Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

nielubie

Zamieszcza historie od: 4 września 2018 - 23:20
Ostatnio: 21 października 2018 - 17:49
  • Historii na głównej: 3 z 4
  • Punktów za historie: 518
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 95
 
zarchiwizowany

#83396

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może nie wszyscy wiedzą o istnieniu "Neli małej reporterki", więc zanim zacznę o piekielności właściwej, pokrótce ją przedstawię.
Otóż jest to - najkrócej ujmując - dziecięca wersja Martyny Wojciechowskiej.
Są z nią programy, książki, spotkania autorskie, targetem oczywiście są dzieci.
I jest fenomenem - masa dzieciaków się nią fascynuje, a przy okazji dowiadują się sporo o świecie, zwierzętach, kulturach.
Świetna alternatywa dla "jutuberów" i ja się bardzo cieszę że jest.
Koniec wprowadzenia.
Jako, że jak wspomniałam jest niezwykle popularna, na takowe spotkania przychodzą tłumy. Mimo że są to biletowane wydarzenia np. Podczas WorldTravelShow czy innych tego typu wielkich eventów.
Piekielność?
Jej fani to dzieci. Często dość małe dzieci, tak od 4 roku życia. Każde by chciało mieć autograf i zdjęcie ze swoją idolką, co jest w pełni zrozumiałe.
Efekt jest taki, że kolejka do autografu jest na kilka godzin stania. Wczoraj stałam 4.5 h.
Ja nie mam wielkiego problemu, bo moja córka jest już duża i się po prostu zmieniałyśmy w kolejce, jedna stała a druga zwiedzała targi i odpoczywała...
Ale rodzice z maluchami nie mieli takiej opcji, a często byli bez drugiego rodzica (bilety nie są tanie a nikt nie uprzedza że trzeba się liczyć z giga kolejką).
I to jest właśnie problem. Jesteśmy z córką uczynne więc pomagaliśmy jak się da "towarzyszom niedoli".
Moim zdaniem, jeśli się robi taki event dla dzieci, to powinno być to jakoś ogarnięte. Wiem że kasa się musi zgadzać, ale mały placyk zabaw i opcja zakupu czegoś do picia czy jedzenia podczas czekania w kolejce, sprawiłaby że dzieci by wracały na kolejne spotkania. Tymczasem głównym komentarzem który słyszałam było: NIGDY WIĘCEJ.
Rodzice byli w kropce bo tu dzieciak czekał kilka miesięcy na wymarzone spotkanie z idolką i w końcu za to się zapłaciło za te bilety żeby też miał pamiątkę w postaci wspólnego zdjęcia i autografu na książce.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -11 (23)

#83263

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym systemie informatycznym, samoistnie zmieniającym dane we wnioskach obywateli.

Nie jestem beneficjentem żadnych 500+, zasiłków itd. Dlatego ucieszyłam się, że chociaż te 300+ dostanę na wyprawkę córki do szkoły.
Już na początku akcji złożyłam e-wniosek, za pomocą profilu zaufanego, więc zgodnie z przepisami powinnam dostać świadczenie najpóźniej 30.09.
Niestety najpierw okazało się że "system" zaciągnął sobie dane adresowe nieaktualne od 15 lat. Nie wiem jakim cudem, meldunek mam gdzieś indziej, najgorzej że nie umiałam tego ręcznie zmienić.

No nic, po godzinie kopania się z koniem/systemem, puściłam wniosek z tym adresem (inne miasto niż od lat mieszkam), po czym telefonicznie sprostowałam sprawę. Po jakimś czasie (początek sierpnia) otrzymałam list z rodzimego urzędu, z potwierdzeniem, że wniosek został przekazany do urzędu właściwego do obecnego zamieszkania.
Ufff... Ale po dwóch kolejnych tygodniach, kiedy to wciąż nie dostałam nawet potwierdzenia, że wniosek został przez tutejszy urząd zaakceptowany, zadzwoniłam do nich.
I tu zaczyna się śmiesznie.

Pani stwierdza, że mojego wniosku nie ma. No to znowu telefon do urzędu z miasta rodzinnego.
Na pewno wysłali.
I tak sobie dzwoniłam do jednych i drugich, ostatecznie po kilku godzinach tej zabawy urzędniczka ze stołecznego urzędu w końcu odnalazła mój wniosek.
Ta-dam!
Przy okazji zaczęła wyliczać ile to świadczeń otrzymuję.
Że what? (Jak wspomniałam nic nie dostaję poza tym wyprawkowym).

W tym momencie przypomniało mi się, że w przychodni kiedyś rejestratorka wspomniała, że mają w systemie drugą osobę o identycznym imieniu i nazwisku.
Poprosiłam więc urzędniczkę o dodatkową weryfikację przez PESEL.
Miałam rację - to co znalazła, to wniosek "tej drugiej".
Poprosiłam więc o zwrócenie uwagi czy im się nasze wnioski nie pomieszały, no i dalej, za radą urzędniczki, cierpliwie czekałam.
Do dzisiaj.

Wczoraj minął ustawowy termin wypłaty świadczenia, a ja wciąż ani decyzji o przyznaniu, ani kasy.
Dzwonię więc do stołecznego (Bemowo) urzędu i pytam grzecznie co się dzieje.
Pani po sprawdzeniu moich danych z oburzeniem:
- Ale przecież wypłaciliśmy!
Ja: - Nie wiem komu, ale mi na pewno nie...

Po sprawdzeniu nr konta, pani zamilkła na dłużej i słabym głosem stwierdziła, że zaraz oddzwoni. Po oddzwonieniu usłyszałam że:
SYSTEM SOBIE POBRAŁ INNY NUMER KONTA, PEWNIE TEN CO PANI NA NIEGO BECIKOWE DOSTAŁA.
Noszzz k....
Ale drążę dalej, poprosiłam o cztery ostatnie cyfry tego nr konta.
Becikowe pobierał mąż na swoje konto.
Jego konto ma inne ostatnie cztery cyfry.
Konta nie zmieniał od czasów studenckich.

Sprawdziłam też swój wniosek. Może tak jak stary adres, zaciągnęło skądś moje stare konto, a ja byłam gapa że nie sprawdziłam?
Nie. We wniosku jest moje, aktualnie używane konto.

Co dalej usłyszałam od urzędniczki? Że teraz muszę czekać, bo SYSTEM ma odhaczone jako wypłacone, i dopóki nie odzyskają moich 300 zł, ja ich nie zobaczę.

Swoją drogą ciekawe, system odhaczył jako wypłacone, a decyzji o przyznaniu dalej nie ma.
Ciekawe prawda?

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (177)

#83164

(PW) ·
| Do ulubionych
Szkoła. Dla niektórych piekielność sama w sobie, dla mnie jako rodzica - tylko od czasu do czasu.

1. Basen. Obowiązkowy dla klas drugich w podstawówce. Obowiązkowy to słowo-klucz, gdyż zgodnie z przepisami jeśli zajęcia są obligatoryjne to kosztami przeprowadzenia tychże zajęć, w przypadku basenu - dojazdu - nie można obciążać rodziców.

Teoria teorią, w praktyce cały rok płaciliśmy za autokar, bo szkoła kasy nie ma, gmina nie da - do tego z góry i niezależnie czy dziecko było w szkole tego dnia, czy nie, bo tak wygodniej pani skarbnik.
Dzieci z całej dzielnicy jeździły na ten sam basen w ramach wf. Tłum na korytarzu, zajęcia za zajęciami, przebieralnie całe mokre. Jeśli ktoś sądzi że opiekunowie i nauczyciele dbali o to aby dzieci się umyły przed i po pływaniu - to się myli. Było wręcz przeciwnie. Miały wręcz wprost zabronione mycie się "bo nie ma czasu, następni czekają".

Teraz sobie wyobraźcie. Kilkaset dzieci codziennie, nieumytych wcześniej, tapla się godzinę w wodzie.
Efekt roku na basenie szkolnym - kurzajki (i cieszę się że tylko to).
Na zebraniu poruszaliśmy. Wychowawczyni nie widziała problemu, pozostali rodzice również.

2. Muzyka. W klasach 1-3 dzieci uczyły się gry na flecie. Mojej się podobało, nawet chodziła na dodatkowe zajęcia.
Zaczęła się klasa 4 - zmieniła się pani od muzyki i nagle - proszę kupić cymbałki. A fletu już nie będzie.
3 lata nauki dzieci w las - bo pani ma takie widzimisię.

Osobną piekielność stanowią rodzice.
Jestem jeszcze w stanie zrozumieć pomaganie (nie robienie za dziecko) z praca plastyczną do przedszkola, ale żeby robić wszystkie prace za dziesięciolatka?
Pani od plastyki też lekko piekielna, skoro pozwala za każdym razem zabrać obrazek do domu do dokończenia i nie zwraca uwagi że na następnych zajęciach dostaje od tego dziecka zupełnie inną pracę...

Moja córka jest zniechęcona, zawsze robi samodzielnie, uzdolniona bardzo jest, a dostaje słabsze oceny. (Wie że ta mama robi te prace sama bo była świadkiem u nich w domu).

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (197)
poczekalnia

#83213

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dawno dawno temu, kiedy Internet jeszcze raczkował, Mark Zuckenberg jeszcze nie wymyślił Facebooka, bardzo popularny był komunikator ICQ. Można było poznać ludzi z całego świata, potrenować angielski...
Trenowałam i ja. Oczywiście już wtedy można było trafić na palanta któremu tylko cyberseks w głowie, ale zdarzali się bardzo fajni ludzie z którymi przegadałam wiele miesięcy.
Razu pewnego odezwał się jakiś chłopak z Niemiec. Sympatyczny, nie nachalny, bez tekstów z wyraźnym kontekstem. Po iluś tam tygodniach rozmów wymieniliśmy się zdjęciami no i znajomość zaczęła wchodzić na zupełnie inny poziom. Nagle zaczął chcieć mnie poznać osobiście, nieśmiało planować kiedy mógłby wpaść do Polski. Przy tym jednak, wciąż nie było żadnych nawiązań do seksu.
Pomysł poznania się osobiście, po namyśle przypadł mi do gustu. Upewniłam się jednak, poruszając sprawę wprost, czy na pewno dobrze się rozumiemy i czy jest świadomy że bzykania nie będzie.
Jasne, ofkors, nawet mu do głowy nie przyszło.
Więc ok, raz kozie śmierć. Umówiliśmy się na wypad nad wodę, wynajęłam pokój w hotelu, gdzie wiedziałam że będę w miarę bezpieczna jakby co.
Dzień był bardzo miły, pływaliśmy łódka, opalaliśmy się. Zero podejść. No ale przyszedł wieczór i noc, no i zaczęły się próby wejścia mi do łóżka. Do niczego nie doszło, w końcu zrozumiał moje NIE i poszliśmy spać.
Następnego dnia przeprosił, zwalił na alko, przyjęłam. Po tym jak wyjechał, gadaliśmy jeszcze jakiś czas, miał przyjechać znowu. Tym razem jakieś zwiedzanie miasta czy coś. Czekałam cały dzień... Nie odbierał telefonu. Bałam się że coś się stało. Okazało się że zwyczajnie mnie wystawił, po tym jak odkryłam że nie mogę już do niego pisać wiadomości na ICQ.
Zemsta była słodka.
Założyłam fikcyjny profil jakiejś Czeszki. Chciałam żeby było blisko jak do mnie ale nie w Polsce żeby nie podejrzewał że to ja.
Ułatwieniem było też to że rozmawiając ze mną nigdy nie prosił o numer telefonu, wymieniliśmy się nimi dopiero jak wyjeżdżał do mnie, a użył go dopiero jak był prawie na miejscu. Miałam nadzieję że tak będzie i tym razem...
Starannie wybrałam miejscowość, dobrałam detale, później jak już gadaliśmy wykorzystałam zdjęcie jakiejś koleżanki.
Codziennie szukałam informacji o tym regionie Czech co nie było łatwe bo to były początki internetu, ale udawało się coś znaleźć - i aby się uwiarygodnić wspominałam o wypadku w okolicy itd od czasu do czasu. Miałam zapisaną całą historię mojej fikcyjnej rodziny, żeby nie pomylić szczegółów.
Wcześniej na tym profilu gadałam z jakimiś dziewczynami z Czech i kopiowałam potem ich błędy w angielskim do moich rozmów z nim.
Złapał haczyk.
Scenariusz taki sam jak ze mną. Po kilku miesiącach nieśmiała propozycja przyjazdu. Wszystko dokładnie tak samo.
Podałam numer jakiejś gospody w Czechach, który znalazłam w internecie.
Tak samo jak do mnie, napisał że właśnie wychodzi z domu i zadzwoni jak będzie już blisko. Po około 12h mnie zablokował bez słowa - już wiedziałam że Zemsta się udała :-)
Nie wiem kto był bardziej piekielny, ja czy on.

Edit: widzę po komentarzach że powinnam napisać bardziej wprost coś, co zdawało mi się zrozumiałe z samej historii.
Koleś po tym pierwszym spotkaniu z premedytacją ciągnął to dalej, udając nie wiadomo jaką fascynację, TYLKO po to żeby po kilku tygodniach wyciąć mi numer z umówieniem się i nie przyjechaniem połączonym z zablokowaniem mnie na ICQ.
To była jego zemsta za "nieudaną" randkę, mimo że rozmawialiśmy o tym wcześniej i twierdził że nie traktuje naszego spotkania jak seksturystyki. Po prostu traktował mnie jak idiotkę do zaliczenia...
Więc dałam mu trochę to myślenia, owszem zajęło to sporo czasu, ale może w drodze powrotnej z Czech przyszło mu do głowy kilka refleksji...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (114)

#83083

(PW) ·
| Do ulubionych
Weganie. Niby tylko sposób odżywiania, a jednak stan umysłu.

Do tej pory nie przeszkadzali mi, troszkę bawiły mnie memy o nich, generalnie nie miałam z nimi problemu.
Sama kiedyś ze względów ideologicznych byłam wegetarianką przez jakieś 2 lata, więc rozumiem że można czegoś nie jeść z jakiegoś powodu.
Zmieniłam zdanie, weganizm niszczy mózg.

Powód 1: Pierwsza Komunia córki. Impreza rodzinna, wiadomo. Siostra męża i jej facet to weganie. Zamówiliśmy im z knajpy wegańskiej pełne menu, ale firma trochę się spóźniała. Proponuję chociaż buraczki na ciepło czy coś z tych "koszernych" rzeczy.
Nie, oni wolą siedzieć głodni, bo UWAGA: buraczki mogły być mieszane łyżką, której wcześniej ktoś używał do mieszania zupy.
Serio?

Ta sama parka doprowadzała nas do szału, przyjeżdżając do naszego miasta w odwiedziny i - mimo naszych sugestii co do lokalizacji hotelu - wybierali takie miejsca że godzina w korku żeby do nich dojechać i brak miejsc parkingowych. Otóż wiedzieli że dla nas to niekomfortowe, ale kierowali się bliskością wegańskich knajp
Noż...

Przykład 2: Kolega z pracy. Jeszcze parę miesięcy temu bardzo super koleś. Na firmowym czacie często wrzucał różne zabawne rzeczy, żartował, tym bardziej w realu. Jakiś czas temu został weganem.
Od tej pory jego aktywność na czacie to wrzucanie newsów i memów promujących weganizm, a ośmieszających mięsożerców.
Ostatnio już nawet lodówkę w kuchni zaczął oklejać wydrukowanymi memami...
Już z nami tak ochoczo nie rozmawia jak się mijamy, a jeśli już, to da się wyczuć poczucie pewnej wyższości i lekką pogardę dla naszej ignorancji.

Jest taka stara maksyma: jesteś tym co jesz. Cóż, najwyraźniej jak się żywi trawą, to się ma siano w głowie...

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (199)

1