Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

PluszaQ

Zamieszcza historie od: 14 lutego 2017 - 16:53
Ostatnio: 23 listopada 2017 - 9:53
  • Historii na głównej: 18 z 20
  • Punktów za historie: 3298
  • Komentarzy: 38
  • Punktów za komentarze: 253
 
poczekalnia

#80763

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zima zaskoczyła... kierowców.

Od kilku dni temperatury na poziomie 3-4 stopni na plusie. Rano 0 albo ciut ponad, więc to chyba najwyższa pora, żeby zmienić opony. Po dzisiejszym dniu, stwierdzam, że nie dla wszystkich.

W nocy popadało, chwycił mróz. Więc rano po drodze jeździło się jak po lodowisku. A na letnich, to już w ogóle samobójstwo. Na odcinku 10 km naliczyłem 8 aut w rowie. Tutaj nie oceniam. Może kogoś ściągnęło z drogi, zarzuciło, nie wiem, nie wnikam. Chociaż obstawiam, że część pewnie jeszcze nie zdążyła opon zmienić.

Ale szlag mnie chciał trafić, jak widziałem geniusza na letniakach, próbującego wjechać na wzniesienie. Oczywiście bez rezultatu. Sznurek samochodów za nim, korek z każdą minutą coraz dłuższy, ale on dalej walczy, pali opony na tym lodzie.

W końcu kilku kierowców przede mną się wkurzyło, podeszli do niego, zaproponowali, że zepchną samochód na pobocze, żeby ruch udrożnić. Co na to sam zainteresowany? Chyba duma nie pozwoliła mu na przyjęcie propozycji. Członki i panie lekkich obyczajów sypały się jak z rękawa. Narzekanie na drogowców(fakt, droga mogłaby być lepiej odśnieżona), innych uczestników ruchu, pogodę, cholera wie co jeszcze, bo nie do końca usłyszałem.

Koniec końców faceta postraszyli policją, ktoś tam, wydawało mi się, że chyba nawet dzwonił albo udawał i samochód po 15 minutach udało się zepchnąć i ruch odblokować.

PS. Skąd wiem, że facet jechał na letnich? Bo mijając jego auto widziałem doskonale piękny łysy bieżnik jego gum. Dla mnie strach byłoby latem na takich jeździć, a co dopiero w zimę...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (74)

#80541

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszystkich Świętych, w założeniu święto, w którym każdy powinien się się wyciszyć. I jak to mawia ksiądz z parafii moich rodziców, ilość czy wielkość zniczy, które postawimy na grobach naszych bliskich nie ma znaczenia. Ważna jest pamięć i modlitwa.

A propos wyciszenia. Nie znaczy to, że skoro w tę środę każdy będzie starał się wyciszyć, to w dni poprzedzające mamy to nadrabiać chamstwem i awanturami. M.in. taką, jaką widziałem dzisiaj w markecie.

Pojechałem po jakieś składniki do ciasta, które narzeczona chciała upiec, a wyszedłem z przeświadczeniem, że gatunek ludzki, zamiast ewoluować i wypierać złe, a nabywać dobre cechy i nawyki, po prostu się uwstecznia. Bo jak inaczej można nazwać sytuację, gdzie dwie kobiety w sile wieku toczą regularną wojnę o głupi znicz, ostatni, jaki został na regale? I nie była to zwykła wojna na słowa, o nie.

W ruch poszły pięści, torebki, parasolka. A oprócz ofiar w ludziach, konkretniej awanturujących się kobietach, panie przy okazji rozbiły kilka zgrzewek mniejszych zniczy, stojących obok.

Więc tak wspominając filmiki, które widziałem na YT, gdzie ludzie walczyli o karpia czy przecenione torebki, dochodzę do wniosku, że do tego co było dzisiaj, to się one w najmniejszym stopniu nie umywają.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (100)

#80453

(PW) ·
| Do ulubionych
Tyle się mówi o pieszych na drogach. Nawet ostatnio w tv jakaś akcja na ten temat jest prowadzona. Ale do niektórych jak grochem o ścianę.

Wracam z pracy. Dojeżdżam do miejsca, w którym jakiś czas temu miałem kolizję. Pali się czerwone, stoję grzecznie. Przede mną gość z prawym kierunkiem. Wskakuje mu warunkowa i rusza. Ujechał może 10 metrów i walnął w kogoś na pasach. Pieszy akurat miał zielone, więc to nie było wtargnięcie.

Co na to kierowca? Najpierw wysiadł, myślałem, że po to, by sprawdzić, czy się pieszemu nic nie stało. Ale nie, wyszedł go opier*olić za to, że "miał czelność mu wejść na pasy, kiedy ten skręcał". W dodatku, w ręce miał batona (taką gumową pałkę). Dobrze, że na pasach było trochę ludzi, więc nie doszło tam do rękoczynów, na co się zbierało.

PS. Gość jechał starą betą. Więc stereotypy o burakach w BMW nie biorą się znikąd...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (136)

#80426

(PW) ·
| Do ulubionych
Czym może grozić próba zrobienia przez gminę porządku w mapkach geodezyjnych? Wojną wśród sąsiadów...

Wychowywałem się na wsi, moi rodzice do tej pory tam mieszkają. I odkąd pamiętam, gmina nigdy nie myślała nad tym, żeby zrobić porządek w mapkach. A, że jest bajzel, wiedzieli w zasadzie wszyscy. W końcu nadszedł ten moment i zaczęły się cyrki.

Przyjechali geodeci. Znaleźli bodajże 2 stare słupki graniczne, które wzięli jako punkty odniesienia. Pomierzyli i wyszło, że to co jest na mapkach, a to co jest w rzeczywistości, różni się miejscami o jakieś 3 metry. Niestety, niektórzy postanowili wykorzystać sytuację, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z ogromu problemu. A szczególnie jeden osobnik, wiecznie wojujący z innymi sąsiadami, a ci zza płotu, to już w ogóle mają z typem ciężkie życie.

Ale nie przedłużając, gość dowiedział się, że granica jego podwórka wychodzi około 2,5 metra dalej, niż jest w rzeczywistości, czyli w praktyce, u sąsiada na środku wjazdu. I się zaczęło wojowanie. Że ma się natychmiast sunąć, bo zajmuje jego działkę. Tylko nie wziął pod uwagę jednej rzeczy. Szerokość jego podwórka się zgadzała z mapkami, jedynym mankamentem było to, że granice były poprzesuwane. Więc chcąc zyskać 2,5 metra z jednej strony, musi oddać tyle samo z drugiej.

I w tym momencie pojawił się drugi sąsiad upierdliwego jegomościa. Chyba chciał się odegrać za lata użerania, więc zażądał usunięcia płotu i postawienia go wg mapek. A skąd wiem, że zrobił to celowo? Bo granica wychodzi dokładnie przez środek salonu wspomnianego awanturnika. Więc na ścisłość, musiałby wyburzyć kawałek domu. Albo go jakimś cudownym sposobem przesunąć.

Póki co, dom stoi jak stał, sąsiedzi się nie pozabijali, więc ogłosili tymczasowe zawieszenie broni albo rozważają propozycję gminy. Czyli rozrysowanie nowych mapek w oparciu o aktualne granice działek i wykorzystanie prawa o zasiedzeniu.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (157)

#80293

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy ludzie do tej pory nie przestają mnie zaskakiwać...

Jakieś 2-2,5 roku temu sprzedałem na allegro laptop. Sprzęt wtedy miał już prawie 5 lat, mimo wszystko chodził jak należy. Wyczyściłem go wewnątrz i na zewnątrz, wymieniłem pastę, poszedł format HDD. Kupca znalazłem w zasadzie następnego dnia. Przelew, kurier, pozytyw. Nic nie zapowiadało jakichś problemów. Aż do dzisiaj.

Siedziałem w pracy, pisałem program. Dostałem powiadomienie, że na skrzynce e-mail jest nowa wiadomość. Otwieram, czytam i chwilę później zbieram szczękę z podłogi. Dostałem coś takiego:

"Witam

Jakieś 2 lata temu kupiłem od Pana laptop. Działał jak należy, ale kilka dni temu coś się przy nim popsuło. Nie włącza się, wydaje jakieś dziwne dźwięki. W związku z tym, chcę go oddać do Pana na gwarancję. Sprzęt wysłałem dzisiaj rano kurierem za pobraniem, na adres, który widnieje na Pana koncie na Allegro. Przypominam, że na naprawę ma Pan 14 dni roboczych. Mimo wszystko liczę, że szybciej się Pan z tym uwinie.
Poniżej przesyłam adres, na który proszę odesłać naprawiony laptop

Pozdrawiam".

I tak się zastanawiam, czy to jest po prostu głupi żart, czy ktoś faktycznie liczy, że po 2,5 roku naprawię mu zepsuty laptop? Gdzie nawet sklepowy serwis daje gwarancję 2-letnią...

kupujący z Allegro

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (194)

#80208

(PW) ·
| Do ulubionych
Studenciaki się przeprowadzają, a mnie naszło na wspominki tych wspaniałych czasów.

Wynajmowaliśmy mieszkanie w 4 osoby. Każdy miał osobny pokój. Fakt, pokoje były małe, ale każdy miał swój własny kąt, więc nie było problemu z prywatnością.

Kwestie sprzątania części wspólnej załatwiliśmy od razu. Rozpisany grafik, każdy miał dyżur przez tydzień.

Problematyczny okazał się jeden z moich współlokatorów. Najpierw sprzątać nie chciał, buntował się niemiłosiernie. Wiecznie wymówki, uciekanie od obowiązków, były nawet sytuacje, że potrafił wychodzić najwcześniej, a wracać najpóźniej, tak, by nikt go nie był w stanie złapać w ciągu dnia.

Potraktowaliśmy go szantażem. Płaci 3 dychy za każdy olany tydzień swojego dyżuru i my możemy sprzątać za niego albo bierze się do roboty. O dziwo poskutkowało.

Do czasu, aż nie odkryliśmy na jakiej to zasadzie działało.

Otóż, mój współlokator do sprzątania wspólnej części naszego mieszkania zaangażował swoją dziewczynę. Pewnie by się do nie wydało, ale w któryś dzień, podczas jego tygodnia dyżurowania, wpadłem na gwałt po notatki do mieszkania. I zastałem jakąś nieznaną mi pannę, która czyściła nasz kibel. A mój współlokator w najlepsze napieprzał w coś na kompie.

2 tygodnie później chłopak się wyprowadził, bo niestety, ale rozniosła się fama wśród jego znajomych, że gość ma dwie lewe ręce i nie potrafi nawet głupiego kibla umyć. Poza tym, tłumaczył się właścicielowi, że naśmiewamy się z niego i wprowadzamy niezdrową atmosferę w mieszkaniu.

PS. Mi osobiście była rybka, kto sprzątał. Czy on, czy jego dziewczyna. Ale osobiście, w życiu bym w ten sposób nie postąpił.

współlokator

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (191)

#80049

(PW) ·
| Do ulubionych
Ach ci Janusze biznesu...

Po wczorajszym rodzinnym spotkaniu nie mogę zrozumieć, jak można było wpaść na tak "genialny" pomysł.

Wujkowi (mężowi mojej chrzestnej, u której wspomniana impreza była) umyślało się zakładanie firmy. Ale nie byle jakiej. Chce otworzyć małe centrum obróbcze, czyt. kupić frezarkę i na niej robić formy odlewnicze. Na dokładnie takiej samej zasadzie, jak firma, w której pracuje. Oczywiście głównym ogniwem spajającym całe przedsięwzięcie mam być ja. Bo mam wiedzę, doświadczenie, znam rynek (guzik prawda, bo praktycznie mnie on nie interesuje), mam pieniądzeb(odkładane na ślub w przyszłym roku), a poza tym, dostęp do narzędzi(pożyczka z zakładu na wieczne nieoddanie, lub jak kto woli, zwykła kradzież).

W jego zamyśle miało by to wyglądać mniej więcej tak:
1. Frezarkę kupujemy na zasadzie, że on daje ile może, a ja dorzucam resztę. Co wychodzi w proporcji mniej więcej 1/3 do 2/3, na moją niekorzyść.

2. On udostępnia budynek gospodarczy, taki do kapitalnego remontu, gdzie trzeba zrobić porządną instalację elektryczną, centralne, wodę, wylewki, tynki, poprawić, bądź wymienić wiecznie cieknący dach. O podziale kosztów adaptacji nie wspomniał, ale znając go, nie dałby grosza, bo przecież udostępnia budynek.

3. Narzędzia "pożyczałbym" od siebie z firmy. Pracowalibyśmy na nich do momentu aż nie dorobimy się własnych (znając jego pazerność - nigdy), bądź do momentu aż się nie zużyją. Wtedy następowałaby podmiana na nowe.

4. Kupowaniem materiałów, szukaniem klientów, pisaniem programów, jak również pracą na samej obrabiarce, zajmowałbym się ja. On mógłby robić ewentualnie dowozić stalowe bloki na formy z hurtowni.

5. Przeszkolenie go, tak by sam mógł frezarką się zająć (nie mówię programem), czyli, założyć narzędzia do bębna, uzupełnić chłodziwo, wyprzątnąć wióry i inne czynności, które nie wymagają jakiejś specjalistycznej wiedzy, raczej odrobiny praktycznej, oczywiście w grę nie wchodzi, bo przecież ja to umiem. Więc on nie musi.

Słuchałem jego rozważań przez jakieś 10 minut. A im dłużej to trwało, tym bardziej dusiłem się w sobie ze śmiechu.

Odmówiłem, przy jego ogromnym zdziwieniu i oburzeniu, że jak mogę taki genialny interes zabijać w zalążku.

Z imprezy zwinęliśmy się wcześniej, niż planowaliśmy, bo mieliśmy dość kąśliwych uwag wujka przy częściowym poparciu reszty zaproszonych gości.

Dzisiaj rano zadzwonił, po części z przeprosinami za to, że go trochę poniosło wczoraj, a po części z próbą dalszego przekonania mnie do tego "złotego interesu", jak to zgrabnie określił.

Czy tylko ja mam przeczucie, że z mentalności wujka jeszcze nie wyszła głęboka komuna?

janusz biznesu

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (143)

#79883

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojechaliśmy z narzeczoną na większe zakupy. Stoimy przy kasie, kolejka dość spora. Praktycznie każdy z wózkiem wyładowanym po brzegi, więc i kasowanie każdego klienta jest dość czasochłonne.

W pewnym momencie pada hasło "zapraszam do kasy obok". Nagle Typowy Janusz, że tak gościa kolokwialnie określę, który jeszcze przed momentem stał za nami, rusza w te pędy do nowo otwartej kasy. Ale żeby się nikt przed niego nie wcisnął, zrobił chyba najgłupszą rzecz, jaką można było zrobić. Popchnął wózek przed siebie tak, by dojechał idealnie jako pierwszy, a on za nim by doszedł.

Niestety, jak to w takich przypadkach bywa, cymbał nie wziął pod uwagę jednego, oczywistego faktu. W sklepie są też inni klienci. A wózek, w którym jest zgrzewka cukru (10kg), ze 3 zgrzewki wody mineralnej i trochę innej drobnicy, ważący spokojnie ze 40 kg, może wyrządzić krzywdę.

I jak się pewnie domyślacie, ktoś tym wózkiem oberwał. A dokładniej, na oko 4-letnia dziewczynka, która miała pecha i wyszła akurat zza regału, ciągnąc za rękę swoją mamę.

Rozbita głowa, krew się leje, a facet, jak zorientował się w sytuacji, próbował się bokiem ewakuować. Ale na szczęście kilku klientów dokonało "obywatelskiego zatrzymania" i usadzili kretyna na dupie.

Jak się sprawa potoczyła dalej? Tego nie wiem. Widziałem, jak kasjerka dzwoniła po policję i pogotowie, a matka dziewczynki odgrażała się, że tego tak nie zostawi i zgłosi sprawę na policję

Tylko małej szkoda...

wyścig do kas

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (222)

#79787

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem kilka dni temu telefon z mojego poprzedniego miejsca zatrudnienia. Od byłego kierownika. Pomijając litanię gróźb, obelg, rzucania mięsem pod moim adresem, straszeniem sądami i kilkoma innymi rzeczami, chodziło o to, że przeze mnie, mimo, że nie pracuję tam już ze 2 lata, firma poniosła znaczne straty na narzędziach.

A tak konkretnie. Pisałem kiedyś program dla konkretnej formy odlewniczej, którą ten zakład wykonywał na frezarkach. Pisany był pod konkretną formę i przede wszystkim, konkretny materiał, więc były również do tego dopasowane obroty, posuwy, wymiana narzędzi w bębnie, itd.

Z rozmowy z moim byłym kierownikiem dowiedziałem się, że zmienili rodzaj materiału, z którego te formy są robione. Na trochę twardszy. Taki wybór odbiorcy, nie wnikałem. Tyle, że żaden z technologów nie wpadł na to, by zajrzeć do tego programu i go po prostu w pewien sposób zaktualizować, w oparciu o nowe dane.

Więc poprzednio, gdy szły 2-3 frezy na całą partię (200 sztuk), teraz idzie nawet do 40. Narzędzia łamały się jak zapałki, jednak kierownictwo, zamiast poszukać przyczyny, postanowiło od razu znaleźć winnego. Przypomnieli sobie, że program pisałem ja, dodali dwa do dwóch i wyszło im, że to moja wina.

Byłego kierownika wyśmiałem, na odchodne usłyszał jedynie, że moja odpowiedzialność za te programy skończyła się w momencie, gdy rozwiązaliśmy umowę o pracę.

poprzednie miejsce zatrudnienia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (237)

#79468

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako technolog w zakładzie kuźniczo-mechanicznym. Piszę programy na obrabiarki numeryczne.

Dwa dni temu dostaliśmy zwrot ponad 60 sztuk pewnego elementu zawieszenia do jednej z marek samochodu. Chodziło o otwory śrubowe. Były po prostu za duże.

W takich sytuacjach następuje sprawdzenie całego procesu technologicznego. Począwszy ode mnie, bo to ja pisałem program, przez pracownika fizycznego, który te elementy wykonywał na frezarce, po kontrolę jakości, która je przyjęła do wysłania.

Piekielności pojawiły się dwie.

1. Mniejsza.
Kontrola jakości, chyba z lenistwa, odpuściła sobie sprawdzenia tych konkretnych sztuk, bo były to ostatnie z partii do wysłania. Więc wyszli z założenia, że skoro poprzednie były dobre, to i te takie są. Jak widać, nie były.

2. Duża piekielność.
Pracownik, który te konkretne sztuki wykonywał, wprowadził swoje korekty do programu. Jakim cudem, zapytacie? Nie stanowi to problemu. Bo o ile ja programy piszę w biurze na komputerze i przesyłam bezpośrednio do maszyny, o tyle na panelu sterującym frezarki, można wprowadzać w zasadzie każde poprawki wymiarowe. Więc gość zrobił po swojemu, bo tak w jego opinii powinno być. I na nic się zdały moje argumenty, że konkretne wymiary są wymagane przed odbiorcę.
On uważał, że zrobił dobrze, bo jakaś tam piąta woda po kisielu w rodzinie, ma taki samochód i ponoć z tym elementem zawieszenia są czasami problemy i on doskonale wie, jak temu zaradzić.

Tak zaradził, że firmą dostała ostro po kieszeni, ma do zapłacenia karę za niewywiązanie się z umowy poprzez przysłanie wadliwych sztuk, których nie da się już dalej wykorzystać. Na dodatek na własny koszt musimy im wyprodukować i przysłać nowe.

Nasz sabotażysta stanie przed komisją dyscyplinarną, bo szefostwo nie ma zamiaru tolerować takiej samowolki. I skłaniają się ku temu, by faceta obciążyć kosztami kary, jak i produkcji i wysyłki nowych elementów.

zakład produkcyjny

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (187)