Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

TajgaNaMorzu

Zamieszcza historie od: 1 maja 2019 - 12:55
Ostatnio: 1 marca 2020 - 15:35
  • Historii na głównej: 7 z 7
  • Punktów za historie: 1211
  • Komentarzy: 1
  • Punktów za komentarze: 1
 

#86209

(PW) ·
| Do ulubionych
Prawie rok temu miał miejsce ślub, na którym byłem świadkiem (pisałem osobną historię o wydarzeniach z parkingu przy kościele). Tak jak piszę, minął prawie rok, a młodzi ciągle nie mają zdjęć z tego wydarzenia. Dlaczego? Dlatego, że w swojej naiwności nie podpisali żadnej umowy z fotografem, nic. Ale od początku.

Znajoma panny młodej amatorsko zajmowała się fotografią. Szło jej to całkiem nieźle, nie raz już uwieczniała na zdjęciach czyjeś wesela, chrzciny, 18-tki itd. Więc młodzi dogadali się z nią, że za kwotę X (sam nie wiem, ile dokładnie, ale na pewno więcej niż 1000zł) ona porobi im zdjęcia w kościele i na weselu i oczywiście sobie poje, potańczy, popije i pobawi. I owszem, tak było. Zdjęcia pykała prawie cały czas. Pieniądze wzięła, powiedziała, że za jakiś czas zdjęcia będą gotowe. Nic, tylko czekać.
No i młodzi czekają dalej. Bo ona nie miała czasu, bo była chora, bo akurat dziecko urodziła (nie, nie biegała z brzuchem po sali, zaszła w ciążę jakoś miesiąc po ich ślubie), bo w pracy ciężko, bo dom z mężem kupili i już tak mija prawie rok, jak nie ma czasu oddać zdjęć.

Pieniądze oczywiście wzięła. Młodzi chcą już machnąć ręką, ale im mówimy z rodziną, żeby postraszyli policją, czy coś. Raz ową koleżankę spotkałem, popytałem o te zdjęcia. Ale ona nie ma czasu. Powiedziałem jej, że skoro rok temu pieniądze wzięła, a zdjęć dalej nie ma, to jest zwykłą złodziejką. Foch był srogi...
A wystarczyło głupią umowę podpisać, cokolwiek, gdzie mieliby jej podpis. A tak? Nieciekawa sytuacja. Przynajmniej jakieś ciotki i koleżanki zrobiły kilka zdjęć, to zawsze chociaż tyle.

ślub fotograf

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (144)

#86161

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na magazynie w sklepie meblowym. Jestem sam na tym stanowisku, bo sklep niewielki to i roboty dużo nie ma. Tu jakiś stół złożyć i wystawić na salę sprzedaży, tam tapczan zapakować i wydać klientowi, odebrać dostawę, przygotować transport paczek dla klienta, no typowe zajęcia magazyniera. Jak w każdej pracy, znajdzie się parę kwiatków, które przedstawię.

1. Odbieranie paczek.
Zazwyczaj jest tak, że klient, który przyjechał po odbiór zamówionego mebla nie przychodzi na sklep, tylko od razu na magazyn, który ma osobne wejście. Jest dzwonek (ładnie oznaczony, widać z daleka), jest brama, taka jak do garażu, odsuwana do góry, a za nią moje królestwo.
Kiedy usłyszę dzwonek, otwieram bramę. Jeszcze dobrze jej nie podniosę, klient prawie wsadza mi w twarz kwitek z potwierdzeniem zapłaty, który jest podstawą do wydania towaru. Oczywiście żadnego Dzień dobry, pocałuj mnie w dupę. I jak wygląda takie wydanie: Nie wiem, kto i kiedy oraz po co przyjedzie, więc nie mogę sobie przygotować towaru wcześniej (co innego transporty, umówione na konkretną godzinę i wszystko ładnie podane, co i jak). Więc siłą rzeczy muszę sobie ten kwitek ze sprzedaży przejrzeć, znaleźć paczki, sprawdzić, czy się zgadza (np. czy drewno białe, czy czarne, uchwyty takie czy takie, jedna paczka, czy 10). To trochę trwa. Rozumiem, że ktoś się może spieszyć, ale posapywanie, ostentacyjne spoglądanie na zegarek lub wprost poganianie nie przyspieszy sprawy. I uwielbiam, kiedy szykuję dużą ilość paczek (np. ktoś kupił cały zestaw mebli, więc wyszło ok 25 paczek) i mówię, żeby poczekać chwilę, skompletuję wszystko i sprawdzę, czy na pewno się zgadza, żeby się nie okazało, że brakuje czegoś. Ale nie, pan już musi od razu pakować do samochodu, a na moją uwagę, że chcę jeszcze sprawdzić, czy to jest na pewno ta paczka, jest tylko tępe spojrzenie w moją stronę.

2. Podpisywanie kwitku.
Przy odbieraniu paczek trzeba podpisać kwit, że owszem, odebrało się tyle i tyle paczek. Jest to zwykłe potwierdzenie dla magazynu, że towar został wydany. Ile ja razy musiałem tłumaczyć, że nie, nie wezmę kredytu na imię i nazwisko podpisującego, że nie będzie nikt do nich wydzwaniał i dlaczego ja ten kwitek zatrzymuję, a nie kupujący (oni mają paragon, ja mam kwitek. Bez tego równie dobrze ktoś mógłby powiedzieć, że nie wydałem takiego a takiego mebla, a ja wtedy bach, kwit podpisany pokazuję i nie ma bata).

3. Łażenie po magazynie.
Często jest tak, że dostaję ten nieszczęsny kwitek, czytam, co mam wydać i idę po paczki w głąb magazynu. A klient za mną. Wtedy grzecznie proszę, aby pozostać na zewnątrz, bo nie wolno tu przebywać klientom. Większość posłucha. Inni pytają, dlaczego. No to tłumaczę, że może na kogoś upaść jakaś paczka, mogą się o coś potknąć, może coś na nich spaść, a ja nie chcę mieć nieprzyjemności z tego tytułu. A jak nie pomaga, to mówię wprost, że kiedyś klient mi wyniósł paczkę, jak nie patrzyłem i nie pozwolę na kolejny taki przypadek. Wtedy jest foch, ale działa. Są też ludzie, którzy ot tak przychodzą sobie popatrzeć, co jest w magazynie. Więc mówię, że tu towaru na sprzedaż nie ma (dookoła same paczki, ciężko się domyśleć). Ale spokojnie, to im nie przeszkadza w zwiedzaniu magazynu.

4. Zgubiona śrubka.
Często jest tak, że ktoś chce kupić mebel z ekspozycji, więc trzeba go rozebrać i zapakować. Klient odbiera, składa sobie w domu i wszyscy zadowoleni. Ile razy się zdarzało, że klient dzwoni, bo brakuje mu śrubki. Fakt, jak zaczynałem dopiero pracę w sklepie, nie raz zdarzyło mi się coś zgubić przy rozkręcaniu. Ale z czasem zacząłem się pilnować i po każdym rozmontowaniu mebla wszystko dokładnie zliczałem, czy mi się zgadza i przekazywałem klientowi. Tylko często klient sam coś zgubi. I najłatwiej jest zwalić winę na sklep, bo ja nie udowodnię, że oddałem 14 śrubek zamiast 15. Hitem był typ, który krzyczał, że nie wydałem mu szklanych półek do witryny. Sprawdzono kamery, jest jak byk nagrane (kamera jest nad wyjściem z magazynu), że wręczam mu owinięte folią półki. Okazało się, że stłukł je w domu i próbował wydębić ze sklepu kolejne. Żona go wydała.

5. Ludzie na sklepie.
To już ostatnie, pojedyncze kwiatki:
Montowałem na sklepie wielką szafę. Żeby nikt mi nie przeszkadzał i dla bezpieczeństwa, rozstawiam sobie takie słupki z biało-czerwoną taśmą. No wiadomo, nie wolno przekraczać. Jednak nie wiadomo. Kiedy ja stałem za szafą i przybijałem plecy, młoda para chciała zobaczyć, jak się otwierają w tej szafie drzwi. A dokładniej ich połowa, druga część jeszcze była niezamontowana. A że jeszcze dobrze nie ustawiłem zawiasów, drzwi wypadły na nich. I był krzyk. Owszem, ktoś mógłby powiedzieć, że to niebezpieczne, bo na mnie też mogły wypaść. No ale ja wiedziałem, że są poluzowane, a te słupki z taśmą po coś były...

Składałem duże łóżko, takie z podnoszonym do góry materacem. I był właśnie podniesiony, ja dokręcałem pod spodem ostatnie śrubki. Klęczałem na kolanach, tułów miałem schowany w łóżku. Słupki z taśmą znów rozstawione. Ale ktoś musiał sprawdzić, jak się opuszcza materac i siada na łóżku. Zanim zdążyłem zareagować, łóżko mnie przygniotło.

Jest tego więcej, ale nie będę dłużej przeciągał. Przynajmniej nie jest nudno :D.

sklepy magazyn

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (159)

#86174

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia będzie o bardzo dociekliwym panu portierze. Czy tam panu z ochrony. Czy po prostu o cieciu, mniejsza.
Mój ojciec jest automatykiem, często jeździ sprawdzać, konserwować, naprawiać czy uruchamiać węzły cieplne we wszelkich budynkach: fabrykach, szkołach, urzędach, sklepach, budynkach mieszkalnych itd.

Jak mam czas, to jeżdżę z nim do pomocy. A nasz samochód przeznaczony do tych robót jest zapchany po dach wszelkiego rodzaju narzędziami. Często wjeżdżając na teren jakiejś fabryki czy urzędu, trzeba pokazać ochronie, co się ma w bagażniku. I historia właściwa. A dokładniej dwie, dla porównania.

1. Jednostka wojskowa.
Musieliśmy uruchomić ogrzewanie dla kilku budynków wojskowych. Zajeżdżamy pod bramę, wchodzimy do biura ochrony (nie wiem, czy byli tam wojskowi, czy firma zewnętrzna, po prostu nie zwróciłem uwagi). Spisane dowody osobiste, dostaliśmy takie jednorazowe wejściówki, jeden pan poprosił, by otworzyć pakę auta. Popatrzył mniej więcej, co mamy (drabinę składaną, pudła z przewodami, rurki i plastikowe osłonki na przewody (w ilościach prawie hurtowych) i kilka skrzynek z narzędziami. No i coś by się jeszcze znalazło, długo by wymieniać. Facet sobie popatrzył, podziękował i jedziemy.
Po robocie oddajemy plakietki, pan znowu sobie zajrzał na pakę, podziękował, wypuścił. Pełna kulturka, elegancko.

2. Elektrownia X w mieście Y.
Zlecenie takie same, ogrzewanie na jakiś tam budynkach uruchomić. Podjeżdżamy pod bramę zakładu, ojciec poszedł do biura ochrony (tym razem to na pewno była zwykła firma ochroniarska), ja zostałem w samochodzie, bo padało. Po chwili wychodzi ojciec z portierem. I zaczynamy. Portier podchodzi do moich drzwi pasażera, otwiera je i mówi:

Portier (P): Proszę wyjść z pojazdu i stanąć w pobliżu.
Ja (J): Jasne.

Wychodzę. Chcę zamknąć drzwi, ale portier je przytrzymuje, zagląda do samochodu, ogląda wnętrze, jakby chciał kupić auto. Ja sobie stanąłem obok ojca. Facet każe otworzyć pakę. Tam nawalone, że ledwo da się wejść.

P: Co jest w tym pudle?
Pudło jedno z kilku. Po prostu się nie pamięta.
Ojciec (O): Nie pamiętam, ale zaraz zobaczę...

Jeszcze dobrze nie podszedł do samochodu, a facet rzuca się praktycznie do pudła i otwiera. W środku urządzenia do automatyki (siłowniki, termostaty, czujniki itd). Zaczyna wszystko po kolei wyciągać i rzucać na podłogę (akurat tam, gdzie rzucał, nic cholera nie leżało/stało, żeby zamortyzować upadek).

O: Panie, co pan robisz, to delikatne urządzenia!
Ojciec podbiega i zaczyna zbierać sprzęt z podłogi auta.
P: Proszę to zostawić! Proszę się cofnąć!
O: Pan nie wie, jakie to wszystko drogie, niech pan tym nie rzuca do cholery!
P: Trzeba było odpowiadać, kiedy pytam, co jest w środku!

Zostawił pudło i zaczął grzebać w następnym. A ojciec chował sprzęt z poprzedniego.

P: Co to?
J: Peszel (taka plastikowa karbowana rurka, w której chowa się przewód).
P: Ile?
J: Ja wiem, z kilkadziesiąt metrów na pewno (ładne solidne krążki, swoją długość miały podane na początku, ale już nie raz ucięte były, to kto może teraz wiedzieć).
P: Ale ja muszę wiedzieć, ile!
O: A po cholerę to panu wiedzieć, jak skończymy to i tak będzie mniej.
P: Ja muszę zapisywać.

Zostawił na podłodze, grzebie dalej. My sprzątamy po nim.

P: Co to?
J: Drabina... (serio???)
P: Dlaczego ona jest z kilku elementów?
J: Po prostu taką mamy.

Gość policzył elementy składanej drabiny i zapisał (miał taki kajecik, w którym wszystko sobie zapisywał). Doszedł do pudła ze szmatami, ścierkami, workami, małą szufelką i zmiotką.

P: A to?
J: To do czyszczenia, sprzątania.
Już nie miałem sił. Ojciec odszedł zapalić, bo już był wkurzony.
P: I te szmaty chcecie na zakład zabrać?
J: Tymi szmatami będziemy wycierać wszystko na końcu, żeby nie było brudne.
Zostawił. Teraz czepił się skrzynek narzędziowych.

P: Co tam jest?
J: Narzędzia. We wszystkich trzech skrzynkach (i tak otworzył wszystkie).
P: A dokładniej?
J: A dokładniej śrubokręty, śrubki, mierniki, klucze, pilniki, noże...
P: Jakie noże?! Nie wolno wnosić na teren zakładu żadnych noży!
Rzucił się do tych skrzynek i zaczął wszystko z nich wywalać. Wtedy się wkurzyłem już zupełnie, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, ojciec sam wbiegł na pakę (jakimś cudem się tam zmieścili razem i wziął ciecia za fraki).
O: Spier#$%&j pan! Wszystko mi rozpie#&olisz!
P: Puszczaj mnie natychmiast!
Ojciec wypchnął ciecia z samochodu, a ten zaczął się wydzierać na całą okolicę. Tych ochroniarzy to się zbiegło z dziecięciu. Ten żądał, by wezwać policję. Ojciec żądał wezwania przełożonego ciecia (jak się okazało, też przybiegł od razu). Afera trwała jeszcze z pół godziny. Ciągle padał deszcz. Szef ochrony wysłuchał relacji ojca (ciągle przerywanej wrzaskami ciecia), sam sprawdził pobieżnie samochód i nas wpuścił z wejściówkami, jak w wojsku. Ale ojciec i tak zadzwonił do swoich przełożonych, którzy z kolei zadzwonili do elektrowni (ponoć zwierzchnik ojca i kierownik elektrowni to dobrzy znajomi).

Jeszcze w trakcie pracy przyszedł szef ochrony nas przeprosić (góra do niego zadzwoniła). Jak skończyliśmy i wracaliśmy przez bramę, była już inna ekipa ochrony. Rach ciach, wejściówki oddane, ochroniarz spojrzał na pakę auta, pięć minut i dziękuję.

Co by nie gadać, do wojska łatwiej się dostać, niż do elektrowni miejskiej. A tak rasowego ciecia to jeszcze nie spotkałem i obym znów nie spotkał.

Portier ochrona

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (158)

#85545

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło się, że na mojego dziadka przyszła pora. 92 lata, więc wiek już piękny, ostatni rok przeżył chłopina w łóżku. Wiedział, że zbliża się koniec, ale był z tym pogodzony, ba, podchodził do sprawy wręcz optymistycznie. Mówił, że wreszcie spotka się ze swoimi kolegami, że jego mama na niego czeka. Wiele razy też mawiał, że niczego nie żałuje, przeżył swoje życie tak, jak chciał, miał kochającą żonę i trójkę dzieci, za wszystko jest wdzięczny Bogu. No i zmarło się chłopu z uśmiechem na ustach. Okazało się, że przed samą śmiercią dziadek podyktował babci listy do każdego z bliższej rodziny, taki osobisty. Babcia nam je przekazała po jego śmierci. List do mnie był bardzo piękny, naturalna rzecz, że się wzruszyłem. Ale byłem też szczęśliwy, bo wiedziałem, że dziadek też jest szczęśliwy. I teraz zaczyna się część właściwa opowiadania.

Obok moich dziadków mieszka stereotypowa pani "Jadzia". Wszystkich zna, wszystkich obgaduje, wszystko wie najlepiej. Kiedy dziadek umarł, postawiła sobie za punkt honoru podtrzymywanie na duchu babci (która nie dość, że trzymała się naprawdę najlepiej z nas wszystkich po śmierci dziadka, to jeszcze pomocą tej kobiety nie była zbyt zachwycona). Tylko jak to wyglądało: Chodź Krysiu do mnie, wypłaczesz się spokojnie, bo przecież widzę, że ci twoi to się nawet nie przejmują, a gdzież to tak, żeby po śmierci nie płakać. Albo: Krysia, ja nie wiem, ci twoi to tylko gadają, nic nie płaczą, a przecież jak śmierć jest, to trzeba płakać i milczeć (ona milczała tylko wtedy, gdy brała wdech przed kolejnym monologiem).

Ciało dziadka spoczywało wystawione w trumnie w domu, by rodzina mogła się pomodlić i pożegnać (taki zwyczaj w naszych stronach). Siedziałem przy trumnie dziadka i czytałem list od niego. Kiedy skończyłem, wyszedłem z domu na zewnątrz. Tak, jak wspomniałem wcześniej, byłem wzruszony. Po prostu się uśmiechałem. I wtedy właśnie zobaczyła mnie ta hetera, pani Jadzia, która bacznie obserwowała zza płotu, co się u nas dzieje. I się zaczęło:

- A ty co, cieszysz się, że Władek (dziadek) umarł?! Co, dobrze ci z tym, gówniarzu jeden?! Nie masz prawa się śmiać, masz płakać! Ty bękarcie, powiem Krysi, jakiego ma wnuka, wydziedziczy cię!
- Czy pani jest poje...a? (to było jedyne, co mi przyszło do głowy w tej chwili).

Skierowałem się w stronę bramy, by przejść się i pomyśleć. Tego, co Jadzia krzyczała za mną, nie będę tu pisał, bo poza wulgaryzmami nie krzyczała nic.

Dzień pogrzebu. My, czyli rodzina, stoimy z księdzem w pokoju przy trumnie, sąsiedzi i znajomi czekają przed domem (Jadzia w czarnej sukni i kapeluszu z woalką tak czarną, że nie wiem, czy coś przez nią widziała, stoi prawie w progu domu). Ksiądz skończył modły, trumna jest wynoszona, my wychodzimy. Ja trzymam babcię pod rękę, bo jej ciężko chodzić. Ale naglę zostaję prawie odepchnięty przez Jadzię, która łapię moją babcię za rękę i mówi:
- Krysia ja ci pomogę, zostaw tego gówniarza, on jest niegodny majestatu śmierci!
- Odejdź, kobieto! - mówię głośno, dalej trzymając babcię.
Już widzę, że przygląda się nam całe zgromadzenie. A Jadzia szarpię babcię, która próbuje coś powiedzieć i dalej swoje:
- Puszczaj ją gówniarzu! Ty nie masz prawa tu być, ty się śmiejesz, że Władek nie żyje, ty go zabiłeś! (!!!) Ja ci Krysi nie dam zabić! Wynoś się stąd!

W końcu babcia się przewraca. Mój ojciec już biegnie do niej (niósł trumnę, najpierw musieli ją wstawić do karawanu), ksiądz też już podchodzi. Ale babcia nagle wstaje sama szybciutko i jak nie przypier... Jadźce w twarz. Aż ją obróciło. Cisza zupełna. Ja stoję. Ojciec stoi. Ksiądz i reszta stoją. Jadzia gapi się zdumiona na babcię.
A ona tylko:
- Wynoś się.

Jadzia praktycznie wybiegła. Reszta ceremonii minęła bez zakłóceń.

pogrzeb babcia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (273)

#84574

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem zaszczytne zadanie bycia świadkiem i kierowcą u pana młodego na ślubie.
Ślub miał miejsce w centrum miasta, gdzie o miejsca parkingowe ciężko. Parking kościelny jest wykorzystywany przez każdego. Jednak w dniu ślubu miał być on tylko dla młodych i gości. Trzy dni wcześniej została wywieszona kartka z napisem, że w dniu takim a takim parking będzie nieczynny z powodu ślubu. Nie dało się jej przeoczyć.

W dniu ślubu przyjechałem z rana pomóc w ostatnich dekoracjach kościoła. Parking całkowicie pusty. Super, o to chodziło. Pomogłem w kościele, pojechałem się przebrać i jazda po młodych. Z różnych powodów, nieważnych dla historii, do kościoła na Mszę dotarliśmy praktycznie na ostatnią chwilę. Już wszyscy goście byli, parking zastawiony (a nie jest zbyt duży). No trudno, nie dało się postawić tak, żeby kogoś nie zastawić. Ale czasu nie ma, a że nasze auto jednak uprzywilejowane, to postawiłem się po prostu na środku. Po Mszy i tak wszyscy będą gratulować młodym, a ja zdążę w tym czasie przestawić samochód tak, by nikomu nie zawadzał. Ale też bądźmy szczerzy, nikt z gości nie robiłby awantury, że samochód państwa młodych zastawia mu auto.

Już po Mszy, wychodzimy z kościoła, ludzie klaszczą, dzieci sypią kwiaty, młodzi się cieszą. Ja jeszcze dobrze nie zdążyłem wyjść, podbiega do mnie jakaś kobieta i się zaczyna:

Kobieta - No zabierz w końcu ten samochód, ile mam tu czekać?!
Ja - Chwila, już zabieram.

Byłem zaskoczony, bo kurde stoję przy młodych, ludzie krzyczą, wiwatują itd, nikomu nie przyszło do głowy wsiadać do samochodów. Ale patrzę na kobietę (dresy, papieros, siatki przy samochodzie, a nich bodajże piwo). No raczej gościem weselnym to ona nie była.
Idę do samochodu, wyjmuję kluczyk, a ona za mną i wydziera się:

K - Ile ja mam tu czekać, nie można się gdzie indziej postawić, tylko samochód mi zastawiasz?
J - To samochód młodej pary, nie widzi pani, że ślub jest?
K - Mam to w dupie, nie zastawiaj mnie!

To ostatnie już wykrzyczała tak, że spora część ludzi zaczęła na nas patrzeć. A mi zależało na tym, żeby wszyscy skupili się na nowożeńcach, a tym bardziej, by oni nie skupili się na tej babie.

Wsiadam do samochodu, odpalam silnik, jeszcze nie zamknąłem drzwi, a ta podchodzi, łapie za nie i dalej:

K - Nie widać było, że samochód stoi? Co, że jak masz taką furę to możesz stawać na środku? Parking jest dla wszystkich!
J - K*rwa mać, jest kartka wywieszona, że parking zamknięty, bo ślub, ślepa babo (poniosło mnie, bo już się wkurzyłem na nią). Trzeba było zaparkować gdzie indziej. Wypie***laj.

Zamknąłem drzwi, w ostatniej chwili zabrała palce. Cofnąłem samochód, co nie było łatwe, bo wszędzie byli ludzie. Ta poszła do swojego auta, popakowała (dopiero) siatki i wsiadła. Prawie staranowała jakieś babcie/ciotki i wyjechała, oczywiście pokazując środkowy palec. Ja szybko postawiłem samochód na jej miejsce i dołączyłem do młodych, którzy niestety już wiedzieli, co się rozegrało i na chwilę ich cudowny nastrój prysł.

Potem jedna ciotka mówiła mi, że jak wyszła w czasie Mszy na zewnątrz, bo jej duszno było, tamta już krążyła po parkingu (próbowała nawet przepchnąć samochód). Tylko zobaczyła ciotkę, podbiegła do niej i zaczęła:

K - Zabierzcie ten samochód! Zastawiona jestem!
Ciotka - Ja nie mogę, nie mam kluczyka, kierowca świadkiem jest...
K - To go wołaj!
C - Ale to by go trzeba od ołtarza wołać... Nie może pani troszkę poczekać?
K - Piwo mi się zagrzeje! (autentyczny tekst!!!) - pokazuje ciotce siatki. - Wołaj go!

Dalej ciotka próbowała ją przekonać, ale grochem o mur, w końcu zrezygnowana wróciła do kościoła, a tamta czekała, aż wyjdziemy.

ślub

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (305)
Swego czasu chciałem kupić samochód. Wpadło mi w oko Audi A4. Dzwonię do właściciela, umawiamy się, jadę i oglądam. Wszystko fajnie, dogadujemy się, kupuję. Zadowolony wracam do domu, autko wstawione do garażu, ja też wstawiony, bo nowe cztery kółka w posiadaniu, to cieszyć się można. Miodzio.

Następnego dnia dzwoni nieznany numer, odbieram, jakiś facet:
F - Facet
J - Ja

F - Halo, pan kupił audicę wczoraj?
Już mi się czerwona lampka zaświeciła.
J - A kto mówi?
-------------
J - Halo, kto mówi?
F - Pan kupił tę audicę wczoraj?
J - Ale kto mówi, skąd ma pan mój numer?
F - Od Krzyśka.

Krzysiek to poprzedni właściciel samochodu.

J - Ale dlaczego on dał panu mój numer? Nie znam pana.
F - Bo ja tę audicę to chcę kupić od pana. Bo ja ją chciałem kupić, ale (tu wywód o tym, że musiał pożyczyć kasę jakiemuś Kamilowi i nie miał pieniędzy, ale już odzyskał) i teraz ją mogę od pana kupić.
J - Ale ja nie chcę sprzedawać samochodu, dopiero sam go kupiłem.
F - Ja rozumiem, ale nie miałem wcześniej pieniędzy, teraz mam, to ją kupuję.
J - Ale ja nie mam zamiaru sprzedawać, myślę, że możemy tu rozmowę zakończyć, do widzenia.

Odkładając telefon od ucha, słyszałem jeszcze, jak facet powtarza, że on ma pieniądze. Napisałem wiadomość do poprzedniego właściciela, co myślę o podawaniu mojego numeru obcym ludziom. Odpowiedział mi, że przeprasza, facet się go czepił i najpierw dostał furii na wieść, że ogłoszenie nieaktualne (przecież on już ma pieniądze!), a potem prosił, żądał i błagał o telefon do mnie.

Kolejnego dnia znowu dzwoni. Ja nie skojarzyłem numeru, to głupi odebrałem.

F - Dobry, ja po tę audicę, kiedy mogę przyjechać?
J - Proszę pana, wcale, ja jej nie sprzedaję. Niech pan znajdzie inną, pełno ogłoszeń w internecie.
F - Ale ta jest dobra, widać, że nieoszukana. Tylko z ceny pan musisz zejść, bo ja mam pieniądze, ale teraz to za dużo.
J - Nie mam sił do pana, proszę nie dzwonić, do widzenia.

Rozłączyłem się. Oczywiście od razu zaczął dzwonić, ale już nie odebrałem. Zaczął więc pisać SMS-y, że jestem złodziejem, mam oddać jego samochód, wie, gdzie mieszkam. Przy tym ostatnim znowu zadzwoniłem do poprzedniego właściciela i zapytałem, czy nie podał facetowi mojego adresu. Zapewniał, że nie.

Gościu ciągle nie dawał spokoju, więc zablokowałem numer. Nie rozumiem takiego zachowania.

A samochód to zwykłe Audi A4 z 2000 roku w gazie.

samochód

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (135)
Po ukończeniu szkoły chciałem sobie zrobić rok przerwy przed studiami, żeby zarobić trochę grosza na własne wydatki. Poszedłem do pewnej fabryki na kontrolę jakości. To była firma zewnętrzna, zajmowała się tylko kontrolą. Praca trzyzmianowa, dwa weekendy w miesiącu do przepracowania, najniższa krajowa, umowa - zlecenie. To było moje pierwsze zatrudnienie, nie wybrzydzałem. Popracowałem od maja do września, kasa odłożona, idę na studia.

Wyszło tak, że z dziennych musiałem zrezygnować na rzecz zaocznych, bo w domu potrzebna była kasa (same zaoczne drogie nie były, kierunek - filologia polska). Za zarobione wcześniej pieniądza zrobiłem uprawnienia na wózki widłowe. Szukam pracy.

Okazało się, że praktycznie nikt nie chciał pracownika bez doświadczenia. W końcu okazało się, że w mojej poprzedniej pracy poszukują wózkowego. No idealnie, teren znam, ludzi znam, pracę tak samo. Idę do biura, rozmowa przeszła gładko. Wózkowi mieli trochę lepsze warunki, mianowicie: umowę o pracę, stawkę 17 zł na godzinę (brutto) i dodatek za nocki 25%. Każdy wózkowy jednak musiał najpierw przepracować na kontroli jakości miesiąc, aby się wdrożyć. Jednak ja, który już pracowałem tam wcześniej, po tygodniu miałem przejść na wózki. Wszystko ok, zaczynam.

W pracy się pozmieniało. Przyszła nowa kierowniczka, a praktycznie razem z nią trzej nowi liderzy zmian (jak się okazało, sami krewni i znajomi królika). Mieli za zadanie pracować tak, jak my, a jednocześnie kierować całą zmianą. W praktyce każdy, kto się wyrobił ze swoją normą, wyrabiał normę na nich, którzy nic nie robili. Przerwa była, jak się człowiek wyrobił z normą tak, by sobie zagwarantować chociaż 20 min. Zdarzało się, że miałem przerwę po 7 godzinach. Na wózki się nie dostałem, oni nie wiedzą, kiedy mnie tam wyślą. Większe jaja, okazało się, że żadnego wózkowego im nie brakowało, nie było wakatu na tym stanowisku. Jeszcze większe jaja, oprócz mnie na to samo stanowisko (którego właściwie nie było) zatrudniono czterech chłopaków i każdemu obiecano wózek.

W międzyczasie okazało się, że jednak mamy mieć takie same warunki, jak reszta, zlecenie, najniższa krajowa, żadnych dodatków.

Było to w okresie zimowym, gdzie firma miała największe obroty. Brakowało ludzi, więc trzeba było zostawać na nadgodziny. Za które była podstawowa stawka...

Oprócz tego nie trzymano się doby pracowniczej. Ktoś kończył w piątek o 22.00 i miał przyjść w sobotę na 6.00.

Dodatkowo wspomniani liderzy donosili do kierowniczki na własnych pracowników, że np. ktoś rozmawia z innym pracownikiem albo poszedł do łazienki, kiedy stał na linii (chodziło o chłopaka, który poszedł na jedynkę, podczas gdy linia stała, bo była awaria).

Wytrzymałem półtora miesiąca, powiedziałem, że odchodzę bez podania przyczyny (zgodnie z umową mogłem ją wypowiedzieć trzy dni przed planowanym odejściem). Wywołało to ból dupy, że najpierw chcę wracać, a potem się zwalniam. Ale trudno. Znalazłem pracę na magazynie, dwie zmiany, na wózku, weekendy wolne, nadgodziny 50%, premie. Miodzio.

A dziwiłem się, że w tamtej pracy nie został prawie nikt z tych, co byli, gdy pierwszy raz przyszedłem. Firma jest na zachodzie Polski, ale przezornie nie podam nazwy miasta, ani firmy.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (117)

1