Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#72248

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasza przychodnia ma podpisaną od prawie roku umowę z Tauronem na zakup energii elektrycznej. Dystrybutorem jest nadal Energa, ponieważ to ona "zarządza" kabelkami w okolicy. W związku z tym dostajemy dwie faktury za jeden okres rozliczeniowy. Stało się to niezbyt wygodne, a cenowo wcale nie wyszliśmy jakoś dużo lepiej na takim rozwiązaniu, więc podjęliśmy z szefem decyzję o powrocie do starego systemu, czyli energia i dystrybucja od jednego operatora. No ale wiadomo, jesteśmy uwiązani z Tauronem umową, więc trzeba odczekać. O sprawie zapomniałam, bo do końca umowy jeszcze trochę czasu.

Zadzwoniła ostatnio konsultantka z Energi i spytała, czy nie chcielibyśmy do nich wrócić. Gwarantowała przy tym, że pewne opłaty związane z dystrybucją będziemy mieć stałe przez cały okres trwania umowy. Powiedziałam jej, że oczywiście jesteśmy zainteresowani takim rozwiązaniem. Zapewniała, że w momencie, kiedy będzie nam się kończyć umowa z Tauronem, to oni w naszym imieniu będą ją wypowiadać. Chodziło o to, żeby przeboleć obecną umowę do końca, a nie płacić niebotycznych kar za zerwanie umowy przed okresem wypowiedzenia. Zgodziłam się na to, by przyjechał kurier z umową.

No i przyjechał. Dzisiaj. Zanim zawitał w mym biurze oczywiście zadzwonił, żeby poinformować, w jakich godzinach mogę się go spodziewać.

[K] Dzień dobry, z tej strony kurier. Mam dla pani przesyłkę od AMC Promotion z dokumentami dotyczącymi energii.

Dalsza część dialogu jest nieistotna. Zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Jakie AMC Promotion, skoro miała być Energa? Wpisanie w wyszukiwarce nazwy tej firmy nic nie dało. Nie dowiedziałam się o niej absolutnie nic. Miałam jeszcze dobrą godzinę do przyjazdu kuriera, więc zadzwoniłam do Energi i opisałam im zaistniałą sytuację. Pani coś tam w systemie posprawdzała. Okazało się, że Energa nie ma na liście swoich ko-operatorów takowej firmy. Już wiedziałam, że dokumentów, które miały nadejść nie podpiszę, więc przygotowałam oficjalne pismo o odmowie podpisania dokumentów, żeby się zabezpieczyć na wypadek, gdyby AMC wpadło na pomysł uznania niepodpisanej umowy za wiążącą.

Kurier przyjechał. Położył na mym biurku gruby plik papierów. Popatrzyłam na papiery, a potem na niego. Spytałam grzecznie czy ma jeszcze jakieś miejsca do obskoczenia, bo chciałabym się zapoznać z tymi dokumentami. Odparł, że mam 10 minut na przeczytanie i spada. No dobrze. Oto, jakie kwiatki znalazłam:

- tabelka, w której powinna być taryfa, była pusta. Czyli każdy może sobie tam wpisać co chce;

- logo na umowie faktycznie należało do Energi, ale adres siedziby firmy kompletnie się nie zgadzał (trochę zdążyłam poczytać o firmie, więc pewne rzeczy zapamiętałam);

- nazwa firmy nie do końca się zgadzała. Do Grupy Energa należą tylko 2 spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, reszta to spółki akcyjne. Na umowie było "Energa Sp. z o.o.", czyli kompletna bzdura;

- cennik podany w załączniku nie zgadzał się z tym, który widziałam na stronie prawdziwej Energi;

- dane przychodni wpisane były wszędzie ręcznie, przy czym były one niepełne. Prawdziwa Energa raczej by wiedziała, kto jest u nas osobą reprezentującą podmiot, tym bardziej, że mamy z nimi przecież umowę na dystrybucję, więc poprawne dane w systemie raczej mają. Poza tym w przypadku umów różnica między "Przychodnią w Piekiełkowie" a "Samodzielnym Publicznym Zakładem Opieki Zdrowotnej w Piekiełkowie" ma znaczenie. Tym bardziej, że w Piekiełkowie mamy dwie przychodnie, w tym jedną niepubliczną.

Dałam panu kurierowi wcześniej przygotowany kwitek i odesłałam go z tym plikiem makulatury. Na odchodne, tak "między nami", powiedział, że jest to jakaś dziwna firma, bo raz przesyłają klientom umowy z Tauronem, a innym razem z Energą.

Nazwę firmy podałam oczywiście z premedytacją, bo może w ten sposób uchronię kogoś przed podpisaniem cyrografu.

energa

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 492 (Głosów: 498)

#71955

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś historia o pewnym małżeństwie, z którym przeprawy mieliśmy w rożnych konfiguracjach.
Żona to atrakcyjna kobieta koło 40., pracująca jako kelnerka (podobno), często na noce, albo po kilka dni.
Mąż to alkoholik, dostał gospodarkę z hektarami i trzodą po rodzicach, otrzymywał dopłaty z Unii, z których połowa szła na przelew. Facet wykształcony i inteligentny, po trzeźwemu można było z nim pogadać, ale po wódce...

Kłopoty w rodzinie były od zawsze. On pił, awanturował się, potrafił ją i szarpnąć, chociaż najczęściej to po wypiciu spał. Ona korzystając z jego niedyspozycji zostawała po godzinach w pracy, w celach towarzyskich z gośćmi, za co miała napiwki, które pozwalały jej przetrwać miesiąc, w razie gdyby mąż przepił więcej niż zwykle.

Mąż jak się o tym dowiadywał, to znów zapijał smutek i wszczynał awanturę, bo żona mu się puszcza. Interwencje policji kończyły się albo rozmową z mężem na miejscu po której on dopijał w samotności resztkę butelki i zasypiał, albo zabraniem na wytrzeźwiałkę, gdy był bardziej pobudzony. Żona była informowana, że ma się zgłosić na policję aby złożyć zawiadomienie o znęcaniu się. Nie korzystała z tej opcji. Po wizycie policji było kilka dni spokoju. Później od nowa, picie i awantura. Sytuacja jakich wiele w naszym kraju, więc czemu o tym piszę?
By uzmysłowić czytelnikom, że policja czasem w takich przypadkach jest bezradna.

Pani Żona jak pijactwo trwało już kilka dni, szła do GOPSu i żaliła się na swoją sytuację. Panie z GOPSu wysłuchiwały tych historii, użalały się nad nią, sporządzały tzw. Niebieską Kartę dotycząca przemocy w rodzinie oraz pisały zawiadomienie do prokuratury. Prokuratura po rozpatrzeniu zawiadomienia, wysyłała je do nas. My po jego otrzymaniu w ciągu kilku dni kontaktowaliśmy się z Żoną, aby ta stawiła się do nas na przesłuchanie.

I tu zaczynały się schody, bo od jej wizyty w GOPSie do naszego kontaktu z nią mijał około tydzień (droga urzędowa pisma). Po tygodniu małżeństwo już było pogodzone, bo Mąż się przestraszył, odstawił butelkę, zaczął się interesować gospodarstwem i dawać pieniądze na życie. A to jeszcze w ramach bonusu kupił jej jakiś samochód po okazyjnej cenie, a to kuchnie odmalował, teściowi drzewo porąbał, no inny człowiek normalnie. Ona odmawia zeznań, czego my się czepiamy. No to my swoje czynności i tak prowadzimy, chociaż rodzina nie chce się wtrącać, sąsiedzi jak zwykle nic nie widzą, nic nie słyszą.

Po 2-3 tygodniach Żona dostaje od nas decyzję o odmowie wszczęcia dochodzenia albo o jego umorzeniu. I co? I źle! Bo on się wczoraj znowu upił i znowu była awantura i dlaczego my tu nie chcemy jej pomóc... Takich sytuacji było ze trzy. W końcu po poważniejszej awanturze i szarpaninie, Żona zgłosiła w nadrzędnej jednostce znęcanie się, mąż dostał trzy miesiące tymczasowego aresztu. Jednak na pytanie, czy zgłaszała wcześniej znęcanie na policję odparła że tak, wielokrotnie, policjanci z posterunku wszystko wiedzą co się u nich dzieje, ale nic z tym nie robią i nie chcą jej pomóc...

Uprzedzę pytania - Żona dałaby radę się wyprowadzić, sama się utrzymać, co też kilkukrotnie czyniła w przeszłości. Wynajmowała mieszkanie na 2-3 miesiące po czym wracała do męża, bo on złote góry obiecywał, poza tym to mąż, któremu ślubowała na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie...
A tak naprawdę, to po rozwodzie nie miałaby nic. A jak mąż się zapije, to cały majątek będzie dla niej.

Tak więc jak się dzieje jakaś tragedia rodzinna, sąsiedzi nagle chętnie opowiadają co się działo, choć wcześniej "nic nie widzieli", to pytanie "to gdzie była policja? Gdzie były inne organy zobowiązane do pomocy rodzinie?" Wydaje mi się nie na miejscu. Bo byli - bezradni. Ja nic na siłę zrobić nie mogę. Bo czasami się po prostu nie da pomóc.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 320 (Głosów: 324)

#76140

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny odcinek serii "Polskie Drogi" ...

Niedzielne popołudnie z nieba leci coś dziwnego - ni to śnieg, ni to grad, w każdym razie w krótkim czasie droga pokryła się milionami lodowych kuleczek. Jazda po tym przypominała chodzenie po kulkach z łożyska...
Warunki "ciekawe", wszyscy jadą grzecznie, zachowawczo, powoli, odstępy zachowane takie, że ho ho i jeszcze trochę ..., no prawie wszyscy.

Jedzie cudowne dziecko wizji Chrisa Bangle'a w mafijnym kolorze (czarne BMW 5 E60), lewy migacz włączony na stałe, prędkość grubo powyżej obowiązującej w tym miejscu 60. Na prostej szło mu całkiem zacnie, ale każda prosta kończy się kiedyś zakrętem, a w tym przypadku zakręt jest wyjątkowo wredny.
Nie dość, że się zacieśnia za szczytem, to jeszcze droga idzie lekko w dół, a wisienką na torcie wredności jest wyprofilowanie - zewnętrzny pas drogi jest niżej niż wewnętrzny - nie bez przyczyny przed zakrętem jest znak A-2 (niebezpieczny zakręt w lewo) i ograniczenie do 40.

Niestety u króla szos, braki w wyobraźni szły w parze z jeszcze większymi brakami umiejętności, bo jego odpowiedzią na poślizg było depnięcie w heble i BMW na moich oczach zjechało prościutko do rowu po prawej stronie drogi. Zatrzymaliśmy się, za nami zatrzymał się jeszcze facet hiluxem.

Z BMW wyczłapał się chłopaczek (na oko koło 20 lat, nawet nie typowy drechol - raczej bananowa młodzież z i-watchem na łapce) i zaczyna biegać wokół samochodu (ze skakaniem przez rów, w którym leżał jego samochód włącznie) i rzucać takim mięchem jak pułk nawalonych szewców - zero zainteresowania, że jego pasażerka ma problemy z wydostaniem się z samochodu.

Razem z facetem z hiluxa pomogliśmy dziewczynie się wydostać (całe szczęście samochód "zaparkował" w rowie na przodzie, a nie na boku). Dziewuszka nie zdążyła jeszcze się wyprostować, po tym jak wyszła z rowu, a koleś na nią z mordą - to jej wina, jak by mu nie pier...ła, żeby wolniej jechał, to by mógł się skupić na prowadzeniu - ręce mi opadły poniżej kolan.

Dziewczyna natomiast zachowała taki poziom, że chapeau bas.
Nie wpadła w żadną dyskusją z furiatem, spytała się czy ktoś z nas będzie jechał koło jakiejś stacji benzynowej i czy ewentualnie może się zabrać...
Gość z hiluxa powiedział, że on niestety do celu podroży ma niecałe 5km i nie będzie koło takiego miejsca przejeżdżał, u nas natomiast nie było problemu, bo po drodze przejeżdżaliśmy jeszcze przez dwie miejscowości. Po tej informacji dziewuszka zadzwoniła do ojca żeby ją odebrał ze wskazanego przez nas miejsca i zabrała się z nami. Koleś dostał jeszcze od faceta namiar na pobliską pomoc drogową i każdy pojechał w swoją drogę, przy akompaniamencie pań lekkich obyczajów rzucanych przez chłopaczka.

Polskie drogi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 319 (Głosów: 323)

#71608

(PW) ·
| Do ulubionych
Tydzień L4, grypa, więc większość czasu w łóżku. Trochę po 7 rano dzwoni domofon. Jeden, drugi, trzeci raz. W końcu ruszyłem się sprawdzić, kto i po co mnie budzi.

(Ja) Słucham?
(Ktoś) Bo ja chciałem pod 13.
(J) To proszę tam dzwonić, a nie do mnie.
(K) Dzwoniłem, ale nikt nie otwiera.

Na taką logikę to nawet nie chciało mi się odpowiadać, wróciłem do łóżka i oczywiście zaraz znowu odzywa się domofon. Ten sam głos. Dopiero po wywarczeniu, że jak nie przestanie wydzwaniać, to zejdę i mu to bardziej bezpośrednio wytłumaczę, odpuścił.

upierdliwiec

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 317 (Głosów: 321)

#74178

(PW) ·
| Do ulubionych
Razu pewnego z mojej posesji uciekł mi pies.
Wyszedłem do sklepu, a gdy wróciłem - nie było go. Nie mam do dziś pojęcia, jak to zrobił, ale to nie jest ważne dla tej historii.

Rozpocząłem poszukiwania, a że w mojej Cytrynie padł akumulator - ruszyłem na akcję poszukiwawczą pieszo.

Około pół kilometra od domu, na sąsiednim osiedlu, spostrzegłem nieoznakowany radiowóz, do którego właśnie zmierzał jeden ze znajomych mi policjantów, poznany jeszcze w mojej poprzedniej pracy. Zagadałem więc do niego, czy nie widział w okolicy rzeczonego zwierzaka, pokazałem zdjęcia. Niestety, ale nie widział. Zaproponował natomiast, że pojeżdżę z nim po osiedlu, a nuż zguba pałęta się w pobliżu.

Wsiadłem więc z nim, po czym ruszyliśmy na - bezskuteczne zresztą - półgodzinne poszukiwania. Pech chciał, iż cała "procedura" wypytania o mego psa odbywała się przy jednym z socjalnych budynków, potocznie zwanych "slumsem".

Już 2 dni później na moim aucie ktoś wydrapał gwoździem napis "konfidęt" - cytat dosłowny.

Gratuluję pomyślunku, idealnie nad podjazdem mam kamerę :)

PS. Pies się znalazł, przyszedł pod dom wieczorem, pokryty zaschniętą skorupą błota. Przynajmniej on dobrze się bawił ;)

osiedle

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 315 (Głosów: 319)

#70701

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem technikiem dentystycznym z wieloletnim doświadczeniem, ale dziś dopiero dowiedziałam się jaka jestem zdolna.

Parę lat temu, gdy zaczynałam robić korony pełnoceramiczne, w ramach praktyk zrobiłam jedną dla siebie, żeby wygląd górnej piątki poprawić. Znajomy dentysta mi zamontował i tak naprawdę zapomniałam o tym.

Dziś byłam na pierwszej wizycie u nowej dentystki. Trochę z premedytacją nie mówiłam nic na temat swojego zawodu, żeby nie wchodzić w dyskusje zawodowe (śpieszyłam się).
Pani doktor fachowo zaczęła od przeglądu.
Pomoc notuje i wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że dentystka znalazła mi ubytek w... koronie.
Przerwałam przegląd i mówię:
-Pani doktor to jest korona.
-Niemożliwe! Przecież nie ma rantu (taki metalowy pasek z tyłu korony).
-Nie ma, bo to korona pełnoceramiczna.
-Jest pani pewna?
-Tak, sama ją robiłam.

Pani doktor jeszcze raz obejrzała, pocmokała i chciała lecieć dalej, ale ja zrezygnowałam z leczenia.

Żeby wszystko było jasne, zawsze staram się robić zęby jak najbardziej naturalne, żeby nie wyglądały jak kafle ale nie spodziewałam się, że są tak idealne, że dentysta się nie pozna. Chyba powinnam zostawić jej wizytówkę.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 623 (Głosów: 631)

#70558

(PW) ·
| Do ulubionych
Co bardzo istotne dla tej historii, prowadzę jedną z największych stron pomocowych po polskiej stronie pewnego społecznościowego portalu ;)

Działamy bardzo prosto - mamy tłumy ludzi, którzy chcą pomóc, wrzucamy apel o wsparcie finansowe na leczenie/potrzeby czysto socjalne.

Pewnego dnia zadzwoniła do mnie [k]oleżanka.
K: - Hej, mam sprawę, pilnie potrzebna pomoc, pani schorowana, opiekuje się psychicznie chorą córką, córka dorosła, z domu nie wychodzi dla bezpieczeństwa siebie i innych, mają niskie renty, zadłużone... kobita puszki po śmietnikach zbiera, bo na chleb nie mają.
Ja: - Jasne, umów mnie z nią, zobaczę papierki i zadziałamy.

Umówiłam się z panią, powiedzmy, Zosią na drugi dzień. W mieszkaniu widać, że się nie przelewa, ale czysto, wszystko ok. Szybki rzut oka na papiery (jeśli potrzebujący nie należy do żadnej fundacji, zerkam na papiery, diagnozy, orzeczenia itp, żeby wiedzieć czy ktoś tu czasem nie kręci), wszystko ok, wszystko się zgadza. Szybko ustaliłyśmy listę potrzebnych rzeczy.

I poszło w eter, setki wiadomości, pytanie o konto do wpłat dla Pani Zosi, ogólnie odzew naprawdę rewelacyjny.

Zaczęły przychodzić paczki. Nie zawsze, ale często dostaję informację co w takowych paczkach się znajduje. I tak też było w przypadku pokaźnej paczki ok 40 kg wypełnionej mięsem, wędlinami, nabiałem, naprawdę wszystko przydatne, szczególnie kiedy ktoś nie ma co jeść..
Co usłyszałam, kiedy zapytałam czy przyda się to co, do pani Zosi przyszło?
- Wie pani, ale to wszystko z takiej dolnej półki....

Nieco mnie to zdziwiło, ale pomyślałam sobie, że może pani Zosia wykombinowała, że jak powie mi, że to taka "dolna półka", to wycisnę dla niej więcej...

Następna paczka, też kilkudziesięciokilogramowa, informacja dla mnie, że sama spożywka.
Pani Zosia: ale wie pani, to wszystko to było z Biedronki!

Przy kolejnych paczkach dowiedziałam się też, że ktoś przysłał jej rzeczy UŻYWANE!
A także:
- zmechacone
- niewyprasowane
- za małe
- za duże

A na końcu, kiedy napływ paczek dobiegł końca (a musicie wiedzieć, że taki boom jest zwykle przez pierwszy tydzień), stwierdziła, że w gruncie rzeczy to ona żadnej pomocy nie dostała, a mówiłam, że tyle ludzi pytało o adres....


Rzecz istotna - jedna niewdzięczna Pani Zosia nie określa wszystkich potrzebujących, zazwyczaj to naprawdę wspaniali ludzie, którzy z różnych przyczyn potrzebują pomocy.

pomoc internet

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 466 (Głosów: 472)

#77632

~Jakubek ·
| Do ulubionych
Krótko zwięźle i na temat. Kto był piekielny, ocenicie sami.

Jechałem wraz z narzeczoną, jej siostrą i szwagrem na imprezę. Ja kierowałem. A jako kierowca wymagam od pasażerów dwóch rzeczy. By mnie nie rozpraszali podczas jazdy oraz, by zapinali pasy. Mogą rozmawiać, jeść, pić, spać, robić dosłownie wszystko, byleby przestrzegali tych 2 zasad.

Jechaliśmy przez teren niezabudowany. Jakieś nieużytki, krzaki. W pewnym momencie na drogę wyskoczył dzik. Hamulec do końca, nawet ręczny poszedł w ruch. Poczekałem chwilę, rozglądam się czy coś jeszcze nie ma zamiaru niespodziewanie wtargnąć na drogę. Przy okazji pytam się pasażerów, czy nikomu nic się nie stało. Dwie odpowiedzi twierdzące, jedna przecząca. Szwagier był niezapięty i przygrzmocił twarzą w stelaż od zagłówka przed sobą. Złamał nos.

Tak więc zamiast na imprezę, pojechaliśmy na SOR. A tam dowiedziałem się od przyszłej szwagierki i jej męża, że to moja wina. Że jej ukochany ma twarz jak po zderzeniu ze ścianą. Myślałem, że ich śmiechem zabiję. Dosłownie. Dodała jeszcze, żebym się nauczył jeździć, bo kto to pomyślał, żeby tak nagle hamować na pustej drodze. No cóż, miałem do wyboru. Dać buta w hamulec albo przygrzmocić w 150kg dzika. Wybór dla mnie oczywisty. Jak widać nie dla wszystkich.

Dlaczego o tym piszę? Bo 3 dni temu nas odwiedzili. I nie omieszkali wygarnąć, że przez moją "brawurową jazdę", mój przyszły szwagier ma oszpeconą do końca życia twarz.

Cóż, za głupotę się płaci...

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 309 (Głosów: 313)

#71045

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez rok wynajmowaliśmy z mężem i szwagrem dom. Umowę co prawda mieliśmy na papierze, ale wiadomo jak to jest "po znajomości" i "no my nie będziemy tego nigdzie zgłaszać bo to koszty". Można więc przyjąć, że umowa spisana była, ale żadna ze stron nigdy jej nie podpisała.

Po wyprowadzce, która była dość spontaniczną decyzją - ot, trafiła się okazja - ustaliliśmy z właścicielami, że rozliczymy się za rachunki w następujący sposób:
- zostawiamy w piwnicy tonę opału (ok. 400zł)
- gdy przyjdą rachunki, to właściciele się z nami skontaktują żebyśmy zapłacili im "resztę" czyli to co ewentualnie wyszło ponad koszty opału.

Po wyprowadzce relacje z wynajmującymi się pogorszyły. Nie pozwolili nam odebrać zaległej korespondencji, zaczęły się dziwne plotki, że zostawiliśmy dom w opłakanym stanie (wyremontowaliśmy 2 pokoje, które średnio nadawały się do użytku - pozrywana tapeta, uszkodzona wykładzina). Ostatecznie, po kilku próbach odzyskania listów właścicielka stwierdziła, że nie możemy jej udowodnić, że tam mieszkaliśmy, bo nie mamy nawet umowy i mamy przestać ją nachodzić.

No niezbyt miło z ich strony, ale co mi tam. Stwierdziliśmy, że sprawa zamknięta i skupiliśmy się na urządzaniu nowego mieszkania.

Pod koniec stycznia dzwoni telefon, jakaś baba drze się do mnie, że mam jej oddać pieniądze za rachunki (350zł). Dopiero po chwili zastanowienia dotarło do mnie, że to właścicielka naszego byłego lokum. Przypomniałam jej o tym jak umawialiśmy się z rozliczeniem i dodałam, że tak właściwie to ona "wisi" mi jeszcze 50zł. Baba w krzyk, że ona się z nikim na nic nie umawiała i jesteśmy złodziejami.

Moja odpowiedź może nie była zbyt miła, aczkolwiek powtórzyłam jej wcześniejsze słowa:
- Ależ proszę pani, my podobno tam nigdy nie mieszkaliśmy!

Do tej pory cisza...

w-wa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 460 (Głosów: 466)

#73924

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod koniec kwietnia moja kuzynka skończyła liceum i razem ze znajomymi postanowili uczcić to tzw. plenerowym "piwem". Nie udali się jednak w ustronne miejsce, ani do żadnego pubu, a kręcili się z alkoholem po rynku, gdzie jak wiadomo pić się nie powinno.

W pewnym momencie rozchichotaną grupkę przyuważył policjant na służbie - prywatnie mój sąsiad i kolega ojca wspomnianej kuzynki. Podszedł do nich, pogroził palcem i powiedział, żeby poszli do pubu, albo do domu, bo w miejscach publicznych pić nie wolno i mogą dostać srogi mandat. Puścił ich tylko ze względu na to, że znał moją kuzynkę.

Gawiedź zaśmiała się, udawała, że salutuje i oddaliła się parę kroków, a policjant wsiadł do radiowozu i razem z kolegą zaczęli krążyć po okolicznych uliczkach. Nie minęło parę minut, a ponownie dostrzegli grupkę młodzieży, która nie dość, że pije praktycznie na środku jezdni to jeszcze zachowuje się głośno i rzuca puszki i butelki na chodnik. Tego już policjanci nie mogli zignorować, więc przystąpili do wykonywania czynności i wlepili całej grupie mandaty.

Parę dni później mój ojciec spotkał sąsiada i ten pożalił mu się, że rodzice mojej kuzynki nie chcą z nim rozmawiać, a ona sama jak go widzi to mamrocze pod nosem wyzwiska typu JP100%, j*bać psy itp. Zarówno ona, jak i jej rodzice, a także znajomi uważają, że policjant zachował się jak służbista, bo nie mógł odpuścić szczeniakom jednego piwa.

Wiem, że kuzynka nie przyznała się, że urządzili na rynku regularną libację, a także pominęła to, że policjant z dobrego serca początkowo tylko zwrócił im uwagę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 458 (Głosów: 464)