Profil użytkownika
niesmiertelnosc
| Zamieszcza historie od: | 3 kwietnia 2011 - 0:21 |
| Ostatnio: | 17 maja 2012 - 22:47 |
- Historii na głównej: 3 z 8
- Punktów za historie: 3318
- Komentarzy: 5
- Punktów za komentarze: 16
poczekalnia
Skomentuj (18)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jadąc wczoraj autobusem usłyszałam krótki dialog matki z córką, który sprawił, że do teraz nie mogę się otrząsnąć z szoku.
Córka- na oko 16 lat, matka- szacuję, że lekko po 30stce. Obydwie widać, ze fanki solarium, nakładania makijażu szpachlą, strasznie tandetne.
[C]órcia zaryczana cała, chowa twarz w dłoniach, trzęsie się cała. [Ma]tka siedzi z surowym wyrazem twarzy i powtarza co chwilę: "Nie becz ku*wa!".
Po chwili dialog:
[C]: ale co ja teraz zrobię?! nie mogę być w ciąży! Ku*wa, dziewczyny mówiły, że nie zaciążę za pierwszym razem...
[M] (zupełnie obojętnie, jakby to było wyrwanie zęba): jak to co? Normalnie weźmiemy i WYSKROBIEMY.
Po prostu brak mi słów...
Córka- na oko 16 lat, matka- szacuję, że lekko po 30stce. Obydwie widać, ze fanki solarium, nakładania makijażu szpachlą, strasznie tandetne.
[C]órcia zaryczana cała, chowa twarz w dłoniach, trzęsie się cała. [Ma]tka siedzi z surowym wyrazem twarzy i powtarza co chwilę: "Nie becz ku*wa!".
Po chwili dialog:
[C]: ale co ja teraz zrobię?! nie mogę być w ciąży! Ku*wa, dziewczyny mówiły, że nie zaciążę za pierwszym razem...
[M] (zupełnie obojętnie, jakby to było wyrwanie zęba): jak to co? Normalnie weźmiemy i WYSKROBIEMY.
Po prostu brak mi słów...
komunikacja_miejska
Ocena:
70
(Głosów:
142)
poczekalnia
Skomentuj (17)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jest na moim roku dziewczyna, która hm... nigdy nie sprawiała wrażenia, by jakiekolwiek myśli o nauce zaprzątały jej blond głowę. to też zdziwiłam się, kiedy usłyszałam jej narzekania, że stypendium jeszcze jej nie wpłynęło. Dodać trzeba, że dziewczyna zawsze jest dobrze ubrana, ma najnowszy telefon, podjeżdża fajnym autem na uczelnię i generalnie widać, że ma kasę.
Ja sama do bogatych nie należę, ale uczę się na tyle dobrze, że mam stypendium za wyniki w nauce.
w każdym razie usłyszawszy jej narzekania podeszłam i zagadnęłam chcąc być miłą, i by nawiązać kontakt z jakimś innym "mózgowcem":
-O, nie wiedziałam, że masz stypendium za wyniki w nauce. Super!
Laska popatrzyła na mnie jakbym spadła z księżyca i z tępym, a jednocześnie oburzonym wyrazem twarzy rzekła wielce zdziwiona:
-Jakie wyniki w nauce? ja mam SOCJALNE!
Szczęka mi opadła...
I dodam, ze mimo, że tylko jedno z moich rodziców pracuje i mam rodzeństwo nie załapałam się na socjalne, mimo, że czasem jest naprawdę cienko z kasą.
Widać są inni, bardziej potrzebujący...
EDIT (bo czasem czyta się komentarze innych po fakcie): dowiedziałam się, że jej ojciec pracuje na czarno, a matka siedzi na bezrobociu. Ma trójkę rodzeństwa, więc teoretycznie są biedni. Nikt nie patrzy na to jaki mają dom i standard życia, tylko na cyferki o przychodzie na jedną osobę...
Ja sama do bogatych nie należę, ale uczę się na tyle dobrze, że mam stypendium za wyniki w nauce.
w każdym razie usłyszawszy jej narzekania podeszłam i zagadnęłam chcąc być miłą, i by nawiązać kontakt z jakimś innym "mózgowcem":
-O, nie wiedziałam, że masz stypendium za wyniki w nauce. Super!
Laska popatrzyła na mnie jakbym spadła z księżyca i z tępym, a jednocześnie oburzonym wyrazem twarzy rzekła wielce zdziwiona:
-Jakie wyniki w nauce? ja mam SOCJALNE!
Szczęka mi opadła...
I dodam, ze mimo, że tylko jedno z moich rodziców pracuje i mam rodzeństwo nie załapałam się na socjalne, mimo, że czasem jest naprawdę cienko z kasą.
Widać są inni, bardziej potrzebujący...
EDIT (bo czasem czyta się komentarze innych po fakcie): dowiedziałam się, że jej ojciec pracuje na czarno, a matka siedzi na bezrobociu. Ma trójkę rodzeństwa, więc teoretycznie są biedni. Nikt nie patrzy na to jaki mają dom i standard życia, tylko na cyferki o przychodzie na jedną osobę...
uczelnia
Ocena:
197
(Głosów:
243)
zarchiwizowany
Skomentuj (24)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historia sprzed paru dni, bardziej mojej koleżanki, ale pozwolę sobie przytoczyć, ponieważ byłam jej świadkiem.
Koleżanka tego dnia czekała na ważny telefon z Niemiec. W którymś momencie musiałyśmy się przemieścić na drugi koniec miasta, więc wsiadłyśmy do autobusu. Nie było w nim dużo ludzi, ale wybrałyśmy miejsca stojące.
Rozmowę przerwał nam dzwonek telefonu. Okazało się, że to ten wyczekiwany, więc koleżanka zaczęła konwersację. Po niemiecku co ważne.
Ja oddawałam się pasjonującemu czytaniu ogłoszeń przyklejonych na szybie aż tu nagle słyszę: "dups!" i widzę, że telefon koleżanki leży w częściach na podłodze.
Obydwie przybrałyśmy klasyczne miny: "WTF?!" i naszym oczom ukazuje się pan w bardzo podeszłym wieku, który patrzy na nas, tak, że gdyby wzrok mógłby zabijać, to z pewnością obydwie wyglądałybyśmy jak ten telefon w częściach na podłodze autobusu.
Pan zaczyna się wydzierać do koleżanki: "Nie po to urwa za wolną Polskę walczyłem urwa ze Szwabami, żeby teraz jakaś gówniara teraz mi nad uchem urwa szprechała!".
Cały autobus łącznie z nami skonsternowany, a Pan nadal swoje: "Wolna Europa urwa! Hitler też chciał zjednoczyć urwa Europę! i myśmy z nim walczyli, a teraz urwa i tak się gówniarstwo zniemcza dobrowolnie!".
Po swoim monologu najzwyczajniej wysiadł, ponieważ autobus akurat zatrzymał się na przystanku.
My pozbierałyśmy telefon (szczęście, że stary i po przejściach, a nie żadna nówka) i resztę drogi milczałyśmy.
Potem na spokojnie koleżanka w zaciszu domowym oddzwoniła do swojego niemieckiego rozmówcy.
Koleżanka tego dnia czekała na ważny telefon z Niemiec. W którymś momencie musiałyśmy się przemieścić na drugi koniec miasta, więc wsiadłyśmy do autobusu. Nie było w nim dużo ludzi, ale wybrałyśmy miejsca stojące.
Rozmowę przerwał nam dzwonek telefonu. Okazało się, że to ten wyczekiwany, więc koleżanka zaczęła konwersację. Po niemiecku co ważne.
Ja oddawałam się pasjonującemu czytaniu ogłoszeń przyklejonych na szybie aż tu nagle słyszę: "dups!" i widzę, że telefon koleżanki leży w częściach na podłodze.
Obydwie przybrałyśmy klasyczne miny: "WTF?!" i naszym oczom ukazuje się pan w bardzo podeszłym wieku, który patrzy na nas, tak, że gdyby wzrok mógłby zabijać, to z pewnością obydwie wyglądałybyśmy jak ten telefon w częściach na podłodze autobusu.
Pan zaczyna się wydzierać do koleżanki: "Nie po to urwa za wolną Polskę walczyłem urwa ze Szwabami, żeby teraz jakaś gówniara teraz mi nad uchem urwa szprechała!".
Cały autobus łącznie z nami skonsternowany, a Pan nadal swoje: "Wolna Europa urwa! Hitler też chciał zjednoczyć urwa Europę! i myśmy z nim walczyli, a teraz urwa i tak się gówniarstwo zniemcza dobrowolnie!".
Po swoim monologu najzwyczajniej wysiadł, ponieważ autobus akurat zatrzymał się na przystanku.
My pozbierałyśmy telefon (szczęście, że stary i po przejściach, a nie żadna nówka) i resztę drogi milczałyśmy.
Potem na spokojnie koleżanka w zaciszu domowym oddzwoniła do swojego niemieckiego rozmówcy.
komunikacja_miejska
Ocena:
98
(Głosów:
186)
zarchiwizowany
Skomentuj (0)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historia sprzed paru ładnych lat.
Wstępem: mieszkam blisko słowackiej granicy, toteż często tam bywałam i bywam nadal w różnych celach- latem różne parki wodne, zimą narty.
Historia z pewnego letniego dnia.
Byłam wraz z rodzicami i siostrą w jednym z parków wodnych. Rodzice stwierdzili, że na obiad zatrzymamy się w pewnej uroczej restauracji nad potoczkiem. Ok, super. Przekąsiliśmy coś w basenowym bufecie i ruszyliśmy w drogę powrotną mocno głodni.
Po drodze każdy z nas snuł opowieści na co ma ochotę, że ślinka już cieknie itd.
Zbliżamy się do miejsca, gdzie należy skręcić, by znaleźć się w restauracji, jest szyld, a przy nim siedzi nie mniej, nie więcej jak stary dziad w krótkich spodenkach, rozświechtanej na piersi koszuli i kapelutku. Widząc nas chcących skręcić wstaje, zaczyna machać, drzeć się, zasłaniać wjazd. Myślimy- wariat jakiś. Zszedł z drogi, więc pojechaliśmy do restauracji, a on w bieg za nami.
Wysiadamy, wszystko ładnie- strumyk szumi, ludzi sporo zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz na tarasie, ale są miejsca wolne.
Okazało się, że to właściciel knajpy.
Wchodzimy więc do środka a facet za nami. Krzyczy, macha rękami. Obsługa i klienci w szoku. Wszyscy na nas. Ja i siostra na maksa zażenowane, rodzice próbują dociec o co chodzi. Polak i Słowak jak chcą to się dogadają, więc można było zrozumieć, że facet krzyczy, że mamy być nieobsłużeni. Dlaczego- tego nie wiemy do dzisiaj. Doszło do tego, że zaczął szarpać mojego tatę za koszulkę i krzyczał, że mamy się wynosić.
Większością z klientów byli Polacy i jakoś byli obsługiwani normalnie... Nasi znajomi, którzy wcześniej tam jadali również miło wspominali obiady tam.
Zabraliśmy się czym prędzej zniesmaczeni na maksa, a facet biegł za nami grożąc jakimś kijem (!).
Niestety obiad trzeba było zrobić w domu.
Do dzisiaj, kiedy mijamy to miejsce robi nam się gorzej.
Wstępem: mieszkam blisko słowackiej granicy, toteż często tam bywałam i bywam nadal w różnych celach- latem różne parki wodne, zimą narty.
Historia z pewnego letniego dnia.
Byłam wraz z rodzicami i siostrą w jednym z parków wodnych. Rodzice stwierdzili, że na obiad zatrzymamy się w pewnej uroczej restauracji nad potoczkiem. Ok, super. Przekąsiliśmy coś w basenowym bufecie i ruszyliśmy w drogę powrotną mocno głodni.
Po drodze każdy z nas snuł opowieści na co ma ochotę, że ślinka już cieknie itd.
Zbliżamy się do miejsca, gdzie należy skręcić, by znaleźć się w restauracji, jest szyld, a przy nim siedzi nie mniej, nie więcej jak stary dziad w krótkich spodenkach, rozświechtanej na piersi koszuli i kapelutku. Widząc nas chcących skręcić wstaje, zaczyna machać, drzeć się, zasłaniać wjazd. Myślimy- wariat jakiś. Zszedł z drogi, więc pojechaliśmy do restauracji, a on w bieg za nami.
Wysiadamy, wszystko ładnie- strumyk szumi, ludzi sporo zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz na tarasie, ale są miejsca wolne.
Okazało się, że to właściciel knajpy.
Wchodzimy więc do środka a facet za nami. Krzyczy, macha rękami. Obsługa i klienci w szoku. Wszyscy na nas. Ja i siostra na maksa zażenowane, rodzice próbują dociec o co chodzi. Polak i Słowak jak chcą to się dogadają, więc można było zrozumieć, że facet krzyczy, że mamy być nieobsłużeni. Dlaczego- tego nie wiemy do dzisiaj. Doszło do tego, że zaczął szarpać mojego tatę za koszulkę i krzyczał, że mamy się wynosić.
Większością z klientów byli Polacy i jakoś byli obsługiwani normalnie... Nasi znajomi, którzy wcześniej tam jadali również miło wspominali obiady tam.
Zabraliśmy się czym prędzej zniesmaczeni na maksa, a facet biegł za nami grożąc jakimś kijem (!).
Niestety obiad trzeba było zrobić w domu.
Do dzisiaj, kiedy mijamy to miejsce robi nam się gorzej.
gastronomia zagraniczna
Ocena:
-3
(Głosów:
25)
zarchiwizowany
Skomentuj (1)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historia świeża, bo z dnia dzisiejszego.
Miejsce- zacny pojazd jeżdżący PKS.
Piekielny: kierowca i paru pasażerów.
Wsiadam sobie do PKSu- linia, którą nigdy nie jeżdżę- po prostu potrzebowałam dojechać do jednego miejsca, ale mniejsza z tym. Znalazłam wolne miejsce z przodu autobusu, a nieopodal siedział mocno starszy pan- oceniam, że po 70. Widać było, że był nieco zdezorientowany, a dodatkowo zauważyłam na jego uchu aparat słuchowy. Pan ten trzymał na siedzeniu obok wielką walizkę, a pod nogami miał torbę, więc średnio miał miejsce, by umiejscowić ją gdzieś indziej.
Z każdym przystankiem przybywało ludzi, w końcu było tak, że stałam nieopodal tego pana właśnie, ale autobus nie był zapchany szczególnie- z tyłu było wiele miejsc wolnych. Jednak piekielny kierowca postanowił sobie poużywać i na kolejnym przystanku obrócił się i zaczął się wydzierać na cały autobus: "Walizkę będzie trzymał na siedzeniu stary dziad! Ludzie tu stoją, z pracy wracają! Zdejm pan tą walizę!". Było to w bardzo agresywnym tonie. Wszyscy ludzie na Starszego Pana, on nie wie o co chodzi, rozgląda się zdezorientowany po autobusie, a kierowca dalej drze się swoje: "Co, nie słyszy? Bierz tą walizkę! Bo wysadzę!". Zaczął wtórować mu wąsaty knyp po 40stce, że: "dobrze, tak ma być! Szacunek dla kierowcy!" (nic to, że kobieta z siatami nad nim stała i dżentelmeńsko ani myślał, by ruszyć swój zad). w końcu Starszy Pan doszedł o co chodzi i ze łzami w oczach wziął walizkę na kolana, ale na miejscu i tak nikt nie usiadł...
A wystarczyło powiedzieć normalnie, spokojnie, a nie wydzierać się na biednego staruszka. Rozumiem, że fotele są od sadzania tam swoich pięknych czterech liter i samą mnie denerwuje, gdy moherowe babcie sadzają tam swoje siaty "bo się zmęczą staniem na podłodze", ale szacunek dla osób starszych powinien być zachowany.
Miejsce- zacny pojazd jeżdżący PKS.
Piekielny: kierowca i paru pasażerów.
Wsiadam sobie do PKSu- linia, którą nigdy nie jeżdżę- po prostu potrzebowałam dojechać do jednego miejsca, ale mniejsza z tym. Znalazłam wolne miejsce z przodu autobusu, a nieopodal siedział mocno starszy pan- oceniam, że po 70. Widać było, że był nieco zdezorientowany, a dodatkowo zauważyłam na jego uchu aparat słuchowy. Pan ten trzymał na siedzeniu obok wielką walizkę, a pod nogami miał torbę, więc średnio miał miejsce, by umiejscowić ją gdzieś indziej.
Z każdym przystankiem przybywało ludzi, w końcu było tak, że stałam nieopodal tego pana właśnie, ale autobus nie był zapchany szczególnie- z tyłu było wiele miejsc wolnych. Jednak piekielny kierowca postanowił sobie poużywać i na kolejnym przystanku obrócił się i zaczął się wydzierać na cały autobus: "Walizkę będzie trzymał na siedzeniu stary dziad! Ludzie tu stoją, z pracy wracają! Zdejm pan tą walizę!". Było to w bardzo agresywnym tonie. Wszyscy ludzie na Starszego Pana, on nie wie o co chodzi, rozgląda się zdezorientowany po autobusie, a kierowca dalej drze się swoje: "Co, nie słyszy? Bierz tą walizkę! Bo wysadzę!". Zaczął wtórować mu wąsaty knyp po 40stce, że: "dobrze, tak ma być! Szacunek dla kierowcy!" (nic to, że kobieta z siatami nad nim stała i dżentelmeńsko ani myślał, by ruszyć swój zad). w końcu Starszy Pan doszedł o co chodzi i ze łzami w oczach wziął walizkę na kolana, ale na miejscu i tak nikt nie usiadł...
A wystarczyło powiedzieć normalnie, spokojnie, a nie wydzierać się na biednego staruszka. Rozumiem, że fotele są od sadzania tam swoich pięknych czterech liter i samą mnie denerwuje, gdy moherowe babcie sadzają tam swoje siaty "bo się zmęczą staniem na podłodze", ale szacunek dla osób starszych powinien być zachowany.
PieKielny autobuS
Ocena:
141
(Głosów:
171)
Przypomniała mi się historia- może nie do końca piekielna, ale sądzę, że warto ją tu opisać.
Mam kolegę, powiedzmy Adama, który jest strasznym kociarzem. Swego czasu miał on 7 kotów, jednak obecnie posiada już tylko 3- dwie kotki i kocura, które uwielbiam. Samiec nosi dosyć intrygujące imię - Sisior ;) Historia będzie o nim właśnie. Dodam jeszcze, że rozmowa toczyła się na dzień po kastracji kocura.
Było to jesienią - wsiadłam do autobusu i spotkałam tam Adama. Siedział on na siedzeniu obok Moherowej Pani. Podeszłam więc do niego, przywitałam się i rozmawiamy. [J]a, [A]dam:
[J]: I jak tam Twój Sisior?
[A]: Aaa smutny taki leży i osowiały. Nic się nawet ruszyć nie chce.
[J]: Ojej, nie dziwię się... ale jakby go ulubiona ciocia pogłaskała, to na pewno, by się ożywił ;)
[A]: Czy ja wiem... nie reaguje nawet na dziewczyny [w sensie kotki], nie chce się z nimi bawić.
[J]: Ale to chyba normalne po kastracji. Przejdzie mu, nic się nie martw!
[A]: No nie wiem... teraz już nic nie będzie takie samo. Dawny Sisior już pewnie nie wróci...
[J]: Ale musiałeś to zrobić - w końcu będziesz miał nad nim kontrolę. Wcześniej to tylko kicie mu były w głowie...
...w tym momencie Moherowa Pani chrząknęła znacząco, zamamrotała coś o Sodomie i Gomorze, że na co jej przyszło na stare lata, że nawet w autobusie ta zdemoralizowana i zepsuta młodzież ;) i ostentacyjnie opuściła miejsce stając przy drzwiach.
Dotarło do nas jak musiała brzmieć nasza rozmowa ;)
Na następnym przystanku Pani wysiadła, a na odchodne zapewniła nas, że będzie się modlić za nas, a my śmialiśmy się jak opętani przez resztę drogi ;)
Mam kolegę, powiedzmy Adama, który jest strasznym kociarzem. Swego czasu miał on 7 kotów, jednak obecnie posiada już tylko 3- dwie kotki i kocura, które uwielbiam. Samiec nosi dosyć intrygujące imię - Sisior ;) Historia będzie o nim właśnie. Dodam jeszcze, że rozmowa toczyła się na dzień po kastracji kocura.
Było to jesienią - wsiadłam do autobusu i spotkałam tam Adama. Siedział on na siedzeniu obok Moherowej Pani. Podeszłam więc do niego, przywitałam się i rozmawiamy. [J]a, [A]dam:
[J]: I jak tam Twój Sisior?
[A]: Aaa smutny taki leży i osowiały. Nic się nawet ruszyć nie chce.
[J]: Ojej, nie dziwię się... ale jakby go ulubiona ciocia pogłaskała, to na pewno, by się ożywił ;)
[A]: Czy ja wiem... nie reaguje nawet na dziewczyny [w sensie kotki], nie chce się z nimi bawić.
[J]: Ale to chyba normalne po kastracji. Przejdzie mu, nic się nie martw!
[A]: No nie wiem... teraz już nic nie będzie takie samo. Dawny Sisior już pewnie nie wróci...
[J]: Ale musiałeś to zrobić - w końcu będziesz miał nad nim kontrolę. Wcześniej to tylko kicie mu były w głowie...
...w tym momencie Moherowa Pani chrząknęła znacząco, zamamrotała coś o Sodomie i Gomorze, że na co jej przyszło na stare lata, że nawet w autobusie ta zdemoralizowana i zepsuta młodzież ;) i ostentacyjnie opuściła miejsce stając przy drzwiach.
Dotarło do nas jak musiała brzmieć nasza rozmowa ;)
Na następnym przystanku Pani wysiadła, a na odchodne zapewniła nas, że będzie się modlić za nas, a my śmialiśmy się jak opętani przez resztę drogi ;)
komunikacja_miejska
Ocena:
624
(Głosów:
748)
Działo się to w jednym z dużych marketów. Robiłam niewielkie zakupy - chleb, cola, parę owoców no i cukierki na wagę zapakowane do woreczka. O nich będzie ta historia.
Stoję w kolejne do kasy, a za mną pokaźnych rozmiarów Paniusia, z koleżanką, [S]ynem (na oko z 7-8 lat) i wózkiem wypchanym po brzegi. Panie trajkoczą w najlepsze, a młody widać, że się nudzi.
Wyłożyłam już swoje zakupy, szukam portfela, a tu widzę, że chłopak rozrywa woreczek i wcina moje cukierki. Wkurzyłam się trochę, ale ok - dziecko. Mówię, więc do niego miłym tonem nachylając się nieco, by zmniejszyć dystans:
- Hej, mały. Ładnie to tak podjadać cudze cukierki? Dlaczego nie zapytałeś czy możesz się poczęstować, hm?
Na co chłopak odburknął:
- Spieprzaj (!) stara (!)(mam 23 lata, więc chyba nie taka stara...) krowo!
I dalej wcina cuksy.
Podniosłam więc woreczek i zwróciłam się do [P]aniusi:
- Przepraszam, ale pani syn wyjada moje cukierki. Mogłaby pani zwrócić mu uwagę?
Babka nie reaguje. Ponawiam więc pytanie. W końcu przemawia tonem znudzonym i wielce oburzonym zarazem:
- To tylko dziecko, nie ubędzie ci. Daj mi spokój.
Wkurzyłam się. Babsko ma wypakowany wózek, zakupy pewnie za około 3 stówy, a ja studentka z cukierkami dla siostrzenicy mam tolerować takie zachowanie? Mówię więc do niej znowu:
- Przepraszam, ale mogłaby pani dać dziecku coś słodkiego z wózka. To nie mikołajki, żebym cukierki za darmo rozdawała niegrzecznym dzieciakom.
Paniusia się znowu oburzyła:
- Daj mi spokój gówniaro! Przynajmniej mniej dupa ci urośnie.
O nie, tego za wiele!
Kasjerka skasowała moje zakupy i widać, że też była zdegustowana całą sytuacją. Chwilę stałam na końcu kasy niby pakując zakupy do torby, a kasjerka zaczęła kasować rzeczy Paniusi. Był wśród nich baton, więc niewiele myśląc chwyciłam go, otworzyłam i zaczęłam jeść.
Babka we wrzask, że złodziejka jej zakupy wyżera. Ochroniarz się zainteresował, już szedł w stronę kasy, ale pani kasjerka gestem powstrzymała go. Paniusia wydzierała się, że kto to widział takie rzeczy, że ona mnie będzie skarżyć (tak - już sobie wyobrażam sprawę o kradzież batona za 1,60 :D).
Zjadłam go do połowy, rzuciłam bezczelnie na inne skasowane już zakupy i powiedziałam spokojnie i pogodnie:
- Jestem tylko gówniarą. Nie ubędzie ci.
I poszłam zadowolona, odprowadzona krzykami paniusi i jej koleżaneczki.
Stoję w kolejne do kasy, a za mną pokaźnych rozmiarów Paniusia, z koleżanką, [S]ynem (na oko z 7-8 lat) i wózkiem wypchanym po brzegi. Panie trajkoczą w najlepsze, a młody widać, że się nudzi.
Wyłożyłam już swoje zakupy, szukam portfela, a tu widzę, że chłopak rozrywa woreczek i wcina moje cukierki. Wkurzyłam się trochę, ale ok - dziecko. Mówię, więc do niego miłym tonem nachylając się nieco, by zmniejszyć dystans:
- Hej, mały. Ładnie to tak podjadać cudze cukierki? Dlaczego nie zapytałeś czy możesz się poczęstować, hm?
Na co chłopak odburknął:
- Spieprzaj (!) stara (!)(mam 23 lata, więc chyba nie taka stara...) krowo!
I dalej wcina cuksy.
Podniosłam więc woreczek i zwróciłam się do [P]aniusi:
- Przepraszam, ale pani syn wyjada moje cukierki. Mogłaby pani zwrócić mu uwagę?
Babka nie reaguje. Ponawiam więc pytanie. W końcu przemawia tonem znudzonym i wielce oburzonym zarazem:
- To tylko dziecko, nie ubędzie ci. Daj mi spokój.
Wkurzyłam się. Babsko ma wypakowany wózek, zakupy pewnie za około 3 stówy, a ja studentka z cukierkami dla siostrzenicy mam tolerować takie zachowanie? Mówię więc do niej znowu:
- Przepraszam, ale mogłaby pani dać dziecku coś słodkiego z wózka. To nie mikołajki, żebym cukierki za darmo rozdawała niegrzecznym dzieciakom.
Paniusia się znowu oburzyła:
- Daj mi spokój gówniaro! Przynajmniej mniej dupa ci urośnie.
O nie, tego za wiele!
Kasjerka skasowała moje zakupy i widać, że też była zdegustowana całą sytuacją. Chwilę stałam na końcu kasy niby pakując zakupy do torby, a kasjerka zaczęła kasować rzeczy Paniusi. Był wśród nich baton, więc niewiele myśląc chwyciłam go, otworzyłam i zaczęłam jeść.
Babka we wrzask, że złodziejka jej zakupy wyżera. Ochroniarz się zainteresował, już szedł w stronę kasy, ale pani kasjerka gestem powstrzymała go. Paniusia wydzierała się, że kto to widział takie rzeczy, że ona mnie będzie skarżyć (tak - już sobie wyobrażam sprawę o kradzież batona za 1,60 :D).
Zjadłam go do połowy, rzuciłam bezczelnie na inne skasowane już zakupy i powiedziałam spokojnie i pogodnie:
- Jestem tylko gówniarą. Nie ubędzie ci.
I poszłam zadowolona, odprowadzona krzykami paniusi i jej koleżaneczki.
sklepy
Ocena:
1666
(Głosów:
1702)
Wczoraj wieczorem zapragnęłam sałatki, do której potrzebne mi były pomidory. Jako, że sklepik osiedlowy był już zamknięty, poszłam do supermarketu, który jest na moim osiedlu.
Kiedy znalazłam się na dziale owoców i warzyw i chciałam wziąć dwa pomidory zobaczyłam, że dojście do nich jest niemożliwe - drogę zastawiła dosyć potężna kobieta i jej wózek. Owa piekielna [k]lientka oglądała każdego pomidora bardzo dokładnie i wolno. Zależało mi na czasie, więc wywiązał się taki dialog:
ja: Przepraszam bardzo, czy mogłaby pani się troszkę posunąć? Potrzebuję szybko dwa pomidory.
k (wyniosle i z pretensją): Ale teraz ja wybieram pomidory! Niech sobie pani poczeka chwilę!
Czekałam więc, a razem ze mną parę innych osób. Kobieta nadal oglądała każdego pomidora, ale żadnego nie pakowała do woreczka.
ja: Przepraszam, naprawdę bardzo się spieszę. Niech mi pani poda jakieś dwa pomidory z łaski swojej.
Kobieta udała, że tego nie słyszy. Mijały kolejne minuty i moja irytacja wzrastała coraz bardziej.
ja: Jeszcze raz proszę - niech mi pani poda dwa pomidory, których i tak pani nie bierze.
k: Coś ty taka niecierpliwa?! Pali się?!
W tym momencie podszedł do niej [m]ężczyzna, zdaje się, że jej mąż, który słyszał nas ostatni dialog.
m: Helenko, nie bądź nieuprzejma- przepuść panią, albo podaj jej pomidory.
k (z furią): Nie widzisz, że ja wybieram?! Niech se poczeka! Teraz jest moja kolej!
m: Ale mogłabyś się trochę posunąć, bo blokujesz dostęp do skrzynek.
k: Co się mam posunąć?! Jak wybiorę to się posunę!
W końcu i facet się wkurzył, bo powiedział bardzo dobitnie:
m: Posuń ten swój tłusty zad! Nie jesteś sama w sklepie! Dziewczyna potrzebuje tylko dwóch cholernych pomidorów, a ty swoim wielkim cielskiem blokujesz pół stoiska!
Kobieta zrobiła się cała czerwona, rzuciła wściekła trzymanego właśnie w rękach pomidora i poszła sobie. Ja wzięłam dwa pomidory i kiedy już miałam stamtąd iść zatrzymał mnie ten facet mówiąc:
m: - Wie pani, ona to taka jest perfekcyjna, że pomidor nie może mieć żadnej plamki, musi być idealnie czerwony i okrągły. Jutro syn z żoną na obiad przyjeżdżają, więc już w ogóle dostała kota na zakupach. Przepraszam bardzo za jej zachowanie, ale wie pani- do takiego typu to trzeba mocno i dosadnie, żeby dotarło.
Uśmiechnęłam się i poszłam do kasy. Mimo całego zajścia nadal miałam ochotę na sałatkę, która zjadłam z wielkim smakiem.
Kiedy znalazłam się na dziale owoców i warzyw i chciałam wziąć dwa pomidory zobaczyłam, że dojście do nich jest niemożliwe - drogę zastawiła dosyć potężna kobieta i jej wózek. Owa piekielna [k]lientka oglądała każdego pomidora bardzo dokładnie i wolno. Zależało mi na czasie, więc wywiązał się taki dialog:
ja: Przepraszam bardzo, czy mogłaby pani się troszkę posunąć? Potrzebuję szybko dwa pomidory.
k (wyniosle i z pretensją): Ale teraz ja wybieram pomidory! Niech sobie pani poczeka chwilę!
Czekałam więc, a razem ze mną parę innych osób. Kobieta nadal oglądała każdego pomidora, ale żadnego nie pakowała do woreczka.
ja: Przepraszam, naprawdę bardzo się spieszę. Niech mi pani poda jakieś dwa pomidory z łaski swojej.
Kobieta udała, że tego nie słyszy. Mijały kolejne minuty i moja irytacja wzrastała coraz bardziej.
ja: Jeszcze raz proszę - niech mi pani poda dwa pomidory, których i tak pani nie bierze.
k: Coś ty taka niecierpliwa?! Pali się?!
W tym momencie podszedł do niej [m]ężczyzna, zdaje się, że jej mąż, który słyszał nas ostatni dialog.
m: Helenko, nie bądź nieuprzejma- przepuść panią, albo podaj jej pomidory.
k (z furią): Nie widzisz, że ja wybieram?! Niech se poczeka! Teraz jest moja kolej!
m: Ale mogłabyś się trochę posunąć, bo blokujesz dostęp do skrzynek.
k: Co się mam posunąć?! Jak wybiorę to się posunę!
W końcu i facet się wkurzył, bo powiedział bardzo dobitnie:
m: Posuń ten swój tłusty zad! Nie jesteś sama w sklepie! Dziewczyna potrzebuje tylko dwóch cholernych pomidorów, a ty swoim wielkim cielskiem blokujesz pół stoiska!
Kobieta zrobiła się cała czerwona, rzuciła wściekła trzymanego właśnie w rękach pomidora i poszła sobie. Ja wzięłam dwa pomidory i kiedy już miałam stamtąd iść zatrzymał mnie ten facet mówiąc:
m: - Wie pani, ona to taka jest perfekcyjna, że pomidor nie może mieć żadnej plamki, musi być idealnie czerwony i okrągły. Jutro syn z żoną na obiad przyjeżdżają, więc już w ogóle dostała kota na zakupach. Przepraszam bardzo za jej zachowanie, ale wie pani- do takiego typu to trzeba mocno i dosadnie, żeby dotarło.
Uśmiechnęłam się i poszłam do kasy. Mimo całego zajścia nadal miałam ochotę na sałatkę, która zjadłam z wielkim smakiem.
Hipermarket na R.
Ocena:
536
(Głosów:
682)
1
« poprzednia 1 następna »
