Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ItsyBitsyWereWaffle

Zamieszcza historie od: 24 maja 2020 - 14:34
Ostatnio: 12 kwietnia 2021 - 12:55
O sobie:

Niby trzydziestka na karku ale w sklepie z zabawkami pięciolatek. Fanka cięższego brzmienia, ciemnych kolorów i dodatków z filmów i komiksów. Lubię fantastykę i sci-fi ale jakoś polityków słuchać nie znoszę ;)

  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 435
  • Komentarzy: 24
  • Punktów za komentarze: 89
 
Spokojnie się u mnie ostatnio zrobiło. Za spokojnie, nikt nie zaczepia, w pracy całkiem przyjemnie, rodzinka nie szaleje.

W takiej sytuacji każdy z nas na moment stracił czujność. Będzie o dziwo o piekielności... Sama nie wiem, chyba Poczty Polskiej.

Mamy na rejonie świetną Panią Listonosz, awiza to rzadkość, woli podjechać drugi raz i doręczyć jak wie że ludzie wrócą z pracy, wszystkie paczki ma zawsze że sobą, pożartować też z nią można. No równa babka. Ale ze względu na sytuację w jakiej obecnie się znajdujemy, sporo ludzi siedzi w domach, pracując zdalnie i ogólnie nie wychodząc za często, z tego powodu moim chociażby osiedlu liczba zamawianych pączek wzrosła trzykrotnie. Listów też jakby więcej się zaczęło pojawiać ale to już chyba przypadek.

W każdym razie okazało się niedawno że Pani Renata (imię zmienione) w 2020 nie wybrała swoich dni urlopowych, nie licząc pojedynczych na święta, a co zrobić jak pracownik nie zużył urlopu? Przecież mu go nie wypłacimy! Zatem została moja listonoszka wysłana na przymusowy urlop. Długi, bo w momencie kiedy ja zauważyłam sprawę nie było jej już ponad dwa tygodnie.

I pewnie nie zauważyłabym wcale gdybym nie czekała na ważny list i dwie paczki. Dni mijały a ani listu ani paczek nie ma, ale myślę może covid, losowa sytuacja. Do czasu gdy nie dostałam telefonu z wydziału ksiąg wieczystych że list wrócił do nich nieodebrany. Byłam w szoku, który szybko przerodził się w złość. Oczywiście u prosiłam aby wysłali list ponownie, tym razem na pewno odbiorę. A zaraz po tym poleciałam jak strzała na pocztę.
Tam zaskoczenie oba okienka czynne, ludzi nie ma. Podchodzę i pytam, co się stało, zawsze tak dobrze było, przesyłki doręczane, a tym razem nawet awizo nie znalazłam. I się dowiedziałam.

Pani Renata na przymusowym urlopie i rejon na ten czas przejął, powiedzmy Pan Mecio. Ale on ma też swój rejon, więc dużo roboty teraz ma. I tak w ogóle to on bierze polecone i paczki na swój rejon, a na nasz tylko to co może od razu do skrzynki wrzucić. Nie powiem zagotowało się we mnie, więc składam skargę. Pani przyjęła ale dała mi do zrozumienia ze nic to nie da. Brakuje ludzi do pracy i tak będzie póki Moja listonoszka nie wróci. Nie potrafiła mi powiedzieć jednak kiedy to nastąpi żebym do tego czasu wstrzymała się z zamawianiem online. Na koniec łaskawie przyniosła mi paczki na które czekałam, obie wielkości pudełka po butach, lekkie bo i niewiele w nich było. Myślałam że sprawa wyjaśniona, wracam do domu i czekam na magiczny koniec urlopu Pani Renaty.

Ale gdyby to było tylko to, nie pisałabym. Chyba panie z poczty nie omieszkały zdradzić moich personaliów Panu Mieciowi bowiem tydzień po mojej wizycie na poczcie znalazłam w skrzynce listy, sztuk 4 plus dwa awiza. Wszystkie listy polecone, jeden z wydziału na który czekałam, jeden z sądu!, dwa z banku. Przy odbiorze każdego z nich powinnam się podpisać, ale Pan Miecio najwyraźniej zrobił to za mnie. A awiza? Do sąsiadki z bloku obok, bo ta sama ulica i numer mieszkania, a że to jedyne co się zgadza, to nie problem.

Myślicie że powinnam znów zrobić wycieczkę na pocztę i się skarżyć? Czy zacisnąć zęby i wytrzymać aż moja listonoszka wróci z urlopu?

poczta

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (153)
Moja Kochana Matula znów uderza i tym razem nie jest piekielna co po prostu nie do ogarnięcia.

Wróciłam już do siebie, zdążyłam zaznajomić z nowym trybem pracy (system zmian "zdalnych" i na miejscu). Jako, że jestem częściej w swoich czterech kątach i nie muszę siedzieć przykuta do lapka cały czas, postanowiłam wdrożyć w życie coś co planuję od grudnia, a mianowicie remont. Nic wielkiego, przesunąć kilka gniazdek, w dwóch pomieszczeniach nowe panele i to czego ta historia dotyczy - malowanie ścian. Ot trochę odświeżyć i zmienić kolorystykę która została po poprzednim właścicielu.

Tutaj wkracza moja Matula. Z tym samym pomysłem. Co weekend słyszę, że a to maluje listwy przypodłogowe, a to sufit. Tak mniej więcej trafia idealnie w to co robię ja w tym samym czasie. Nadszedł czas wyboru farb i po paru wycieczkach po sklepach udało mi się zaplanować jakie kolory pójdą gdzie (zanim kupię puszkę farby za 100 ziko wolę sprawdzić w innych sklepach, porównać kolory, upewnić się, że nie będą się gryzły kolory pomieszczeń obok siebie). Podczas kolejnej rozmowy z mamą wspomniałam jakie wybrałam kolory, jaką firmę, co gdzie i jak. Dodam najważniejsze czyli że nie lubię pewnych kolorów na ścianach, przed malowaniem mieszkanie było kremowo/beżowo/różowe, ja zaś wybrałam szarości, błękity i moje ukochane turkus i miętę. Reakcja mojej mamy polegała na godzinnym kazaniu, że po co mam kupować, bez sensu, u nich tyle farb po ostatnim malowaniu zostało (2 lata temu). Ogólnie mam przyjechać, wybrać sobie coś, a najlepiej wziąć wszystkie. Nie potrafiła mi wyjaśnić dlaczego ona nie może ich wykorzystać na odświeżenie, sami by wtedy zaoszczędzili, a mają dużo większy metraż niż ja. Odpowiedziałam grzecznie że pomyślę, posłuchałam jeszcze ze szary i turkusowy to brzydkie i dzikie kolory, i za ciemne, jak w ogóle można tak mieszkać.

Następnego dnia faktycznie zastanowiłam się, przypomniałam, że o ile prawie cały dom moich rodziców jest beżowo-różowy z kremowymi akcentami, to w sypialni jest śliczna błękitna farba podobna odcieniem do tego co sama wybrałam i w sumie chętnie wezmę. Zanim jednak dojechałam do rodziców minął kolejny tydzień i tak oto w ten weekend zawitałam w odwiedziny, coby pogadać z tatkiem niech doradzi w remoncie, popatrzeć co już zrobili i wziąć błękitna farbę, którą oferowali.

Po wejściu do domu aż ścięło mnie z nóg, albowiem przedsionek, w którym stoi szafa na buty był w dokładnie takim samym kolorze jaki ja wybrałam na swój przedpokój, weszłam dalej - korytarz zamiast różowy jak wcześniej był miętowy, znów ten sam odcień, który wybrałam ja do swojego salonu, jadalnia była w dwóch odcieniach, szary i akcentowa ściana w turkusie, tak jak pewnie już wiecie, te same, które wybrałam wcześniej do swojej kuchni. Generalnie okazało się, że matula po rozmowie ze mną zgarnęła tatka na zakupy bo ma "świetny pomysł" i odmalowali dom kolorami, które mi tak ciężko odradzała.

I powiem Wam przełknęłabym to, gdyby przy wyjeździe wieczorem wczorajszego dnia nie kazała ojcu zapakować mi do bagażnika nie tylko błękitnej farby ale wszystkich pozostałych róży, brzoskwini i beżów wcześniej będących na jej ścianach z tekstem, "bo Ty to młoda jesteś u ciebie będą pasować, i tak zaraz pobrudzisz ściany i będziesz malować od nowa, przynajmniej będzie jasno (tak jestem wielbicielka ciemnych kolorów, moja mam całe życie mi daje za to popalić) oraz, że mam brać bo inaczej się zmarnują, do nas już nie pasują, bo teraz są takie z klasą". Aha czyli jak ja wybrałam to szajs, ale u niej już są ekstra.

Uparta jestem, nie wzięłam farb. Znaczy poza błękitną i tą w odcieniu kawy z mlekiem bo wpadła mi w oko. A teraz siedzę i od nowa przeglądam próbniki i wybieram inne odcienie i ogólnie planuję nowy wygląd. Powiecie nie przejmuj się kupuj tę co chciałaś i maluj. Zrobiłabym to zwłaszcza, że odcień turkusu był piękny, ale nie mam siły słuchać, że po niej papuguje, przez kolejne pół roku.

Remont

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (224)
Kolejna historia, wydarzyła się dosłownie chwilę temu. Siedzę w aucie i nie dowierzam.
Generalnie jak pisałam wcześniej nie lubię jasnych ani jaskrawych kolorów, rzeczy w mojej szafie w kolorze czerwonym albo pomarańczowym mogę policzyć na palcach jednaj ręki, najczęściej spotyka się na moim ciele czerń i granat.

Dlaczego więc za każdym razem jak pójdę zrobić zakupy w Auchan (tylko tam, w innych sklepach mi się to jeszcze nie zdarzyło), nieważne czy u siebie, u rodziców czy na drugim końcu Polski, zawsze ale to zawsze ktoś mnie pomyli z pracownikiem. Za każdym też razem gdy grzecznie odpowiadam że zaszła pomyłka osoby takie wybuchają. Wiele razy słyszałam że już to nie pracuję, że to zgłosi, skargę napisze a ja stałam i szukałam ukrytej kamery.

Jednak dziś to ja wybuchłam i to dosłownie. Musiałam do południa podrzucić papiery i raport do firmy, ale jako że na miejscu wiem że nikogo nie ma oprócz sekretarki i księgowości, pojechałam na luzie. Trampki, jeansy i nieco wyblakła koszulka z wielki logo Batmana. Czarna. Znaczy sprana czerń. Ale na pewno czerń.

Wracając wstępuje do Auchan bo mam po drodze a skończył mi się wędzony łosoś i parówki sojowe. Zapasów mleka też mało, zakupy trzeba zrobić (nie lubię w weekend, za dużo osób).

Akurat stałam na dziale z żarówkami bo te u mnie w przedpokoju za żółte, szukam czegoś zimniejszego i mocniejszego. Nawet nie zauważyłam jak obok mnie pojawiła się kobieta tak na oko ok. 40 lat.
-Gdzie są płyny do spryskiwaczy?
-Nie wiem - odpowiadam gdyż nigdy ich w Auchan nie kupowałam.
-To za co Pani płacą jak Pani nie wie?
Tutaj już kątem oka widziałam jak kobieta powoli zamienia się w rybkę rozdymka. Znaczy zaraz zacznie krzyczeć że pewnie jestem niekompetentna. Ale ją ubiegłam (przytaczam mniej więcej treść mojej wypowiedzi, zdenerwowana byłam mogła użyć innych słów).
- Kobieto czy Ciebie poje**ło?! Nie widzisz że w żadnym wypadku tutaj nie pracuję?! Czy czarna koszulka i jeansy przypominają ci strój pracownika?! - wskazałam jej faktycznego osobnika który rozkładał towar na końcu alejki. - Jak masz problem ze wzrokiem to idź Pani do okulisty a nie ludzi zaczepiasz jak robią zakupy.
Tutaj Pani zauważyła po raz pierwszy mój wypchany koszyk, skrzywiła się i powiedziała - To Pani wina, ma Pani taką twarz!
Zanim jednak dowiedziałam się jaka właściwie moja twarz jest, kobieta pognał w stronę prawdziwego już pracownika.

Na następne zakupy jadę w kominiarce.

P.S. Teraz po powrocie do domu zdaję sobie sprawę, że zareagowałam jak ostatni cham i może nie powinnam, ale ile można grzecznie tłumaczyć.

Auchan

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (203)
Witajcie, czytałam wiele lat i zauważyłam, że da się na Piekielnych dostać poradę. Otóż z powodu obecnie panującego stanu epidemii siedzę w rodzinnym domu z mamą i trzema psami. Na co dzień mieszkam w innym mieście, ale jako, że szefostwo zarządziło pracę zdalną, obie pracujemy w tej samej firmie tylko w innych oddziałach, w dodatku nasze stanowiska są powiązane, spakowałam walizki i dawaj do domku. Zawsze to raźniej. Tylko, że tak było tylko na początku. Teraz mam ochotę rzucić to wszystko i wracać do siebie.

Otóż odkąd siedzę w domu, moja mama potrafi tylko narzekać i wymagać. Obie pracujemy tyle samo godzin, mamy podobne obowiązki, nasze służbowe laptopy stoją naprzeciw siebie w salonie gdzie siedzimy większość dnia. Więc dlaczego to ja MUSZĘ wstać dzień w dzień o 6, nakarmić psy, wyjść z nimi, potem zrobić kawę, śniadanie. Jak mama wstaje to zaloguje się na system i wychodzi na godzinę na taras na fajkę w między czasie rzucając mi teksty typu "taraz trzeba zamieść, pranie zrobić, łazienkę umyć, zupę bym dziś zjadła". Sama odkąd jestem tylko raz w tygodniu sprząta kuchnię klnąc na mnie że takiej prostej rzeczy nie potrafię. Resztę pomieszczeń i odkurzanie oczywiście na mojej głowie. Dołóżmy do tego obiad gotowany codziennie, wychodzenie z psami, karmienie ich i jazdę na rowerze do sklepu albo do paczkomatu bo mama znów coś zamówiła. Jej samochód stoi trzeci miesiąc z garażu i nie ma mowy żeby się ruszyła. Jak bardzo trzeba po coś jechać samochodem to przeciąga sprawę do weekendu kiedy ojciec wraca z pracy w innym mieście.

Jest jeszcze jedna kwestia a mianowicie psy, kocham je, owszem, ale nigdy nie spędzałam z nimi dużo czasu, zostały wzięte że schronisk/fundacji kiedy ja byłam jeszcze na studiach w innym mieście. Psy mają problemy, i ktoś mógłby pomyśleć, że mając je 8-9 lat moi rodzice coś z tym zrobią ale nie. Największy był kiedyś głodzony i teraz ma obsesję na punkcie jedzenia, ma nadwagę, rzuca się innym psom do misek, ludziom do talerzy, raz mnie ugryzł bo chciałam drugiemu psu dać kawałek jabłka. Ale jako, że pies najstarszy i generalnie stary to wolno mu wszystko, bo "on się już i tak nie nauczy".

Drugim problemem jest suka, najmniejsza że wszystkich, średnia wiekiem (nie mamy stuprocentowej pewności ile lat mają psy). Otóż ma ona ataki paniki, niegdyś reagowała tylko na fajerwerki i wielkie burze, teraz zaczyna się trząść i ślinić na nieco większy wiary i z każdym rokiem tylko ten stan się pogarsza. Rodzice a zwłaszcza mama ignoruje moje rady o psim behawioryście, tabletkach na uspokojenie i tym podobnych bo " jak nie wieje to przecież sunia jest jak aniołek". Tylko że pogodę w Polsce mamy ostatnio dość wietrzną i burzową co za tym idzie suka szaleje prawie codziennie, zwłaszcza w nocy. I tutaj kolejny geniusz mojej mamy, ona się musi wyspać bo ma rano do pracy więc ja mam nie spać i czuwać żeby suka nic nie zniszczyła/ nie zbliżała się w swoim szale do mamy 8 innych psów i tak jest od trzech miesięcy. W weekendy ojciec lituje się nade mną i sam przejmuję wartę w razie potrzeby, ale przecież on też musi kiedyś wypocząć. Mama problemu oczywiście nie widzi.
I te sytuację odbijają się na mojej pracy, ledwo się wyrabiam bo ciągle coś trzeba zrobić, chodzę niewyspana, a moja mama tylko się oburza, że się obijam i ona jakoś się wyrabia. Poradźcie co robić jeśli ktoś był w podobnej sytuacji. Jak dotrzeć do rodzicielki aby zrozumiała, że nie mogę robić wszystkiego sama.

PS Zanim przyjechałam, wiem, że mama była sama póki tata i czasem ja nie przyjeżdżaliśmy na weekendy, tylko, że wtedy dom był sprzątany w sobotę, a nie jak teraz co drugi dzień i nie robiła rzeczy typu umycie tarasu, wyplewienie ogródka, umycie auta i tym podobne, bo sama nie dałaby rady. Ja według niej jako osoba młoda (a mam na karku ponad 3 dyszki) nie powinnam mieć problemu robić to sama. Najbardziej mi szkoda psów, bo przestała w ogóle zwracać na nie uwagi, nieważne czy mają co jeść, czy jest woda w misce. Dopiero jak wieczorem idzie spać to na moment je poprzytula i tyle.

Wybaczcie za nieco chaotyczne wyznanie, ale zwyczajnie nie daję już rady.

PS 2 Zapomniałam dodać w historii, że pomysł z moją chwilową przeprowadzką to był wspólny pomysł moich rodziców. I tak ze względu na pracę widywałam się z mamą często, na zebraniach w jej oddziale. Jak zaczęły się obostrzenia to sami stwierdzili że zamiast jeździć co tydzień lepiej i wygodniej będzie jak z nimi zamieszkam. Dodam że oprócz opłacania swojego lokum, dokładam się do rachunków tutaj, jeżdżę na zakupy. Nie jestem darmozjadem, zwłaszcza, że w domu rodzinnym nadal mam swój pokój w którym jest sporo moich rzeczy, więc to nie tak, że łażę za mamą krok w krok czy coś.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (137)

1