Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

TruskawkowyMuss

Zamieszcza historie od: 10 marca 2014 - 0:37
Ostatnio: 13 listopada 2017 - 11:06
  • Historii na głównej: 11 z 15
  • Punktów za historie: 4033
  • Komentarzy: 216
  • Punktów za komentarze: 1402
 
zarchiwizowany
Ostatnio mojemu tacie zebrało się na wspominki, więc pozwolę sobie opowiedzieć jedną z piekielno - śmiesznych historii jaka przydarzyła się blisko 20 lat temu.

W ramach wstępu: jako dziecko byłam bardzo ciekawa świata, uwielbiałam książeczki, kolorowanki i chłonęłam nowe informacje niczym gąbka wodę. W jednej z takich edukacyjnych książeczek był temat dotyczący świata i jego mieszkańców. Były mapki, Indianie, Hindusi, Murzyni (czy raczej- Afroamerykanie ;)) itd. Temat mnie zafascynował i pochłonął.

Pewnego dnia poszłam z tatą po drobne zakupy do osiedlowego sklepu. Stoimy w kolejce, a przed nami stoi czarnoskóry mężczyzna. Tata przeczuwając co może się stać, starał się odwracać moją uwagę od niego. Nieskutecznie. W pewnym momencie wypaliłam na cały sklep "Tato, a mówiłeś że Murzyni mieszkają w Afryce!". Tata czerwony. Ja dalej swoje- że w Afryce Murzyni, w Indiach Hindusi a w Polsce my! Wszyscy dookoła pokładają się ze śmiechu, tata płonie ze wstydu a ja niczego nieświadoma drążę temat. Na szczęście, rzeczony obcokrajowiec śmiał się najgłośniej.

Uprzedzając komentarze- nigdy nie byłam wychowywana w przeświadczeniu o "wyższości rasy" czy pogardzie do innych ludzi. Mottem w naszej rodzinie jest hasło: "O człowieku świadczą nie jego religia czy kolor skóry, a czyny".

obcokrajowcy_dzieci

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (45)

#65016

(PW) ·
| Do ulubionych
To, co przydarzyło mi się wczoraj jest prawdziwym szczęściem w nieszczęściu.

Przechodziłam przez przejście na "skrzyżowaniu" (główna ulica, dwie małe uliczki- jedna osiedlowa, jedna dojazdowa do parkingu i kościoła). Jest to jedyne przejście w tej okolicy, na osiedlowej i dojazdowej nie ma pasów, są to ulice dwukierunkowe. Następnie weszłam na ulicę dojazdową z zamiarem przejścia na jej drugą stronę (upewniłam się, że nic nie jedzie). Gdy byłam już na drugiej połowie odruchowo zerknęłam w lewo i zobaczyłam rozpędzony samochód jadący wprost na mnie- ostatnia myśl przed potrąceniem "Dlaczego nie hamuje?". Zostałam potrącona, wpadłam na maskę, przejechałam się na tej masce kawałek i w końcu spadłam na asfalt. Nogi miałam tak "powykręcane", że nie byłam w stanie sama wstać.

Od razu zbiegli się ludzie, wysiadł kierowca. W szoku najpierw zaczęłam na niego krzyczeć, następnie się rozpłakałam i w końcu zadzwoniłam po tatę (mieszkamy dosłownie obok). W międzyczasie została wezwana policja i pogotowie. Karetka przyjechała szybciej, zbadano mnie i zabrano do szpitala. Reszty dowiedziałam się od taty.

Kierowca ma prawo jazdy dopiero od roku, jego samochód nie powinien być dopuszczony do ruchu (w związku z czym zatrzymano mu prawo jazdy i dowód rejestracyjny), ponadto skręcał w ulicę (w lewo) ścinając zakręt, z nadmierną prędkością, bez kierunkowskazu, wjeżdżając pod prąd - gdyby wjechał prawidłowo na prawy pas, ominąłby mnie bez żadnego problemu. Jedynym jego wytłumaczeniem było to, że mnie nie zauważył (nie jestem ani niska, ani chuda). O sile z jaką we mnie uderzył świadczą rozbity zderzak i urwana tablica rejestracyjna.

Gdzie tu szczęście, o którym wspominałam na początku? Oprócz siniaków i silnych stłuczeń nic poważnego mi się nie stało - czemu dziwili się wszyscy, począwszy od ratowników i lekarzy w szpitalu, przez rodzinę aż po lekarza rodzinnego. Każdy zgodnie orzekał, że w tej sytuacji powinnam mieć przynajmniej jedną nogę złamaną (jak to ma miejsce w większości takich przypadków).

wypadki drogowe

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 342 (422)

#59411

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana mi przez kolegę i publikowana za jego zgodą.

Ostrzegam, będzie obrzydliwie.

Ostatnio odbywały się egzaminy gimnazjalne, historia miała miejsce w środę. Kolega jedzie rano autobusem, około godziny 8. Tłok niesamowity, człowiek na człowieku, gorąco, korek, więc i więcej stania niż jazdy. Niedaleko drzwi stała grupka gimnazjalistów, elegancko ubrani, widać, że zdenerwowani. Na przystanku ludzie wysiadają, wsiadają, a na końcu wsiada pan bardzo wczorajszy i zaniedbany. Widać, że święta miał ciężkie, a i w poniedziałek odpowiednio polewał.

Zapewne temperatura, mieszanka różnych zapachów (od cebularza po perfumy) i "gaz-hamulec" kierowcy spowodowała u pana odruch wymiotny. A że najbliżej "miotającego" stali gimnazjaliści, oberwało się biednemu chłopakowi w białej koszuli i pod krawatem.
Panika i popłoch w autobusie, daleko do przystanku, a chłopaczyna, jeśli wierzyć koledze, darł się przeraźliwie i był bliski łez.

Niestety nie wiem, jak historia się zakończyła i jak chłopakowi poszedł egzamin ale współczuję mu z całego serca.

komunikacja_miejska; alkohol

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 551 (615)

#59315

(PW) ·
| Do ulubionych
Dość zabawna sytuacja przydarzyła się dziś mojej mamie. Dwa słowa wprowadzenia: moja mama ma lekko oliwkową cerę, czarne włosy i zielono- żółte oczy (kocie).
Ostatnio w naszym mieście policja szuka źródeł dochodu i namiętnie zaczęli wystawiać mandaty za zaśmiecanie, zakłócanie porządku, dosłownie za wszystko. Moja mama szła i paliła papierosa, oprócz niej nie było wokół nikogo. Nieopodal stało dwóch panów policjantów, gdy ich mijała usłyszała taką wymianę zdań:
Policjant 1: No, chyba wylegitymujemy i spiszemy.
Policjant 2: Ty, ale to chyba nie Polka.
P1: Ale pali.
P2: A po jakiemu ty chcesz z nią gadać?
P1: No w sumie...

Bardzo dużo kosztowało moją mamę powstrzymanie śmiechu i zachowanie obojętności.

policja

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 535 (695)
Mam 21 lat i zdiagnozowano u mnie stan przedrakowy szyjki macicy stopnia trzeciego, czyli inaczej dysplazję najwyższego stopnia. Stan taki rozwija się w przeciągu ok 2, może 3 lat, dlatego też z "wyrokiem" pogodzić się nie chciałam. I wydaje się, że słusznie.

Zawsze wyniki cytologii miałam poprawne, badałam się regularnie co pół roku. Wynik nieprawidłowy pojawił się w styczniu, 6 miesięcy od ostatniego badania. Następnie miałam wykonywaną kolejną cytologię i pobrane wycinki (w lutym; cytologia wyszła w porządku, natomiast wycinki wskazywały na dysplazję trzeciego stopnia). Lekarz, który wtedy miał mnie pod swoją opieką, stwierdził iż najlepiej zrobię, jeżeli udam się do "Szanownego Pana Profesora" bo to trzeba ciąć już, teraz, natychmiast! Spanikowałam, do profesora się zapisałam i czekałam. W międzyczasie zwiedziłam ok 5-6 gabinetów ginekologicznych, w których słyszałam za każdym razem inne zalecenia, diagnozy, opinie. Tylko jedna pani doktor zaleciła powtórzenie badań po ok 3-4 miesiącach, biorąc pod uwagę rozbieżne wyniki badań (do tego dochodzi kolposkopia wykonywana ok miesiąc po wycinkach, na których nie ma po nich śladu ani tym bardziej po wcześniej stwierdzonej nadżerce, ani po dysplazji).

Nie opisując wszystkich perypetii powiem w skrócie:

1. Wizyta u pana profesora, jak to u lekarza z tytułami, tania oczywiście nie była ale za tą kwotę spodziewałabym się czegoś więcej niż:
- gabinetu z wyposażeniem z PRLu,
- stwierdzenia iż "na moje oko raka nie ma ale uciąć trzeba, to co może przyszła środa?"
- dokładnego zapoznania się z wynikami i WYSŁUCHANIA pacjenta
Więcej u pana się nie pojawiłam.

2. Chciałam ponownie przebadać pobrany materiał biologiczny z wycinków. Żaden lekarz nie chciał się podjąć wystąpienia do szpitala z oficjalnym pismem o udostępnienie i przewiezienie próbek - bo nie. Bo Szanowny Profesor to mój szef i nie będę podważać jego zdania, bo lekarz który zlecał badania jest super-hiper ważny i nie, bo nie ma potrzeby - utniemy i po sprawie. Dokładnie takie stwierdzenia słyszałam - "boję się i będę już skończona, proszę zrozumieć". Udało mi się sprawę załatwić i obecnie czekam na wyniki, ale ile czasu spędziłam w gabinetach z tą jedną prośbą to szkoda mówić. Dodam, na marginesie, że gabinety te były prywatne.

Zmierzając do sedna - bardzo łatwo jest kogoś okaleczyć, "ciachnąć" (jak usłyszałam u profesora) szyjkę macicy i uniemożliwić donoszenie ciąży (rzadko się udaje) młodej kobiecie, która na prawdę chciałaby być matką. Bardzo łatwo. Ale ponowić badania? Raz jeszcze przebadać pobrany materiał? A po co, jesteśmy nieomylni! Wstyd wytknąć komuś błąd! Strach!
Z racji wędrówek po gabinetach i przesiadywania w poczekalniach, poznałam dwie panie ok 50 roku życia. Obie z rakiem. I obie pozwały szpital - w wyciętych częściach (szyjka macicy i pierś) nie stwierdzono zmian nowotworowych. Cuda jakieś? Samouzdrawianie? A może jednak lekarz to też człowiek i może się pomylić?

Rozpisałam się, może nie jest to stricte piekielna sytuacja dla kogoś, kto nie usłyszał wyroku na początku swojego życia. Wydaje mi się jednak, że obecna nagonka na to ile kobiet w Polsce zapada na nowotwór "typowo kobiecy" nie jest informacją do końca wiarygodną. I jeżeli którakolwiek z czytelniczek, czego nikomu z całego serca nie życzę, dowiedziałaby się o wyroku, niech się bada. I bada, i bada, i ponawia badania. Nie wolno ufać jednej diagnozie. Jesteśmy ludźmi, którzy popełniają błędy. A dać się okaleczyć jest bardzo łatwo.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 700 (778)