Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

PluszaQ

Zamieszcza historie od: 14 lutego 2017 - 16:53
Ostatnio: 22 maja 2017 - 14:45
  • Historii na głównej: 5 z 8
  • Punktów za historie: 1308
  • Komentarzy: 17
  • Punktów za komentarze: 48
 
poczekalnia

#78340

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pojechałem wczoraj na komunię, z racji, że moja narzeczona jest chrzestną. O ile poczęstunek i wszystko co z nim związane odbyło się wręcz idealnie, o tyle pod kościołem był istny sajgon.

Zaczęło się od tego, że dwóch delikwentów mało się nie pobiło o miejsce parkingowe. Dosłownie, prawie sobie do gardeł skoczyli. Zaczęło się od coś w podobie do "to jest moje miejsce parkingowe, bo ja je zobaczyłem wcześniej". Taki standard bym powiedział.

Potem awantura z księdzem. Jakaś mamuśka kazała córce ubrać do komunii szpilki. Nie znam się na szpilkach, ale dla mnie to miały spokojnie z 5 centów, jak nie więcej. A to jest sporo dla takiego dziecka. O co był problem? Otóż z tego co zauważyłem, dzieci były ustawione od najmniejszego do największego, co łączyło się z faktem, że po pierwsze, burzyło to całe ustawienie, bo małą trzeba było przestawić w szeregu, po drugie z tym ustawieniem wiązała się jakaś tam oprawa całej uroczystości. Więc mamuśka swoim widzimisię rozwaliła tak na prawdę wszystko i miała w dupie argumenty księdza.

I najlepsze na koniec. Jedna z rodzin postanowiła, że prezenty od gości będą dawane pod kościołem. Pomijając już fakt, w tak zatłoczonym miejscu będzie to wyglądało co najmniej śmiesznie i mało wygodnie, to jest to idealna atrakcja dla ludzi o lepkich rączkach. Ale do rzeczy. Młody "komunista" dostał dość spory prezent. Pierwsze skojarzenie? Prawdopodobnie laptop, sądząc po gabarytach pudełka. I istotnie był to laptop. Młody od razu się domyślił, co jest w środku, więc postanowił rozpakować. I tu nastąpił kulminacyjny moment. Dlaczego? Bo sprzęt mu się nie spodobał. Powiedział to otwarcie. A dlaczego mu się nie spodobał? Bo to nie jakiś tam model alienware'a, poza tym nie ma czytnika linii papilarnych. Doznałem szoku. Po pierwsze, zaskoczony niejako wiedzą młodego nt komputerów, po drugie jego otwartą roszczeniowością i powiedzmy sobie szczerze, bezczelnością. Ale tu już bym bardziej widział winę rodziców, bo ktoś mu ten przykład w końcu daje.

Miała być spokojna niedziela, a wyszło, no cóż, z atrakcjami...

komunia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (Głosów: 153)

#78264

(PW) ·
| Do ulubionych
Na czasie opowiadań o wynajmujących i właścicielach.

Historia, w której byłem dość aktywnym uczestnikiem, mimo, że nie dotyczy mojego mieszkania. Znajomy - Piotrek, jest dwa lata młodszy, jeszcze student. Ogólnie ma kawałek do domu, więc na normalne weekendy nie wraca. Co innego święta, czy majowy weekend.

Sytuacja miała miejsce po Wielkanocy. Mieli wolny wtorek i środę, z racji jakichś tam godzin na uczelni. Dziekańskich bodajże. Wtorkowe popołudnie, umówiliśmy się, że go zawiozę razem z bagażami, bo i tak miałem po drodze. Dotarliśmy spokojnie, otwiera drzwi od mieszkania. Pusto, współlokatorów w osobie dwóch kolegów z kierunku, brak. Pewnie przyjadą lada chwila. Wchodzi do pokoju i doznaje szoku. Wszystkie jego rzeczy leżą rzucone na jeden stosik na łóżko. Kolegi z pokoju i tego zza ściany również.

Pierwsze moje skojarzenie? Pewnie właściciel był podejrzliwy i zrobił przeszukanie. Do czego i tak prawa nie miał. Ale Piotrek od razu mnie uświadomił co się zmieniło. Zmieniły się meble. Z takich najtańszych z Ikei, na takie, które śmiem twierdzić, pamiętają nawet rewolucję październikową.

Szybki telefon do właściciela. Przyjechał za może pół godziny. I pytanie Piotrka, "Co tu się k*rwa od*ebało z meblami?" Tłumaczenie gościa sprawiło, że sam zacząłem zbierać szczękę z podłogi. Właściciel urządzał na szybko mieszkanie dla córki i jej koleżanek, a że nie miał kasy, by wyłożyć na nowe meble, to postanowił wstawić te od chłopaków. W zamian, dając im jakieś stare z mieszkania jego matki, które i tak stało puste. Logiczne, nie? Szkoda tylko, że w umowie nie ma zdania o tym, że właściciel może wg własnego widzimisię zmieniać wyposażenie mieszkania, a w szczególności meble...

Piotrek został, bo wyjścia nie miał. Ale zadzwonił do współlokatorów, by im powiedzieć, jaką "atrakcję" zastał. Z tego, co mi później opowiadał, to z rodzicami swoimi i tamtych chłopaków, cisną po właścicielu, żeby przywrócił mieszkanie do poprzedniego stanu.

Uprzedzając pytania. W tym momencie będzie mu raczej ciężko znaleźć zastępcze lokum, więc postanowił przeboleć i do końca semestru tam mieszkać. Ale za to rozesłał wici wśród znajomych, na grupach i forach, żeby ludzie tego konkretnego właściciela omijali szerokim łukiem.

mieszkanie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (Głosów: 196)
poczekalnia

#78320

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiejsza kumulacja pecha, głupoty, braku wyobraźni i w sumie nie wiem czego jeszcze.

Wylotówka z miasta, dwa pasy. Dojeżdżam do świateł. I nagle na zebrę, na czerwonym świetle, wbiega mi jakaś paniusia. Gdzieś jej się widocznie bardzo spieszyło, że nie zauważyła jadących samochodów. Dałem buta po hamulcach, bo inaczej zostałaby wycięta jak młode drzewko. Ja wyhamowałem, ale kretyn, który dobre pół kilometra jechał mi centralnie za dupą, już nie zdążył.

Wezwaliśmy policję, bo gość kompletnie nie widział swojej winy, a ja nie miałem zamiaru tracić całego dnia, żeby się z nim wykłócać.

Bilans strat? U mnie pęknięty zderzak. U niego? Zderzak do wymiany, ale również rozwalona chłodnica. Jakim cudem? Bo mam z tyłu hak holowniczy, który od ponad miesiąca zapominam odpiąć. Poza tym, musi sobie jeszcze w koszta wliczyć remont swojego i mojego samochodu, bo nie miał wykupionego AC oraz 5 stów mandatu. Oświadczenie spisaliśmy przy policjantach. Mamy się rozliczyć na podstawie faktur z warsztatu.

Na koniec słyszałem tylko, jak mruczał pod nosem, że jak dorwie tą babę, która mi prawie pod samochód wpadła, to jej nogi z dupy powyrywa...

światła kretynka na pasach

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (Głosów: 125)

#77745

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może nie tyle piekielna, co cholernie śmieszna.

Jak co czwartek chodzę na siłownię. Znam tam praktycznie wszystkich, którzy trenują w tym samym czasie, co ja. Jest wśród nich również pewien 19-latek, Łukasz. Ale nie o nim ta historia.

W ostatni czwartek pojawiła się na siłowni nowa twarz. Praktycznie każdy zwrócił na gościa uwagę. I po może 5 minutach każdy stwierdził, że zaraz będzie ciekawie.

Typowy Janusz Siłowni[TJS] od razu poszedł na ławeczkę. Wrzucił na sztangę mniej więcej swoją wagę i gdy miał zamiar wyciskać, podszedł do niego Łukasz.
Ł: Widzę, że jest pan nowy tutaj, może powinien pan zacząć od jakiejś rozgrzewki i czegoś lżejszego na początek?
TJS: Nie będziesz mi małolacie mówił, jak mam trenować...

Łukasz kiwnął mi głową, żebym podszedł, by we dwóch asekurować gościa, na wypadek, gdyby sztanga okazała się dla niego za ciężka.

Facet się rozłożył, zaparł nogami, wypiął, wziął sztangę na klatę i w momencie, gdy już miał ją dźwigać, rozległ się dość specyficzny dźwięk. A po chwili można było odczuć równie specyficzny zapach.

Facet puścił energię nie w tym kierunku co trzeba. Czyli potocznie mówiąc, tak się napiął, że puściły mu zawory i zesrał się w spodenki i przy okazji na ławeczkę.

My z Łukaszem odstawiliśmy sztangę. A TJS próbował się cichcem ewakuować z miejsca zdarzenia. Niestety w drzwiach trafił na jednego z pracowników siłowni, który już czekał ze szmatką, wiaderkiem, wodą i środkami czystości. TJS buntował się, że on nie ma zamiaru sprzątać po sobie, ale postraszony policją, od razu zmiękł.

Wczoraj, czyli w sobotę, już go nie widziałem. Tak samo jak dziewczyna z recepcji, którą z ciekawości o to pytałem.

siłownia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (Głosów: 296)

#77650

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność, to chyba zbyt delikatne słowo, na określenie tego, co wczoraj się działo pod biedronką...

Pojechałem rowerem na małe zakupy. Takie, które jestem w stanie wcisnąć do plecaka. Daleko nie mam, bo może kilometr.

Podjeżdżam pod market, zapinam rower blokadą do stojaka dla rowerów i wio między regały.

Stojąc jako drugi w kolejce do kasy, zauważyłem, że ktoś siłuje się z moim rowerem. Myślę sobie, ki diabeł, co on odwala? Próbował go przestawić, ale blokada mu to trochę uniemożliwiała. [G]ość był wybitnie uparty, śmiałem się w duchu, że jeszcze trochę, co cały stojak wyrwie.

Wychodzę ze sklepu, a gość dalej walczy z moim bolidem. Podchodzę i pytam:
Ja: Mogę wiedzieć, co pan tutaj za szopkę odwala?
G: To twój rower pajacu?!
Ja: Po pierwsze, nie pajacu. Po drugie, nie przypominam sobie, żebyśmy byli na "Ty". Po trzecie, tak, to mój rower. Ale nie widzę, żeby komukolwiek, oprócz pana przeszkadzał, bo stoi w odpowiednim miejscu.
G: Fujaro, zabieraj ku*wa tego trupa, bo nie mam gdzie samochodu postawić.
Myślę sobie, tutaj leży problem. Janusz przyjechał na zakupy i nie uśmiecha mu się iść z parkingu 15 metrów więcej niż jego kurzy móżdżek to przewidział. Więc postanowił zaparkować przed SAMYMI DRZWIAMI.
-Gościu, nie rozśmieszaj mnie. Masz pół parkingu wolnego i nie masz gdzie stanąć? Może jeszcze od razu do sklepu wjedziesz, żeby do kasy było bliżej?

W tym momencie gościowi chyba jakiś drucik pod czachą strzelił, bo zaczął się robić agresywny.
- Wypier*alaj ch*ju z tym rowerem, bo na prawdę nie ręczę za siebie!!
Widząc co się dzieje, postanowiłem zrejterować. Odpiąłem rower i odjechałem w swoją stronę. Przez ramię widziałem za to, że gość zmienił obiekt zainteresowania i zaczął się wykłócać z ochroniarzem. Który chyba widząc na monitoringu, co się dzieje, postanowił się tym faktem zainteresować. Szkoda, że trochę po fakcie, ale nie winię, bo wiem ile roboty mają w samym sklepie.

Tak sobie teraz myślę. Może dobrze, że gość nie przyjechał skuterem. Bo pewnie by nim od razu do sklepu wjechał...

Janusz parkowania

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (Głosów: 250)
zarchiwizowany

#77356

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia akashari o przygodach z babcią, dała mi impuls do opisania własnej, której bohaterką również była babcia. Piekielności było wiele, ale wszystkie pod pewnym względem usprawiedliwione.

Babcia byłą już sporo po 70-tce, gdy zachorowała na Alzheimera. Chorobę, której oprócz faktu, że nie da się wyleczyć, powoduje, że z chorego wychodzą czasami najgorsze cechy. Wymienię wam kilka ciekawych rzeczy, które były na porządku dziennym.

1. Przez dobry rok czasu babcia potrafiła w środku nocy drzeć się w niebogłosy. Normalnie, jakby ją ktoś ze skóry obdzierał. Raz jeden, któryś z sąsiadów zadzwonił na policję.

2. Robienie pod siebie. Babcia nie potrafiła się załatwić w toalecie. Więc załatwiała się w pieluchę. Problemem był fakt, że nie potrafiła powiedzieć, by jej tą pieluchę zmienić. Więc niejednokrotnie nabawiała się odparzeń.

3. Agresja. Pomoc przy kąpaniu, zmianie pieluchy, czy zwykłym karmieniu, gdy już nie dawała rady, kończyła się najczęściej fruwaniem tego, co babcia akurat miała pod ręką. Buntowała się na każdym kroku, o wszystko. Potrafiła zwyzywać każdego bez najmniejszego powodu. Od tak. Nie panowała nad rękami, nie panowała nad językiem.

4. W trzecim roku pojawił się kolejny problem. Babcia brała do ust wszystko, co wpadło jej w ręce. Jak malutkie dziecko, które próbuje czegoś nowego. Nie raz mało się nie zadławiła, bo chwyciła jakiś drobny przedmiot i wzięła od razu do ust.

5. Babcine wędrówki. Jak tylko ją to dopadło, nie raz próbowała sama wychodzić z domu. Kompletnie nie kojarząc, dokąd ani po co idzie. Gdy zamykaliśmy ją na klucz w pokoju, raz urwała klamkę, innym razem zaczęła bić głową w drzwi. Dopiero gdy już całkowicie opadła z sił, jej "wędrówki" się skończyły. Ale i tak niejednokrotnie sama z siebie próbowała z łóżka wstawać. Co kończyło się najczęściej kolokwialną glebą.

Ten dramat trwał ponad 4 lata. Dzień w dzień, noc w noc. Alzheimer to straszna choroba. I nikomu nie życzę, by go dopadła. Bo zmienia człowieka w potwora, nad którym nie panuje

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (Głosów: 120)

#77240

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność panów policjantów.

Opis miejsca: Ulica główna, po jednej stronie szkoła i przystanek, po drugiej stronie 2 sklepy i przystanek. Dalej skrzyżowanie i przejście dla pieszych, usytuowane od strony sklepów i szkoły. Chodnik po obu stronach jest do momentu jak odpowiednio kończy się teren szkoły i parking przysklepowy.

Opis sytuacji. Nastąpiła chwalebna chwila, gdy komunalka zaczęła budować zatoczkę autobusową od strony szkoły. Wiązało się to jednak z wyłączeniem części chodnika, więc żeby dojść do miejsca, gdzie busy tymczasowo się zatrzymywały, trzeba było od strony sklepu dość do samego końca chodnika i przejść przez drogę. Dodam, że w tym miejscu pasów nie ma.

Co w tym wszystkim jest piekielne? Panowie policjanci, którzy zwęszyli niezłe źródło do wypisywania mandatów. Gadając któregoś dnia z pracownicami sklepu, wyszło, że mundurowi potrafili niekiedy pół dnia stać nieoznakowanym radiowozem obok, lub na samym parkingu i czatować na pasażerów wysiadających z busa. Dodam, że busy jeżdżą tam średnio co 15-20 minut i praktycznie z każdego ktoś wysiada. W ciągu jednej dniówki potrafili wypisać ze 20, jak nie więcej mandatów.

Uprzedzając pytania, od strony szkoły nie da się przejść, bo nie ma tam żadnej bramki. Brama wjazdowa na teren szkoły jest od strony drogi podporządkowanej i jest to jedyna brama. Tak więc, by dojść do tymczasowego przystanku, trzeba było w teorii przejść spory kawałek po drugiej stronie drogi, po czym przejść przez jezdnię i się wrócić.

Ps. Panowie policjanci na pytanie, w jaki najszybszy, bezpieczny i dozwolony sposób można dotrzeć na przystanek, odpowiedzi udzielić nie potrafili. Za to do wystawiania mandatów byli pierwsi, gotowi z blankiecikiem w ręku.

policja

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (Głosów: 140)

#77086

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie będę ukrywał. W tej historii, to ja byłem piekielny. I to wybitnie. Ale powiem szczerze, nerwy mi puściły.

Jechałem autobusem. Połowa miejsc wolna. Wsiada babka, niecałe 6 dych na karku. Torebka na ramieniu i 2 torby z zakupami. Uczepiła się jakiejś dziewczyny, która widać było, że wertuje papiery, prawdopodobnie notatki na studia. Miała do tego słuchawki na uszach i wybitnie dawała do zrozumienia, że kobieta może sobie usiąść gdziekolwiek, bo miejsc wolnych od groma.

Ale babka uparta jak osioł. W momencie, kiedy zaczęły sypać się inwektywy pod adresem dziewczyny, wstałem i podszedłem:

-Ja pani pomogę z tymi zakupami.
-Ależ pan miły, dziękuję. Nie to co ta <tutaj wstaw dowolny synonim najstarszego zawodu świata>.

W tym czasie autobus zatrzymał się na przystanku gdzie zawsze wsiada masa ludzi. A ja? Trzymając te torby z zakupami, po prostu wyszedłem z autobusu i odszedłem kawałek dalej. Babka, gdy zobaczyła co się święci, od razu wte pędy za mną. Ja tobołki zostawiłem, obróciłem się i wbiegłem do autobusu. A kobiecina, no cóż, stała jak kołek na przystanku, rzucała ku*wami na prawo i lewo, przy okazji gestykulując coś do mnie.

Uwierzcie mi, gdyby jej wzrok mógł zabijać, to oprócz mnie, cały autobus ludzi i wszyscy na przystanku padli by trupem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (Głosów: 290)

1