Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 11 września 2019 - 19:51
  • Historii na głównej: 14 z 17
  • Punktów za historie: 2063
  • Komentarzy: 108
  • Punktów za komentarze: 465
 

#85137

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze krótki tekścik z tej samej beczki. Przypominam: szkoła nad jeziorem w pojunkierskim pałacu. Koniec roku. Wszyscy się cieszą oprócz Basi. Basia, uczennica klasy ósmej, w szkole bywała nader rzadko, bo odkryła swój utajony erotyzm i oddawała się ulubionym zajęciom w godzinach nauki szkolnej, co kolidowało z realizacją materiału.

Trzy dni przed zatwierdzającą wyniki radą pedagogiczną Basia objawiła się w moim (szumnie mówiąc) gabinecie i oświadczyła, że jeśli nie dostanie świadectwa ukończenia szkoły, to się powiesi. Teraz każdy dyrektor (być może) by ją skierował do psychologa, psychiatry, albo innego głowologa, ale ja takiej możliwości nie miałem. Co gorsza, niedawno jej brat się w rzeczy samej powiesił.

No cóż, trzy nieprzespane noce i decyzja - brak promocji.
Potem kolejne nieprzespane noce, bo a nuż. Skończyło się dobrze. Basia nie skończyła szkoły, ale za to zaszła w ciążę i urodziła zdrowego chłopaka. A mnie zostało tylko w pamięci " a gdyby"

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (203)

#85058

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem krótko o służbie zdrowia, a raczej o piekielnym adepcie medycyny.

Z nieistotnych dla historii powodów trafiłem na kilka dni do szpitala i tam zacząłem mieć tak zwane przerwy w optyce - po prostu na minutkę przestawałem widzieć na jedno oko (powód hospitalizacji nie był związany z oczkami). Zgłosiłem komu trzeba, rankiem konsultacja okulistyczna. Chwila oczekiwania i przyjmuje mnie młody i z pozoru sympatyczny pan w białym fartuchu. Chwila medycznych czarów z towarzyszeniem aparatury i pytanie: "Gdzie się leczy?" Ja: "Nooo, nigdzie". Odpowiedź: "To oślepnie, bo ma jaskrę".

Kopara opadła mi z łoskotem na marmury i usłyszałem jeszcze tradycyjne: "Następny"! Przybity nieco wypełzłem na zewnątrz i do tej pory nie wiem, na czym polega tak zwana opieka lekarska. I tyle.
PS. Było to kilka lat temu. Nadal mam jaskrę, ale w sumie jest stabilnie. Jak na razie nie oślepłem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (93)

#85060

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem motoryzacja.
Jednym z pierwszych moich tekstów na tym portalu była historia "naprawy" skrzyni automatycznej w moim mietku, czyli jak się prawie dałem wydudkać na sporą kasę. Ale wtedy były to prywatne warsztaty, a nie ASO.

Historia o kilka lat wcześniejsza. Podróżowałem wówczas dość leciwym, ale kochanym volviakiem. Autko swoje lata miało, chyba wtedy osiem, albo coś koło tego. Psuło się rzadko i kłopotliwe nie było. Do czasu jednakowoż. Przyszła taka chwila, że bez powodu gasł mi silnik. Na szosie to nie problem, po chwili odpalał, ale na skręcie w lewo w środku miasta to już była żenada. Pomyślałem, że mam ASO rzut beretem od szkoły, w której uczyłem więc do fachowców.

W ASO full kultura - kawa, herbata, soczek, zjawiskowa hostessa z gazetką, bo "może chwilę diagnostyka potrwać". Potrwało i diagnoza - cóż przyczyn może być wiele, ale na pewno trzeba zdjąć głowicę, obejrzeć zawory itp. Fachowcem nie jestem, ale coś mi zagwizdało ostrzegawczo pod czaszką. Koszt? No kilka tysięcy na pewno, bo to i części i droga robocizna...

Dopiłem soczek i pomknąłem nach hause. Przy wjeździe na podwórko auto zdechło ostatecznie i już się odpalić nie dało. Mogiła. Na szczęście przypomniałem sobie, że moje poprzednie auta w drobnych kwestiach usprawniał odległy o 200 metrów warsztat pana Arka. Telefon, hol i volvo zajechało do warsztatu. Po dwudziestu minutach wiadomość: "W pompie paliwa jest taka membranka, a w niej jest dziura. Pompa zaciąga powietrze i stąd gaśnięcie silnika. Nabyć pompę i po sprawie". Reszta prosta - ekspresowe allegro, chwila na wymianę, koszt około 100 złotych. Głowicy zdejmować nie było trzeba.
Pozdrowienia dla mechaników z ASO.

W ASO

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (151)

#84806

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo lat temu, ale nie wieczność temu. Gimnazjum. Społeczne zresztą. Piekielni rodzice, bo co dzieci winne.

Ponieważ mieszkałem przez cztery lata w przepięknej stolicy bratanków, kilkakrotnie zorganizowałem swoim dzieciakom (z różnych klas) wyjazd do Budapesztu. Oczywiście nie przez biuro turystyczne - polowanie na okazje przelotu, znajomy hostel w centrum miasta, świadomość faktu, gdzie i niedrogo można zjeść, znajomość miasta. Dużo roboty, ale opłacalne.

Na przykład, żeby wówczas zarezerwować najtańsze bilety lotnicze dla 18 osób, trzeba było użyć dwóch osób jednocześnie klikających zamówienie (limit był 14 biletów). No nieważne - udawało się i wychodziło 750 złotych za pięć noclegów, przelot, żarełko i wstępy (a niektóre miejsca w Budapeszcie tanie nie są na przykład Sechenyi Furdo). Wszystko załatwione, bilety kupione, hostel czeka, szczegółowa kalkulacja przyjęta przez rodziców. Oczywiście warunki: dziecko musi mieć dowód albo paszport oraz komórkę z roamingiem. Lecimy. Na lotnisku, po odprawie, przed bramką do boardingu ZONK! Ta panienka nie poleci. Bo? Bo paszport nieważny od dwóch lat. Dowodu niet. Telefon do taty - będzie za czterdzieści minut. Odlot za dwadzieścia. Żaden z dwójki opiekunów (ja i koleżanka) zostać nie może, bo byłby to koniec bajki. Na szczęście kochana pani z personelu obiecała, że zaopiekuje się niedoszłą wycieczkowiczką i przekaże ją tacie. Niby nie wolno, ale jak trzeba...

Dobra. Jesteśmy na miejscu i zwiedzamy miasto. Każdy pacjent ma tygodniowy bilet na komunikacje i mapkę miasta. Miasto jest duże i tłoczne w centrum, więc przed każdą podróżą odprawa. Wsiadamy tu (nazwa w postaci pisanej, bo fonetycznie wygląda to inaczej), jedziemy iks przystanków, wysiadamy tu (nazwa). Jeśli, co nie daj Boże ktoś się zgubi, wraca na stację początkową i dzwoni do mnie. Poruszamy się w zwartej grupie i pilnujemy poleceń.
OK. Startujemy ze stacji metra przy dworcu kolejowym Nyugati.

Stacja duża, tłok, przecinają się dwie linie metra. Instruktaż odbyty, na wszelki wypadek co chwilę liczymy ilu nas jest. Wsiadamy, wysiadamy, liczymy i znowu ZONK! Nie ma Andrzejka. Bladość, spazmy i chwila refleksji. Ma mapkę, komórkę, wie skąd startowaliśmy, zaraz się znajdzie. Dzwonię. Brak odzewu. Wracam na Nyugati. Andrzejka brak. Robi się horror. Moja koleżanka już łka, mnie też nie jest do śmiechu (ZAWSZE odpowiedzialny jest kierownik imprezy). W desperacji jeżdżę po dwa, trzy przystanki do przodu i do tyłu obiema liniami.

Po trzech kwadransach Alleluja. Jest Andrzejek. Siedzi na pustym peronie na ławeczce w miejscu, gdzie bym się go raczej nie spodziewał. Dla kumatych jechaliśmy na Batthyani ter, a on był na Lehel ter. Oczywiście wylało się ze mnie wszystko, co mogło się wylać. Chłopię dostało cenzuralny op...l od góry do dołu. A potem jeszcze jeden, gdy okazało się, że nie wziął z Polski komórki. Bo? Bo sam nie wie. A dlaczego się zgubił? Bo papierek mu upadł, a szedł na końcu, a potem to już nas nie było.

Dobra. Wróciliśmy do Polski i w szkole zaprasza mnie szef. Człowiek kochany i rozumny. Tym razem nieco skrępowany. "Bo wiesz jotem, mama Andrzejka powiedziała, że to była dla syna tak straszna trauma (nie zagubienie się, ale mój op...l), że dramat, sajgon i niepowetowane straty psychiczne". I co teraz? I ona oczekuje, że Andrzejka na forum klasy przeprosisz.

I wiecie co drodzy czytelnicy? Przeprosiłem Andrzejka na forum klasy. Nie dlatego, żebym drżał o zatrudnienie, ale dlatego, że szef mnie o to poprosił. I była to ostatnia zorganizowana przeze mnie wycieczka.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (150)

#84678

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze było strasznie poważnie, to teraz będzie trochę z uśmiechem.

Było to już sporo lat temu. Szkoła społeczna z dość wysokim czesnym. Akcja na drugiej godzinie lekcyjnej, obie prowadzone przeze mnie.

Osoby: Ja, klasa (milcząca) i ona - Julia. Na pierwszej godzinie Julii nie było. Druga lekcja zaczyna się też bez niej.

Mija kwadrans, klasa pracuje, sielanka pedagogiczna. Nagle z rozmachem otwierają się drzwi i wchodzi ona, cała na czarno. Czyli Julia. Patrzę z lekkim zaciekawieniem spodziewając się jakiegoś "dzień dobry" i ewentualnego wyjaśnienia przyczyny spóźnienia. Cisza.

Julia wolnym krokiem pożeglowała na swoje miejsce, usiadła i zamyśliła się. Patrzę, co będzie dalej, lekko zbity z tropu. Klasa też patrzy, ciekawa, co będzie. Ogólne milczenie. W pewnej chwili Julia podjęła decyzję i sięgnęła do torby. Zamiast podręcznika jednak na ławce pojawiło się lusterko i komplet do makijażu. W grobowej ciszy panienka wykonała gruntowne szpachlowanie (według mnie totalnie zbędne) i zwróciła podmalowane oczęta w moim kierunku.

Mój wyraz twarzy przekonał ją chyba, że powinna coś powiedzieć. I tak się stało. "Bo wie pan, kobieta, taka jak ja, bez makijażu to się czuje jak naga".

Nie, puenty nie będzie. Rzadko, bardzo rzadko zdarza mi się zaniemówić ze zdumienia, ale to był właśnie taki moment.

Kurtyna.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (173)

#84670

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu szkolne, sorry.

Idzie koniec roku. Co tam idzie, biegnie jak żul po flaszkę. Dzięki deformie mamy podwójne roczniki do szkół średnich, a co za tym idzie upiorną walkę o każdy punkt na świadectwie. Rozumiem to. Sam mam dzieci (co prawda już dorosłe) i wnuki i chciałbym im nieba przychylić. No ale istnieją pewne granice.

Jak zwykle, o tej porze odbywają się ostatnie w tym roku spotkania z rodzicami. To, co teraz będzie, to nie tylko moje, ale i z nasłuchu od znajomych.

Moje dziecko musi mieć szóstkę z matematyki.
Motywacja - bo za to jest od czapy punktów. Owszem, dzieciątko jest niezłe, tak między czwórką a piątką. Żadnych osiągnięć w konkursach (w każdej szkole jest przedmiotowy system oceniania, precyzujący wyraźnie, za jakie wyniki jest konkretna ocena - może to być ujęte procentowo albo przy pomocy średniej generowanej przez dziennik elektroniczny). Mógłbym postawić, ale laureat konkursów w mojej klasie musiałby wtedy dostać ósemkę, a nie szóstkę.

Korepetytor mojego dziecka twierdzi, że jest ono piątkowe.
Być może. Nie znam tego korepetytora. Średnia ocen to 71%. W mojej szkole czwórka jest od 75%. Jednak proponuję czwórkę. No i będę miał dzieciątko na sumieniu, bo nie dostanie się do wymarzonej szkoły bez piątki.

Dzieciątko przez cały rok w czasie zajęć prowadziło ożywione życie towarzyskie, nie zwracając uwagi na przebieg zajęć. Zrzynając na sprawdzianach (czasami się milczy pomimo ewidentnych dowodów) z jedynki dogrzebało się do 45%. Ocena zgodnie z systemem - dopuszczająca. Stawiam trzy, bo nie chcę rzucać kłód pod nogi. Mamunia żąda czwórki, bo to takie dobre dziecko jest. Ręce opadają jak witki.

Wszystko staram się zrozumieć i cierpliwie wytłumaczyć, dlaczego nie. Z drugiej strony mam łzy, wymuszania i agresję. I nie tylko ja.

Kochani rodzice. Robimy, co możemy. Moi uczniowie będą mieli bardzo dużo punktów za egzamin (sprawdzone w wywiadzie). Jeśli nauczyciele z innych szkół postawią same szóstki, to przy ich słabszych wynikach nasi i tak polegną.

Sam nie wiem, co robić. Na razie siedzę wieczorami nad ocenami i kombinuję. Obniżam progi ocen, biorę pod uwagę aktywność. Nie mogę wszystkim postawić piątek i szóstek - istnieje coś takiego jak etyka zawodu (przynajmniej u mnie).

A Pani Zalewskiej gorąco dziękuję za Armageddon.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (173)

#84297

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam sobie co jakiś czas, że nauczyciele powinni mieć wreszcie unormowany czas pracy - załóżmy 18 godzin przy tablicy, reszta w szkole. Tam onże pedagog będzie sprawdzał klasówki, komponował kartkówki, poprawiał zeszyty i tworzył strategie na nadchodzące godziny. Co ciekawe, niektórzy nauczyciele też są za tym rozwiązaniem.

No chyba kogoś pos*ało. Po pierwsze primo (jak nadal niektórzy powiadają) nie mamy armat. W mojej poprzedniej szkole w pokoju nauczycielskim były dwa stacjonarne komputery z rwącym się Internetem na trzydziestkę chętnych. W obecnej szkole nie ma żadnego. (Gwoli sprawiedliwości, każdy nauczyciel ma laptopa na biurku w swojej klasie, ale czasu wystarcza na wpisanie tematu i sprawdzenie obecności. Oceny wpisuję w domu, żeby nie tracić zajęć). Propozycja zakłada, że w pokoju nauczycielskim w dużej szkole jest kilkanaście biurek z laptopami i siecią. Widział ktoś coś takiego?

Ale to jest pikuś. Po czterdziestu latach pracy w zawodzie dzielę nauczycieli na artystów i rzemieślników. Rzemieślnik (bez obrazy) po wejściu do klasy otwiera Librusa, patrzy, jaki ma temat zajęć, otwiera podręcznik na stosownej stronie i leci metodą paznokciową, czyli "stąd do strony 67". Jak już uczniowie przeczytają, jest kilka pytań kontrolnych, jakiś komentarz (niekoniecznie mądry) i zadanie pracy domowej (niekoniecznie wnoszącej coś nowego).

Tacy nauczyciele uwielbiają tzw. zeszyty ćwiczeń, bo zwalniają ich one od jakiejkolwiek aktywności. Tak, takim nauczycielom czterdziestogodzinny etat w szkole załatwia sprawę.

Klasyką są tu dla mnie nauczyciele fizyki (sam tego przedmiotu uczę). Hermetyczny i totalnie niezrozumiały dla uczniów język powoduje, że zamiast próbować cokolwiek wyjaśniać, zadaje się uzupełnianki "na małpę" w ćwiczeniach. Wysiłek intelektualny żaden, a potem tylko sprawdzić.

No i są artyści. Nauczyciele, którzy cały czas myślą, jak przeprowadzić lekcję tak, żeby efekt był jak najlepszy. Wiedzą z wyprzedzeniem, czego będą uczyć następnego dnia, wyszukują filmiki na YT (ale maksimum pięciominutowe), szukają innych źródeł informacji, z których mogą na lekcji skorzystać uczniowie ze swoimi smartfonami (komórka to nie jest samo zło!), zastanawiają się, jak język fizyki czy matematyki przetłumaczyć na codzienność, żeby to było dla podopiecznych zrozumiałe, mozolnie wyszukują ciekawostki i wiedzą, co dla którego ucznia będzie interesujące.

Artysta nie może mieć czterdziestogodzinnego tygodnia pracy w szkole. Przypomina to polecenie poecie napisania w czasie od 13.00 do 16.15 dwóch limeryków i trzech sonetów na zadany temat. Nauczyciel-artysta myśli o lekcji, gotując fasolową, siedząc na tronie i wyprowadzając psa. A czasami najlepsze pomysły pojawiają się podczas zasypiania. I tak to jest.

Niestety rzemieślników jest więcej niż artystów. Niektórzy są lepsi, niektórzy gorsi, ale zawsze odtwórczy. Ich ofiary trafiają z reguły na korepetycje.

Artystów jest niewielu. To ludzie z prawdziwym powołaniem do zawodu, ludzie, którzy dobrze wiedzą, co robią. Danie wszystkim, jak leci, po tysiąc złotych jest dla nich policzkiem. Ale to nie fabryka śrubek.

Ocena pracy nauczyciela subiektywna jest zawsze, a wyniki pracy niewymierne.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (157)

#84284

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem z innej beczki, ale też w związku ze szkołą. Jesteśmy w okresie Wielkiego Postu, zbliżają się Święta Wielkanocne, a więc REKOLEKCJE.

Żeby sprawa była jasna - wychowałem się w rodzinie głęboko wierzącej, jako młodziak byłem ministrantem, ale jakoś łaską wiary nie zostałem obdarzony (nad czym czasami ubolewam). Jednakowoż, głębokim szacunkiem darzę ludzi prawdziwie wierzących, niezależnie, czy to są chrześcijanie, muzułmanie, czy hinduiści. Już słyszę ten hejcik o islamistach, ale przez trzy lata mieszkałem w kraju islamu wraz z rodziną i doznałem od wierzących wielu przysług, na które Polak katolik nigdy by się nie zdobył. Tyle tytułem wstępu.

Jak wiadomo uczę w niewielkiej szkole STO. Mam rozumną i rozsądną dyrekcję. U nas rekolekcje to wyjście do kościoła (rzut beretem od niego jesteśmy) dla chcących, co trwa około dwóch godzin lekcyjnych. Przed i po odbywają się normalne zajęcia. Owszem, tracimy trochę zajęć dydaktycznych, ale dla spokoju sumienia warto to poświęcić.

W innej szkole, u mojego wnuczka, idą na całość. Zajęcia dydaktyczne nie odbywają się w ogóle. Część dzieci udaje się na Mszę lub na nauki rekolekcyjne, a część ma trzy dni luzu. Czyli wolne, o którym nie wspomina kalendarz roku szkolnego, który jest zatwierdzany przez Radę Pedagogiczną.

Ponieważ wyjście ze szkoły wymaga zgody rodziców, muszą oni podpisać odpowiednie kwity, co dzieli uczniów na katolików i bezbożników (Konstytucja, głupcze!).

Dalej: uczniowie muszą pozostawać pod opieką nauczyciela nie tylko na trasie dojścia, ale i w kościele. Dla niektórych, niewierzących, jest to dyskomfort. Albo udają, żegnają się i klękają w stosownych momentach, albo tego nie robią, narażając się na zaskoczenie innych. Generalnie, nikogo nie można zmuszać do praktyk religijnych, nawet pod płaszczykiem opieki nad uczniami.

Akurat w moim kościele była atmosfera skupienia, ale w poprzednich szkołach zdarzało mi się być świadkiem zachowań młodych ludzi przypominających małpiarnię w ZOO. Głośne pogawędki, śmiechy niekoniecznie a propos, żucie gumy, szturchanie się i głośne komentarze były na porządku dziennym (wielkanocnym?).

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (143)

#84216

(PW) ·
| Do ulubionych
No, teraz włożę kij mrowisko. A co mi tam.
KOREPETYCJE.

Ci, co już czytali jakieś moje historie wiedzą, że od ponad czterdziestu lat uganiam się z kagankiem oświaty po ugorach niewiedzy i robię to zawodowo. Za czasów dawnych i słusznie minionych korki brały dwie kategorie uczniów: tacy, którzy z racji dłuższej (nie dwa tygodnie!) choroby wymagali nadgonienia nieprzerobionego materiału i tacy o IQ rzędu temperatury pokojowej. Im trzeba było spokojnie wytłumaczyć dlaczego w nocy jest ciemno i dlaczego osiem plus trzy nie równa się dwadzieścia. A i jeszcze dlaczego odpowiedź "w klasie jest 3 i 2/7 dziewczynki" jest wadliwa.


Profitów z tego wielkich nie było (jako licealista pomagałem córce sąsiadki i dostawałem za godzinę ekwiwalent dwóch piw). Tak BTW, branie korków w owych czasów uchodziło za coś raczej wstydliwego i nikt się tym specjalnie nie chwalił. Jak ktoś czegoś nie kumał, to starał się zajarzyć, czytając podręcznik ze zrozumieniem, albo kumpel wytłumaczył na przerwie. To se ne vrati.

Jak jest teraz każdy wie. Dzieciątko nie może zrozumieć czytając podręcznik, bo czytanie ze zrozumieniem tekstu dłuższego niż dwa akapity jest mu głęboko obce. (Inna sprawa, że ja też czytając niektóre pisane hermetycznym językiem teksty, muszę dłuższą chwilę pomyśleć, o co kurnać autorowi chodziło). No to bierzemy korki. Początkowo z jednego przedmiotu, potem z trzech i łańcuszek rozkręca się. Jedynym ograniczeniem jest tylko zasobność portfela rodziców. To nie jest tak, że nauczyciele nakręcają modę na korki.

Popyt rodzi podaż po prostu. Oczywiście, rozumiem, że wyścig szczurów, że nauczyciele wymagający (a mają nie wymagać?), że wreszcie nauczyciel źle tłumaczy, bo ma z racji głodowej pensji i własnego niedokształcenia wszystko w doopie. Przykro stwierdzić, ale większość moich korkowych uczniów stałych, dodatkowych zajęć nie potrzebuje. Wcześniej informowałem o tym rodziców, ale przestałem. Im ta informacja jest zbędna. Oni chcą dla swojego dziecka jak najlepiej i skoro "wszyscy biorą korki, a o Panu tak dobrze mówią, to mój Patryczek też to będzie miał". Rynek korków w Polsce to podobno kilka miliardów (tak, tak) złotych. Dla mnie ta sytuacja, to mówiąc obrazowo noszenie ucznia w lektyce, bo co prawda nóżki ma zdrowe, ale mógłby się niebożątko zmęczyć.

Wiem, jaki padnie argument w hejciku, który się za chwilę na mnie wyleje: materiał taki trudny, nauczyciele tacy wymagający, a szanse Patryczka trzeba zwiększyć. Szanowny Czytelniku: w czasie tych minionych czterdziestu lat z programu matematyki i fizyki usunięto od połowy do dwóch trzecich treści programowych i proceder ten trwa dalej. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w programie klasy ósmej z matematyki były logarytmy.

Teraz nawet poczciwa funkcja liniowa odeszła do liceum. Jak była fizyka? Żeby się przekonać, wystarczy zajrzeć do dowolnego podręcznika sprzed lat. To co jest teraz w szkole podstawowej, to są opowieści z mchu i paproci, a nie fizyka. Wymagający nauczyciele. Owszem, tacy też się zdarzają. I dobrze, bo jeśli uczę, to muszę sprawdzać efekty. Ale bez przegięć typu: co tydzień sprawdzian, dwie kartkówki i pierdyliard zadań jako praca domowa z wtorku na środę.

Czy dzieci trzydzieści lat temu były mądrzejsze od tych współczesnych? Czy tamci nauczyciele byli lepsi? Na pewno nie. To co się do jasnej cholery stało? Moda modą, ale dzieciak w podstawówce, który ma korki z trzech przedmiotów, pływalnię, jazdę konną i japoński wygląda jak blady zombi i tak się też czuje. Ciąg dalszy przemyśleń starego belfra nastąpi.

Skomentuj (67) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (224)

#84217

(PW) ·
| Do ulubionych
To przed wieczorkiem jeszcze dwa obrazki stanowiące ilustrację poprzedniego mojego tekstu.

Obrazek pierwszy. Lata osiemdziesiąte, szkoła na wsi pod Ełkiem. Przed lekcją fizyki (ostatnia, dziewiąta godzina lekcyjna) przychodzi do mnie pani woźna: "czy ja mogłabym po cichutku wytrzeć kurze, jak pan będzie uczył? Bo to do domu mogłabym sobie wcześniej wyjść". Jasne, nie ma sprawy. Notabene, to mama jednego z uczniów tej klasy.

Lekcja o parametrach prądu elektrycznego z takim modelowaniem: Po jednej stronie długiego korytarza jest banda głodnych pierwszaków, po drugiej sterta ciastek z kremem. Ten głód to napięcie, dzieci to nośniki prądu (załóżmy, elektrony). Z boku stoi krasnoludek i liczy ile dzieci przebiega mu przed oczami w czasie jednej sekundy. To natężenie. Na korytarzu jakiś palant rozrzucił stoły, połamane krzesła, pułapki na niedźwiedzie itp. To opór przewodnika.

Konwersujemy sobie z klasą, co od czego zależy, wprowadzamy dodatkowe parametry, klasa kuma. Pani woźna cichutko wyciera kurze, ale wyczuwam, że obserwuje przebieg lekcji. Taka hospitacja rodzicielska ad hoc. Lekcja się kończy i wtedy następuje wielki finał. Pani woźna łapie swojego syna za ucho (ona niewielka, on dryblas) i krzyczy: "ty gnoju, ty kretynie, ty masz dwóję z fizyki? To ja nieuczona (pani ma skończone sześć klas SP) rozumiem, co prefesur mówił, a ty nie? O będzie ci w domu, jak stary przyjdzie, o bez paska się nie obejdzie. Przepraszam prefesura, ja już idę.

Obrazek drugi. kilka dni temu.
W ramach przygotowania do egzaminu po klasie ósmej kartkówka z zadań tekstowych prowadzących do równania z jedną niewiadomą. Najniższa waga, a zadania tak dobrane, że wybiera się pięć z siedmiu, co nawet słabemu uczniowi gwarantuje ocenę między 3 a 4. Takie prezento. Oczywiście można zrobić wszystkie siedem, co daje szóstkę. Wyniki niezłe, generalnie pacjenci sobie poradzili prawie wszyscy. Ale jeden, załóżmy Pawełek, sobie nie poradził i dostał jedynkę (z plusem). Natychmiast list na librusie. Zadania trudne, za mało było czasu, nerwowa atmosfera, bo oceniane (WTF?). Zadania dobrane z podręcznika do klasy siódmej, czasu od metra (więcej niż lekcja), a atmosfera - cóż na egzaminie pewnie będzie spokojniej. Pawełek na korepetycjach wszystko robi bezbłędnie. No fajnie, w czasie lekcji głównie prowadzi życie towarzyskie z sąsiadem.Po wyjaśnieniu tego mamusi nastała pełna urazy cisza.

A teraz niech nastąpi konfrontacja tych dwóch obrazków.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (169)