Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Lana

Zamieszcza historie od: 12 lutego 2013 - 18:47
Ostatnio: 6 grudnia 2020 - 19:47
  • Historii na głównej: 6 z 7
  • Punktów za historie: 2552
  • Komentarzy: 20
  • Punktów za komentarze: 144
 

#86802

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostałam dumną posiadaczką szczeniaka. Po spacerze otwieram drzwi od klatki i nawołuję gagatka, bo wszystko ją interesuje i mała łatwo się rozprasza. Zza rogu wyłaniają się dwie panie w zaawansowanym wieku. Zaczynają słodko-pierdząco wołać mojego psa w stylu: "jaki piękny, ojej, chodź do nas, ojejku, o boże". Pies na smyczy, ja krzywy uśmiech. Wołam dalej psa. One też. Pies głupieje. Patrzy na mnie, na staruszki, znów na mnie. Macha ogonem, skacze, wije się. One dalej wołają. Nie wytrzymuję:
- Czy nie widzą panie, że próbuję wejść z psem do klatki?
- Ale o co ci chodzi?! - nawet na mnie nie patrząc, a jedna z nich zaczyna pstrykać palcami i dalej woła.
- Ciężko to zrobić, kiedy ktoś się tak zachowuje i dezorientuje zwierzę.
Na to...
- POJ... ANA GÓWNIARA!!! PIES NA PEWNO TAKI SAM, SKORO PODEJŚĆ NIE CHCE! (przypominam jeszcze raz o smyczy)
I poszły.

spacer

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (129)

#86800

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o tym, jak można szybko popsuć humor młodej kobiecie i przy okazji się w jakiś sposób dowartościować.

Zawsze byłam bardzo szczupła, typowa XS-ka. W ciągu kilku miesięcy przytyłam zawrotne 5 kg. Zaokrągliłam się tu i tam, spodnie zmieniłam na rozmiar większe, ale to tyle...

Co usłyszałam w moim poprzednim miejscu pracy, gdzie miałam (wydawało mi się) fajne relacje z kolegami i szefostwem? Bez żadnego "cześć", tylko od razu z grubej rury:
- Co ty ze sobą zrobiłaś?
- Co się z tobą stało?
- Przytyłaś strasznie.
I podobne w tym tonie. Wszystko na poważnie.

Tak zachowują się ludzie w wieku 30-40 lat i więcej. Po co? Mają satysfakcję, chcą mi obniżyć samoocenę? Dać do zrozumienia, że zrobiłam się nieatrakcyjną kierdą? Idę zamówić plandekę w rozmiarze S, bo chyba nic więcej mi nie pozostało, ale przykro się zrobiło i robi się nadal na samą myśl.

ekspraca

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (106)

#68833

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko i obrzydliwie.
Stoję w kolejce w sklepie spożywczym typu Społem (kto zna ten wie, że panują tam zasady rodem z PRL-u, a przynajmniej w moim mieście tak jest) i z czystej nudy przyglądam się wystawionym w lodówce kiełbasom, wędlinom, serom etc.

Nagle hyc! Pani sklepowa szybkim ruchem zgarnia ostatni leżący na tacce plasterek wędliny, a spod niej błyskawicznie ucieka dorodny prusak. Jak gdyby nigdy nic rozgląda się czy nikt tego nie zauważył, ale niestety, nie tym razem - kilkuosobowa kolejka patrzy na nią z jawnym oburzeniem. Nie wiem co było dalej, bo bardzo szybko wyszłam na zewnątrz :)

sklep spozywczy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (258)

#53787

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka tygodni temu wylądowałam nieoczekiwanie w szpitalu. Oddział neurologii - w większości sami starsi ludzie, niektórzy w naprawdę kiepskim stanie; po udarach, wylewach, z problemami kręgosłupa.
Nie wszyscy jednak mieli podobny problem. Na moje nieszczęście, leżałam w jednej sali z bardzo żwawą i niekoniecznie schorowaną "babcią", panią Wiesią. Odniosłam wrażenie, że swój pobyt w szpitalu traktuje jako źródło rozrywki i swego rodzaju urlop... Jeśli można to tak nazwać.

Przykładów mam wiele, ale może ograniczę się do tych najbardziej piekielnych:

- Noc. Dwie pielęgniarki na cały oddział, salowych brak. Ludzie umierają, słychać jęki i podniesione głosy pielęgniarek z korytarza. Na to nasza kochana pani Wiesia stwierdza, że jej niewygodnie i ktoś NATYCHMIAST musi poprawić jej poduszkę. Dzwoni dzwonkiem. Raz, drugi, trzeci. Przybiega pielęgniarka i w progu pośpiesznie tłumaczy, żeby chwileczkę poczekać, bo mają bardzo ciężki przypadek i pacjent z sali obok walczy o życie. Pani Wiesia obruszyła się i obrażona odwróciła na drugi bok. Po 5 minutach foszek jej najwyraźniej przeszedł, bo znów zadzwoniła po pielęgniarkę. Problemem wciąż okazywała się nieszczęsna poduszka. I tu się zaczyna: awantura na cały oddział: że jak to, że jakim prawem, że żywi (!) pacjenci powinni być ważniejsi, że ona to zgłosi do ordynatora itp. No cóż, bywa. Poduszkę jej poprawiono, ale to nie uciszyło pani Wiesi. Przez kolejne dwie godziny wymyślała kolejne problemy - a to jej woda upadła, a to kapcie nierówno stoją... Warto dodać, że pani Wiesia nie była przykuta do łóżka i miała pełną swobodę ruchów. I tak do 4:00 rano.

- Niestety miałam tego pecha, że badanie rezonansu wyznaczono mi w ten sam dzień, co naszej ulubionej pacjentce. Ja miałam godzinę 11:30, natomiast pani Wiesia 10:00. Od 7:00 rano siedziała w szlafroku na krzesełku pod drzwiami i czekała aż ktoś po nią przyjdzie. Grubo po 10:00 (co wcale nie przeszło bez echa) przyszła pielęgniarka i... wyczytała moje nazwisko. Trochę się zdziwiłam, ale zgarnęłam szybko potrzebne rzeczy i wyszłam z sali. Za moimi plecami posypała się dorodna wiązanka, a chwilę później pani Wiesia wyleciała na korytarz i kontynuowała awanturę, angażując w sprawę nawet ordynatora i odgrażając się, że ona ma znajomości i wszyscy tutaj pożałują. Ha-ha.

- Muszę też dodać, że przez cały mój pobyt w szpitalu próbowała skrzętnie się mną wysługiwać. Nie byłam w jakimś bardzo złym stanie, więc na początku, z czystej dobroci i szczerych chęci wyręczałam ją w prostych czynnościach, jak np. podanie widelca lub noża czy przyniesienie z lodówki jogurtu. Jednak szybko zorientowałam się, że robię za Kopciuszka i dalej pani Wiesia musiała radzić sobie sama. Pomijam komentarze kierowane do odwiedzającej mnie mamy, że jestem niewychowana i bezczelna.

- Pani Wiesia opowiadała również o niezawodnym sposobie dostania się do szpitala:
Należy zadzwonić na 112 (BROŃ BOŻE NA 999) i powiedzieć, że ma się bardzo wysokie ciśnienie, duszności, wymioty, wysoką temperaturę i ból głowy. Podobno zabierają od razu na dwa tygodnie. Piekielna chwaliła się, że w tym roku jest w szpitalu już 4 raz, a obecny pobyt ma ZAREZERWOWANY aż do 19 sierpnia.

- Wokół szpitala był specjalny park, w którym można było wypocząć na świeżym powietrzu. Pani Wiesia nie skorzystała z niego ani razu, choć wciąż narzekała na duchotę w sali i brak odpowiedniej wentylacji.

- Co do ciągłych awantur z lekarzami i pielęgniarkami... Aż szkoda słów.

I... Wisienka na torcie.

- Pani Wiesia stwierdziła również, że odwiedzająca mnie babcia rzuciła na nią klątwę i, że ona musiała sobie to znakiem krzyża pod kołdrą odczynić! Dla wyjaśnienia: babcia weszła do sali, przywitała się ze wszystkimi, zostawiła mi na stoliku owoce i słodycze i... wyszła.
Później z tego tytułu wywiązał się dość zabawny dialog, kiedy Pani Wiesia stwierdziła, że moja siostra (która była codziennym gościem) w ogóle nie jest do mnie podobna. Wyjaśniłam więc szybko, że Ola wdała się w mamę, a ja za to w babcię :) Jej mina była dość zabawna. Szczególnie, kiedy później wpatrywałam się w nią dość przenikliwym spojrzeniem kilkanaście sekund, a później szybko odwracałam wzrok.
Może to dość okropne, stosować takie "szatańskie" praktyki na starszych ludziach, ale jeśli chodzi o tą panią - nie miałam żadnych skrupułów.

Ja rozumiem, że pobyt w szpitalu może nieść za sobą wiele plusów, jak chociażby darmowe posiłki i lekarstwa i wcale nie twierdzę, że Pani Wiesia nie była na nic chora, ale wydaje mi się, że takie zajmowanie miejsca w sali jest niesprawiedliwe. Na korytarzu leżały naprawdę cierpiące osoby i jestem w stanie sobie wyobrazić, że to nic przyjemnego - leżeć przykutym do łóżka, kiedy wokół co chwila ktoś się kręci (samo korzystanie z basenu musi być krępujące...).

Tak czy inaczej, pewnie takich lub podobnych przypadków jest wiele, ale mnie - jako osobie rzadko przebywającej w szpitalach - wydało się to dość dziwne. Jak widać hieny mają wiele podgatunków.

szpital

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 582 (614)

#51801

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu (dokładniej luty i marzec) pracowałam jako hostessa dla... a co mi tam, podam nazwę, firmy reklamowo-promocyjnej Vectra.
Swoja pracę wykonywałam sumiennie i uczciwie. Nie spóźniałam się, stanowisko opuszczałam tylko w celu skorzystania z toalety, a na "tajnej kontroli" dostałam 100%.

W umowie dość pokrętnie piszą, że czas na wypłatę mają do 15 dnia następnego miesiąca. Wychodzi więc na to, że kasę za luty wypłacają w kwietniu, za marzec w maju i tak dalej...
Już w marcu zrezygnowałam z pracy po tym, jak w internecie natknęłam się na mnóstwo negatywnych opinii o ww. firmie. Postanowiłam poczekać do 15 kwietnia na przelew, a dopiero później ewentualnie znów podjąć współpracę. Pracować za darmo mi się nie uśmiecha.

15 kwietnia pieniędzy oczywiście brak. Dzwonię do sekretariatu. Odbiera Pani X i obiecuje, że pieniążki będą wysłane w ciągu dwóch dni. Po dwóch dniach znów dzwonię i znów ta sama śpiewka. W końcu zagroziłam im Inspekcją Pracy i łaskawie przelali kasę.
Miesiąc później ta sama historia, ale jak widać moje groźby przestały już na nich działać, bo pieniędzy nie mam do dzisiaj, a mamy koniec czerwca.
I chyba się do tej Inspekcji przejadę, choć nie jest to duża kwota (w granicach 150 zł).

Możecie pomyśleć co w tym takiego piekielnego... Otóż:

154 zł : 7zł/h = 22 godziny PRACY ZA DARMO. 22 godziny stania w jednym miejscu, uśmiechania się i wciskania ludziom środka do mycia muszli klozetowej.

Przestrzegam wszystkie młode dziewczyny, które chcą sobie dorobić w wakacje przed Vectrą!
Nie można dać zrobić z siebie niewolnika!

praca hostessy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 566 (620)

#50815

(PW) ·
| Do ulubionych
Na facebooku istnieją specjalne grupy, za których pośrednictwem można sprzedać kilka niepotrzebnych ciuszków z szafy. Dodałam swój album ze zdjęciami, wszystko dokładnie opisałam i czekałam na oferty.
Pierwsza pojawiła się już następnego dnia i już na samym początku pojawił się również mały problem. [D]ziewczyna X napisała do mnie od swojej koleżanki, ponieważ: „woli nie używać swojego konta przez to, że była prześladowana przez swojego chłopaka i chce unikać problemów (...)“. Rozpisała się dość kwieciście, ze szczegółami opisując przebieg całego zdarzenia, ale cóż, „klient nasz pan“, odpisałam jej grzecznie i umówiłam się na spotkanie.

Zadzwoniła godzinę przed:
[D]: Heeeeej! (tonem jak do najlepszej przyjaciółki, co ważne). Chciałam się upewnić, że na pewno będziesz. Masz tą kurteczkę, nie?
[J]: Cześć. Tak, tak, mam ją przy sobie. Będę na miejscu o 17:00, może nawet nieco wcześniej.
[D]: To wspaniale! Już nie mogę się doczekać! Pa, pa! Buziaczki.
[J]: Yyy... Do zobaczenia (już trochę zakłopotana; jestem dość zdystansowaną osobą).

Tak jak się umawiałyśmy, zjawiłam się przed czasem, jednak dziewczyna i tak wyglądała na wyjątkowo zniecierpliwioną. Niestety, już na wstępie pomyślałam, że kurtka będzie na nią za ciasna, co - nie ukrywam - trochę mnie zirytowało, bo wymiary podałam bardzo dokładne (dodatkowo zaznaczyłam, że dana rzecz dobrze prezentuje się na osobach niskich i drobnych), a przejażdżka przez całe miasto na próżno po całym dniu zajęć nie należy do moich ulubionych rozrywek.

[D]: No heeej! (tutaj cmokliwy, soczysty pocałunek w policzek). Chodźmy od razu przymierzyć, ta kurtka jest po prostu niesamowita!

Stało się jak przewidziałam - kurtka za ciasna, z zakupu nici. Pomyślałam, że trudno, zdarza się. I tutaj się zaczęło. Niedoszła klientka towarzyszyła mi przez CAŁĄ drogę na przystanek, wsiadła ze mną do tego samego tramwaju, następnie pojechała ze mną aż pod mój dom i próbowała wprosić się do środka.
Przez cały ten czas nieustannie opowiadała mi o sobie, swoich problemach, perypetiach w szkole i w domu, nawet o tak banalnych detalach jak: „rok temu pożyczyłam koledze 100 zł i do teraz nie mogę odzyskać kasy, może ty byś mi pomogła?“ czy „od jakiegoś czasu oszukuję rodziców, że chodzę na praktyki, a wcale tego nie robię“.

Przez cały ten czas moje odpowiedzi ograniczały się do „mhm", „tak", „nie", „to straszne".
Dowiedziałam się o niej w sumie wszystkiego, choć wcale nie miałam na to ochoty. W końcu przed furtką powiedziałam jej stanowcze „nie“, na co uraczyła mnie wiązanką:

[D]: Przecież jesteśmy przyjaciółkami! Jak możesz mnie nie wpuścić? Muszę ci coś jeszcze opowiedzieć!

Nie wytrzymałam. Miałam naprawdę dość godzinnego pieprzenia, za przeproszeniem, głupot.

[J]: Nie jesteśmy żadnymi przyjaciółkami, umówiłam się z tobą w celu sprzedaży kurtki, a nie po to, żeby słuchać wyżaleń i jeszcze zapraszać cię do domu. A teraz przepraszam, ale jestem zmęczona. Do widzenia.
[D]: No to jest ku*wa bezczelność! Powinnaś się cieszyć, że ci to wszystko powiedziałam! JAK MOŻESZ BYĆ TAKA! NIENAWIDZĘ CIĘ! TY SZM*TO!

Za plecami usłyszałam jeszcze kilka epitetów, ale postanowiłam odpuścić.
Naprawdę nie mam nic przeciwko luźnej rozmowie czy uprzejmej wymianie zdań. Nie jestem gburem ani odludkiem, ale... wszystko to mnie zwyczajnie zniesmaczyło. Nie wyobrażam sobie zadręczać obcej osoby rozmową o swoim życiu i na koniec „na bezczela“ wpychać się za drzwi.
Cóż, może jestem jakaś inna.

facebook

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 751 (855)
zarchiwizowany

#47355

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ładnych parę lat temu miałam "wspaniałą" wychowawczynię i nauczycielkę, nazwijmy ją Panią X. Oto kilka przykładów:

- Przeprowadzanie niemal 30-osobowej grupy na czerwonym świetle ("bo przecież i tak nic nie jedzie") lub w miejscu niedozwolonym - np. tuż przed zakrętem lub rondem.

- Palenie papierosów na wycieczkach szkolnych w obecności uczniów (tutaj muszę dodać - mnie osobiście jakoś niespecjalnie to zdemoralizowało, w końcu codziennie można zobaczyć palące osoby na ulicy i jakoś nikt się z tego powodu nie oburza, ale bądź co bądź zachowanie nieadekwatne do dzierżonej funkcji. Wiadomo, że młodzież w gimnazjum lubi potem powtarzać takie rzeczy, a od uczniów do dyrekcji droga krótka. Na miejscu nauczycielki zwyczajnie obawiałabym się konsekwencji).

- Była raz pewna wycieczka. Do muzeum. Okazało się tylko, że w poniedziałki zamknięte. A okazało się, kiedy już byliśmy na miejscu.

- Następna wycieczka: Warszawa. Kolega - z natury dość nieogarnięty - zgubił się podczas wycieczki. I tym razem skończyło się z udziałem policji, gdyż Pani X po pół godzinie panicznego poszukiwania (z udziałem klasy, rzecz jasna) zaginionego ucznia była zmuszona powiadomić odpowiednie służby. Na szczęście chłopak się znalazł. Cały i zdrowy. Pospacerował sobie tylko trochę po mieście z słuchawkami w uszach.

- Od początku krążyły plotki, że Pani X ma problemy z alkoholem. Ale wiadomo, że plotki plotkami, nie w każde wierzyć trzeba. Szczególnie w szkole uczniowie podłapują takie "głupotki" i opowiadają sobie wzajemnie aby jakoś tą szkolną rutynę podkoloryzować. Przekonałam się jednak, że nie są to opowieści wyssane z palca, kiedy któregoś dnia podeszłam do Pani X zapytać o ocenę. Aż się cofnęłam, bo wręcz zionęło od niej "wczorajszą" imprezką. Uroku dodała jeszcze czerwona, lekko zapuchnięta twarz.
Potem sytuacja powtórzyła się jeszcze kilkakrotnie, ale nie doniosłam ani rodzicom ani dyrekcji. Z perspektywy czasu patrzę na to inaczej: teraz poszłabym od razu.

- Ubiór i styl Pani X też pozostawiał wiele do życzenia. Krótkie, krzykliwe spódniczki, wyzywające kozaczki na wysokim obcasie, bluzki z dekoltem. Śmiała się z niej cała szkoła.

- Poziom nauczania na jej lekcjach też nie był zabójczy. Uczyła polskiego i z ręką na sercu mogę przyznać, że po trzech latach większość z uczniów cofnęła się jeszcze niżej niż sięga 6 klasa podstawówki. Przykład: Pani X musiała sprawdzać znaczenie słowa "represja" w słowniku, kiedy któraś z koleżanek zapytała co to znaczy. Naprawdę nie wiem, kto wypuścił ją z uczelni z dyplomem...
Mnie uratowało tylko zamiłowanie do książek i wymagające kreatywności forum RPG (które do dziś wspominam z uśmiechem. Zadziwiające, jak internet potrafi rozwinąć zdolności polonistyczne).

Na koniec:
Moja klasa napisała petycję o zmianę wychowawcy i nauczyciela, ale całe przedsięwzięcie nie doszło do skutku. Jak słyszałam - Pani X obiecywała poprawę, błagała o drugą szansę i tak dalej... Wszystko to zdało się oczywiście na nic, a po jej gorących i dobrze rokujących zapewnieniach "mądre" mamy z trójki klasowej petycję podarły i więcej nikt do tematu nie wracał. Nauczycielka starała się przed dwa, może trzy tygodnie, a potem wróciła do swojego starego trybu pracy.

A co jest najbardziej piekielne w tej historii? Mimo upływu kilku lat Pani X pracuje w szkole do dziś. I, z tego co mi wiadomo, niewiele się zmieniła. Nie mam pojęcia, dlaczego dyrekcja nie reaguje na takie zachowanie.
Jedno wiem na pewno: swojego brata posłać tam nie dam.

Szkoła

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (200)

1