Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GrammaticusPopierdicus

Zamieszcza historie od: 17 lipca 2018 - 6:16
Ostatnio: 17 października 2018 - 13:01
  • Historii na głównej: 5 z 7
  • Punktów za historie: 657
  • Komentarzy: 34
  • Punktów za komentarze: 207
 
Krótki rys sytuacyjny: na parterze domu mieszka teściowa ze szwagierką, ja z mężem i dzieciakami na piętrze, wejście wspólne.

Pewnego dnia na dole słyszę tumult, wrzaski, wyzwiska - na ucho w wykonaniu ani teściowej, ani szwagierki. Trzaśnięcie drzwiami. Aż strach zejść na dół i zapytać, co się stało.

Ciekawość jednak szybko została zaspokojona, gdy na nasze pięterko wczłapała rozdygotana teściowa. A więc akcja "meliska" i "opowiadaj, Zdzisiu, co się stało?".

Otóż teściową nawiedziła sąsiadka. Z pretensjami, że jej teściowa o pogrzebie jednej babeczki z kółka różańcowego nie powiadomiła. Teściowa dowiedziała się przy tym ciekawych rzeczy o swoim pochodzeniu i domniemanym zawodzie swojej matki oraz wątpliwej wierności swego ojca. Podobno i mnie się dostało.

"Grammaticus, ja sama odebrałam telefon z wiadomością o pogrzebie dopiero w momencie, gdy ta baba wchodziła do domu!!! Jak miałam ją zawiadomić, skoro od progu zaczęła drzeć twarz?" - trzęsła mi się teściowa jeszcze jakieś pół godziny, nie mogąc wyjść z szoku po takim najściu.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (129)
zarchiwizowany
Jechałam sobie rowerem, ulicą, jak Pan Bóg przykazał.

W pewnym momencie wpadł mi do paszczy komar, czy inna latająca zaraza, którą Noe niepotrzebnie zabrał na Arkę. Przyhamowałam więc, wyplułam paskudę i sklęłam do 7 komarzego pokolenia wstecz, kończąc: "A bodajby cię pogięło, zarazo jedna!".

Zwyczajne? Nie do końca.

Pech chciał, że owad postanowił zabawić się w kamikadze akurat na wysokości domu mojej miłej sąsiadki, którą może kojarzycie z poprzedniej historii: #83037

Sąsiadka niestety była właśnie w ogródku i zobaczywszy jak spluwam wydarła się:
"A jeszcze mi pluć tutaj na mnie będzie i wyklinać, cholera zakazana!!!" (czy inna równie wysublimowana perora)

Mnie pozostał już tylko taktyczny odwrót i pogodzenie się z opinią największego chama na osiedlu

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (56)
Miejsce akcji: działka mojego taty. Spędzamy na niej wakacje z trojgiem dzieci i psem. Miejscowość w wakacje mocno turystyczna.
Czas: nie pamiętam dokładnie, ale zapewne późny piątek/wczesna sobota.
Nastrój: meeeega leniwy. Dzieci u kolegów na wylocie, na działce tylko ja, tatko i pieseł.
Sielanka, panie, sielanka!

W pewnej chwili na działeczkę wchodzi parka. Wiek około 20, wygląd mocno przyzwoity. Mój pieseł, czując słuszny instynkt terytorialny, obszczekuje ich od góry do dołu, nie ruszając jednak z miejsca swego leniwego zada.

Kobieta chowa się za faceta. Trzęsie się bidulka, widać, że psów nie lubi. Facet pomija wszelkie formułki grzecznościowe i drze do mnie japę: „Może byś zabrała tego kundla!!!”.

Krótkie „Cykuta, do domu!” załatwia sprawę.

Patrzę na parkę wyczekująco, pewnie pomocy potrzebują. Poszukują kogoś? Auto się zepsuło? A może raczą się przywitać? No, niestety, nie raczyli.

Inicjatywę przejmuje kobietka: „Szukamy pokoju”.

„Życzę Wam pokoju" – odpowiadam po buracku, bo buraka to tylko burakiem zwalczyć można i odwracając się do nich plecami, wchodzę do domu, psa pomiziać.

Odchodzą.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (186)
Udzielam korepetycji i w związku z tym mam założone konto na Pewnym Serwisie Korepetycyjnym.
Ogłoszenie o korepetycjach, konwersacjach, przygotowaniu do egzaminów i pomocy w pisaniu prac. Pomocy! Nigdy za nikogo nie napisałam nawet pracy zaliczeniowej i nie zamierzam tego zrobić. Klauzula sumienia.

Pewnego razu (24 maja konkretnie, rok nieistotny) za pośrednictwem serwisu zgłasza się do mnie Żeński Ktoś (ŻK).

"Chciałabym się zapytać, czy pisze Pani prace magisterskie, jeśli tak to proszę zobaczyć zarys, co powinna praca zawierać.
Temat pracy będzie obejmował..." - i tutaj następuje podanie tematu, bibliografii, wskazanie pozycji, które ŻK może mi przesłać pocztą lub skany w pdf. Zgłoszenie zakończone jest uwagą: "Pani Promotor chciałaby jako zarys otrzymać jako pierwsze opis/zarys XXX (cenzura z litości, ze względu na anonimowość ŻK) oraz wyjaśnienie tych głównych trzech pojęć.
Praca powinna mieć około 60 stron, termin napisania całości początek września.
Bardzo proszę o informację zwrotną".

Moja odpowiedź jest oczywista: "Nie zajmuję się pisaniem prac. Mogę jedynie pomóc, udzielić wskazówek, ewentualnie dokonać korekty językowej".
Odpowiedź ŻK: "No, ale co Pani szkodzi popatrzeć na bibliografię i podać wycenę".

Ażżż, ty taka owaka. Chciałaś to masz.

Moja odpowiedź, podane kwoty są moimi standardowymi stawkami za godzinę korepetycji w tamtym czasie. A co, przeca nie tajemnica ;) :

"Dzień dobry! Nie zajmuję się pisaniem prac jakichkolwiek. I to nie z powodów moralnych czy prawnych, ani z braku umiejętności. Po prostu jest to rzecz, która zajmuje tak dużo czasu, że gdyby wycenić to uczciwie, nikogo nie byłoby na to stać. Proszę pomyśleć: uczciwe przestudiowanie każdej z podanych przez Panią książek - przynajmniej tydzień na jedną: 200 godzin roboczych. Plus 8 godzin na przygotowanie planu pracy i jej głównych zarysów. Dodatkowo przynajmniej tydzień roboczy na napisanie każdego z podanych przez Panią rozdziałów: następne 200 godzin. Dodatkowo tydzień na korektę: 40 godzin. Daje to 11 tygodni, podczas których jestem wyłączona z obiegu zawodowego i muszę odmawiać innym klientom. W związku z tym stawka musi mi to rekompensować. Nie może być zatem mniejsza niż 45 złotych za godzinę pracy. Co nam daje 18450 złotych. Kto mi tyle zapłaci? Nie sądzę żeby ktokolwiek. Podane ilości wydają się z kosmosu wzięte, prawda? Ale proszę pomyśleć - rozłożone na jeden rok akademicki (bo tyle zazwyczaj ma się na napisanie pracy magisterskiej) nie są wcale takie kosmiczne".

Odpowiedź ŻK:
"Bardzo dziękuję za odpowiedź. Pozdrawiam i życzę miłego dnia!"

Dzień zaiste - był miły, a wspomnienie ŻK nadal cieszy moje serce.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (147)
Na korepetycje przychodziła kiedyś do mnie dziewczyna (D) w wieku licealnym. Cel – podciągnięcie ocen z trójki. Dosyć dobrze nam się współpracowało, ale jedno zdarzenie spowodowało, że współpraca zakończyłaby się z hukiem.

Miałam wtedy zwyczaj, o którym zresztą uczniowie byli uprzedzani, że jeśli delikwent nie pojawi się na korkach bez uprzedzenia, a dodatkowo nie reaguje na jednorazowe zapytanie z mojej strony (wysyłane zazwyczaj SMSem wieczorem w dniu nieodbytej lekcji), to uważam, że z korepetycji zrezygnował, a termin zwalniam na potrzeby dalszych ewentualnych uczniów.

A więc dokładnie to przydarzyło się D. Umówiona na 15. O 20 wysłany SMS z prośbą o wyjaśnienie. Dwa dni bez odzewu. Zwalniamy termin. Bez żalu. Nie każdy potrafi powiedzieć, że rezygnuje, prawda?

Następny tydzień. Tak się składa, że akurat nikogo nie znalazłam na miejsce D. Nie przyjechała. No, ok. Potraktowałam to jako ostateczne potwierdzenie rezygnacji.

Kolejny tydzień. Okolice Andrzejek. Szkoła, w której wtedy pracowałam zorganizowała dyskotekę, podczas której przypadł mi zaszczyt pilnowania młodzieży gimnazjalnej. Normalka. Ale na dyskoteki nie zabiera się telefonu (a właściwie zabiera, tylko zostawia go w torebce, zostawionej pod kluczem w pokoju nauczycielskim – pragmatyzm).

Po dyskotece, wychodząc ze szkoły zerknęłam na telefon. Trzy nieodebrane połączenia od mamy D. Ponieważ nie było jeszcze późno oddzwoniłam. I przez jakąś minutę nie mogłam dojść do słowa, ponieważ Mama mnie ofieprzała. Soczyście, kwieciście, i z fantazją. Za to, że podwiozła córkę na lekcję, ale mnie nie było!!! Nie rozłączyłam się i dałam się kobiecie wykrzyczeć, bo przeczuwałam grubszą drakę. Gdy tylko zdołałam, uświadomiłam, że córki nie widziałam już 2 tygodnie, nie była u mnie na lekcji oraz przypomniałam zasady. W odpowiedzi usłyszałam:
- Chwileczka, ja za chwilę oddzwonię.

Oddzwoniła po mniej niż pięciu minutach. Z równie soczystymi, jak poprzednia ofieprzanka przeprosinami. Jak tylko skończyła przepraszać sama, usłyszałam, jak próbuje dać telefon córce, ale ta tylko wysiorbała: "Nieeeeeeeee!".

Co się okazało? Panna potrzebowała zakupić coś tam i wykoncypowała, że będzie wychodzić z domu na korki, przeczeka je w jedynej w miasteczku galerii, a kasę będzie chować do kieszeni. No, pech chciał, że trzeciego tygodnia rodzicielka była na tyle uczynna, że córkę podwiozła i sprawa się rypła.

Stanęło na tym, że przyjęłam D na lekcje, z wyraźnym prykazem, że jak zechce zrezygnować niech wali prosto z mostu, a jak zechce zarobić, to ja i sąsiedzi mamy liście do zagrabienia, ulotki można roznosić itp.

Współpraca trwała bez zastrzeżeń jeszcze przez kolejny rok szkolny, a D na następną lekcję przyszła ze szczerymi przeprosinami i bombonierką, którą zjadłyśmy wspólnie przy kawie, powtarzając tryby warunkowe.

Wyjaśniam już dlaczego tak się nieprofesjonalnie z uczennicą spoufaliłam. Dziewczę mi się popłakało, trzeba ją było jakoś uspokoić.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (165)
zarchiwizowany
Dodawałam niedawno historię na Piekielnych. Jest nawet na głównej.
Ten wpis jest, ponieważ chciałabym wiedzieć, jakim cudem oryginalne zakończenie: "Nosz, Prostytutka!" zostało zamienione na "Noż k....".

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (89)
Fejsbuczek podrzucił mi wspomnienie, które pozwalam sobie tutaj przekopiować, cenzurując niektóre fragmenty, gwoli anonimowości osób zainteresowanych:

Dajcie trumnę, bo ja umrę!!! W 1/4 wakacji komu powinno zależeć na lekcjach z założenia mających podszkolić przed egzaminem poprawkowym? No, komu? Mnie, czy uczniowi? Ja chyba wydzielę w moim pamiętniku specjalny rozdział pt. "Niezwykłe przypadki korepetycyjne" dla takich jak dzisiejszy Kwiatek.

Akt1.
Chce się toto umówić na poniedziałek na 14:00. Mnie w poniedziałek wypada nieodwołalny wyjazd do Wielkiego Miasta, więc piszę na jej nr tel SMS-a, że nie poniedziałek - może sobota, albo wtorek... Zero odzewu, wiec zakładam, że zrezygnowała, tylko głupio jej powiedzieć. Zapominam.

Akt2. Wielkie Miasto. Poczekalnia u Lekarza Specjalisty. Godzina 14:10. Dzwoni! "Ja nie mogę znaleźć domu, niech po mnie ktoś wyjdzie". Objaśniam więc sytuację i mówię, że w wolnej chwili napiszę na jaki dzień (2 dni później) i godzinę możemy się umówić. Piszę jeszcze tego samego dnia. Zero odzewu.

Akt3. 2 dni później, rano. Profilaktycznie wysyłam SMS-a o treści: "Widzę, że zrezygnowałaś z lekcji, skoro do dzisiaj nie dostałam potwierdzenia?" Dziewczę pisze po 4 godzinach, kiedy to mam już zaplanowany dzień, że ona może dzisiaj. Ok, ale ja nie mogę. Umawiamy się na dzień następny, czyli na czwartek, na 15.

Akt 4. Około południa dzwoni, żeby potwierdzić lekcję. Ładnie, myślę :) Godzina 15:00 - koło domu kręci się jakiś samochód, ale nie zatrzymuje się, tylko robi 2 rundki i odjeżdża. Ona, nie ona? Zrezygnowała? Może wróci? Po akademickim kwadransie wysyłam informację z podziękowaniem za niedoszłą współpracę i aluzją co do niepoważnego podejścia. 15:22 - dzwoni! "Ja się spóźnię jakieś 15 minut" - "Słonko, ty już jesteś 22 minuty spóźniona, a to w sumie daje nam 37 minut spóźnienia." "Ale czy ja mogę przyjechać?" "Możesz, ale nie wiem, na ile opłaca ci się 23 minutowa lekcja." "Aha, w takim razie ja odwołuję lekcję, żeby nie było, że pani czekała" Że co? "Ja już czekam." "Aha. Do widzenia."

Noż k....

Poprawki

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (167)

1