Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

PluszaQ

Zamieszcza historie od: 14 lutego 2017 - 16:53
Ostatnio: 21 września 2017 - 18:19
  • Historii na głównej: 12 z 14
  • Punktów za historie: 2524
  • Komentarzy: 22
  • Punktów za komentarze: 74
 
poczekalnia

#80049

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ach ci Janusze biznesu...

Po wczorajszym rodzinnym spotkaniu nie mogę zrozumieć, jak można było wpaść na tak "genialny" pomysł.

Wujkowi(mężowi mojej chrzestnej u której wspomniana impreza była) umyślało się zakładanie firmy. Ale nie byle jakiej. Chce otworzyć małe centrum obróbcze, czyt. kupić frezarkę i na niej robić formy odlewnicze. Na dokładnie takiej samej zasadzie, jak firma, w której pracuje. Oczywiście głównym ogniwem spajającym całe przedsięwzięcie mam być ja. Bo mam wiedzę, doświadczenie, znam rynek(guzik prawda, bo praktycznie mnie on nie interesuje), mam pieniądze(odkładane na ślub w przyszłym roku), a poza tym, dostęp do narzędzi(pożyczka z zakładu na wieczne nieoddanie, lub jak kto woli, zwykła kradzież).

W jego zamyśle miało by to wyglądać mniej więcej tak:
1. Frezarkę kupujemy na zasadzie, że on daje ile może, a ja dorzucam resztę. Co wychodzi w proporcji mniej więcej 1/3 do 2/3, na moją niekorzyść
2. On udostępnia budynek gospodarczy, taki do kapitalnego remontu, gdzie trzeba zrobić porządną instalację elektryczną, centralne, wodę, wylewki, tynki, poprawić, bądź wymienić wiecznie cieknący dach. O podziale kosztów adaptacji nie wspomniał, ale znając go, nie dałby grosza, bo przecież udostępnia budynek.
3. Narzędzia "pożyczałbym" od siebie z firmy. Pracowalibyśmy na nich do momentu aż nie dorobimy się własnych(znając jego pazerność - nigdy), bądź do momentu aż się nie zużyją. Wtedy następowałaby podmiana na nowe.
4. Kupowaniem materiałów, szukaniem klientów, pisaniem programów, jak również pracą na samej obrabiarce, zajmowałbym się ja. On mógłby robić ewentualnie dowozić stalowe bloki na formy z hurtowni.
5. Przeszkolenie go, tak by sam mógł frezarką się zająć(nie mówię programem), czyli, założyć narzędzia do bębna, uzupełnić chłodziwo, wyprzątnąć wióry i inne czynności, które nie wymagają jakiejś specjalistycznej wiedzy, raczej odrobiny praktycznej, oczywiście w grę nie wchodzi, bo przecież ja to umiem. Więc on nie musi.

Słuchałem jego rozważań przez jakieś 10 minut. A im dłużej to trwało, tym bardziej dusiłem się w sobie ze śmiechu.

Odmówiłem, przy jego ogromnym zdziwieniu i oburzeniu, że jak mogę taki genialny interes zabijać w zalążku.

Z imprezy zwinęliśmy się wcześniej, niż planowaliśmy, bo mieliśmy dość kąśliwych uwag wujka przy częściowym poparciu reszty zaproszonych gości.

Dzisiaj rano zadzwonił, po części z przeprosinami za to, że go trochę poniosło wczoraj, a po części z próbą dalszego przekonania mnie do tego "złotego interesu", jak to zgrabnie określił.

Czy tylko ja mam przeczucie, że z mentalności wujka jeszcze nie wyszła głęboka komuna?

janusz biznesu

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (110)

#79883

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojechaliśmy z narzeczoną na większe zakupy. Stoimy przy kasie, kolejka dość spora. Praktycznie każdy z wózkiem wyładowanym po brzegi, więc i kasowanie każdego klienta jest dość czasochłonne.

W pewnym momencie pada hasło "zapraszam do kasy obok". Nagle Typowy Janusz, że tak gościa kolokwialnie określę, który jeszcze przed momentem stał za nami, rusza w te pędy do nowo otwartej kasy. Ale żeby się nikt przed niego nie wcisnął, zrobił chyba najgłupszą rzecz, jaką można było zrobić. Popchnął wózek przed siebie tak, by dojechał idealnie jako pierwszy, a on za nim by doszedł.

Niestety, jak to w takich przypadkach bywa, cymbał nie wziął pod uwagę jednego, oczywistego faktu. W sklepie są też inni klienci. A wózek, w którym jest zgrzewka cukru (10kg), ze 3 zgrzewki wody mineralnej i trochę innej drobnicy, ważący spokojnie ze 40 kg, może wyrządzić krzywdę.

I jak się pewnie domyślacie, ktoś tym wózkiem oberwał. A dokładniej, na oko 4-letnia dziewczynka, która miała pecha i wyszła akurat zza regału, ciągnąc za rękę swoją mamę.

Rozbita głowa, krew się leje, a facet, jak zorientował się w sytuacji, próbował się bokiem ewakuować. Ale na szczęście kilku klientów dokonało "obywatelskiego zatrzymania" i usadzili kretyna na dupie.

Jak się sprawa potoczyła dalej? Tego nie wiem. Widziałem, jak kasjerka dzwoniła po policję i pogotowie, a matka dziewczynki odgrażała się, że tego tak nie zostawi i zgłosi sprawę na policję

Tylko małej szkoda...

wyścig do kas

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (218)

#79787

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem kilka dni temu telefon z mojego poprzedniego miejsca zatrudnienia. Od byłego kierownika. Pomijając litanię gróźb, obelg, rzucania mięsem pod moim adresem, straszeniem sądami i kilkoma innymi rzeczami, chodziło o to, że przeze mnie, mimo, że nie pracuję tam już ze 2 lata, firma poniosła znaczne straty na narzędziach.

A tak konkretnie. Pisałem kiedyś program dla konkretnej formy odlewniczej, którą ten zakład wykonywał na frezarkach. Pisany był pod konkretną formę i przede wszystkim, konkretny materiał, więc były również do tego dopasowane obroty, posuwy, wymiana narzędzi w bębnie, itd.

Z rozmowy z moim byłym kierownikiem dowiedziałem się, że zmienili rodzaj materiału, z którego te formy są robione. Na trochę twardszy. Taki wybór odbiorcy, nie wnikałem. Tyle, że żaden z technologów nie wpadł na to, by zajrzeć do tego programu i go po prostu w pewien sposób zaktualizować, w oparciu o nowe dane.

Więc poprzednio, gdy szły 2-3 frezy na całą partię (200 sztuk), teraz idzie nawet do 40. Narzędzia łamały się jak zapałki, jednak kierownictwo, zamiast poszukać przyczyny, postanowiło od razu znaleźć winnego. Przypomnieli sobie, że program pisałem ja, dodali dwa do dwóch i wyszło im, że to moja wina.

Byłego kierownika wyśmiałem, na odchodne usłyszał jedynie, że moja odpowiedzialność za te programy skończyła się w momencie, gdy rozwiązaliśmy umowę o pracę.

poprzednie miejsce zatrudnienia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (234)

#79468

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako technolog w zakładzie kuźniczo-mechanicznym. Piszę programy na obrabiarki numeryczne.

Dwa dni temu dostaliśmy zwrot ponad 60 sztuk pewnego elementu zawieszenia do jednej z marek samochodu. Chodziło o otwory śrubowe. Były po prostu za duże.

W takich sytuacjach następuje sprawdzenie całego procesu technologicznego. Począwszy ode mnie, bo to ja pisałem program, przez pracownika fizycznego, który te elementy wykonywał na frezarce, po kontrolę jakości, która je przyjęła do wysłania.

Piekielności pojawiły się dwie.

1. Mniejsza.
Kontrola jakości, chyba z lenistwa, odpuściła sobie sprawdzenia tych konkretnych sztuk, bo były to ostatnie z partii do wysłania. Więc wyszli z założenia, że skoro poprzednie były dobre, to i te takie są. Jak widać, nie były.

2. Duża piekielność.
Pracownik, który te konkretne sztuki wykonywał, wprowadził swoje korekty do programu. Jakim cudem, zapytacie? Nie stanowi to problemu. Bo o ile ja programy piszę w biurze na komputerze i przesyłam bezpośrednio do maszyny, o tyle na panelu sterującym frezarki, można wprowadzać w zasadzie każde poprawki wymiarowe. Więc gość zrobił po swojemu, bo tak w jego opinii powinno być. I na nic się zdały moje argumenty, że konkretne wymiary są wymagane przed odbiorcę.
On uważał, że zrobił dobrze, bo jakaś tam piąta woda po kisielu w rodzinie, ma taki samochód i ponoć z tym elementem zawieszenia są czasami problemy i on doskonale wie, jak temu zaradzić.

Tak zaradził, że firmą dostała ostro po kieszeni, ma do zapłacenia karę za niewywiązanie się z umowy poprzez przysłanie wadliwych sztuk, których nie da się już dalej wykorzystać. Na dodatek na własny koszt musimy im wyprodukować i przysłać nowe.

Nasz sabotażysta stanie przed komisją dyscyplinarną, bo szefostwo nie ma zamiaru tolerować takiej samowolki. I skłaniają się ku temu, by faceta obciążyć kosztami kary, jak i produkcji i wysyłki nowych elementów.

zakład produkcyjny

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (185)

#78743

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłem wczoraj z moją narzeczoną u jej rodziców w odwiedziny. I usłyszeliśmy historię, która w moim mniemaniu, wszelkie granice absurdu spokojnie bije na głowę.

Zanim ją jednak przedstawię, rzucę kilka faktów nt osiedla, na którym moi przyszli teściowie mieszkają.

1. W tym samym bloku co rodzice mojej narzeczonej, na 4 piętrze, mieszka pewien pan, dajmy na to Miecio. Jest sparaliżowany od pasa w dół, a z racji, że w bloku nie ma windy, to nie rusza się on specjalnie z mieszkania.

2. Pan Miecio jest przedstawicielem jakże specyficznej grupy "osiedlowego monitoringu". Jednakże dość nietypowym, bo osiedle obserwuje z okna własnego mieszkania przez lornetkę.

3. Osiedle nie jest najspokojniejsze. Zdarzały się pobicia, włamania do samochodów, czy kradzieże. W kilku przypadkach tego typu sytuacjom w ciągu dnia udało się zapobiec, dzięki właśnie panu Mieciowi, który dokładnie osiedle obserwował w tamtych momentach i na czas powiadomił odpowiednie służby.

4. O tym co pan Miecio robi, w sensie o jego "nadzorze" nad osiedlem i jego zasługach, wiedzą praktycznie wszyscy. Więc pomagają jego żonie jak mogą. Spółdzielnia nawet szuka dla niego zastępczego mieszkania na swoim osiedlu. Oczywiście w bloku z windą.

Po tym jakże przydługim wstępie, przejdźmy do historii właściwej.

Otóż, na tym osiedlu, jak się wczoraj dowiedziałem, mieszka również nauczyciel z pobliskiego gimnazjum. Z tego co wiem, nie cieszy się on szczególnie dobrą opinią wśród młodzieży. A w jedną z ostatnich nocy ktoś dość konkretnie uszkodził mu samochód. Podejrzenie padło na jego uczniów. Ale mniejsza o nich. Ważne jest, co zrobił właściciel samochodu.

Rano, gdy zorientował się, że ktoś nieźle mu samochód urządził, wpadł do mieszkania pana Miecia z dziką awanturą. Oskarżył go o to, że, uwaga, w nocy nie zareagował, jak jakieś małolaty niszczyły mu samochód. Jak to usłyszałem, to się prawie kawą zakrztusiłem.

W mieszkaniu mało nie doszło do rękoczynów. Zareagował sąsiad zza ściany, bo usłyszał odgłosy awantury, które u pana Miecia nie zdarzały się nigdy.

I teraz, znajdź tu człowieku logikę. Starszy człowiek po części pewnie z nudów, ma oko na całe osiedle, reaguje szybciej, niż niektórzy wstają z kanapy, zostaje zwyzywany i mało nie pobity, bo w nocy spał, zamiast pilnować samochodu jakiegoś kretyna, który na domiar złego jest nauczycielem i sam powinien dawać przykład.

osiedlowy monitoring

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (239)

#78659

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z wczorajszego poranka. Niedaleko mojego domu młode małżeństwo buduje sobie własne lokum. Słabo ich znam, bo nie mieliśmy póki co okazji, by dłużej pogadać. Do wczoraj.

Rano na ich działkę przyjechała policja. Zastanowiło mnie to trochę, bo czego mogli szukać na placu budowy? Przez myśl mi przeszło, że może jakiś upierdliwy sąsiad zgłosił, że np wykop jest niezabezpieczony właściwie. Skuszony ciekawością, podszedłem sprawdzić, co się święci.

Właściciel został okradziony przez złodziei-debili. Ukradli mu stemple budowlane. A dlaczego są debilami? Bo zakosili je spod dzień wcześniej zalanego betonu. Zajrzeliśmy przez okna, czy strop się nie odkształcił. Każdy laik przecież wie, że beton potrzebuje czasu, by odpowiednio związać. W 3 z 5 pomieszczeń było widać nawis na środku, powyginane i nadłamane deski podtrzymujące, tak samo jak pasy do wbijania stempli. Krótko mówiąc, złodzieje mieli cholerne szczęście, że im te kilka ton nie spadło na łby.

Zastanawiam się, debile, desperaci, czy może jedno i drugie?
Zarobili na tych stemplach kilkaset złotych. A mogli przypłacić to życiem...

złodzieje budowa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (190)

#78340

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojechałem wczoraj na komunię, z racji, że moja narzeczona jest chrzestną. O ile poczęstunek i wszystko co z nim związane odbyło się wręcz idealnie, o tyle pod kościołem był istny sajgon.

Zaczęło się od tego, że dwóch delikwentów mało się nie pobiło o miejsce parkingowe. Dosłownie, prawie sobie do gardeł skoczyli. Zaczęło się od coś w stylu do "to jest moje miejsce parkingowe, bo ja je zobaczyłem wcześniej". Taki standard bym powiedział.

Potem awantura z księdzem. Jakaś mamuśka kazała córce ubrać do komunii szpilki. Nie znam się na szpilkach, ale dla mnie to miały spokojnie z 5 centów, jak nie więcej. A to jest sporo dla takiego dziecka. O co był problem? Otóż z tego co zauważyłem, dzieci były ustawione od najmniejszego do największego, co łączyło się z faktem, że po pierwsze, burzyło to całe ustawienie, bo małą trzeba było przestawić w szeregu, po drugie z tym ustawieniem wiązała się jakaś tam oprawa całej uroczystości. Więc mamuśka swoim widzimisię rozwaliła tak naprawdę wszystko i miała w dupie argumenty księdza.

I najlepsze na koniec. Jedna z rodzin postanowiła, że prezenty od gości będą dawane pod kościołem. Pomijając już fakt, w tak zatłoczonym miejscu będzie to wyglądało co najmniej śmiesznie i mało wygodnie, to jest to idealna atrakcja dla ludzi o lepkich rączkach. Ale do rzeczy. Młody "komunista" dostał dość spory prezent. Pierwsze skojarzenie? Prawdopodobnie laptop, sądząc po gabarytach pudełka. I istotnie był to laptop. Młody od razu się domyślił, co jest w środku, więc postanowił rozpakować. I tu nastąpił kulminacyjny moment. Dlaczego? Bo sprzęt mu się nie spodobał. Powiedział to otwarcie. A dlaczego mu się nie spodobał? Bo to nie jakiś tam model alienware'a, poza tym nie ma czytnika linii papilarnych. Doznałem szoku. Po pierwsze, zaskoczony niejako wiedzą młodego na temat komputerów, po drugie jego otwartą roszczeniowością i powiedzmy sobie szczerze, bezczelnością. Ale tu już bym bardziej widział winę rodziców, bo ktoś mu ten przykład w końcu daje.

Miała być spokojna niedziela, a wyszło, no cóż, z atrakcjami...

komunia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (217)

#78320

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejsza kumulacja pecha, głupoty, braku wyobraźni i w sumie nie wiem czego jeszcze.

Wylotówka z miasta, dwa pasy. Dojeżdżam do świateł. I nagle na zebrę, na czerwonym świetle, wbiega mi jakaś paniusia. Gdzieś jej się widocznie bardzo spieszyło, że nie zauważyła jadących samochodów. Dałem buta po hamulcach, bo inaczej zostałaby wycięta jak młode drzewko. Ja wyhamowałem, ale kretyn, który dobre pół kilometra jechał mi centralnie za dupą, już nie zdążył.

Wezwaliśmy policję, bo gość kompletnie nie widział swojej winy, a ja nie miałem zamiaru tracić całego dnia, żeby się z nim wykłócać.

Bilans strat? U mnie pęknięty zderzak. U niego? Zderzak do wymiany, ale również rozwalona chłodnica. Jakim cudem? Bo mam z tyłu hak holowniczy, który od ponad miesiąca zapominam odpiąć. Poza tym, musi sobie jeszcze w koszta wliczyć remont swojego i mojego samochodu, bo nie miał wykupionego AC oraz 5 stów mandatu. Oświadczenie spisaliśmy przy policjantach. Mamy się rozliczyć na podstawie faktur z warsztatu.

Na koniec słyszałem tylko, jak mruczał pod nosem, że jak dorwie tą babę, która mi prawie pod samochód wpadła, to jej nogi z dupy powyrywa...

światła kretynka na pasach

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (163)

#78264

(PW) ·
| Do ulubionych
Na czasie opowiadań o wynajmujących i właścicielach.

Historia, w której byłem dość aktywnym uczestnikiem, mimo, że nie dotyczy mojego mieszkania. Znajomy - Piotrek, jest dwa lata młodszy, jeszcze student. Ogólnie ma kawałek do domu, więc na normalne weekendy nie wraca. Co innego święta, czy majowy weekend.

Sytuacja miała miejsce po Wielkanocy. Mieli wolny wtorek i środę, z racji jakichś tam godzin na uczelni. Dziekańskich bodajże. Wtorkowe popołudnie, umówiliśmy się, że go zawiozę razem z bagażami, bo i tak miałem po drodze. Dotarliśmy spokojnie, otwiera drzwi od mieszkania. Pusto, współlokatorów w osobie dwóch kolegów z kierunku, brak. Pewnie przyjadą lada chwila. Wchodzi do pokoju i doznaje szoku. Wszystkie jego rzeczy leżą rzucone na jeden stosik na łóżko. Kolegi z pokoju i tego zza ściany również.

Pierwsze moje skojarzenie? Pewnie właściciel był podejrzliwy i zrobił przeszukanie. Do czego i tak prawa nie miał. Ale Piotrek od razu mnie uświadomił co się zmieniło. Zmieniły się meble. Z takich najtańszych z Ikei, na takie, które śmiem twierdzić, pamiętają nawet rewolucję październikową.

Szybki telefon do właściciela. Przyjechał za może pół godziny. I pytanie Piotrka, "Co tu się k*rwa od*ebało z meblami?" Tłumaczenie gościa sprawiło, że sam zacząłem zbierać szczękę z podłogi. Właściciel urządzał na szybko mieszkanie dla córki i jej koleżanek, a że nie miał kasy, by wyłożyć na nowe meble, to postanowił wstawić te od chłopaków. W zamian, dając im jakieś stare z mieszkania jego matki, które i tak stało puste. Logiczne, nie? Szkoda tylko, że w umowie nie ma zdania o tym, że właściciel może wg własnego widzimisię zmieniać wyposażenie mieszkania, a w szczególności meble...

Piotrek został, bo wyjścia nie miał. Ale zadzwonił do współlokatorów, by im powiedzieć, jaką "atrakcję" zastał. Z tego, co mi później opowiadał, to z rodzicami swoimi i tamtych chłopaków, cisną po właścicielu, żeby przywrócił mieszkanie do poprzedniego stanu.

Uprzedzając pytania. W tym momencie będzie mu raczej ciężko znaleźć zastępcze lokum, więc postanowił przeboleć i do końca semestru tam mieszkać. Ale za to rozesłał wici wśród znajomych, na grupach i forach, żeby ludzie tego konkretnego właściciela omijali szerokim łukiem.

mieszkanie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (206)

#77745

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może nie tyle piekielna, co cholernie śmieszna.

Jak co czwartek chodzę na siłownię. Znam tam praktycznie wszystkich, którzy trenują w tym samym czasie, co ja. Jest wśród nich również pewien 19-latek, Łukasz. Ale nie o nim ta historia.

W ostatni czwartek pojawiła się na siłowni nowa twarz. Praktycznie każdy zwrócił na gościa uwagę. I po może 5 minutach każdy stwierdził, że zaraz będzie ciekawie.

Typowy Janusz Siłowni[TJS] od razu poszedł na ławeczkę. Wrzucił na sztangę mniej więcej swoją wagę i gdy miał zamiar wyciskać, podszedł do niego Łukasz.
Ł: Widzę, że jest pan nowy tutaj, może powinien pan zacząć od jakiejś rozgrzewki i czegoś lżejszego na początek?
TJS: Nie będziesz mi małolacie mówił, jak mam trenować...

Łukasz kiwnął mi głową, żebym podszedł, by we dwóch asekurować gościa, na wypadek, gdyby sztanga okazała się dla niego za ciężka.

Facet się rozłożył, zaparł nogami, wypiął, wziął sztangę na klatę i w momencie, gdy już miał ją dźwigać, rozległ się dość specyficzny dźwięk. A po chwili można było odczuć równie specyficzny zapach.

Facet puścił energię nie w tym kierunku co trzeba. Czyli potocznie mówiąc, tak się napiął, że puściły mu zawory i zesrał się w spodenki i przy okazji na ławeczkę.

My z Łukaszem odstawiliśmy sztangę. A TJS próbował się cichcem ewakuować z miejsca zdarzenia. Niestety w drzwiach trafił na jednego z pracowników siłowni, który już czekał ze szmatką, wiaderkiem, wodą i środkami czystości. TJS buntował się, że on nie ma zamiaru sprzątać po sobie, ale postraszony policją, od razu zmiękł.

Wczoraj, czyli w sobotę, już go nie widziałem. Tak samo jak dziewczyna z recepcji, którą z ciekawości o to pytałem.

siłownia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 269 (299)