Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Shirea

Zamieszcza historie od: 4 kwietnia 2014 - 21:03
Ostatnio: 18 czerwca 2017 - 23:57
O sobie:

Studentka filologii angielskiej
Wokalistka i "poetka" ^^

  • Historii na głównej: 6 z 12
  • Punktów za historie: 1717
  • Komentarzy: 14
  • Punktów za komentarze: 25
 

#78607

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o tym jak się zorientowałam, ze mój serwis komputerowy zrobił mnie w jajo.

Jakiś rok temu ekran w moim laptopie zaczął migać. Działał tylko pod określonym kątem i to rzadko. Po jakimś czasie kompletnie zgasł i nie pokazywał kompletnie nic. Nastąpiło szybkie przeliczenie oszczędności i biegiem do serwisu, w którym po znajomości miał się nim zająć były uczeń mojego taty. Biorąc pod uwagę objawy podejrzewałam, że taśma nie styka, nie bardzo się na tym znam, ale powiedziałam panu serwisantowi o moich podejrzeniach. Niestety, następnego dnia usłyszałam wyrok - matryca do wymiany. No nic, jak trzeba to trzeba. 300zł za matryce poszło i laptop znowu zaczął śmigać. Pominę fakt, ze w oryginale miałam matową matryce, a wymienili na błyszczącą jak psu j**a, to jeszcze dopatrzyłam się martwego piksela. Dałam spokój, bo laptop był mi bardzo potrzebny na studia.

No ale przejdźmy do tego jak się dowiedziałam, że mnie oszukano. Jakiś czas temu ekran znowu zaczął migać. Mój brat w międzyczasie poszedł do liceum o profilu informatycznym i czegoś tam się nauczył, kasy brak więc postanowiłam zaufać bratu. Rozbebeszyliśmy skurczybyka i jak się okazało, taśma od ekranu była źle zabezpieczona i przy ruchach klapką była po prostu zgniatana, brat zabezpieczył, ułożył tam gdzie powinna być i był spokój.

Gdzie piekielnosc? Zorientowałam się ze najprawdopodobniej serwis zgarnął sobie w pełni działającą matrycę i policzył sobie kompletnie bezpodstawnie za jej wymianę. Od teraz z problemami z lapkiem chodzę do brata. Jak do tej pory spisuje się świetnie.

Serwis komputer brat laptop

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (120)

#78493

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu była komunia mojej chrześniaczki. Uwielbiam to dziecko, jest urocza, bardzo mądra i grzeczna. Od paru lat uczy się grać na pianinie i gra przepięknie.

Pod koniec imprezy wszyscy zaczęli ją namawiać, by coś zagrała. Żeby zrobić przyjemność babciom, mała się zgodziła. Usiadła przy pianinie i zagrała jeden utwór, po czym zaczęło się wychwalanie i zachęcanie do zagrania następnego utworu.

Tu muszę zwrócić uwagę na jedną kwestię - do małej mam z moją rodziną daleko, więc widujemy się głównie w święta, a mała uwielbia się z nami bawić (wiem, dorosły ludź ze mnie, ale czego się nie robi dla słodkiego szkraba). Poza tym, jak już wspomniałam, była końcówka imprezy, mała była zmęczona tą ważną uroczystością i chciała te ostatnie chwile spędzić z nami (ze mną i moim młodszym rodzeństwem).

Mała stwierdziła więc, że już zagrała i chciałaby się pobawić, na co jej matka się oburzyła i kazała zagrać jeszcze coś. Młoda po prostu powiedziała „nie” i wstała od pianina.

No i się zaczęło… „Co to za fochy!”, „Masz zagrać coś jeszcze dla babć!”.

Ogólnie awantura urządzona biednemu dzieciakowi, który chciał dobrze. Mała się rozpłakała (płakała, bo było jej przykro, nie żeby wymusić coś albo przez awanturę), ale usiadła do pianina i zaczęła grać, pociągając co chwilę nosem. Nie przestała płakać.

W tym momencie jedna z babć rzuciła tekstem, za który miałam ochotę jej przywalić. Z uśmiechem na ustach powiedziała:
- Ojejku, bidulka płacze! - i wykonała gest spadającej łzy po policzku.

Noż kurna, jasne, że płacze, bo kazaliście jej robić coś, na co nie ma najmniejszej ochoty! Wyszłam, bo nie mogłam patrzeć, jak te stare baby siedzą wielce zadowolone z siebie i słuchają płaczącego dziecka.

Potem z rodzeństwem zabraliśmy ją na plac zabaw i kompletnie zapomniała o całej sprawie, ale i tak mną trzęsie, jak sobie przypomnę.

Kocham to dziecko jak własne i nie mogę patrzeć, jak dzieje jej się krzywda.

rodzina komunia babcia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (342)
zarchiwizowany

#77980

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu moja mama dostała list z KRRiT(Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji). Od razu zaznaczę, że płaci składki od kiedy wyszła za mąż więc ponad 20 lat.

Okazało się, ze 4 lata temu była jakaś zmiana w opłacie o której moja mama nie wiedziała, a opłata wzrosła. Ona cały czas płaciła poprzednią kwotę. W liście była informacja, ze musi zapłacić zaległą kwotę składki razem z odsetkami (z 4 lat). Strasznie się zdenerwowała i zadzwoniła na infolinię. Miła pani poinformowała ją, że oni mają 5 lat na przekazanie takiej informacji i to jest u nich w regulaminie. Szczerze mówiąc jeszcze do regulaminu nie zaglądałam, ale sytuacja dziwna. Powiedzcie mi, co w takiej sytuacji można zrobić?

Czy serio mają 5 lat na przekazanie informacji, że jest jakaś zaległość, a w międzyczasie naliczają sobie odsetki? Pomijam oczywiście, że niektórzy ludzie nie płacą wcale :/

uslugi krrit Krajowa rada radiofonii i telewizji opłaty

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (89)

#77617

(PW) ·
| Do ulubionych
Muszę się z wami podzielić tym, czego się ostatnio dowiedziałam. Od jakiegoś czasu przychodzi do mnie dziewczynka z 3 klasy podstawówki na korepetycje z angielskiego.

Jak wiadomo, na pierwszych zajęciach musiałam określić na czym stoję, bo dziecko podobno ma angielski od 3 lat. No to dawaj zwierzątka, kolory itp. Mala znała może dwie, trzy rzeczy. Zaczęłam uczyć od podstaw. Na każdych zajęciach dopytywałam co ostatnio robili w szkole na angielskim i czy ma jakąś pracę domową. Zawsze okazywało się, że pan albo gdzieś wyjechał, albo chory, albo nie chciało mu się prowadzić lekcji i kazał im się pobawić - i tu cytuje dziewczynkę - facet podobno dosłownie powiedział, że mu się nie chce.

Postanowiłam porozmawiać z rodzicami młodej, bo może młoda mnie w coś wkręca, żeby nie robić pracy domowej. Od jej mamy dowiedziałam się, że praktycznie cała klasa chodzi na korepetycje, bo nic nie umieją. Ręce mi opadły. Doradziłam, że może lepiej porozmawiać z wychowawcą na ten temat, bo na tym polega praca nauczyciela, żeby uczyć, a nie siedzieć na tyłku i oczekiwać, że dzieci się same nauczą. Młoda robiła bardzo duże postępy. Wystarczyło z nią usiąść i na spokojnie wytłumaczyć.

Czemu teraz o tym piszę? Ostatnio sama z siebie opowiedziała mi, że ostatnio na angielskim grali w kalambury. Iskierka nadziei się zaświeciła, może facet wziął się do roboty? Otóż nie. Na zajęciach były kalambury, ale w języku polskim...
Cóż. Pozostaje mi młodą uczyć na własną rękę.

szkola nauczyciel korepetycje

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (237)

#76394

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie przypomniała mi się historia o wspaniałym studium, które na szczęście już ukończyłam. Ostrzegam - będzie długo.

Tytułem wstępu - studiuję filologię angielską, ale stwierdziłam, że w dzisiejszych czasach to może być mało i postanowiłam poszukać jeszcze czegoś zaocznie. Padło na studium menadżerskie. Szkoła ma dobre oceny, ludzie niby zadowoleni, no to składam papiery. Dostałam się i zaczęła się zabawa.

Pierwszy zjazd, czekamy w sali. Minęło chyba pół godziny i do sali wchodzi pani dyrektor z informacją, że pani prowadząca zajęcia miała wypadek po drodze i nasze zajęcia są odwołane. Zostaną nadrobione w późniejszym terminie. OK, sytuacja losowa, jestem w stanie zrozumieć (pani nie stało się nic poważnego).

Na maila dostaliśmy plan na następny tydzień, planu na semestr brak. Ludzie nie wiedzą jak sobie w pracy brać wolne, bo nie wiemy kiedy mamy zjazdy. Plan dostawaliśmy czasem parę dni przed zjazdem, więc w sumie do czwartku nie mieliśmy pojęcia, że w sobotę mamy zajęcia.

Po paru tygodniach rezygnuje z pracy pani, która prowadziła większość naszych zajęć. Wysłanych materiałów brak, kontaktu z panią żadnego, na szczęście mamy dobre notatki, ale brak nauczyciela zastępczego - zajęcia odwołane.

W międzyczasie moja koleżanka dostała w sekretariacie informację, że niby nie zapłaciła którejś raty. Gdyby nie fakt, że miała wszystkie potwierdzenia wpłaty pewnie miałaby problemy.

Pojawia się nowy nauczyciel. Flegmatyk, który nie pamięta co z nami robił na poprzednich zajęciach. Dobra, przeżyjemy.

Zajęcia z finansowości. Prowadzi starsza pani księgowa. Robimy ćwiczenia, które jak się okazało później ona sama źle policzyła, a my mimo że robiliśmy to pierwszy raz policzyliśmy to prawidłowo.

Zajęcia nadrabiane mamy mieć tuż przed świętami Bożego Narodzenia... Bo nie mamy lepszych rzeczy do roboty w weekend przed świętami, tylko siedzieć na zajęciach. Poszliśmy do pani dyrektor. Ona rozumie, ale musi się skontaktować z nauczycielem prowadzącym te zajęcia, żeby ustalić inny termin. OK, czekamy. Przypominam, że plan nadal dostajemy parę dni przed zjazdem.

Pomijam sprawy sprzętu w pracowniach - rzutniki świeciły na niebiesko lub pomarańczowo (zależy jak się ustawi kabel), niektóre sale wręcz klaustrofobiczne, ale kwiatkiem była sala, w której prowadzone były zajęcia dwóch grup! W jednym końcu jedna, w drugim druga. Zbuntowaliśmy się, nasz nauczyciel zrozumiał i te zajęcia mieliśmy na kawałku zieleni przed szkołą.

Plan całościowy wywalczyliśmy w połowie drugiego semestru. Ale nie był on dla nas, tylko dla naszego nauczyciela, który nam go po prostu udostępnił.

I wisienka na torcie. Jako że mam dwa imiona w dowodzie, to wypadałoby, żeby były dwa imiona na świadectwie i na dyplomie. Powiedzmy, że nazywam się Katarzyna Magdalena Piekielna. Na dyplomie i świadectwie widzę - Magdalena Katarzyna Piekielna...
Dokumenty do poprawki.

Nie muszę chyba mówić, że osoby, których wcale nie widziałam na zajęciach też dostały dyplom? Ważne, że płaciły.

Szkoła

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (152)

#75936

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno nie pisałam, ale niżej opisana sytuacja tak mnie zirytowała, że postanowiłam się z wami podzielić.

Mieszkam w małej miejscowości i prowadzę scholę kościelną. Gram na gitarze a dzieciaczki z pobliskiej szkoły śpiewają. Rodzice są zachwyceni bo dzieciaki mają jakieś hobby, coś robią, są proszone o występy itp. Ludzie w kościele też zadowoleni bo wiadomo - zawsze milej posłuchać małej Arki Noego, niż organisty, który (może tylko u nas) strasznie rozwleka każdy utwór.

Do tej pory mieliśmy próby u nich w szkole, ale w związku z nowym rokiem akademickim zmienił mi się plan i nie mam już kiedy jeździć do szkoły po ich zajęciach. Doszłam więc do wniosku, że skoro nie dam rady w szkole, to żeby rodzicom dzieciaczków było łatwiej, to próby zrobię od razu po mszy w niedzielę. Pozostało tylko zorganizować miejsce, bo w samym kościele jest stanowczo za zimno żeby siedzieć tam kolejną godzinę. I tu zaczął się problem.

Pomyślałam, że skoro śpiewamy w kościele, to może ksiądz jakoś pomoże. W związku z całą tą sytuacją postanowiłam zwołać zebranie rodziców dzieciaczków w zakrystii, żeby wszystko załatwić za jednym zamachem. Rodzice stwierdzili, że żadnego problemu nie ma, próby mogą być w niedziele po mszy, a co na to ksiądz?
- Nie ma takiej możliwości. - Tyle. Nawet się chwilę nie zastanowił, nie stwierdził że popyta i pokombinuje. Wszystko na mojej głowie.

Niestety na moje nieszczęście w zakrystii była też kobieta, która organizuje wyjazd na grób naszego poprzedniego księdza, który zmarł parę lat temu. Otóż zostałam POINFORMOWANA, że schola jedzie wtedy a wtedy, o tej i o tej godzinie. Pomijam fakt, że po prostu bezczelnie mi przerwała rozmowę z rodzicami, to nie zapytała czy możemy. To było stwierdzenie. Ja byłam już zirytowana faktem, że nie mam gdzie ćwiczyć, więc zapytałam czy możemy na ten temat porozmawiać później, bo chcę dokończyć jedną sprawę, na co ona odparła do rodziców:
- Schola jedzie w niedzielę za dwa tygodnie do Piekielnic, o godzinie 12 wyjeżdżamy. Pani Shirea zrobi listę osób które jadą.

Rodzice zbici z tropu, bo nic wcześniej na ten temat nie wiedzieli i zdawali sobie sprawę z tego, że ja też nie i zaczęły się pytania do mnie (mimo że o sytuacji dowiedziałam się w tym samym momencie co oni):
- A długo to będzie?
- A można jechać z dziećmi?
- A ile trzeba zapłacić?

Ogólnie moja rozmowa na temat miejsca została zrzucona na drugi plan. A skąd moje zdenerwowanie? Nikt mnie nie zapytał czy mam czas jechać w tamtym terminie, a beze mnie dziewczyny nie zaśpiewają, nikt z osób, które wymagają od nas obecności na mszy, nie zainteresował się tym, że nie mamy gdzie robić prób. Ja nie biorę pieniędzy za prowadzenie scholi, robię to co lubię, ale śpiewamy w kościele dla innych i sądzę, że gdyby nie rodzice i ich zaangażowanie do tej pory zastanawiałabym się gdzie robić próby z tymi dzieciakami.

Pewnie zaczną się teraz stwierdzenia, że skoro się podjęłam czegoś takiego, to powinnam sama to organizować, tylko czemu mam robić cokolwiek dla ludzi, którzy w momencie kiedy potrzebuję czegokolwiek, udają że mnie nie słyszą?

ksieza

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (265)
zarchiwizowany

#74394

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W związku z tym że w sieci pojawiło się mnóstwo hejtów na ŚDM postanowiłam napisać co nie co z tego co zauważyłam podczas mojego pobytu. Uwaga- będzie długo.

1. Pierwszą rzeczą jaką usłyszałam był fakt, że pielgrzymi idąc ulicami darli się w środku nocy. Z jednej strony rozumiem sprzeciw, z drugiej- przecież była informacja że taki event się odbędzie i z tego co mi wiadomo ludzie którym to przeszkadzało wyjechali na jakiś czas z Krakowa. Taka impreza na skalę światową moim zdaniem nie mogła się inaczej skończyć, ale nie było aktów wandalizmu i bójek. Wszystkie krzyki były albo czysto religijne albo patriotyczne, ewentualnie ludzie śpiewali chcąc umilić sobie drogę do domów czy na pola namiotowe. W pełni to rozumiem bo jednego dnia impreza kończyła się o 23 a musieliśmy przejść dobre 5km do najbliższego autobusu. Poza tym nie zrozumie tego osoba która nie doświadczyła energii takiego spotkania. Ludzie mimo zmęczenia byli radośni i serdeczni.

2. Symbol ŚDM zawiera symbole szatana. No głupszej rzeczy nie słyszałam. Rozumiem że jak ktoś się uczepi to już nie odpuści i coś zawsze znajdzie a w związku z tym że nie było wpadek w postaci zamachów itp trzeba było coś wymyślić ale, ludzie, uszanujmy pracę młodego chłopaka który zaprojektował całą oprawę graficzną imprezy (a moim zdaniem wykonał kawał dobrej roboty) ale nie doczekał imprezy bo zmarł na raka miesiąc przed rozpoczęciem ŚDM. Podobno dawało mu to siłę na ostatnie chwile życia.

3. Pielgrzymi śmiecili jak na Woodstocku. Co prawda to prawda, śmieci było dużo, ale na polu znajdowały się w specjalnych workach które dostał każdy pielgrzym w pakiecie. Niestety nie było gdzie potem tych worków wyrzucić (ja kontenera nigdzie nie widziałam), więc ludzie zostawili je tam gdzie siedzieli, ale z tego co wiem wszystko zostało sprzątnięte. Po drodze też się trochę tego walało ale nie porozrzucane tylko w miarę w jednym miejscu (w tym momencie to była bardziej wina miasta że nie zapewniła odpowiedniej ilości koszy na śmieci).

4. Pijana policja. Kolejna głupota i oskarżanie osób które ciężko pracowały chroniąc nasze zdrowie i życie. Poszła plotka że znaleźli puste puszki po piwie w kontenerze do którego śmieci wyrzucała policja. Jest to czystą prowokacją ponieważ puszki podrzuciła pewna znana stacja telewizyjna. Jest w sieci nawet filmik pokazujący moment podrzucenia... Zostawię to bez komentarza.

5. Najgorsza rzecz którą usłyszałam- Puste gesty Papieża. Wiadomo, nikt nie jest nieomylny i może pan który wypowiadał się na ten temat nie umie liczyć, ale nie powiem, wkurzyłam się jak to usłyszałam. Stwierdził bowiem, że Papież tylko udaje skromność, a tak na prawdę ten samochodzik którym jeździł musiał być otoczony przez 30 samochodów z obstawy bo sam był niezabezpieczony. No więc proszę Pana- zabezpieczony był. To był mały czołg na kółkach a w obstawie było nie 30 a 6 samochodów (podejrzewam że nasz kochany prezydent jeździ z większą obstawą), oczywiście jeśli nie liczyć motorów policyjnych, które jechały z kilometr przed nim, więc nie liczę ich jako obstawy.
Dodatkowo drogi pan stwierdził że Papież mógłby zmniejszyć podatki kościoła (jak wiadomo, kościół płaci podatki ale nie państwu tylko górze żeby w Watykan mógł ociekać złotem). Otóż nie, proszę pana, Papież takich rzeczy zrobić nie może bez głosowania biskupów czy jak to tam się nazywa. Papież nie jest królem który robi co chce.


Powiem szczerze, że bałam się jechać, ale nie żałuję bo w sumie podczas imprezy nie spotkało mnie nic piekielnego (poza drobnymi wpadkami organizatorów, ale to się chyba zawsze zdarza). Piekielności zaczęły się wtedy kiedy się okazało że wszyscy wrócili do domów w kawałku, bo przecież trzeba znaleźć sensację

śdm internet

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (31)
zarchiwizowany

#74389

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając Wasze historie przypomniała mi się sytuacja z moich urodzin, a raczej z miesiąca przed urodzinami.

Jako że w sumie niewiele mi w życiu brakuje chłopak nie miał zielonego pojęcia co mi może kupić i wpadł na pomysł że prezent sobie sama wybiorę a on go po prostu sfinansuje. Dla mnie bomba bo mogłam kupić sobie coś fajnego czego normalnie bym nie kupiła bo zawsze znalazłyby się ważniejsze wydatki. Padło na nausznicę ze sklepu internetowego. Dla przestrogi sklep nazywa się "onestreet.pl". Z tego co wiem sprzedawali też na allegro.

Wszystko załatwione, nausznica wybrana, zapłacone, dostałam maila z potwierdzeniem zakupu. Nic tylko czekać. No właśnie... Teoretycznie czas wysyłki to 15 dni bo biżuteria robiona na zamówienie itp. Spoko, czasu mam dużo, poczekam. Po tych 15 dniach zaglądam na maila bo miałam tak link do stanu wysyłki i co widzę? "Przyjęto do realizacji". Myślę sobie "no ok, może po prostu dłużej im się zeszło, poczekam". Mija kolejne pare dni, znowu zaglądam na stronkę i widzę to samo. No to piszę do nich maila z zapytaniem jak tam z moją przesyłką. Brak odpowiedzi. Sprawdzam stronkę w celu znalezienia numeru telefonu, jak się okazało nieaktywnego... Załamana po paru dniach wysyłam kolejnego maila z zapytaniem i stwierdzeniem że jeśli nie są w stanie wysłać mi kupionego produktu to wymagam zwrotu pieniędzy. Oczywiście nie doczekałam się odpowiedzi.

Zamówienie składałam w marcu tego roku. Od tamtej pory brak odpowiedzi na maile, telefon nieaktywny, kasy na koncie nie ma, a 80zł piechotą nie chodzi...

Byłam u znajomego adwokata który opowiedział mi w jaki sposób powinnam to załatwić żeby odzyskać pieniądze zgodnie z naszym wspaniałym polskim prawem... Jak to wspólnie przeanalizowaliśmy pewnie na te wszystkie dokumenty wydałabym więcej niż wart jest zakup...

I spróbuj sobie człowieku coś kupić w internecie...
Przypominam- sprawdzajcie każdy sklep i każdego sprzedawcę na allegro zanim wyślecie mu pieniądze. Ja popełniłam ten błąd i dostałam nauczkę

sklepy_internetowe

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (100)

#62066

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno tu nie zaglądałam ale to co mi się przydarzyło w nowej pracy idealnie się tu nadaje.

Pracuję jako kelnerka w sporej restauracji przy głównej trasie (co istotne jest tam także grill umieszczony na środku sali a restauracja słynie z potraw grillowych które gość może sam sobie wybrać, która kiełbaska, karczek itp.). Parę dni temu, tłok niesamowity (nie mieliśmy już miejsc dla nowych gości) wchodzi pani Piekielna. Podeszła do baru żeby złożyć zamówienie i stanęła w kolejce. Przed nią stało jeszcze około 10 gości. Po pięciu minutach usłyszałam jak mówi do męża:

- Kto tu pracuje?? Nie potrafią normalnie obsłużyć klienta? - już z niemałym oburzeniem.

Jako, że akurat przechodziłam, postanowiłam wytłumaczyć Pani w czym jest problem. Powiedziałam ,że akurat mamy tłok i panie za barem robią co mogą żeby jak najszybciej przyjąć od wszystkich zamówienia, na co usłyszałam:

- Ty się nie odzywaj smarkulo, nie do Ciebie mówię.

Przyznam szczerze, że mnie trochę wmurowało, bo nie spodziewałam się takiej odpowiedzi, ale jak na grzeczną dziewczynkę przystało po prostu wróciłam do wykonywanych obowiązków.
Jakby tego było mało okazało się że musimy jakoś zorganizować miejsca dla grupy 10 osób, więc gdy większy stolik się zwalniał, natychmiast lądowała tam tabliczka z rezerwacją. Niektórych widocznie takie rzeczy nie interesują ,ponieważ Pani Piekielna po złożeniu zamówienia postanowiła wybrać sobie właśnie zarezerwowany stolik. Na szczęście zajęła się nią moja koleżanka, bo ja akurat szłam z tacą pełną zup.

Tłumaczenie Pani dało się jednak słyszeć z daleka - Przecież jakiś stolik zaraz się zwolni i będzie miejsce. Nie interesowało ją to że stoliki mamy 8-osobowe i ten jeden stolik był akurat potrzebny do pełnej dziesiątki (2-osobowy) po jakimś czasie zwolnił się jednak inny, nieco większy, więc udało się ją namówić żeby się przesiadła. Traf chciał, że akurat przechodziłam obok (znowu z tacą pełną zup, co jest istotne dla sprawy)

- Ej, Ty, tu jest brudno, ja tu nie usiądę, posprzątaj to. - usłyszałam. Jako, że trudno mnie wytrącić z równowagi, odpowiedziałam jej, że jak tylko rozniosę zupy to się tym zajmę.
- Postaw to na stoliku i wycieraj, myślisz że ja tu będę tak stać i czekać? - Pani Piekielna zaczęła już lekko podnosić głos.
- Wygląda na to że nie ma pani wyboru. Zaraz wracam.- odpowiedziałam jej tylko. Gotowało się we mnie i chciałam jak najszybciej od niej uciec. Rozniosłam te zupy najszybciej jak się dało (mimo że szukanie numerków na stolikach gdy jest taki tłum jest czasochłonne) i wróciłam za bar po ściereczkę żeby przetrzeć ławkę. Poszłam, przetarłam i myślałam że już po sprawie, gdy PP wyskoczyła do mnie z pretensjami o to, że jej z grilla dymi. Grill jak to grill musi się żarzyć. Znowu tłumaczę, że to tylko przez chwilę bo był przeciąg, ale zaraz nie będzie dymić. Na co babka po prostu zaczęła się na mnie drzeć, że specjalnie ją tu posadziliśmy i nie dziwi się, że ludzie którzy siedzieli tu wcześniej tak szybko uciekli.
Z opresji uratowała mnie szefowa, która wkroczyła do akcji. Zapytała o co chodzi i cała agresja PP przeszła na nią. Oto co usłyszałam:

- Co to w ogóle za restauracja?! Kompletnie nie troszczycie się o klienta! Musiałam stać w kolejce godzinę, a potem pół godziny czekać aż ta smarkula tu posprząta i jeszcze nie dostałam jedzenia.

Szefowa powiedziała to samo co ja na początku - że jest tłok, kelnerzy robią co mogą żeby było dobrze itd. Nie poskutkowało. Wróciła do dymiącego grilla i stwierdziła, że mamy go zgasić bo inaczej ona wychodzi. Znowu tłumaczenie że nie możemy go zgasić, bo mamy zamówienia na potrawy z grilla ale do niej już nic nie docierało. Po prostu zabrała torebeczkę, męża, który przez cały czas nie odezwał się nawet słowem i wyszła.

Co mnie rozbawiło w tej całej sytuacji? Szefowa pokazała mi jej zamówienie - 2 kiełbaski, 2 szaszłyki i 2 kawy, ale grilla gasimy :)

gastronomia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 394 (478)
zarchiwizowany

#59077

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przed chwilą przeczytałam historię o psychologach i przypomniała mi się moja własna wizyta. W związku z pewną traumą którą przeżyłam w dzieciństwie musiałam wybrać się do "specjalisty"
Pani niby wyglądała ma miłą i sympatyczną (pozory mylą). Opowiedziałam całą historię (nie obyło się bez łez i zacinania, czasami po prostu nie mogłam się wysłowić) i "przemiła" pani przerywa mi tekstem:
- No już, uspokój się i dokończ. - dodam że mówiła to strasznie zniecierpliwionym tonem. Wydukałam do końca całą historię po czym usłyszałam:
-Jak wyglądają Twoje kontakty z rówieśnikami? bo z tego co widzę to cała ta historia jest wyssana z palca. Po co wymyślasz takie rzeczy? Żeby zwrócić na siebie uwagę? Nie masz koleżanek i chcesz je złapać na litość? Uspokój się lepiej dziewczyno, weź się w garść i ogarnij.
Na tym zakończyła się moja wizyta. Wybiegłam z płaczem.

I taka osoba ma pomagać ludziom którzy przeżyli traumę i nie mogą się pozbierać? Po tej rozmowie było mi jeszcze gorzej.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (374)