Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Aranos

Zamieszcza historie od: 9 października 2011 - 12:23
Ostatnio: 19 października 2023 - 5:52
  • Historii na głównej: 5 z 7
  • Punktów za historie: 4822
  • Komentarzy: 264
  • Punktów za komentarze: 1311
 

#63934

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Witam wszystkich po długiej przerwie.
Kolejne sytuacje za kółka komunikacji miejskiej.
Jako że dziś po raz kolejny dowiedziałem się "kim jestem" oraz "jaki jestem" postanowiłem przybliżyć wam pewne zagadnienia,o których prawie nikt nie wie. Ale nikomu nie przeszkadza to rzucać w moim kierunku mięsem.

Sytuacje tego typu zdarzają mi się prawie za każdym razem gdy jeżdżę na popołudniowej zmianie. Głównie po godzinie 20. Czyżby wcześniejsza godzina wspomagała pracę mózgu? Oceńcie sami.

Zacznijmy od tego że jak autobus z zajezdni wyjechał to i musi tam wrócić. Jako że 99% linii zjeżdża do zajezdni nie z przystanku końcowego wygląda to tak. Na końcowym wbijam w system kierunek "Do zajezdni" i jadę po normalnej trasie do przystanku wyłączenia. Z przystanku wyłączenia jadę określoną trasą do zajezdni (trasa zjazdu uwzględniona jest na rozkładzie). Niby proste ale nie do końca. Praktycznie za każdym razem muszę pasażerom przypominać o końcowym przystanku. Samo to jest mało piekielne. Gorzej, że bardzo często słucham kąśliwych uwag, wyzwisk i docinek wypowiedzianych pod moim adresem z powodu iż muszą opuścić autobus, a chcieli jechać dalej. Nie raz pasażer potrafi naskoczyć na mnie bym mu oddawał kasę za bilet który skasował, a przecież nie dojechał tam gdzie chciał. I zostaje mi tylko zastanawianie się czy wyraźnie zaznaczony na rozkładzie kurs do zajezdni plus 5 masywnych tablic z napisem "Do zajezdni" to za mało...

Przy okazji zjazdu do zajezdni występuje też druga piekielność. "To ja podjadę na X, masz pan po drodze". Występuje to w dwóch odmianach. Pasażer chce bym zabrał go na jakiś dalszy przystanek na trasie zjazdu, bądź pojechał inna trasą w jego mniemaniu równie słuszną. Gdy słyszy odmowę, często dostaje po uszach kilkoma nieeleganckimi określeniami. Teraz jednak wyjaśnię wam czemu zawsze odmawiam.

Po pierwsze trasy zjazdu nie mogę zmieniać wedle uznania. Taka jest ustalona, nie przestrzeganie bez wyraźnego powodu = utrata części premii. Po drugie. Po minięciu przystanku wyłączenia NIE MAM PRAWA przewozić pasażerów. Z dwóch powodów. Na przystanku wyłączenia kończy się zezwolenie na przewóz pasażerów danej linii. Więc nie mogę ani pasażerów wieźć ani zatrzymywać się na następnych przystankach. W razie kontroli płacę karę większą od moich miesięcznych zarobków.
Drugi powód to ubezpieczenie. Ja jestem ubezpieczony do końca mojej pracy, pasażer nie. Po "wygaśnięciu" ważności zezwolenia moi teoretycznie pasażerowie nie mają ubezpieczenia. Nawet nie groźna kolizja nie z mojej winy, w której takowy ucierpi, to dla mnie masakra.
Czyli problemy w pracy, problemy z stróżami prawa, i zapewne odszkodowanie z powództwa cywilnego, które może pasażer wywalczyć.

Z tego powodu jestem zmuszony do słuchania psioczeń pasażerów. Ale i tak kocham te robotę.

komunikacja_miejska

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 438 (504)

#60396

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą MPK. Dziś krótka historia z autobusu nocnego. Dla wyjaśnienia dodam, że kiedyś na liniach nocnych jechał ze mną kontroler z dwoma ludźmi z ochrony. Jakiś czas temu miasto zrezygnowało z kontrolerów i teraz towarzyszy mi tylko ochrona.

Sytuacja miała miejsce w nocy z piątku na sobotę.
Na jednym z przystanków wsiadła grupka imprezowiczów. Trzech facetów i kobieta. Oczywiście był problem z kupnem biletów. Bo już lekko upita młodzież miała problem ze zrozumieniem co to znaczy "bez reszty" i usilnie próbowała kupić bilety dając banknot stuzłotowy. Dopiero ochroniarz zdołał w kilku żołnierskich słowach wytłumaczyć im co jest w tym nie tak. Towarzystwo usiadło sobie po dwoje twarzami do siebie. Jak to ludzie pod wpływem, rozmawiając głośno i rzucając mięsem na lewo i prawo. Jako iż byli na razie jedynymi pasażerami, ochrona zrezygnowała z uciszania ich (często daje to tylko odwrotny skutek).

Nagle jeden z facetów poczuł chęć zaimponowania jedynej kobiecie w pobliżu. Więc chciał sobie zażartować z ochrony starym jak świat zagadko-żartem.
- Ej koleś, jaka jest różnica między tobą a kanarem??!!
Tu po sekundzie, jeszcze przed tym jak zapytany o to ochroniarz zdąży zareagować, powinna być odpowiedź. Jednak ochroniarz wykazał się refleksem i powiedział:
- Kanar wlepi Ci mandat, ja Ci przyp...dole.
Od tej chwili ekipa w ciszy kontemplowała rzeczywistość za oknem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 970 (1026)

#50491

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jako iż ostatnio mam dużo pracy, nie miałem czasu kontynuować swojej listy piekielnych sytuacji z oczu kierowcy MPK. Jednak na horyzoncie widzę już większą ilość wolnego czasu, co znaczy że niedługo pojawią się kolejne części. Jak również wiele innych historii.

Dziś jednak o czymś co sprawiło że zupełnie zwątpiłem w jakąkolwiek przyzwoitość gatunku ludzkiego.

Nadeszła wiosna i zaczął się sezon przyjęć do komunikacji miejskiej. W tym i w mojej firmie. Zapotrzebowanie było duże, więc i narybku też nie brakowało. Potrzebni byli patroni, by doszkolić nowych do realiów pracy w MPK. Jako iż taka fucha nie jest dodatkowo płatna, a bywa uciążliwa, chętnych na patronów brak. W takim wypadku pomimo relatywnie krótkiego stażu pracy zostałem patronem. Dobrze znam regulamin zarówno naszej firmy jak i MPK, oraz jestem młody więc według kierownika dogadam się dobrze z nowymi. I tak przez ostatnie 4 miesiące przeszkoliłem 12 kierowców. Z czego 11 pracuje w naszej firmie. A co z tym jednym, który nie pracuje? Ano o nim będzie ta historia.

O min, a raczej o niej. Tak dostałem do przeszkolenia kobietę. W sumie już drugą ale to nieistotne. Anna lat 24. Sympatyczna brunetka, rozgadana i wiecznie uśmiechnięta. Nic nie wskazywało, że będą z nią problemy. Jednak zaczęły się już pierwszego dnia, gdy miałem przedstawić jej teorie obsługi autobusu. Anna oburzyła się niesamowicie gdy dowiedziała się że będziemy jeździć autobusem przegubowym. Podała milion równie bzdurnych co dziecinnych argumentów dlaczego ona nie chce jeździć długim autobusem. Odpowiedziałem jej, że jeśli jej ta sytuacja nie pasuje to niech pójdzie pogadać z kierownikiem. Ja mam na stanie taki autobus i takim będziemy jeździć. No chyba że kierownik stwierdzi inaczej ale nie mi o tym decydować. Poszła. I nic nie zyskała. W naszej firmie jest zasada. Jedziesz tym co dostajesz do jazdy. Młody czy stary, kobieta czy facet. Wszyscy równi bez specjalnego traktowania. Gdy już się wyżaliła jakie to niesprawiedliwe a ja zdążyłem wypalić pół paczki fajek, zacząłem nauczać.

Teorie przeszła w sumie dobrze. Za pozwoleniem dyspozytora zrobiła kilka kółek po placu by trochę ogarnąć autobus. I koniec na dziś. Poprosiłem by jutro stawiła się pół godzinki wcześniej, to też trochę pośmiga po placu by nie wyjechała na miasto na zimno. Ok dzięki i poszła.

Ja zawędrowałem do działu planowania by ustalić linie jaką będziemy jeździć. Wybrałem trasę długą i obleganą ale technicznie prostą. Bez ciasnych zakrętów i super wąskich uliczek. Szybki telefon do naszej "kursantki" by wiedziała o której godzinie dokładny wyjazd i wróciłem do domu.

Następnego dnia czekam na nią o umówionej porze. Nie ma jej. 20 minut do odjazdu ... 15... 10... Nagle dzwoni telefon. Ania nie wyrobi się, prosi bym wyjechał, a ona wsiądzie po drodze. No ok zdarza się, choć już kiełkowały we mnie wątpliwości. Wsiadłem w autobus i po pół godziny zgarnąłem ją z przystanku. Jedno kółko jechałem ja, by w pełni ogarnęła trasę i nadeszła jej kolej. I zaczęło się piekło. Napiszę w skrócie co się działo przez następne dni, by ta historia nie była zbyt długa. Przewinienia, które popełniała każdego z 7 dni kiedy miała jeździć ze mną:

- Nie potrafiła zapanować nad autobusem i utrzymać go równo na pasie. Latała od krawężnika po pas obok.
- Praktycznie każdy zakręt równał się przejażdżce tylną osią po krawężniku. Co trzeciego dnia zakończyło się tym, że jedna opona wybuchła.
- Myliła trasę, Pomimo iż wiedziała na jakiej linii jedziemy, dnia następnego miała to gdzieś. Nie robiła rekonesansu dzień wcześniej, a gdy się litowałem i robiłem pierwsze kółko za nią ,zamiast uważać na trasę gadała przez telefon.
- Dwa razy musiałem krzyczeć "STÓJ!!", bo Ania tak ścinała zakręt że jeszcze chwila i byśmy kosili słupki oddzielające chodnik od jezdni.
- Mijała przystanki. Nie docierało, że nawet gdy jedzie pustym autobusem bądź nikt nie wysiada, a na przystanku nikogo nie ma, ma OBOWIĄZEK się na nim zatrzymać.
- Nie miała jakiegokolwiek wyczucia co do wielkości pojazdu jakim się porusza. Skasowała mi dwa lusterka lewe i jedno prawe. Próbowała wciskać się tam gdzie ewidentnie nie było miejsca dla autobusu.

Było tego znacznie więcej ale widzicie jakim była kierowcą i nie ma sensu tego przedłużać. Jednak gdy zostały jej jeszcze 3 z 10 dni nauki, przegięła na maksa.

Był to sobotni poranek. Ania dzwoni i prosi bym zgarnął ją na mieście bo zaspała. Miałem już jej serdecznie dość ale co mi tam, zostały mi 3 dni walki i będę miał ją z głowy. Wsiadła na którymś przystanku. Dojechaliśmy już na końcowy i mieliśmy się zamienić gdy poczułem coś w powietrzu. Szlag mnie jasny trafił. Wywiązał się dialog:

- Anka co ty odwalasz?!
- O co Ci chodzi??!!
- Wali od Ciebie wódą!! Pogięło Cię??!! Jak chcesz teraz niby prowadzić??!!
- Oj tam, byłam wczoraj na dyskotece i wypiłam dwa czy trzy drinki. To tylko zapach, nic już we krwi nie ma.
-Do jasnej cholery jest 5 rano jak Ci niby mają te drinki wyjść z organizmu w tak krótkim czasie??!! Po drugie po 3 drinkach nie waliłoby od Ciebie jak z gorzelni, więc nie ściemniaj.
- Oj no przestań. To weź ty pojedź. Inaczej będę miała problemy...
- Brawo geniuszu. Tylko że problemy już masz. WON z autobusu!
- ŻE CO??!!
- Powiedziałem WON!. W poniedziałek spotkamy się u kierownika. A teraz spadaj albo załatwię Ci wizytę panów w niebieskich garniturkach.

Dalsza rozmowa to głównie wypominanie mi jaka to ze mnie świnia, prostak itp. Ale wreszcie zniknęła mi z oczu. Tego dnia oraz niedzielę jeździłem za nią. W niedzielę plotkowała sobie będąc w rezerwie na dyspozytorni. Przyszedł poniedziałek. Ania siedzi i plotkuje z kierowcami, a ja udaje się do kierownika. O smsach z prośbami o milczenie nie wspomnę. Docieram do kierownika. Tłumaczę mu całą sytuacje, ale na temat alkoholu milczę. Jednak werdykt jest jeden. Ania kategorycznie nie nadaje się na kierowcę. Anka została wezwana na dywanik. Rozmawiają, a ja bawię się komórką. Co miałem do powiedzenia i tak już powiedziałem. Jednak nagle słyszę coś co sprawia że czuje się jakbym dostał siekierą po łbie.

Ania wyłuszcza swoją wizje tego co się stanie. Kierownik ma przedłużyć jej umowę inaczej poda firmę do sądu do sądu za molestowanie, mobbing i dyskryminacje w pracy. Czy ja śnię? Kierownik pyta się mnie czy to prawda. Oczywiście że nie! Kierownik chwilę myśli i padają zdania:

- To ja mam dla Pani propozycje. Wyjścia są dwa. Przed panią leży rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Jeśli Pani to podpisze, to rozejdziemy się każdy w swoją stronę. Oczywiście za kółko autobusu MPK już Pani nie wsiądzie. Jeśli jednak nie zechce Pani tego zrobić, to zwolnię Panią dyscyplinarnie. Oraz dopilnuje by to, jak Pani postępuje rozeszło się jak najszerzej. A wtedy w tym województwie nie znajdzie Pani pracy jako kierowca. I proszę się głupio nie śmiać. Szantaż to wystarczający powód by wręczyć Pani dyscyplinarkę. A zeznania dwojga osób plus nagranie z kamery, która wisi za Panią to wystarczający dowód. To jak będzie?

Podpisała rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. A ja od tygodnia chodzę struty. Jak tu wierzyć w jakąkolwiek dozę przyzwoitości w tych czasach??

komunikacja_miejska

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 908 (960)

#47141

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Po dłuższej przerwie postanowiłem znowu opisać piekielne sytuacje w autobusach MPK. Oczywiście o piekielnych pasażerach. Historii o piekielnych kierowcach jest na pęczki.

Wybaczcie dłużyznę, ale jest to potrzebne byście w pełni zrozumieli moje podejście oraz bym nie musiał wielu rzeczy kilkukrotnie tłumaczyć w komentarzach.

Dziś zajmiemy się tematem przystanków i wszystkiego co z nimi związane.

Część I.

Na pierwszy ogień pójdzie "podjeżdżanie pod przystanek". Właściwie wykonane powinno wyglądać tak:
- autobus stoi równolegle do drogi i krawężnika zatoki (w przypadku autobusu przegubowego tyczy się również naczepy),
- linia nadwozia powinna praktycznie stykać się z linią krawężnika (dzięki temu wsiadanie jest łatwe i bezpieczne nawet na lodzie, a po wejściu autobusu w "przyklęk" pozwala wjechać wózkiem dziecięcym lub inwalidzkim praktycznie bez użycia siły).

Wykonanie tego manewru perfekcyjnie jest w sumie bardzo proste już po kilku tygodniach za kółkiem. Jest tylko jedno ale. Wymaga podczas wjazdu do zatoki najechania przodem karoserii nad krawężnik, autobusem przegubowym dość znacznie (zwykle zatoki mają +/- 20m, a autobusy przegubowe ponad 18m, więc inaczej autobus się dobrze nie ustawi). I tu pojawiają się piekielne pasażerki (wybaczcie generalizowanie ale kobiety to 99% takich przypadków).
Zwykle podstarzałe matrony o obwodzie sprawiającym, że łatwiej je przeskoczyć niż obejść. Stają sobie takie na samym krawężniku przez co ich "bak" wystaje na samą zatokę. Nie raz jeszcze pochylą się do przodu w nie wiadomym celu co niezmiernie podnosi mi adrenalinę. Jak to się kończy? Nie ryzykuję testu spotkania matrona-narożnik i staję dalej od krawężnika. Efektem tego jest wielka przestrzeń między autobusem, a krawężnikiem. Oraz to, że wystaje na całej długości poza zatokę. Wstyd i hańba. A to jeszcze nie koniec.
Gdy już "przeszkoda" wsiądzie i dotoczy się do mnie, zaczyna się "darcie mordy" (wybaczcie inaczej tego nazwać się nie da). Że kierowca prostak, że cham. Oraz kilka innych epitetów pod adresem mojej osoby. Powód? Jaśnie wielmożna PANI musiała się namęczyć wy wsiąść do autobusu, bo taki kretyn jak ja nie umie "zaparkować autobusu".

Przejdźmy dalej. Jeśli manewr z historii powyżej się udał, zaczyna się kolejna szopka. Wyobraźcie sobie że kierowca autobusu ma... cholernie słabą widoczność jeśli chodzi o to co się dzieje po bokach autobusu. Lusterka dają widoczność wzdłuż autobusu wystarczającą by bezpiecznie nim kierować. Ani lusterka, ani kamery nie dają możliwości obserwowania dalszego otoczenia. Widoczność w prawym lusterku to mniej więcej 2m przy lusterku do 3-3,5 przy ostatnich drzwiach. Czym to skutkuje? Jeśli biegniecie do autobusu prostopadle, to zauważę was ułamek sekundy przed tym jak do niego dobiegniecie.

Sytuacja wygląda tak: Stoję z otwartymi drzwiami. Nikt już nie wsiada ani nie wysiada. Ostatni rzut okiem i zamykam drzwi. I teraz podbiega pasażer. Drzwi zamykają się mu przed nosem. Jeśli jeszcze patrzę w prawe lusterko, to otwieram drzwi i pasażer wsiada. Jeśli skupiłem się na wyjeździe z zatoki i nie widzę że ktoś tam stoi, to pasażer wali w drzwi. Jeśli usłyszę, to drzwi otwieram i jest ok. Jeśli nie, to po prostu odjeżdżam nieświadomy że zostawiłem pasażera.
Zakładając że pasażer dobiegł, walił w drzwi, wpuściłem go - w tej chwili podchodzi do mnie i znowu zaczyna się "darcie mordy". Czemu? Bo zły i paskudny zamknął mu drzwi przed nosem.

Dodam że w wszystkich nowych autobusach oraz w 90% starych nie da się cofnąć drzwi w pół drogi. Muszą się zamknąć/otworzyć wtedy dopiero mogę je znowu otworzyć/zamknąć. Co potęguje opinie pasażerów że robię to specjalnie...

Na zakończenie dzisiejszej części sprawa rozkładu i jego przestrzeganie. W regulaminie przewozu przeczytamy, że przewoźnik zobowiązuje się do przewożenia pasażerów z punku A do punktu B. Oraz przestrzegania godzin odjazdów zgodnie z rozkładem jazdy. Pasażer natomiast jest zobowiązany stawić na przystanku przed czasem odjazdu autobusu. Jak również zakupując bilet oraz kasując go w autobusie zostaje zawarta umowa przewozu, w której między innymi pasażer akceptuje cały regulamin przewozu. Prosto, zrozumiale, ale czy na pewno?

Praktycznie co dzień ktoś urządza mi awanturę. Tematem której jest to iż ruszyłem z przystanku za wcześnie/za późno. W przypadku opóźnienia wytłumaczenie jest jedno - ruch uliczny. Nawet gdy nie ma korków są sytuacje gdy nie da się opóźnień uniknąć. A to złapiemy trzy czerwone światła pod rząd. A to na przystankach jest dużo pasażerów, więc mój postój się wydłuża. Pasażerów narzekających na opóźnienie, te 2 zdania zazwyczaj uspokajają.

Jeśli chodzi o przyspieszenia... tu już gorzej. Wygrażaniom nie ma końca jak i wyzwiskom. A w moim przypadku 100% winy leży po stronie pasażera. Czemu? NIGDY nie odjeżdżam z przystanku przed czasem. Jeśli wjechałem w zatokę za wcześnie, to czekam spokojnie na czas odjazdu. Czemu? Za przyspieszenia grożą dotkliwe kary finansowe, a banalnie łatwo je udowodnić w razie skargi. Głównym powodem istnienia takich krzykaczy jest ich... ignorancja. Czyli:

a) Ślepa wiara, że ich zegarek chodzi idealnie. Oraz święte przekonanie, że wszystkie inne muszą chodzić tak samo.
b) Wychodzenie z domu "na styk".

Jak to się kończy? Zegarki chodzą różnie, pasażer wyszedł na styk. Musi zasuwać galopem, bo ja już stoję na przystanku. Potem musi oczywiście mnie obsmarować za coś co jest jego własną winą.

komunikacja_miejska

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 612 (690)

#41012

przez (PW) ·
| Do ulubionych
By trochę rozjaśnić sytuację, powiem że od kilku lat pracuję jako kierowca autobusów. Od ponad roku w miejscu ogólnie znanym jako MPK (nazwa znana wszystkim choć już od wielu lat nie obowiązuje - teraz komunikacje miejską obsługują spółki. Tu może sobie każdy wstawić nazwę obowiązujące w jego mieście). I o ile historii o piekielnych kierowcach jest na pęczki, to ja postaram się opisać to z drugiej strony "barykady" - zza kierownicy.

Dziś pójdzie pod nóż historia bardzo sprytnej Pani, od przebiegłości której uratował mnie mój autobus.

No więc był piękny, wrześniowy dzień. Jak co dzień "pędziłem" moim jamnikiem przez miasto (jeżdżę przegubowym Solarisem), gdy w pewnej chwili za moimi plecami podniosła się wrzawa.
Jeden z pasażerów podszedł do mnie i powiedział że jedna pani rozbiła sobie głowę.
Dojechaliśmy właśnie do zatoki więc stanąłem w niej, unieruchomiłem autobus i w lekkim szoku wyszedłem sprawdzić co się stało.

Zastał mnie widok kobiety w średnim wieku siedzącej na podłodze przy środkowych drzwiach (w miejscu gdzie jest miejsce dla osoby niepełnosprawnej). Kobieta podobno padając, uderzyła potylicą o jedną z rurek służących dla osób na wózku do trzymania się. Zapytałem się jej co się stało, jak się czuje, itp. Odpowiadała bez problemów, więc nie wydawało mi się by coś było z nią nie tak - ot nabiła sobie guza. Ale że lekarzem nie jestem - szybka decyzją. Wróciłem do kabiny i przez radio streściłem dyspozytorowi sytuacje i poprosiłem by wezwał pogotowie.

Postaliśmy parę minut, kobieta nawet chciała wstać i ciągle twierdziła, że nic jej nie jest. Karetka przyjechała, panowie wsadzili kobietę do siebie i wszyscy ruszyli w swoją stronę (ja dalej w trasę, a oni do szpitala). Po skończonej zmianie oczywiście papierkowa robota i do domu.
W sumie zapomniałem już o tym gdy dzwoni do mnie kierownik WET (kierownik Wydziału Eksportacji Taboru - mój bezpośredni przełożony).

Kobieta, która rozbiła w moim autobusie głowę, kontaktowała się z nim i stwierdziła, że będzie się sądzić o odszkodowanie. Kierownik na następny dzień ustalił spotkanie by skonfrontować nasze punkty widzenia. Stawiłem się w WET, a tam czekał na mnie kierownik, ta kobieta i jej adwokat. Nie będę zanudzał długimi opisami rozmów. Wedle jej "zeznań" jechałem jak wariat i to moja wina, że robiła głowę. I chce odszkodowania. Dużego.

No to już w głowie żegnam się z pracą gdy kierownik mówi do niej by nie rozpędzała się za bardzo, bo ma jej coś do pokazania. Kierownik wyciągnął wydruk z danymi telemetrycznymi z autobusu, na którym między innymi pokazał jej wykres prędkości, na którym widać lekko tylko pofalowaną linię (coś jak wykres współrzędnych, w pionie prędkość, w poziomie czas. Im bardziej prosta linia tym płynniejsza jazda i analogicznie - wykres przypominający Himalaje - jazda jak wariat).
Kobieta oburzyła się i zaczęła krzyczeć, że to mistyfikacja bo wcale nie jechałem płynnie. Na to kierownik odwrócił w ich stronę laptop z... nagraniem z monitoringu (tak moja maszyna posiada monitoring, siedem kamer).

Widać na nim jak kobieta stoi sobie i gada przez telefon (stoi na środku wolnej przestrzeni dla stojących nie trzymając się niczego). Nagle bierze do ręki torebkę, zgina nogę w kolanie i kładzie na niej torebkę (pewnie by łatwiej było szukać, w międzyczasie dalej rozmawia przez telefon) i po chwili upada.

Kobieta zrobiła się czerwona jak burak i wystrzeliła z biura bez słowa. Adwokat się miło pożegnał i poszedł w ślad za swoją pracodawczynią. Wypiłem z kierownikiem herbatę i w dobrym nastroju wróciłem do domu.

Powiedzcie mi jakim trzeba być człowiekiem, by oskarżać innych o coś co nie zrobili i chcieć na tym zarobić. I jakim debilem trzeba być by nie widzieć na szybach ogromnych, JASKRAWO POMARAŃCZOWYCH naklejek "Autobus monitorowany".

komunikacja_miejska

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1311 (1339)

1