Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mariamasyna

Zamieszcza historie od: 1 marca 2013 - 9:40
Ostatnio: 9 grudnia 2019 - 14:21
  • Historii na głównej: 14 z 18
  • Punktów za historie: 7945
  • Komentarzy: 381
  • Punktów za komentarze: 3005
 
zarchiwizowany
A propos historii o policjantach - służbistach.
Historia dość stara, dopiero co skończyłam wtedy 18 lat.
W ramach wakacji 'na wsi' postanowiłam dorobić. W pobliskim miasteczku szukali dostawcy pizzy - pracę dostałam od ręki.
Pewnego dnia (a właściwie nocy) wracałam z ostatniej dostawy, musiało być tuż przed północą, gdyż o północy wyłączana jest sygnalizacja świetlna. Na ulicach żywej duszy. No i zdarzyło się - na skrzyżowaniu przejechałam na pomarańczowym, zerknęłam w lusterko, za mną pojawił się samochód. Zdążyłam tylko pomyśleć "Ten to już napewno na czerwonym przejechał.." gdy zamigało niebieskie światło. Stanęłam. Panowie policjanci kulturalnie poprosili o dokumenty. Najwyraźniej nie spodobało im się miasto z którego pochodzę gdyż szybko skończyła się uprzejmość. Jeden (P) został ze mną a drugi poszedł z dokumentami do radiowozu.
P - Jak długo tu jesteś?
J - Słucham?
P - Gdzie teraz mieszkasz?
J - W Piekiełkowie
P - Jak długo?
J - (Rzuciłam przypadkową - krótką datę) - tydzień
P - A meldunek tymczasowy jest?
J - Nie
P - Oh, oh to będziemy musieli panią zabrać na komisariat, za to grozi ograniczenie wolności.
W tym momencie jako niedoświadczony, bądź co bądź jeszcze dzieciak, już prawie miałam łzy w oczach, gdy powrócił drugi. Pokazał pierwszemu coś w dowodzie rejestracyjnym i szepnął.
P - To jest samochód pana Piekielnego.
J - No tak (oho, jeszcze się będę tłumaczyć się z posiadania cudzego samochodu)
P - Co pani (O, jednak nie jesteśmy na Ty) w nim robi?
J - Pracuje u pana Piekielnego
Panowie spojrzeli po sobie.
P - Aaa to my najmocniej przepraszamy, proszę jechać - a za pomarańczowe światło upomnienie! Dobranoc.
Wtedy nie znałam jeszcze miasteczkowych 'układów i układzików' jak się potem dowiedziałam pan Piekielny był jednym z miejscowych 'potentatów'.
PS. Już wtedy ustawa o meldunku była martwa, a brzmiała od '74 roku następująco "1. Osoba, która przebywa w określonej miejscowości pod tym samym adresem dłużej niż trzy doby, jest obowiązana zameldować się na pobyt stały lub czasowy najpóźniej przed upływem czwartej doby, licząc od dnia przybycia." a sankcje za niedopełnienie regulował Kodeks Wykroczeń. Obecnie ustawa która wejdzie w życie w styczniu 2015 zakłada zniesienie obowiązku meldunkowego od stycznia 2016 roku.

policja

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (175)
zarchiwizowany

#57638

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pewnie większość z was zna stary numer, powszechny w pociągach i na stacjach "Ludzie! Okradli mnie, nie mam za co wrócić do domu". Czasem ktoś wtedy wyciąga portfel, ale generalnie ludzie się już na to nie nabierają.
Znajomy spotkał się jakiś czas temu z bazującym na podobnych zasadach przekrętem, otóż niedaleko stacji benzynowej zaczepił go stojący przy samochodzie facet - dobrze ubrany, w średnim wieku, udając autentycznie speszonego - zagadał, że strasznie mu głupio, ale jest z innego miasta, skończyło mu się paliwo, nie ma portfela (już nie pamiętam czy zgubił czy ukradli) i czy kolega by nie pożyczył mu chociaż 50zł, on od razu zapisze numer konta i jak tylko dojedzie to puści przelew. Kolega z nadzieją, że to nie przekręt a mając na uwadze, że każdy się kiedyś może w takiej sytuacji znaleźć - poratował. Facet zostawił swoją wizytówkę, zapisał numer konta kolegi i popędził na stację obiecując, że przelew puści jeszcze tego samego dnia. Oczywiście przelew nigdy nie dotarł, a wizytówka okazała się być fikcyjna.

stacja paliw

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (201)
zarchiwizowany

#54455

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest w moim mieście most, nawet nie jeden, ale akurat pod tym jest nawrotka, a że most to i widoczność słaba. Przejście dla pieszych jest kawałek dalej, ale piesi upodobali sobie przechodzenie akurat pod tym mostem, wprost pod koła nawracających samochodów.
Ponieważ jeżdżę tam często to wiem o tym doskonale i profilaktycznie zachowuję podwójną ostrożność.
Wczoraj było nie inaczej, zawracam i widzę kobietę z dwójką dzieci przechodzącą w tym miejscu, ale dzielił mnie od niej kawałek to nawet szczególnie nie musiałam hamować.
Moja trasa wygląda tak, że za w/w rzeczoną nawrotką skręcam od razu w prawo (dokładnie na wysokości przechodzącej pani) i zaraz w lewo.
Skręcam więc w prawo (a przypominam, że most więc dopiero po skręceniu widać co jest za zakrętem) a tam - nadal ta sama pani, nadal idzie jak szła w linii prostej, czyli dokładnie środkiem jezdni (mimo, że po obu stronach jest chodnik) jedno dziecko za jedną rękę drugie za drugą, więc jak nie trudno sobie wyobrazić, idąc środkiem zajmowała praktycznie całą jezdnię.
'Trąbnęłam' delikatnie (może nie widzi, że idzie jezdnią?). W tym momencie pani grzecznie zeszła na chodnik, więc zaczynam skręcać w lewo - a P dokładnie w tym momencie wchodzi mi pod koła ciągnąc za sobą dzieci(czego nawet nie widziała bo znów skracała drogę i idąc skosem ustawiła się do mnie tyłem). Tym razem już się wkurzyłam i ponownie na panią zatrąbiłam, żeby chociaż zobaczyła co robi.
Pani się odwraca i wykrzykuje najbardziej absurdalną rzecz z możliwych.
- Czego trąbisz?! Przecież z dziećmi idę!! - więc spokojnie pani odpowiadam:
- No właśnie, to może dlatego należało by chociaż spojrzeć wchodząc na jezdnie? - Pani drze się jeszcze przez chwilę. Akurat w tym momencie spod chińczyka wyjeżdżała policja i widzieli całe zajście. Reakcja? Pan policjant pasażer powymachiwał do mnie ręką, że im przeszkadzam wyjechać, pewnie byli "nie od tego"...

policja piekielna mama

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (188)
zarchiwizowany

#51531

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia sprzed ładnych paru lat, gdyż dopiero co osiągnęłam wtedy pełnoletność, czas akcji - długi weekend majowy.
Majówkę spędzałam na działce na wsi, to jeszcze były te czasy gdy w maju było ciepło.
Słońce świeci, brzozy pylą, idziemy z przyjaciółką na spacer z jej psem, a właściwie suką rasy powszechnie zwanej Lassie czyli owczarkiem szkockim.
Polna droga, zupełne odludzie w pewnym momencie pies, dotychczas grzcznie truchtający drogą koło nas czmycha w pole - nic to, pewnie jakąś myszę wypatrzyła - ale za chwilę podbiega do nas i znowu w pole, postanawiamy więc sprawdzić co ją tak zainteresowało. Widzimy reklamówkę, z której dochodzą piski, zaglądamy, a ze środka wyskakują trzy szczeniaki, szybko je łapiemy, tylko co dalej.. Normalnie należało by je podrzucić do urzędu gminy, ale oczywiście jest nieczynny. Wzięłyśmy zatem psiaki do domu, wykąpałyśmy, nakaramiłyśmy, zrobiłyśmy zdjęcia i rozpoczęłyśmy poszukiwania domu dla nich, niestety bezowocnie a majówka dobiegała końca, żadna z nas nie miała możliwości zabrać ich do siebie. Zatem decyzja - schronisko w najbliższym mieście. Wchodzimy do klitki szumnie opisanej "biuro", pieski śpią w koszyku wiklinowym ze swoim nowym kocykiem i streszczam panu piekielnemu (jak się później dowiedziałam właścicielowi) urzędującemu w rzeczonym "biurze" całą historię tak jak wyżej, cierpliwie słucha do końca, wreszcie odzywa się
- Nie kłam!! - ja - pełna konsternacja, może młoda jeszcze byłam, ale nieprzyzwyczajona, żeby obcy do mnie "na ty" mówił, zwłaszcza w taki sposób - a on kontynuuje.
- To nie są znalezione psy!! Tak nie wyglądają porzucone psy!! - I tu zaczynam domyślać się, że może chodzi o to, że są wykąpane i mają swój kocyk, więc powtarzam historię.
- To gdzie je niby znaleźliście?! - i raz jeszcze cierpliwie opisuję gdzie dokładnie były psiaki.
- To nie nasz rewir! - pan na mnie cały czas krzyczy, więc już mniej cierpliwie pytam, co zatem miałyśmy z nimi zrobić.
- Oddać do gminy! - Świetny plan z tym, że jak już wspomniałam urzędy mają to do siebie, że w weekendy i święta nie pracują co też wyłuszczyłam panu, na co już nie krzycząc stwierdził:
- No dobrze, to ja je wezmę, ale skseruję pani dowód i jak mi gmina nie zwróci za nie pieniędzy to pani zapłaci! - W tym momencie pozbierawszy szczękę z ziemi pytam:
- Słucham? -
- No tak 500 zł od psa, szczepienie odrobaczenie, to wszystko kosztuje a jak mi gmina X nie zwróci?
I w tym momencie już prawie zaczynałam rozumieć kogoś kto wolał te psy wyrzucić...
Finalnie można powiedzieć happy end - gmina mu chyba pieniądze oddała bo do mnie się nie odezwał, psy w ciągu miesiąca znalazły nowych właścicieli tylko jakiś taki uraz pozostał.

schronisko

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (241)

1