Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Rak77

Zamieszcza historie od: 12 października 2014 - 22:09
Ostatnio: 4 grudnia 2017 - 11:38
O sobie:

Podczas zażartej kłótni w Internecie nigdy nie atakuj oponenta za jego błędy gramatyczne i ortograficzne. Może być tak, że jego klasa jeszcze danego zagadnienia nie przerabiała.

  • Historii na głównej: 27 z 29
  • Punktów za historie: 9878
  • Komentarzy: 1261
  • Punktów za komentarze: 9391
 

#80678

(PW) ·
| Do ulubionych
Po perypetiach związanych z zakupem biletów , wsiedliśmy do pociągu. Znalazł się przedział z jednym wolnym miejscem, co nam odpowiadało, bo ja i tak z reguły wolę stać (mam taką przypadłość że jak dłużej siedzę to boli mnie kolano).

Telefon do rodzinki, że wszystko zadziałało i będę w Łodzi ok 22.00. Jechaliśmy nawet wygodnie, wagon co prawda 2 kl., ale faktycznie był to zdeklasowany wagon z przedziałami sześcioosobowymi.
Do Poznania dojechaliśmy w zasadzie bez przygód, z zaledwie 5 minutowym opóźnieniem. Niestety tutaj dobra passa się skończyła.


Godzina 17.30 i przez wagon przewaliła się wpierw fala wysiadających a następnie rozpoczęła się wędrówka nowych pasażerów. Zdziwiony nieco przyglądam się ludziom którzy kolejny raz wędrują przez cały wagon. Okazało się że mieli wykupione miejscówki na nieistniejące miejsca. Tak się złożyło że dorwali konduktora niedaleko mnie i usłyszałem jak konduktor reaguje na zapytanie a następnie na pretensje pasażerów. Pamiętacie scenę z szatni w filmie "Miś"? To był kolejowy jej odpowiednik.
- No się uprze jeden z drugim i chce miejsce a ja nie mam. Nie mam, rozumiesz pan? No i co mnie pan zrobisz?

Na szczęście pojawiła się konduktorka która zachowała się choć trochę lepiej. Wytłumaczyła że skład otrzymał inne wagony i sześć wagonów drugiej klasy ma o ok 60 miejsc mniej niż sprzedano biletów, ona przeprasza w imieniu firmy ale nie ma możliwości... jest jej przykro... postara się...może wydać zaświadczenia...

Dochodzi godzina 18.00 i wszyscy nagle zauważyli że już stoimy kwadrans za długo. Rodzą się kolejne pytania i jak zwykle bez odpowiedzi. Po kolejnym kwadransie megafon wydaje oficjalne ogłoszenie - czekamy na opóźniony pociąg z Jeleniej Góry.

Tutaj mam pytanie do bardziej obeznanych, czy nie lepiej wysłać pociąg z ok 1000 pasażerów o czasie a opóźniony pociąg skomunikować z kolejnym Inter do Wa-wy? (na tej trasie nie jest to problem). Z Poznania wyruszyliśmy z opóźnieniem ok 70 minut a dalej już tylko minut przybywało. Tak więc ci co jechali do Warszawy patrzyli tylko na zegarki i klęli na czym świat stoi bo minęła 22.00 a oni zamiast wsiadać do tramwaju (opcja mniej piekielna) lub przesiadać się na Centralnej, stali gdzieś w polu czekając aż pociąg ruszy.

Dotarłem do Kutna ok 22.30 czyli kilkanaście minut po odjeździe ostatniego pociągu tego dnia do Łodzi i gdyby brat nie przyjechał (tracąc 2h, 20l LPG i robiąc 180km) to następny pociąg miałbym ok 5 rano. Już nawet nie podchodziłem do kasy po zwrot za dwa bilety na osobnych blankietach pełnopłatne 100% z takim trudem kupione w Szczecinie. :)
http://piekielni.pl/80627#comments
edit; Wyjazd ze Szczecina o 14.45 TLK Gałczyński 29.10.2017.
Czasy dojazdu podane są orientacyjne, ale odbiegają od rzeczywistych tylko o minuty.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (135)

#80627

(PW) ·
| Do ulubionych
Podróż po Polsce

Część pierwsza - PKP

Rodzinka zjeżdża się ze świata na cmentarze. Smutna i trochę niespodziewana, ale jednak okazja do podtrzymania więzów rodzinnych. Wsiadłem więc w pociąg…

No, nie. Nie tak szybko.

Chcę kupić bilet. Mamy XXI wiek, więc sięgam po współczesne narzędzie i pierwsze starcie przegrane. Mogę kupić bilet InterCity, ale na dalszą podróż już nie, bo to inny przewoźnik i strona nie obsługuje.

Dworzec Szczecin Główny na pół godziny przed odjazdem i kasa biletowa, a w okienku pani, która ma płacone za godzinę pracy. Co widać, słychać i czuć.

Proszę o bilet do miasta Łódź (spoko), jeden cały (dalej spoko) i jeden szkolny (i tu już problem).

Na pociąg TLK z OBOWIĄZKOWĄ rezerwacją miejsc nie ma już miejsc, ale można kupić bilet bez rezerwacji. Trochę moja logika zaczęła skomleć, ale z drugiej strony chęć dojechania jest silniejsza i wizja jazdy, jak w PRL-u, na stojąco zaakceptowana.

Kolejne pytanie i kolejna dawka rozsiewanego przez panią w kasie absurdu. Bilet na dwie osoby razem czy osobno? Proszę razem.

Ale jak pan weźmie razem, a miejsca znajdą się osobno, to może jednak osobno? Dobrze, poproszę osobno. Pani kasuje coś w komputerze i stuka od nowa. Czas leci, niepokój we mnie się budzi, a pasażerowie za mną już zaczynają sarkać.

Pani w kasie uruchamia protokół wydania biletu, ale ja nieopatrznie pytam, czy ten bilet upoważnia mnie do dojazdu do samej Łodzi. Pani cofa wydanie biletu i ponownie uruchamia algorytm klient-bilet-kupno-dwie firmy. Dowiaduję się, że na odcinku Kutno-Łódź mogę jechać z dwoma przewoźnikami i zależnie od tego cena biletu MOŻE się różnić ze względu na bilet uczniowski. Pani uruchamia połączenie komputerowe i generuje różne opcje dojazdu i cen biletów.

Czas leci, niepokój rośnie, podróżni za mną okazują nerwowość.

Po długim zastanowieniu i przetrawieniu informacji z ekranu dowiaduję się, że jednak jest tylko jeden przewoźnik, ale są różne opcje ulgi na bilet uczniowski.

Czas dalej płynie. Podróżni w kolejce wydają pierwsze wrogie odgłosy.

Pani przegląda opcje. Pytam się, jaki problem? Okazuje się, że chodzi o poważną kwestię w kwocie xx groszy. Przerywam, mówiąc, że chcę DWA PEŁNOPŁATNE bilety, w 100% płatne, na jednym blankiecie i bez (wspomnianej przez panią) opcji rodzinnej i emeryckiej. Pani podnosi wzrok, a w oczach widzę głębię kosmosu, ale ani odrobiny zrozumienia.

To mam od nowa bilet wystawić?

Mój mózg już wyje, czas leci, niepokój zamienia się powoli w panikę, podróżni coś tam wspominają o linczu.

Po 15 minutach kupiłem bilet. Na TLK trzy bilety, osobno blankiet na 100% do Kutna, osobno uczniowski do Poznania bez miejscówki, kolejny z Poznania do Kutna z miejscówką, a także dwa bilety 100% płatne na pociąg podmiejski z Kutna do Łodzi.

Te dwa ostatnie zostały niewykorzystane, ale o tym w kolejnym odcinku.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (120)

#77543

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie boję się psów.
Tylko raz obcy pies mnie ugryzł i był to taki mały kundelek typu jazgacz płochliwy czyli pies zaczepno-obronny. Pies zaczepia a właściciel musi go bronić. Nie lubię też utrudniać życia innym i często psiarzom ustępuję drogi. Wygląda to tak, że jeśli pies, w sobie wiadomym celu, uzna trawnik po mojej stronie za bardziej interesujący, nie widzę wielkiej ujmy by przejść na drugą stronę chodnika. Mnie nie ubędzie a właściciel nie musi szarpać się z psem i mijamy się bez problemu. Właściciele często nie zauważają tej drobnej uprzejmości a jeśli już to kwitują to uśmiechem lub zdawkowym "przepraszam".
Jednak czasami spotyka się piekielnych.
Majestatycznym krokiem idę sobie i widzę że na chodniku stoi sobie wyprowadzacz psa. Tyle tylko że pies znajduje się na trawniku po drugiej stronie chodnika a pomiędzy nimi jest łącznik w postaci długiej smyczy. Zbliżam się w tempie niewiele większym niż lodowiec więc mam uzasadnioną nadzieję że mądrzejszy z tej pary przejdzie bliżej wspólnej krawędzi i udostępni część chodnika bym mógł przejść. Niestety, czymś zaaferowany nie zwrócił na mnie uwagi, a wyprowadzacz też nie uznał za stosowne by skrócić dystans do psa. Doszło do nieuniknionego spotkania. Smycz w dalszym ciągu stanowiła zaporę na mej drodze i zmusiła mnie do zatrzymania.
- Przepraszam. chciałbym przejść - zagaiłem dość uprzejmie i pokojowo.
- Co, pieseczka się boi? Nie spodziewałem się drwiąco kpiącej odpowiedzi.
Rzekłem coś na temat przeznaczenia chodnika, w odpowiedzi uzyskałem informację że mogę pośpiesznie się oddalić (najlepiej fruwając lub obchodząc tę parę po trawniku)
Wspomniałem że nie specjalnie się boję psów? Właścicieli też.
Spokojnie sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem pamiątkę z wojska. Taki składany scyzoryk saperski z trzy calowym ostrzem. Równie spokojnie rozłożyłem go i jednym ruchem rozwiązałem problem. Pies radośnie wyruszył na eksplorację dalszej okolicy a właściciel oniemiały patrzył na swobodnie zwisający mu kawałek smyczy. Z pewną satysfakcją zauważyłem lekki strach w oczach na widok ostrza które z łatwością sobie poradziło z brezentową przeszkodą. W dalszym ciągu spokojnie i powolutku złożyłem swą broń i podjąłem dalszą wędrówkę. Za sobą słyszałem próbę podjęcia dyskusji a po chwili odgłosy pościgu za psem. Syren policyjnych tudzież klaskania nie było.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 319 (355)

#77248

(PW) ·
| Do ulubionych
- Rak, spróbuj pączka..
- Kazia ty chcesz mnie otruć, co to było?
- A, bo ja kupiłam pączki w markecie i one były takie tanie...
- Kobieto, co cię naszło. Czego się spodziewałaś po pączkach za 50 groszy?
- No, ja je kupiłam bo były tanie, ale one są takie niedobre, ale tanie były, to wzięłam, tyle że one smaku nie mają...

Koncertowe zapętlenie Kazi mnie rozbroiło. Kazia jest gospodynią wydawało się rozsądną. Mało tego, gotuje od lat bardzo dobrze i bywało, że próbowałem jej wypieków, a i pączki kiedyś smażyła. Delicje, proszę szanownego państwa. W dalszej rozmowie próbowałem rozerwać jej pętlę myślową takimi pytaniami pomocniczymi jak pytanie ile kosztowałyby pączki robione przez nią. Nie dało rady, pętla nienaruszona.

Kupiła, bo były tanie, wie że tanio nie da się zrobić dobrych pączków (właściwie to niczego), jest zła, bo są wstrętne, ale kupiła bo były tanie.

Szczerze to nawet miałem z tego ubaw. Szkoda, że markety wciskały te "pączki" w tysiącach, chwaląc się jaką to promocję zrobiły licytując cenę. Jeden zszedł chyba nawet poniżej tych 50 gr.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (252)

#76243

(PW) ·
| Do ulubionych
Wojna międzypokoleniowa :)

Mój serdeczny kolega się ożenił nieco później niż średnia krajowa. Wraz z ożenkiem zdecydował, że życie pod skrzydłami mamusi należy zakończyć i należy utworzyć samodzielną komórkę społeczną zwaną rodziną. Niestety jego szanowna mamusia nie mogła zrozumieć, że jej ukochany synek, zaledwie trzydziestolatek, chce i może stać się od niej niezależny.

Pomimo znaczącej odległości, nawiedzała go z wizytacją dość często. Zbyt często. Zapewne miłość synowska i przyzwyczajenie powodowały, że niespecjalnie przeciwstawiał się swojej matce. A mamusia powodowała z każdym przyjazdem małe tsunami w jego rodzinie. Z pozoru wszystko wyglądało na pełną zrozumienia troskliwość i chęć niesienia pomocy. Tyle że niesienie tej pomocy objawiało się chęcią dalszego sterowania synkiem i podporządkowania sobie synowej.
Znacie to?

A to okazywało się, że synowa nie potrafi gotować, nie wie jak należy sprzątać, a jak pojawił się wnuk, to i nie potrafi o niego zadbać. Wszystko oczywiście w rękawiczkach, małe złośliwości pod płaszczykiem dobrych rad, prezenty w formie proszku do prania czy nawet papieru toaletowego (bo synowa źle kupuje). Wszystko na tyle umiejętnie, że synowa nie mogła wskazać nic złego, ale czuła się mało komfortowo w tej sytuacji.

Nadszedł czas świąt i synowa przeszła do kontrofensywy.
Zostali zaproszeni do domu szanownej mamusi kilka dni przed świętami.
Wojna została wypowiedziana następnego dnia rano. Babcia, z wielką troską w głosie, stwierdziła, że wnuczek jakiś taki słabowity, pewnie mało spacerów ma, bo matka cały czas poświęca na pracę i przez to zaniedbuje jej i swojego synka.

Po powrocie ze spaceru zastała synową rozwieszającą świeżo uprane firany!
- ja wiem, że przed świętami mamusia była zajęta, ale one były tak zakurzone i szare...
- mamusia pójdzie do okulisty, wiadomo, że na starość (cios bezpośredni) wzrok się psuje, a widziałam, że w cieście skorupki się zaplątały...
- niech mamusia poda przyprawy na stół, bo wczoraj obiad był zbyt mdły...
- to ja odkurzę mieszkanie, bo widzę, że mamie trudno już sięgnąć wszędzie, a wnuczek wrażliwy na kurz, więc trzeba choć raz na tydzień sprzątnąć...

Tego typu pomoc i odzywki trwały dwa dni. Panowie wycofali się na bezpieczne pozycje, a atmosfera w domu gęstniała tak, że smog krakowski się chowa.
Ciosem kończącym (według kolegi) była uwaga synowej:
- mamusia pozwoli, znam się trochę na przeróbkach krawieckich, to trochę poluźnię tę sukienkę, bo widać, że nieco przyciasna się zrobiła...

Od roku wizytacje zmieniły się w wizyty, choć panowie twierdzą, że spotkanie ich pań bardziej przypomina spotkanie dwóch tygrysów przyglądających się który pierwszy okaże słabość.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 496 (510)

#75922

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega remontował mieszkanie. Oglądałem różne kabarety o "fachofcach" ale ta opowieść mnie tak ubawiła, że szczerze się roześmiałem. Znajomek prawie się obraził że mu nie wierzę, więc mu przedstawiłem swoją przygodę.

Śmieszne, ale ten typ "fachowca" jest niestety jeszcze często spotykany. Też zleciłem drobną naprawę hydrauliki w kuchni. Zaczęło się od nieśmiertelnego stwierdzenia, które jest nieodłącznym atrybutem fachmana - "Panie, a kto to tak panu spier...". Chociaż doskonale wiedział co miał zrobić, oczywiście nie miał odpowiedniej kształtki, próbował mnie namówić na małą przeróbkę mebli (bo się nie zmieści) a na koniec stwierdził, że za dwie stówy "tosienieda".

Skończyło się na tym, że go pognałem, oczywiście awantura o zwrot kosztów (A takiego wała!!), pojechałem do sklepu i wydałem 100 zł na części i klucz, którego nie miałem, po trzech godzinach, w tym jedna na YT, skończyłem. Działa już kilka miesięcy i nic nie pizgło pomimo klątwy fachowca.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (240)

#75032

(PW) ·
| Do ulubionych
Za każdym razem opisuję drobne utarczki z rzeczywistością które sam przeżyłem. Tym razem jednak odniosę się do artykuły prasowego.

W skrócie : Osoba prywatna zatrzymała pijanego kierowcę. Zabrała mu kluczyki, dokonała tzw. Obywatelskiego zatrzymania i wezwała policję. http://www.nowiny24.pl/wiadomosci/przemysl/a/zolnierz-poza-sluzba-zatrzymal-pijanego-63letniego-kierowce-tira-spod-przemysla,10606478/

Przeczytajcie komentarze!
Nie mogę uwierzyć ze są tacy którzy jeszcze "litowali" się czy wręcz bronili pijaka.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (230)

#74899

(PW) ·
| Do ulubionych
Język niemiecki. Mam awersję do słuchania tego języka, jak wieść internetowa głosi to nawet najbardziej liryczne wyznanie miłości po niemiecku brzmi jak rozkaz pacyfikacji.

Jest jedna okoliczność łagodząca mą niechęć. W ramach moich zajęć zawodowych przy słuchaniu ciężkich maszyn, polubiłem też ciężki rytm i głośny dźwięk. Muszę przyznać że tutaj język niemiecki przypasował idealnie.

Wydarzenie dla fanów ciężkiego brzmienia i już wiadomo - Rammstein, a i jeszcze dostałem zaproszenie z biletem, więc nie pojechać było by grzechem.

Ogólnie mówiąc, pomimo że jestem nieco starszy niż wokalista, bawiłem się dobrze. Gdzie piekielność?

Uczestnicy koncertu. Wielcy fani zespołu i muzyki. Serio? Bo mnie wydawało się że to był zlot jutubowych "filmowców" a nie młodych ludzi chcących pobawić się na koncercie. Blask wszystkich ekraników czasami był silniejszy niż oświetlenie sceny. Samo to że swymi wyciągniętymi łapskami z tym telefonem, a nawet tabletem, przeszkadzasz mi oglądać to nic.

Tylko po jaką cholerę przyjechałeś na koncert by zamiast się bawić, nagrywasz film którego i tak nikt nie będzie oglądał, a i słuchać się tego też nie da. Zapewniam was że za niewielkie pieniądze możesz kupić profesjonalnie zrobiony film, udźwiękowiony i zaoszczędzisz sobie bólu rąk.

Na koncert jedź by przeżyć go na miejscu. Wydaje mi się że wspomnienia będą znacznie bardziej wartościowe niż ten film.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 425 (475)

#74141

(PW) ·
| Do ulubionych
W Netto pieczywo jest sprzedawane na regałach z prętów, a pod każdą półka jest metalowa taca. Do dzisiaj nie wiedziałem nawet, że te tace można wysuwać. Do jednego z takich pojemników włożone były chleby z ziarnem słonecznika. Wkładanie, wybieranie i inne czynności spowodowały, że część tych ziaren odpadła od chleba i poprzez pręty wylądowała na tej tacy. Nie znam procedur w Netto, ale mam wrażenie, że jest to odpad, który jest sprzątany i wyrzucany.

Wieczorkiem wszedłem dokupić jeszcze jakiś drobiazg, gdy przy półkach z pieczywem wybuchła awantura. Nawet nie krzyk, a wrzask jakiejś kobiety zwrócił uwagę wszystkich. Z ciekawości sam wyjrzałem zza regału. Okazało się, że jakiś klient wyciągnął tą tacę i zebrał ziarna do torebki. Wybitnie nie podobało się to innej klientce.

Facet, nieco zmieszany, próbuje się dowiedzieć o powód. Może pani też chce tego ziarna. On chętnie odstąpi. Ale nie, pani jak mantrę powtarza tylko (krzykiem!) że "tak nie wolno, to jest niedopuszczalne, personel ma obowiązek interweniować...". Dziewczyny z obsługi, widać że zmęczone, bo to już grubo po 21, chcą się dowiedzieć o co chodzi. Niestety pani zafiksowała się i przez kilka minut uparcie twierdziła tylko o niedopuszczalności TAKIEGO czynu i że ona to upubliczni. Znam personel, bo i zakupy robię codziennie to i się dowiedziałem, że ten klient zbiera ziarno od dłuższego czasu. Podobno skarmia tym jakieś ptactwo.

Awantura dla samej awantury? Mała piekielność dnia codziennego, ale życie składa się z drobiazgów :)

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 312 (326)

#72986

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiosna w pełni, świat w kolorach kwitnącego kwiecia, ptaszki ćwierkają. Szkoda tylko że od świtu, a świt o 4 rano:), tak że chcąc nie chcąc z samego rana poszedłem do sklepu po świeżą bułkę.

Przy ogrodzeniu, na działce ogrodzonej solidnym płotem, widzę starszego pana. Rower oparty o ogrodzenie a siwy człowiek łamie, w hurtowych ilościach, gałęzie bzu. Bez jest tak elastyczny, że łamanie szło mu mało efektywnie, znaczy się, że więcej zniszczył niż urwał. Podchodzę i stając za nim zwróciłem uwagę:
- Wie pan, że to oprócz niszczenia czyjejś własności, to ordynarna kradzież?
- A co cię to obchodzi? Ja tylko...
W tym miejscu nieco mnie poniosło i użyłem zwrotów które nie specjalnie nadają się do cytowania a zakończyłem
- Ciekawe czy właściciel i policja będą podobnego zdania...

Dziadek na słowa o policji natychmiast wsiadł na rower i oddalił się w tempie godnym Tour de Pologne.
Poszanowanie czyjejś własności. Przecież on tylko trochę krzaka sobie urwał. Pewnie w parku to jeszcze by udowadniał, że ma do tego prawo. Ciekaw jestem reakcji jakby mu ktoś z balkonu "zabrał" doniczkę z pelargonią czy innym zielskiem.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (248)