pierwszym biegu w tych cudach. Niestety, nie było mi dane. Od tego momentu bowiem zaczęła się długa seria wtop.

1. "Nikt nic nie wie"
Butów nie ma, bo nie. I nie będzie, a ja mogę sobie wybrać inne (ceny wyższe średnio o 50 zeta) albo dostać zwrot pieniędzy. W cywilizowanych krajach sprowadziliby mi takie same z siedziby Nike nawet ze stratą, ale nie w Polsce. Tutaj nawet głupiego przepraszam nie usłyszałam.

2. "Rekompensata"
Firma nie starała się w żaden sposób załagodzić przykrego wrażenia, znalazłam inne buty, ale już sporo droższe - kosztowały ok 230 zł, spytałam zatem, czy nie mogłabym dostać jakiegoś rabatu. Ależ oczywiście, że mogłabym - 30% na NIEPRZECENIONE modele. Najtańsze nieprzecenione buty w moim rozmiarze - 399 zeta, czyli po zniżce 280 zł. TAK, nie dość, że nie dostałam butów, które sobie wybrałam, to mogłam przepłacić JEDYNE 120 zeta, żeby kupić inne. A przypominam, że poprzednie były przecenione o 70%, więc taki rabat to sobie można w buty włożyć

3. "Ale o co chodzi?"
Dokładnie po 7 dniach od złożenia zamówienia i 5 dni po otrzymaniu zwrotu na kartę z serwisu dostaję wiadomość, że nie opłaciłam zamówienia, więc mi uprzejmie przypominają. WTF?!! Niemal podskoczyłam z radosci, że może jednak są, dzwonię się dopytać. Reakcja? Och, proszę się nie przejmować, to tylko system tak sobie. Taki błąd malutki, się status transakcji nie zmienił, bla bla.

No, jak widać mocno tak sobie, bo burdel mają nieziemski. A reklamy z ofertą promocyjną nadal na portalu biegowym. Pożaliłam się zatem, że było jak było, a firma "dla profesjonalistów" postanowiła ugasić pożar benzyną, oznajmiając:

4. "Ale to wszystko wina klientki"
Odpowiedź sklepu na forum była naprawdę kuriozalna, gdyż, jak się okazało:
- w ogóle to błąd się może zdarzyć i o co chodzi? Były buty a może nie było, a wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
- status transakcji nie został zmieniony, gdyż UWAGA "klientka się domagała wszelkich informacji na piśmie, powodując zamieszanie" - ja bym najchętniej nie oczekiwała żadnego maila, pominąwszy ten z numerem nadania przesyłki, ale ponieważ było inaczej... Może to i przesadna ostrożność, ale na podstawie wiadomości telefonicznej nie podejmuję ŻADNYCH decyzji, bo potem się okaże, że oddałam nerkę albo co ;) A tak serio - skoro firma ma bałagan w swoim systemie na stronie, a także w powiadomieniach, to mam im wierzyć na słowo???

Tym sposobem butów u nich nie kupiłam, zagłosowałam nogami i poszłam do konkurencji. Ciekawe tylko, czy rabat jeszcze obowiązuje ;)

sklepy_internetowe

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (Głosów: 258)

#73255

(PW) ·
| Do ulubionych
Trudno, niech będzie, że jestem piekielna i mam odpieluchowe zapalenie mózgu, ale...

Mam niespełna roczne dziecko, które jeszcze nie chodzi. Na placu zabaw jeśli się nie huśta, to stoi z boku lub puszczam ją pod pachy ze zjeżdżalni razem z maluchami w podobnym wieku lub starszymi, tak do ok 2 lat.

Na plac zabaw, który znajduje się obok domu kultury, kawiarni i biblioteki, wparowała dzika orda młodszych nastolatków. Na oko 6 klasa SP, może 1 gimnazjum. Jakieś 15 sztuk. Za najlepszą zabawę na świecie uznali "ganianego po wszystkim", tj. zjeżdżalniach, konikach itd. Kilka razy usiłowałam im zwrócić uwagę, ale nie działało, dzieci się nam wystraszyły, zaczęły płakać, bo nie miały się gdzie bawić, więc po ok. 10 minutach postanowiłam się z dzieckiem ewakuować, jedna czy dwie panie zrobiły to samo, bo nie było po co tam stać. Zanim się zebrałam, orda zniknęła, ale ponieważ miałam jeszcze w planie zakupy, poszłam.

Traf chciał, że na przejściu dogoniłam klasę z... cudem zapewne odnalezioną nauczycielką. Zapytałam, czy ona zdaje sobie sprawę z tego, co te dzieciaki wyprawiały na placu zabaw.
Nauczycielka (N) wzruszyła tylko ramionami.
JA: Zadałam pani pytanie.
N: Oj, ale co się pani czepia.
JA: Bo to pani powinna była sprawować nad nimi nadzór i się nimi zajmować, w końcu to nie do moich obowiązków należy wychowywanie cudzych rozwydrzonych bachorów i pilnowanie, by nie zrobiły sobie i innym krzywdy.
N: Tylko nie bachorów, to są dzieci.
JA: Dzieci to zostały przez nich wystraszone! Tak, tamto to były dzieci. A to może ewentualnie byliby uczniowie, gdyby znajdowali się pod opieką nauczycielki, czyli z definicji kompetentnej osoby, która wie na czym polegają jej obowiązki, a nie pije sobie kawkę w kawiarni i pali papieroska.

Wiem, że byłam piekielna, ale do furii doprowadza mnie świadomość, że gdyby coś się stało w czasie tych dzikich wyścigów, zwłaszcza któremuś z małych dzieci, to z powodu zaniedbania* nauczycielki.
I wcale nie mniej mnie wkurza to, że ponieważ jej nie chciało ruszyć się czterech liter i zapanować nad klasą, to małe dzieci zostały wygnane z placu zabaw. Może nie jest to największa trauma na świecie, a w obliczu głodu w Afryce jestem małostkowa i niech będzie, że tak, mam odpieluchowe zapalenie mózgu.

*Ponieważ nauczycielki przy uczniach nie było, naruszyła obowiązek zapewnienia uczniom bezpieczeństwa, za co mogła być nawet pociągnięta do odpowiedzialności dyscyplinarnej - gdyby wpłynęła np. skarga do szkoły, albo karnej w razie wypadku.

szkoła plac_zabaw

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (Głosów: 296)

#72130

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść pt. "Jak zostać sponsorem pobytu w domu opieki kompletnie obcego ci człowieka, czyli państwo prawa w całej okazałości".

Z góry ostrzegam, że wstęp będzie długi, bo piekielność wynika z wydarzeń dawnych i z głupich przepisów.

Mąż mój miał babcię, powiedzmy Wiesię, która m.in. miała trzech mężów. Po trzecim ślubie nie wiedzieć po co sprzedała jedno mieszkanie, żeby kupić inne, a ponieważ wyszła już za mąż, to siłą rzeczy mieszkanie za jej kasę należy do obojga małżonków. Testamentem przekazała 1/3 mieszkania swojej jedynej córce, a mojej teściowej, resztę mężulek, nazwijmy go Stasio, miał zgodnie z wolą p. Wiesi także przepisać na teściową. Jednak w międzyczasie podupadł na zdrowiu (demencja), a w łaski wkradł się bratanek i to on znalazł się w testamencie. Z rodziną męża był już p. Staszek zatem skłócony i w efekcie go nawet nie poznałam.

Moja teściowa, też już niemłoda, nie mając co zrobić z tą 1/3, bo nie było jej stać na wykup reszty, a Stasiek ani myślał kupować jej część, bo i tak tam mieszkał, problem w darowiźnie przekazała nam. Tymczasem demencja Staszka pogorszyła się na tyle, że zabrano go do domu opieki.
Jak dla nas sytuacja się nie zmieniła, bo teoretycznie mieliśmy prawo tam mieszkać, praktycznie - wiązałoby się to z przeprowadzeniem generalnego remontu cudzego jednak w większości mieszkania, które nie było chyba nawet malowane od wczesnego Gierka. Wynająć się nie dało, bo jw., sprzedać też nie, bo bratankowi się wydawało, że nie wiadomo jakie kokosy jest warte, czekając na frajera czynsz opłacał zatem sam z emerytury Staszka. Nas też na wykup nie było stać i wynajmowaliśmy kawalerkę.

Gdzie piekielność? Jako współwłaściciele mieszkania dostaliśmy pismo z domu opieki, a w nim: "bla bla ponieważ pan Stanisław posiada nieruchomość, a gmina dopłaca do jego pobytu, powinien przede wszystkim wykorzystywać środki własne bla bla.
W związku z czym prosimy o udzielenie wyjaśnień dotyczących sposobu wykorzystania nieruchomości POD KĄTEM PARTYCYPOWANIA W KOSZTACH POBYTU PANA..., miesięczne koszty(wyliczenie z czego to wynika) wynoszą 2592 złote ".

Stanęliśmy zatem przed wyborem:
-Płacić prawie 2600 zł miesięcznie za pobyt w domu opieki obcego nam człowieka (jakbym miała tyle do wydania lekką ręką, to kupiłabym dom)
-Zrobić na własny koszt remont mieszkania i je wynająć, a całą kasę i tak pochłaniałby dom opieki, podczas gdy my nadal gnieździlibyśmy się w wynajmowanej kawalerce, a wyremontowane mieszkanie odziedziczyłby w 2/3 bratanek Staszka
- Kupić to mieszkanie ze świadomością, że płacimy za coś, co powinno się nam należeć jak psu buda, najchętniej za cenę podyktowaną przez bratanka, który w niczym nie musi partycypować, bo on jeszcze współwłaścicielem mieszkania nie jest.

Słodko prawda? I wszystko w majestacie prawa. Historia w toku, chociaż chyba już na OBY!! szczęśliwym finiszu.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (Głosów: 257)
zarchiwizowany

#68809

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z maja, opisana na moim blogasku...

Liberty Direct, zwane obecnie Liberty Ubezpieczenia, to kolejny przykład firmy, w której nie wie lewica, co czyni prawica. Ani kto korzysta z ich polis i komu przypisują stłuczki. A nawet jeśli to wiedzą, to i tak nie wiedzą.

A dokładniej wygląda to tak – sprzedajesz auto, w ciągu bodaj 10 dni musisz o tym doniosłym fakcie poinformować ubezpieczyciela. I słusznie, w końcu zanim zmieniły się przepisy korzystanie z polisy poprzedniego właściciela mogło spowodować rozbieżności i trudności w ustaleniu autora stłuczki, a tym samym delikwenta, któremu odbierze się zniżki. Wszystkie auta sprzedane, informacje do polisy zgłoszone, potwierdzenia otrzymane, a tu bum tarara – nowy ubezpieczyciel twierdzi, że nowe OC będzie mnie kosztowało przeszło 300 złociszy więcej z powodu rzekomej stłuczki z maja 2012. Konia z rzędem temu, kto pamięta, co robił wiosną 3 lata temu, ja akurat zmieniałam po raz kolejny pracę ;), ale poza tym w moim życiu nie zaszły istotne zmiany. Swoją jedyną stłuczkę pamiętam do dzisiaj, stoi mi w oczach i huczy w uszach. Mąż się nie przyznaje, a metodą żmudnego wyliczania, co i kiedy wychodzi nam, że…. w maju 2012 w ogóle nie mieliśmy samochodu, a jeśli już, to na pewno nie ubezpieczony w Liberty, tylko korzystaliśmy z OC poprzedniego właściciela. Chcąc nie chcąc trzeba było się zabrać do przekopywania papierów, umów, starych polis i czort wie czego jeszcze. I modlić się do Latającego Potwora Spaghetti i wszystkich innych bóstw, żeby to wszystko jeszcze mieć, bo w końcu po cóż mi polisa sprzed kilku lat.

Zapewne dzięki rzeczonych interwencji sił wyższych udało się dokopać do rzeczonych papierów i stwierdzić jako żywo, że ostatni samochód ubezpieczony w Liberty sprzedaliśmy 11 kwietnia 2012, przesłaliśmy zgłoszenie 20 kwietnia, a z powodu nieumiejętności odebrania faxu przez pracowników dawnego LD przesyłałam wszystkie papiery także mailowo. Zadzwoniliśmy zatem do Liberty z awanturą. Dokładniej zadzwonił mąż, i niestety bez awantury, nie wiem dlaczego bez, ja bym zrobiła, ale on ma lepszy charakter ;). I co – i konsultant na infolinii potwierdził, a jakże, że takie zgłoszenie mają, wszystko się zgadza, nie ma się czym martwić. Jak to nie ma się czym martwić?!!! Może wpisem z maja, że to nam przypisano stłuczkę? A także tym, że pomimo poprawnego zgłoszenia sprzedaży samochodu, które mają zresztą w systemie, wpisują co im się żywnie podoba, a później człowiek musi się prosić, wysyłać, prostować i udowadniać, że nie jest wielbłądem? A także tym, że to teraz my (a nie jakiś niekompetentny idiota) musimy się użerać z pisaniem reklamacji, czekać na jej rozpatrzenie, a potem prosić nowego ubezpieczyciela, aby łaskawie uwzględnił, że podobnej szkody z naszego ubezpieczenia nie było?

Happyendu nie było, bo pomimo swojego ewidentnego błędu Liberty Ubezpieczenia poinformowało nas, że ma 30 dni na ustosunkowanie się do reklamacji. I kij nam w rzyć. OK, uwinęli się w 2 tygodnie, ale i tak ta niekompetencja i tryb jej naprawy jest co najmniej piekielny.

uslugi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (Głosów: 134)

#66786

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielnych historii ciążowych mam - jak pewnie większość "cieżarówek" sporo, ale ta mnie wyjątkowo najpierw wkurzyła, a potem rozbawiła.

29. tydzień ciąży + lato zwykle oznacza okres obrzęków i puchnięcia stóp. Ponieważ żywiołowo nie znoszę płaskich butów, z wyjątkiem tych do biegania, większość ciąży przechodziłam w sportowych. W weekend pogoda zmusiła mnie do kupna czegoś bardziej przewiewnego i to na cito, gdyż wybieraliśmy się na działkę. Głupio kupować buty na 2 m-ce, no może 3, ale jak mus to mus.

W sobotę z samego rana udaliśmy się z małżonkiem do sklepu. Na wyglądzie mi nie zależało, więc udało mi się dość szybko znaleźć wygodne klapki/sandały na fajnej miękkiej podeszwie, rozmiar - jak dla mnie - dla wieloryba, a tak naprawdę skromne 38. Cena też niezła, w okolicach 90 zł, więc na jednorazowy użytek do przeżycia,

Podchodzę do kasy, ekspedientka pakuje pudełko do siateczki, a razem z nim jakieś 2 spraye. Zdziwiona pytam, czy to jakieś gratisy czy co. Ekspedientka odpowiada, że no przecież nie mogę się obyć bez pianki do podeszwy i specjalnego sprayu do pielęgnacji skóry (jakiej skóry?!), a to razem tylko jakieś 25 zł, więc naprawdę warto. Grzecznie mówię, że dziękuję, nie potrzebuję.
Ekspedientka twardo dopytuje, że no jak to, przecież bez właściwej pielęgnacji to bla bla bla. Bynajmniej nie wyciąga preparatów do pielęgnacji z reklamówki i zaczyna je nabijać na kasę.

Wkurzyłam się wreszcie i tonem zimnej furii odparłam:
- Proszę pani, mam zamiar nosić te buty wyłącznie do końca ciąży i nigdy więcej, więc ich pielęgnacja jest mi doskonale obojętna. Co nie zmienia faktu, że nie muszę się pani tłumaczyć z tego, jak mam zamiar pielęgnować swoje buty i czy w ogóle. Mogłaby Pani wreszcie dać mi zapłacić za to, co CHCĘ kupić?

Transakcji dokończyłyśmy obie bez słowa.

Po namyśle - wychodzi na to, że nie dość, że to ja byłam piekielna, to jeszcze utwierdziłam wszystkich w sklepie w mniemaniu, że kobietom w ciąży hormony rzucają się na mózg, ale co poradzę? No nie znoszę, jak mi się coś wpycha na siłę i już.

sklepy

Skomentuj (87) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 433 (Głosów: 615)
zarchiwizowany

#66855

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia ciążowa, mniej piekielna, więcej śmieszna.

Jak wiadomo jest gorąco, dla ciężarówki zwłaszcza, więc na spacery wychodzimy tak bliżej 21. Wracamy ok 22:30 z dość długiej przechadzki, a tu pod domem niemal szanowny małżonek postanowił nabyć sobie piwo, jako lekarstwo na upał. Niech będzie. Sklepy już zamknięte, z wyjątkiem całodobowych alkoholi.

Przed małżonkiem jakieś małżeństwo w okolicach 45 lat, ja stanęłam w a'la przedsionku. Wychodząca niewiasta zmierzyła mnie wzrokiem, ale wyszła bez słowa. Nie musiała nic mówić, wzrok był więcej niż wymowny. Mąż nabył szalone ilości alkoholu w postaci jednej puszki piwa i wychodzimy. Tuż pod sklepem mówię
- Wiesz co, Kocie, następnym razem bądź uprzejmy sam iść po swoje piwo, bo się poczułam jak jakaś patologiczna rodzina.

- No właśnie, ja to się nawet zastanawiałam, że nie wyglądają Państwo, a tu kobieta w ciąży w alkoholowym, więc o co chodzi - dobiega głos pani, która przed chwilą wychodziła, a która coś jeszcze upychała w torebce, pewnie portfel.

Uf... co za ulga, że książę małżonek faktycznie wziął tylko jedno piwo, bo jeszcze by nasłali na nas opiekę społeczną, księdza proboszcza i kto wie, kogo jeszcze ;)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (Głosów: 22)

1