Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

ejbisidii

Zamieszcza historie od: 13 stycznia 2014 - 17:18
Ostatnio: 16 sierpnia 2018 - 16:35
  • Historii na głównej: 12 z 16
  • Punktów za historie: 3780
  • Komentarzy: 175
  • Punktów za komentarze: 757
 
zarchiwizowany
O bałaganie w urzędach było już wiele historii, dlatego i ja postanowiłam dodać swoją.

Po wielu stresach w końcu udało mi się zdać egzamin na prawo jazdy. Dokument zamówiony, opłacony, pozostaje tylko czekać.

Po 10 dniach roboczych przyszedł do mnie mail z informacją, że dokument do odebrania w Wydziale Komunikacji Urzędu Miasta. Ucieszona zwolniłam się z ostatniej lekcji (wszak Urząd tylko do 14 czynny), wzięłam ze sobą PKK, dowód osobisty i pognałam do Urzędu.

Pukam, wchodzę do odpowiedniego gabinetu. W środku siedziały dwie panie (1 i 2). Pani 2 siedziała zajęta przy jednym biurku, odpowiedziała na moje "dzień dobry" i wróciła do swojej roboty.

Ja: Przyszłam odebrać prawo jazdy.
P1: Proszę imię i nazwisko, dowód tożsamości.

Podaję grzecznie pani dowód, ona wyjmuje odpowiednią teczkę, wyciąga wszystkie papiery, które się w niej znajdowały, podała mi do ręki dokument prawa jazdy, kazała sprawdzić i potwierdzić, że wszystko się zgadza, po czym mówi:

P1: Proszę kartę motorowerową.
Ja: Dlaczego?
P1: W Pani wniosku jest zapis, że ma Pani mieć wpisaną kategorię AM do dokumentu prawa jazdy, także proszę o Pani kartę, bo muszę ją włożyć do Pani teczki.
Ja: Przepraszam, a gdzie taka informacja się znajduje?
P1: Nigdzie, po prostu tak jest.

Zdenerwowałam się. Przy składaniu wniosku o wydanie PKK dostałam informację na kartce A4, że trzeba zapłacić 100 zł 50 gr za dokument, był też tam nr konta, żeby przypadkiem nie zapomnieć o zapłacie, ale nawet słowa nie usłyszałam, że muszę oddać kartę motorowerową.

Wróciłam do domu (na szczęście mam "tylko" 5 km, współczuję tym, którzy musieliby wracać do swoich miejscowości oddalonych o nawet 20 km od Urzędu) i rozpoczęłam poszukiwanie mojej karty. Po złożeniu PKK byłam pewna, że więcej mi się nie przyda, ale tradycyjnie żyłam w błędzie. Po dłuższych poszukiwaniach udało mi się odnaleźć zgubę i wróciłam do Urzędu.

Pani nr 1 nie było, dlatego też pani nr 2 wydała mi dokument. Podpisałam, odebrałam i szczęśliwa wróciłam do domu.

Mało piekielne, wiem.
Ale, ale to nie koniec.

20 minut później telefon:
P1: Dzień dobry, nazywam się P1, dzwonię z Wydziału Komunikacji Urzędu Miasta, czy mam przyjemność z ejbisidii?
Ja: Tak, a co się stało?
P1: Była dzisiaj Pani u nas odebrać prawo jazdy, proszę sprawdzić, czy przypadkiem go pani nie wzięła.

Moja żuchwa opadła, odbiła się od podłogi i wróciła na swoje miejsce. Przecież (do jasnej cholery) 20 minut temu odebrałam swój dokument... A może miałam go tam zostawić?
Pomyślałam, że P1 pewnie chodziło o pliki papierów z mojej teczki, więc odpowiedziałam:

Ja: Nie proszę Pani, żadnych dokumentów nie brałam.
P1: Ale proszę dokładnie sprawdzić, czy nie zabrała pani przez przypadek dokumentu przy sprawdzaniu dowodu.
Ja: Na pewno niczego nie ukradłam.
P1: Proszę Pani, Pani dokument zniknął, a ja tu potrzebuję podpis, że Pani go odebrała! Proszę sprawdzić dokładnie i go oddać.
Przepychanka trwała jeszcze kilka chwil, nie miałam pojęcia o czym ta kobieta do mnie mówi.
W końcu zrozumiałam, że P1 faktycznie chodzi o dokument, który już 30 minut leżał w moim portfelu.

Ja: Ale przecież po pierwszej wizycie u Państwa przyjechałam powtórnie z kartą motorowerową, podpisałam odbiór plastiku i go wzięłam!
P1: Aha, to do widzenia.

I rozłączyła się.
Aha.

PS. Dodam, że P1 i P2 siedzą ze sobą "biurko w biurko".

urząd miasta

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (285)
zarchiwizowany

#61889

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie rozumiem niektórych "matek".

Pewna właśnie "matka" udała się na zakupy do galerii handlowej ze swoją 3-letnią córeczką.
Jako że zakupy z takim dzieckiem okazały się dla "matki" zbyt męczące postanowiła dziecko zabawić...

...zostawiając na bajce w znanym sklepie obuwniczym. Same. Bez opieki.

Kiedy dziewczynka zorientowała się, że "matki" nigdzie nie ma (po kilkunastu minutach) wybiegła ze sklepu z tak przerażającym krzykiem i płaczem, jakiego naprawdę jeszcze nigdy nie słyszałam.

Biegała po galerii jeszcze przez kilka minut, a potem ucichła (może znalazła "matkę"?)

Galeria znajduje się przy ruchliwej ulicy, a ze sklepu w którym dziewczynka została zostawiona do wyjścia jest bardzo blisko.
A gdyby dziewczynkę ktoś porwał?
A gdyby zrobiła sobie krzywdę (np.: na schodach ruchomych)?
Kto by za to odpowiedział? Panie z obuwniczego, bo nie upilnowały?

Ręce, nogi i cycki opadają...

[EDIT] Nie obserwowałam biernie (chociaż tak można zrozumieć). Przyszłam do sklepu, zauważyłam, że jakaś babka zostawia dziecko na bajce i pomyślałam, że sama przymierzała buty nieopodal. Nie miałam pojęcia, że kobieta wyszła ze sklepu. Dlaczego nie wybiegłam za dziewczynką? Ciężko mi było w jednej chwili rzucić się w pogoń za biegnącym dzieckiem z drugiego końca sklepu w jednym swoim bucie, w drugim przymierzanym i z kilkoma reklamówkami z zakupami...

matki

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (335)
zarchiwizowany
Dalsza część historii zarchiwizowanej jakiś czas temu:

Dostałam zadanie domowe, które mogłam odrobić korzystając z książek znajdujących się w bibliotece Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (najbliżej mojego miejsca zamieszkania). Człowiek przygotowany na taką wyprawę do wielkiego miasta (toż to 80 km od mojej wsi), informacja, że biblioteka czynna do godziny 20:00 sprawdzona na oficjalnej stronie, całe sobotnie popołudnie zarezerwowane i wsioo!
Po przyjechaniu na miejsce około godziny 16 dowiaduję się od pani portierki, że biblioteka czynna do 15:00. A kto odpowiada za błędną informację? Uwaga... Magiczna osoba o imieniu NIKT!
Także dziękuję za stracone popołudnie i pieniądze na benzynę!

Ale ale...

Kilka dni później zadzwoniłam do biblioteki, w celu poinformowania o błędzie na stronie.

tam tara tam...

Biblioteka jednak czynna była, to pani w portierni niedoinformowana.

Nie wiedziałam, czy śmiać się czy płakać...

Uniwersytet Śląski

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (35)

#59677

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia raczej śmieszna ;)
Gabinet dentystyczny prowadzony przez małżeństwo. Kiedy terminów do Pani nie ma, przyjmuje Pan i na odwrót.
Pewnego dnia nie mogła mnie przyjąć Pani, więc udałam się do Pana. Pan stwierdził ubytek, plombę założył i do domu.

Po kilku dniach zaczął mnie boleć strasznie reperowany wcześniej ząb.
Udałam się znowu do gabinetu, tym razem do Pani.
Pani spojrzała do buzi i jak nie krzyknęła:

[Pani]: Dziecko drogie! Kto Ci takiego syfu w buzi narobił! Ty tego debila powinnaś zaskarżyć! Jak ktoś ci mógł tak zęba zepsuć, trzeba będzie wyrywać! Dlaczego nie byłaś u mnie? Daj mi numer do tego pacana, co się dentystą śmie nazywać!
[Ja]: To był pani mąż...

Dentystka zbladła, zzieleniała i do końca wizyty słowem się nie odezwała.
Oj, wyczuwam kłótnię małżeńską... ;)

dentyści

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 713 (755)
zarchiwizowany

#59255

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dostałam zadanie domowe, które mogłam odrobić korzystając z książek znajdujących się w bibliotece Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (najbliżej mojego miejsca zamieszkania). Człowiek przygotowany na taką wyprawę do wielkiego miasta (toż to 80 km od mojej wsi), informacja, że biblioteka czynna do godziny 20:00 sprawdzona na oficjalnej stronie, całe sobotnie popołudnie zarezerwowane i wsioo!
Po przyjechaniu na miejsce około godziny 16 dowiaduję się od pani portierki, że biblioteka czynna do 15:00. A kto odpowiada za błędną informację? Uwaga... Magiczna osoba o imieniu NIKT!
Także dziękuję za stracone popołudnie i pieniądze na benzynę!

uniwersytet śląski

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (41)

#57418

(PW) ·
| Do ulubionych
Najstarsza siostra mojej babci - Ciocia F.- w tym roku będzie obchodzić swoje 90-te urodziny. Mieszka ona sama w Raciborzu na śląsku w małym mieszkaniu na jednym z osiedli. Musicie wiedzieć, że ciocia F. mimo swojego sędziwego wieku dokładnie pamięta każdy szczegół II Wojny Światowej: naloty, bitwy, które działy się pod rodzinnym domem, ciała rozstrzelanych w ogrodzie, przemarsze więźniów do obozów zagłady... Słowem: piętno wspomnień wojny towarzyszy jej od 75 lat.

Kiedy pod koniec wojny na podwórku domu cioci były składowane ciała niemieckich oficerów (pod koniec wojny byli to 18 letni chłopcy) przygotowane do spalenia lub zakopania w zbiorowej mogile, ciocia wraz ze swoim tatą miała za zadanie rozebranie ich, zabranie pieniędzy itp. Ciocia dodatkowo zabierała dokumenty oficerów, które po wojnie odsyłała do ich rodzin i korespondowała z niemieckimi matkami, siostrami i żonami.
Tyle słowem wstępu. Przejdźmy teraz do właściwej historii.

Pewnego dnia do domofonu cioci F. zadzwoniła pewna pani, uprzejma, miła i grzeczna. Przedstawiła się jako przedstawicielka jakiegoś stowarzyszenia rodzin niemieckich(!). Jako, że ciocia nie za bardzo rozumiała przez domofon (sędziwy wiek), zaprosiła panią pod drzwi. Pani przedstawiła z czym przychodzi, że ciocia paczkę otrzyma od stowarzyszenia, że nagrody za pomoc itp. itd.
Ciocia zaprosiła panią do środka, bo jak to tak rozmawiać przez drzwi? Usiadły w salonie, porozmawiały, herbatę wypiły, ale ciocia uznała, że niczyjej pomocy nie potrzebuje i z panią się pożegnała.

Kilka godzin później do ciocia przyszła jej córka z zakupami (mieszka w sąsiednim bloku). Kiedy ciocia chciała zapłacić, okazało się, że portfela nigdzie nie ma. Była w nim dość spora suma pieniędzy (nie pamiętam jaka), wszystkie dokumenty, stare zdjęcia zmarłego męża, rodziny.
Pewnie już się domyślacie, kto portfel zwinął...

Ja tylko zadaję pytanie: jak można być takim bezdusznym, żeby okraść 90-latkę? I to jeszcze wykorzystując tak ciężkie wspomnienia z przeszłości! Powoli przestaję wierzyć w ludzkość...
Szanowną panią podziwiam za spryt, bo ciocię musiała obserwować od dłuższego czasu i znać jej historię.

Tak więc, uważajcie na swoich najstarszych członków rodziny!

Racibórz

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 672 (794)