Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#72358

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność dnia codziennego.

Pracuję w sporej firmie. Na tyle dużej, że ma własny budynek, razem 3 piętra, spora powierzchnia. Całość zaplanowana na tyle dobrze, że na każdym piętrze są po 3 toalety damskie i męskie, w każdej po 3 kabiny. "Moje" piętro jest niedostępne dla osób z zewnątrz - sama księgowość, informatycy itp., generalnie pracownicy wewnętrzni (strzelam, że jakieś 150 osób, może troszkę więcej), więc w łazienkach jest tym bardziej czysto. Do tego serwis sprzątający zagląda tam dość często. Generalnie higiena aż miło.

Jeśli jednak komuś nadal to nie odpowiada, zawsze może przynosić jednorazowe nakładki podróżne czy "wić" je sobie z papieru. Proste? Niby tak.

A jednak jest jedna, jedyna lasencja - niezidentyfikowana jeszcze - która tego nie ogarnia. I zawsze wchodzi z butami na deskę, zostawiając po sobie brudne odciski podeszew i/lub mokre ślady zbrodni. Właśnie znalazłam kolejne. Dziewczyna nawet po sobie nie sprząta. Zostawia mokro-brudny syf. Nie jest to może wielki problem - kobiet na piętrze może 60, kabin łącznie 9, dajemy radę między jednym a drugim sprzątaniem - ale no kuźwa mać, ile można prosić i pisać kartki do spółki z paniami sprzątającymi...?

Jeśli to czytasz - zacznij po sobie sprzątać, dziewczyno.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (352)

#72634

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historie Very o portalu randkowym przypomniałam sobie podryw, którego kiedyś dane mi było doświadczyć.

Kilka słów wstępu. Wychowałam się na wsi, od dawna tam nie mieszkam, ale nadal mam znajomych, z którymi utrzymuję dość bliskie kontakty. Podczas opisywanego zdarzenia byłam już po rozwodzie, ale nawet przed rozwodem odwiedzałam tych znajomych sama - Eks wstydził się mojego pochodzenia i na wieś nie jeździł ze mną nigdy.

Byłam gościem na weselu znajomych na wsi. Był tam też [K]uzyn znajomego, kawaler po 50, nadal na utrzymaniu mamusi. Znaliśmy się, ale raczej z widzenia, kilka razy zdarzyło nam się rozmawiać i tyle. Poprosił mnie do tańca, a ponieważ był już nieźle podchmielony, zebrało mu się na konkrety. I taka nam się zdarzyła rozmowa:
[K] Wiesz co, ja ci się tak przyglądam...
[Ja] Tak? I co?
[K] Bo ty to tak zawsze sama przyjeżdżasz... nie masz chłopa?
[Ja] No nie mam.
[K] A ty bardzo bogata jesteś?
[Ja] Jakoś tam sobie radzę.
[K] A te seksowanie to ty lubisz?
Myślę sobie - oho, będzie ciekawie. Ciągnę temat, zobaczymy, co z tego wyniknie;)
[Ja] A po co ci to wiedzieć?
[K] Bo wiesz, jakbyś ty mi dawała pieniądze, to ja bym się mógł z tobą seksować.
[Ja] A bez pieniędzy to byś nie chciał?
[K] Nieee... Bo wiesz, ty to trochę stara jesteś. I teraz są modne takie chude, a ty trochę nie tego. I cycki masz małe. Ale jakbyś mi dawała pieniądze, to ja bym dał radę. A jakbyś mi dawała dużo pieniędzy, to ja bym nawet mógł u ciebie w tej Warszawie mieszkać...

Tu już nie wytrzymałam, parsknęłam śmiechem na całą salę, [K] strzelił focha i poszedł sobie. I taka wspaniała okazja przeszła mi koło nosa... ;)

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 517 (523)

#72299

~Papierzak ·
| Do ulubionych
Pracuję w fabryce, która zajmuje się przetwarzaniem papieru.

Odpady zwykle są prasowane przez prasę do kostek i utylizowane. Nacisk takiej prasy na odpad to kilka ton. Obsługa prasy zaczyna się od sprawdzenia, czy nikt i nic oprócz papieru nie znajduje się w jej zasięgu. Jest to nakaz bezwzględnie wymagany przez BHP i całe szczęście, bo....

dzisiaj ta procedura, którą powtarzamy do znudzenia uratowała życie chłopakowi, który na nocnej zmianie postanowił się zdrzemnąć i ukrył się w belach papieru przeznaczonego do sprasowania na rano.

Głupich nie sieją.

Fabryka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 505 (511)

#76775

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam z dziewczyną autobusem z uczelni. Tłok dosyć duży, bo czas powrotu zarówno ze szkoły, jak i z pracy. Miejsc siedzących brak, stojących prawie też. Pod oknem siedzi starsza pani, obok młoda dziewczyna chyba w wieku szkolnym.

Na przystanku wysiada kilka osób, a kilka wsiada. Wśród wsiadających jest pan. Starszy, nieogolony, trochę niechlujnie ubrany, trochę przypominał typowego menela. Co najważniejsze, nie śmierdział alkoholem, zachowywał się spokojnie i miał widocznie problem z nogą. Jak siedząca młoda dziewczyna go zauważyła, wstała żeby ustąpić mu miejsca. Pan się uśmiechnął i z widocznym trudem zaczął przemieszczać się w stronę zwolnionego miejsca. Wtedy do akcji wkroczyła starsza pani siedząca na miejscu obok. Położyła torebkę na miejsce po dziewczynie i zaczęła wołać coś w stylu "Terenia, chodź szybko, miejsce ci trzymam". Kompletnie ignorowała próby dziewczyny zwrócenia jej uwagi, że to miejsce zwalnia dla tamtego pana. Pan przystanął z widocznym bólem nogi, a na to miejsce przepchała się owa Terenia. Dziewczyna już próbowała zacząć kłótnię, ale z innego miejsca wstała i ustąpiła inna starsza pani z tekstem "Nie kłóć się, nie warto".

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 335 (339)

#70946

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozmowa sprzed jakichś trzech lat. Przypomniała mi się po przeczytaniu historii o konkursie z bielizną.

Zazwyczaj od razu rozłączam takie rozmowy, ale akurat mi się zachciało sprawdzić na czym przekręt polega.

- Gratuluję, firma X. Wygrał Pan nagrodę pieniężną w wysokości 2000zł w pierwszym etapie konkursu za coś tam coś tam. W celu kontynuowania i podjęcia dalszych kroków prowadzących do odbioru nagrody potrzebujemy tylko pokrycia kosztów manipulacyjnych w wysokości 30zł. (i jeszcze wyjaśnił, że koszty przelewów, jakiś tam podatek itd).
- Aha, to świetnie, cieszę się, że wygrałem. Proszę sobie potrącić te 30zł z wygranej, a resztę przelać. Podać numer konta?
- Yyy, ale ... tak nie można!
- Ależ można, ja Panu pozwalam.
- No ale jak to Pan? Nasza księgowość...
- Chwileczkę, wygrałem i to są moje pieniądze, tak?
- No tak.
- No to skoro moje, to ja decyduję co można z nimi zrobić, a co nie. Więc pozwalam potrącić wszelkie opłaty. Czyli można. Podać numer konta?
- Nie, nie można, dopóki Pan nie przeleje, bo my to musimy wysłać czymś tam (już nie pamiętam).
- Wie pan co? Ja tą rozmowę nagrałem, Pan twierdzi że macie moje pieniądze, nagranie jest dowodem. To może ja wyślę wezwanie do zapłaty i w nim określę w jaki sposób chcę otrzymać pieniądze. Oczywiście wybiorę przelew bankowy.
- Pan sobie chyba żartuje ze mnie, prawda?
- Prawda. Ale mam wielką ochotę pociągnąć ten żart dalej i naprawdę sprawdzić, czy da się wysłać wezwanie do zapłaty, później uzyskać nakaz i wysłać komornika. Jestem po prostu ciekaw jak z tego wybrną wasi prawnicy.

Tutaj Panu nagle przypomniał się regulamin konkursu i dopiero teraz raczył poinformować gdzie się takowy znajduje. Co się okazało, konkurs ma trzy etapy (to te dalsze kroki prowadzące do odbioru nagrody) i tylko w ostatnim etapie można wypłacić pieniądze. Wygrane z pierwszego i drugiego etapu przechodzą na trzeci. Kto nie dotrze do trzeciego, traci wcześniejsze nagrody i wracają do puli dla zwycięzcy trzeciego. W pierwszym etapie (w tym co niby wygrałem) wygrywają wszyscy, w drugim maks ileś tam osób, w trzecim 3 osoby (chyba, nie pamiętam już dobrze). Ot, taki sobie konkurs ktoś wymyślił :)

Niedawno znowu coś wygrałem, ale tym razem informacja przyszła sms-em. Mechanizm ten sam, wpłać, przejdziesz do drugiego etapu itd. Czyli pewnie pomysł funkcjonuje dalej.

konkursy naciągacze

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 498 (504)

#72248

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasza przychodnia ma podpisaną od prawie roku umowę z Tauronem na zakup energii elektrycznej. Dystrybutorem jest nadal Energa, ponieważ to ona "zarządza" kabelkami w okolicy. W związku z tym dostajemy dwie faktury za jeden okres rozliczeniowy. Stało się to niezbyt wygodne, a cenowo wcale nie wyszliśmy jakoś dużo lepiej na takim rozwiązaniu, więc podjęliśmy z szefem decyzję o powrocie do starego systemu, czyli energia i dystrybucja od jednego operatora. No ale wiadomo, jesteśmy uwiązani z Tauronem umową, więc trzeba odczekać. O sprawie zapomniałam, bo do końca umowy jeszcze trochę czasu.

Zadzwoniła ostatnio konsultantka z Energi i spytała, czy nie chcielibyśmy do nich wrócić. Gwarantowała przy tym, że pewne opłaty związane z dystrybucją będziemy mieć stałe przez cały okres trwania umowy. Powiedziałam jej, że oczywiście jesteśmy zainteresowani takim rozwiązaniem. Zapewniała, że w momencie, kiedy będzie nam się kończyć umowa z Tauronem, to oni w naszym imieniu będą ją wypowiadać. Chodziło o to, żeby przeboleć obecną umowę do końca, a nie płacić niebotycznych kar za zerwanie umowy przed okresem wypowiedzenia. Zgodziłam się na to, by przyjechał kurier z umową.

No i przyjechał. Dzisiaj. Zanim zawitał w mym biurze oczywiście zadzwonił, żeby poinformować, w jakich godzinach mogę się go spodziewać.

[K] Dzień dobry, z tej strony kurier. Mam dla pani przesyłkę od AMC Promotion z dokumentami dotyczącymi energii.

Dalsza część dialogu jest nieistotna. Zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Jakie AMC Promotion, skoro miała być Energa? Wpisanie w wyszukiwarce nazwy tej firmy nic nie dało. Nie dowiedziałam się o niej absolutnie nic. Miałam jeszcze dobrą godzinę do przyjazdu kuriera, więc zadzwoniłam do Energi i opisałam im zaistniałą sytuację. Pani coś tam w systemie posprawdzała. Okazało się, że Energa nie ma na liście swoich ko-operatorów takowej firmy. Już wiedziałam, że dokumentów, które miały nadejść nie podpiszę, więc przygotowałam oficjalne pismo o odmowie podpisania dokumentów, żeby się zabezpieczyć na wypadek, gdyby AMC wpadło na pomysł uznania niepodpisanej umowy za wiążącą.

Kurier przyjechał. Położył na mym biurku gruby plik papierów. Popatrzyłam na papiery, a potem na niego. Spytałam grzecznie czy ma jeszcze jakieś miejsca do obskoczenia, bo chciałabym się zapoznać z tymi dokumentami. Odparł, że mam 10 minut na przeczytanie i spada. No dobrze. Oto, jakie kwiatki znalazłam:

- tabelka, w której powinna być taryfa, była pusta. Czyli każdy może sobie tam wpisać co chce;

- logo na umowie faktycznie należało do Energi, ale adres siedziby firmy kompletnie się nie zgadzał (trochę zdążyłam poczytać o firmie, więc pewne rzeczy zapamiętałam);

- nazwa firmy nie do końca się zgadzała. Do Grupy Energa należą tylko 2 spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, reszta to spółki akcyjne. Na umowie było "Energa Sp. z o.o.", czyli kompletna bzdura;

- cennik podany w załączniku nie zgadzał się z tym, który widziałam na stronie prawdziwej Energi;

- dane przychodni wpisane były wszędzie ręcznie, przy czym były one niepełne. Prawdziwa Energa raczej by wiedziała, kto jest u nas osobą reprezentującą podmiot, tym bardziej, że mamy z nimi przecież umowę na dystrybucję, więc poprawne dane w systemie raczej mają. Poza tym w przypadku umów różnica między "Przychodnią w Piekiełkowie" a "Samodzielnym Publicznym Zakładem Opieki Zdrowotnej w Piekiełkowie" ma znaczenie. Tym bardziej, że w Piekiełkowie mamy dwie przychodnie, w tym jedną niepubliczną.

Dałam panu kurierowi wcześniej przygotowany kwitek i odesłałam go z tym plikiem makulatury. Na odchodne, tak "między nami", powiedział, że jest to jakaś dziwna firma, bo raz przesyłają klientom umowy z Tauronem, a innym razem z Energą.

Nazwę firmy podałam oczywiście z premedytacją, bo może w ten sposób uchronię kogoś przed podpisaniem cyrografu.

energa

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 495 (501)

#72284

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja przygoda z bankiem.
Podpisuję dokument w banku. Pani z Banku (P) kwestionuje mój podpis.

P: Nie mogę przyjąć tego dokumentu, bo podpis jest nieczytelny.
Ja: Ale ja zawsze tak się podpisuję.
P: Nieważne. Wydrukuję jeszcze raz dokument i proszę podpisać się czytelnie.

Cóż było robić. Podpisałem czytelnie.

Następnego dnia odbieram telefon z banku.

P: Niestety nie możemy zrealizować wczorajszej dyspozycji.
J: A dlaczego?
P: Bo pana podpis jest niezgodny z kartą podpisów.
Zapylam więc jeszcze raz do banku. Tym razem P zezwoliła na nieczytelny podpis. Ale propozycję zwrotu kosztów dodatkowej wycieczki do banku i rekompensaty za stracony czas potraktowała jak dowcip.

bank podpis

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (333)

#76140

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny odcinek serii "Polskie Drogi" ...

Niedzielne popołudnie z nieba leci coś dziwnego - ni to śnieg, ni to grad, w każdym razie w krótkim czasie droga pokryła się milionami lodowych kuleczek. Jazda po tym przypominała chodzenie po kulkach z łożyska...
Warunki "ciekawe", wszyscy jadą grzecznie, zachowawczo, powoli, odstępy zachowane takie, że ho ho i jeszcze trochę ..., no prawie wszyscy.

Jedzie cudowne dziecko wizji Chrisa Bangle'a w mafijnym kolorze (czarne BMW 5 E60), lewy migacz włączony na stałe, prędkość grubo powyżej obowiązującej w tym miejscu 60. Na prostej szło mu całkiem zacnie, ale każda prosta kończy się kiedyś zakrętem, a w tym przypadku zakręt jest wyjątkowo wredny.
Nie dość, że się zacieśnia za szczytem, to jeszcze droga idzie lekko w dół, a wisienką na torcie wredności jest wyprofilowanie - zewnętrzny pas drogi jest niżej niż wewnętrzny - nie bez przyczyny przed zakrętem jest znak A-2 (niebezpieczny zakręt w lewo) i ograniczenie do 40.

Niestety u króla szos, braki w wyobraźni szły w parze z jeszcze większymi brakami umiejętności, bo jego odpowiedzią na poślizg było depnięcie w heble i BMW na moich oczach zjechało prościutko do rowu po prawej stronie drogi. Zatrzymaliśmy się, za nami zatrzymał się jeszcze facet hiluxem.

Z BMW wyczłapał się chłopaczek (na oko koło 20 lat, nawet nie typowy drechol - raczej bananowa młodzież z i-watchem na łapce) i zaczyna biegać wokół samochodu (ze skakaniem przez rów, w którym leżał jego samochód włącznie) i rzucać takim mięchem jak pułk nawalonych szewców - zero zainteresowania, że jego pasażerka ma problemy z wydostaniem się z samochodu.

Razem z facetem z hiluxa pomogliśmy dziewczynie się wydostać (całe szczęście samochód "zaparkował" w rowie na przodzie, a nie na boku). Dziewuszka nie zdążyła jeszcze się wyprostować, po tym jak wyszła z rowu, a koleś na nią z mordą - to jej wina, jak by mu nie pier...ła, żeby wolniej jechał, to by mógł się skupić na prowadzeniu - ręce mi opadły poniżej kolan.

Dziewczyna natomiast zachowała taki poziom, że chapeau bas.
Nie wpadła w żadną dyskusją z furiatem, spytała się czy ktoś z nas będzie jechał koło jakiejś stacji benzynowej i czy ewentualnie może się zabrać...
Gość z hiluxa powiedział, że on niestety do celu podroży ma niecałe 5km i nie będzie koło takiego miejsca przejeżdżał, u nas natomiast nie było problemu, bo po drodze przejeżdżaliśmy jeszcze przez dwie miejscowości. Po tej informacji dziewuszka zadzwoniła do ojca żeby ją odebrał ze wskazanego przez nas miejsca i zabrała się z nami. Koleś dostał jeszcze od faceta namiar na pobliską pomoc drogową i każdy pojechał w swoją drogę, przy akompaniamencie pań lekkich obyczajów rzucanych przez chłopaczka.

Polskie drogi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (327)

#71955

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś historia o pewnym małżeństwie, z którym przeprawy mieliśmy w rożnych konfiguracjach.
Żona to atrakcyjna kobieta koło 40., pracująca jako kelnerka (podobno), często na noce, albo po kilka dni.
Mąż to alkoholik, dostał gospodarkę z hektarami i trzodą po rodzicach, otrzymywał dopłaty z Unii, z których połowa szła na przelew. Facet wykształcony i inteligentny, po trzeźwemu można było z nim pogadać, ale po wódce...

Kłopoty w rodzinie były od zawsze. On pił, awanturował się, potrafił ją i szarpnąć, chociaż najczęściej to po wypiciu spał. Ona korzystając z jego niedyspozycji zostawała po godzinach w pracy, w celach towarzyskich z gośćmi, za co miała napiwki, które pozwalały jej przetrwać miesiąc, w razie gdyby mąż przepił więcej niż zwykle.

Mąż jak się o tym dowiadywał, to znów zapijał smutek i wszczynał awanturę, bo żona mu się puszcza. Interwencje policji kończyły się albo rozmową z mężem na miejscu po której on dopijał w samotności resztkę butelki i zasypiał, albo zabraniem na wytrzeźwiałkę, gdy był bardziej pobudzony. Żona była informowana, że ma się zgłosić na policję aby złożyć zawiadomienie o znęcaniu się. Nie korzystała z tej opcji. Po wizycie policji było kilka dni spokoju. Później od nowa, picie i awantura. Sytuacja jakich wiele w naszym kraju, więc czemu o tym piszę?
By uzmysłowić czytelnikom, że policja czasem w takich przypadkach jest bezradna.

Pani Żona jak pijactwo trwało już kilka dni, szła do GOPSu i żaliła się na swoją sytuację. Panie z GOPSu wysłuchiwały tych historii, użalały się nad nią, sporządzały tzw. Niebieską Kartę dotycząca przemocy w rodzinie oraz pisały zawiadomienie do prokuratury. Prokuratura po rozpatrzeniu zawiadomienia, wysyłała je do nas. My po jego otrzymaniu w ciągu kilku dni kontaktowaliśmy się z Żoną, aby ta stawiła się do nas na przesłuchanie.

I tu zaczynały się schody, bo od jej wizyty w GOPSie do naszego kontaktu z nią mijał około tydzień (droga urzędowa pisma). Po tygodniu małżeństwo już było pogodzone, bo Mąż się przestraszył, odstawił butelkę, zaczął się interesować gospodarstwem i dawać pieniądze na życie. A to jeszcze w ramach bonusu kupił jej jakiś samochód po okazyjnej cenie, a to kuchnie odmalował, teściowi drzewo porąbał, no inny człowiek normalnie. Ona odmawia zeznań, czego my się czepiamy. No to my swoje czynności i tak prowadzimy, chociaż rodzina nie chce się wtrącać, sąsiedzi jak zwykle nic nie widzą, nic nie słyszą.

Po 2-3 tygodniach Żona dostaje od nas decyzję o odmowie wszczęcia dochodzenia albo o jego umorzeniu. I co? I źle! Bo on się wczoraj znowu upił i znowu była awantura i dlaczego my tu nie chcemy jej pomóc... Takich sytuacji było ze trzy. W końcu po poważniejszej awanturze i szarpaninie, Żona zgłosiła w nadrzędnej jednostce znęcanie się, mąż dostał trzy miesiące tymczasowego aresztu. Jednak na pytanie, czy zgłaszała wcześniej znęcanie na policję odparła że tak, wielokrotnie, policjanci z posterunku wszystko wiedzą co się u nich dzieje, ale nic z tym nie robią i nie chcą jej pomóc...

Uprzedzę pytania - Żona dałaby radę się wyprowadzić, sama się utrzymać, co też kilkukrotnie czyniła w przeszłości. Wynajmowała mieszkanie na 2-3 miesiące po czym wracała do męża, bo on złote góry obiecywał, poza tym to mąż, któremu ślubowała na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie...
A tak naprawdę, to po rozwodzie nie miałaby nic. A jak mąż się zapije, to cały majątek będzie dla niej.

Tak więc jak się dzieje jakaś tragedia rodzinna, sąsiedzi nagle chętnie opowiadają co się działo, choć wcześniej "nic nie widzieli", to pytanie "to gdzie była policja? Gdzie były inne organy zobowiązane do pomocy rodzinie?" Wydaje mi się nie na miejscu. Bo byli - bezradni. Ja nic na siłę zrobić nie mogę. Bo czasami się po prostu nie da pomóc.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 320 (324)

#78740

~UzuUzu ·
| Do ulubionych
Niedaleko mojego bloku wygospodarowano parking na cztery auta, parkować trzeba zatoczkowo (równolegle). Kto mieszka "na blokowisku" z czasów minionych, wie, jak cenne jest każde miejsce.

Do ok. godz. 15 parking święci raczej pustkami. Wraca z roboty pierwszy sąsiad i parkuje w zatoczce zostawiając przed sobą miejsce na 3/4 auta (ewentualnie na Smarta, ale nikt z osiedla nie ma takiego auta). Minuty późnej wraca z pracy drugi sąsiad, parkuje w zatoczke przy jej drugim końcu zostawiając za sobą też miejsce na 3/4 wielkości samochodu. I tym sposobem bystrzy sąsiedzi z parkingu na 4 miejsca robią parking na 2 auta.

To jakiś większy problem z dojechaniem do krawędzi?

Osiedle

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (161)