Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 9 czerwca 2018 - 20:37
  • Historii na głównej: 82 z 100
  • Punktów za historie: 32262
  • Komentarzy: 451
  • Punktów za komentarze: 2493
 

#67238

(PW) ·
| Do ulubionych
Opracowuje dokumentacje na pozwolenie na budowę, głównie remontów i przebudów.

Stoję na rynku w Piekiełku - na końcu wszechświata.
Piekiełko ma jakieś 1000 mieszkańców i kilka lat temu zapragnęło niepodległości. Wydzieliło się z gminy Przebogobojnej i samo ogłosiło gminą. Mają tam teraz trzeciego wójta. Pierwszy wykończył się nerwowo i sam odszedł.

- A to nam Pani przystosujesz na urząd - zagaił wójt, wskazując na jeden z trzech budynków należących do gminy. Pomijając dwa pierwsze: szczęśliwy wybór padł na dawny budynek PGRu, mieszczący kilka bardzo nieurzędowych funkcji - z pewnością odpowiadających za połowę legalnego zatrudnienia mieszkańców Piekiełka.
Budynek przyszłego Urzędu był typowym przykładem rozwoju przez pączkowanie. Jednak nie jego (dynamiczna, pełna fantazji bryła) powodowała moje zmieszanie.

- Ale przecież macie ratusz - wyraziłam dręczącą mnie wątpliwość. Na geometrycznym środku rynku w Piekiełku stała bowiem zdecydowanie największa kubatura w tym mieście- obrazowo, że się wyrażę - co najmniej Biedronka. Nawet miała wymienione okna i dach. Na drzwi chyba nie starczyło.
- To stary ratusz. Sprywatyzowaliśmy.
- Kiedy? - spytałam pomna, iż rozmawiam z trzecim wójtem gminy.
- A pierwszy sprzedał, zaraz przed tym jak odszedł. Mówił, że jest dziura w budżecie. Od razu poszło. - słowa te wywołały we mnie tym większą konsternację, gdyż od dawna wiadomo, że nasz rejon Polski, charakteryzuje się głęboką śpiączką rynku nieruchomości. Wręcz śmiercią kliniczną.
- I kto to kupił?
- Aaaa, Jacuś. Drugi wójt. Ten co bar ma - lokalizacja baru nie nastręczała wielkich problemów. Jedyny ocieplony budynek w zasięgu wzroku. Pomalowany na wściekły fiolet. Z tablicą, że to z szwajcarskich funduszy wyrównywania szans.
- I za ile to kupił?
- 4.
- 400 000?
- Nie. 4 000. Bo to do remontu było.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 526 (562)

#66913

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuje przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.
Na podstawie mojej dokumentacji stworzono przedmiar robót, który następnie został wysłany wykonawcom, by określili cenę wykonania prac. 32 bite strony przedmiaru.
Przedmiar został zamówiony przez inwestora, w celu porównania ofert wykonawców. Taki jego osobisty, mały przetarg.
Siedzę więc i przeglądam nadesłane kosztorysy...

Generalnie: dokumentacja projektowa określa jakie materiały muszą być użyte i jakie prace należy wykonać. Przedmiar ma formę tabelki, w której rozlicza się ile tych materiałów potrzeba, ile będzie potrzeba prądu, ile wody, ile ma pracować pracownik itd.
Porządnie zrobiony kosztorys rozlicza każdą pozycję z przedmiaru (np. przedmiar mówi: cegła, ilość 1000, a w kosztorysie stoi cegła: ilość 1000, tyle a tyle za cegłę i koszt całkowity zakupu cegły w formie tabeli).
W przepadku remontu obiektów istniejących jest to jak wróżenie z fusów - bo nigdy nie wiadomo, czy wszystkie części obiektu będą w takim stanie jak przewidziała dokumentacja i może akurat trafi się na trupa w piwnicy, więc kupa robotogodzin pójdzie w pierony.

Siedzę więc i przeglądam nadesłane kosztorysy...
Jeden kosztorys: 300 tys. Drugi kosztorys: 430 tys. Trzeci kosztorys 1.5 miliona zł.
WTF?!!!
Włączam, patrzę, oczy przecieram, a tu dwie pozycje:
"I. roboty - 1 milion zł.
II. roboty dodatkowe- 0.5 miliona zł."
Aha.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 281 (353)

#67026

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Aarda o dziwnym podejściu do obiektów niby-sakralnych przypomniała mi dziwną sytuację.

W ramach wyjaśnienia i wstępu do historii: NIE mieszkam w Rzymie ani Watykanie, ani nawet w Krakowie czy też Wadowicach. Mieszkam w miejscu, przez które papież jeden raz przejeżdżał.

Jest u nas w mieście, w ścisłym centrum pomnik JPII. Jako że u nas wszystko jest na górkach, to plac na którym stoi pomnik też jest na zboczu. Projektant wyszedł z problemu maskując spadek różnymi pochylniami, stopniami i tarasami ziemnymi. Między tym wszystkim JPII na tronie.
Jako że w ścisłym centrum nie idzie uświadczyć placu zabaw, a pochylnie i stopnie zrobione są z dość śliskiego granitu, wszystkie dzieci z okolicy ćwiczą na tym jazdę na rolkach i wyczynowo na rowerze. Ewentualnie biegają w kółko dookoła tronu i ślizgają się po poręczach. Trochę się drą. JPII patrzy na to wszystko z rozczuleniem i pobłażaniem, bo przecież wszyscy wiemy, że lubił dzieci.
Z rozczuleniem i pobłażaniem patrzą na to też mamy siedzące przy pobliskiej fontannie.

Więc siedzę z koleżankami i jemy lody, a dzieci biegają, wrzeszczą itd.
Przychodzi baba. 40 stopni upału, a ona w płaszczu i o dwóch kulach, mocno przegięta do ziemi. Kładzie przed tronem bukiet, zapala świeczkę, modli się. Ogarnia wzrokiem to co się dzieje i powoli idzie w naszym kierunku. Staje 3 m przed nami i we wrzask:
- JAK WY DZIECI WYCHOWUJECIE?! ŻADNEGO SZACUNKU DO NICZEGO! TOŻ TO GRÓB PAPIEŻA, CZŁOWIEK TU LEŻY, A ONE PO NIM SKACZĄ! PO PIERSIACH MU SKACZĄ! CHAMY!
...I poszła.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 451 (535)

#66374

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę. Jakoś tak wyszło, że często robię papiery dla obiektów na granicy katastrofy budowlanej, które na potrzeby historii określać będę "zabytkami".

Robiłam więc zlecenie w gminie X., która była daleko od wszystkiego, a od mojego miejsca zamieszkania to już zwłaszcza. Trzeba było pojechać tam jakieś cztery razy, za każdym zajmowało to cały dzień, a jak się schodziło z obiektu, to człowiek wyglądał wybitnie niewyjściowo. Robotę robiłam dla księdza, ale w gminie był też wójt, bardzo zainteresowany sprawami krojącego się remontu.

I ten wójt za każdym razem jak jechałam umawiał się ze mną, żebym do niego wstąpiła. Nawet umawiał się na godzinę. Więc przyjeżdżałam na tą godzinę i czekałam. Za pierwszym razem od ósmej do jedenastej, aż stwierdziłam, że będę miała cały dzień zmarnowany i poszłam na obiekt realnie pracować. Jak się wstaje o piątej rano, żeby być na ósmą to się człowiek robi niecierpliwy.
Kolejne trzy razy czekałam pół godziny i szłam do pracy. Za każdym razem na wójta czekały trzy/cztery osoby umówione na tą samą godzinę co ja. Wójta nie było, nie wiadomo gdzie polazł, trzy służbowe komórki zostawił w gabinecie i wszystkie dzwonią.
Potem dzwonił do mnie gdzieś o 19, kiedy ja już dawno byłam poza X i właśnie jadłam hot doga na stacji benzynowej, żeby nie zemdleć z głodu w drodze do domu. Za każdym razem przepraszał, tłumaczył się sprawami służbowymi i mówił, że musi się ze mną spotkać, żeby omówić remont (który już miałam omówiony z księdzem). Po uj?

W każdym razie, w okresie kiedy robiłam tamte papiery spotkać nam się nie udało.
Jakieś pół roku później dzwoni. I dzwoni. No to odbieram.
- Bo ja mam dla paniii (mówił tak z akcentem na to "i", że aż przechodziło w "y") robotę.
- A jaką?
- Kościół drewniany, cały do roboty.
- Ale co konkretnie? Fundamenty? Dach? Belki będziemy wymieniać?
- Ja się tam na budowlance nie znam. Przyjedziesz paniii i zobaczysz. Sama paniii ocenisz.
Tu nastąpiło umówienie się na konkretna godzinę i datę. Pchana wewnętrznym niepokojem zadzwoniłam do księdza z X., spytać się o ten kościół, ale okazało się, że to nie jego parafia. Do księdza z właściwej parafii się nie dodzwoniłam.

Więc przyjeżdżam. I wszystko jest jak zawsze. Trzy osoby w kolejce, dzwoniące komórki w gabinecie, nikt nie wie gdzie jest wójt.
Zapobiegliwie zaopatrzyłam się w dwie gazety i mahjonga na komórce.

Byliśmy umówieni na 9. Przyszedł o 13.30. Wysłał mnie, żebym posiedziała sobie w sali ślubów bo tam będziemy spokojnie rozmawiać, a sam poszedł gadać z tymi osobami, z którymi solidarnie czekaliśmy od rana.
O 14.45 miałam już przeczytane gazety, 5% baterii w komórce i całkiem niezłą adrenalinę. Wtedy przylazł. Wsadził mnie do auta pojechaliśmy na obiekt.

Zatrzymujemy się. Wysiadamy. A ja patrzę i oczom nie wierzę.
Fundament nowy. Dach nowy. Szalunek nowy. Nawet ogrodzenie i droga procesyjna była. No dobra - okna były stare.
- Ale tu nie ma nic do remontu! - zakrzyknęłam, zanim złapał mnie szczękościsk ze stresu.
- Ale jest! Wszystko do remontu! Paniii zobaczy! - no to wchodzimy do środka, a tam śliczny ołtarz choć w złym stanie i lekko nadszarpnięte duchem czasu polichromie na płótnie. Dalej nie widzę co ja mam robić.
- O tu! Tu! - podchodzi do ściany ten xxx(!) i szarpie za troczące się płótno z polichromią - Widzi paniiii w jakim jest stanie! To trzeba wszystko przykleić! Remont zrobić!

Poczułam jak mi krew uderza do głowy.

- A tu! Tu! - podchodzi do ołtarza i puka w drewniany gzyms, w połowie zjedzony przez korniki, trzymający się na zardzewiałym podwodziu - To trzeba remontować!
- ALE JA KONSERWACJI WNĘTRZ NIE ROBIĘ. TYLKO BUDOWLANKĘ - o dziwo nawet nie krzyknęłam.
- Ale się Paniii zajmujesz zabytkami!
- Ale mówiłam: fundamenty, dachy, okna, ściany.
- No ale to też jest zabytek!- i majta mi przed nosem ksero wypisu z rejestru dla polichromii i ołtarza.

Policzyłam do 10 markując zainteresowanie polichromią. Westchnęłam. Policzyłam jeszcze raz do 20.
Zmierzyłam okiem metraż, zrobiłam zdjęcia i powiedziałam, że przedstawię ofertę w ciągu tygodnia.
Po powrocie do domu rzuciłam dane znajomemu konserwatorowi i on przygotował ofertę, a potem projekt, dorzuciliśmy coś od siebie za zmarnowany dzień, a od tego czasu telefonów z Urzędu Gminy w X nie odbieram.

Przy okazji poszerzyłam sobie ofertę firmy.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 347 (409)
Historia o próżnym wołaniu o pomoc w opiece nad krewnym z demencją, przypomniała mi jedną sytuację.

Znajomy ma mamę, która jeszcze jest "na chodzie", ale ma już poważne problemy z wejściem do wanny.
W związku z tym udało jej się (czy tez synowi) uzyskać środki na przystosowanie łazienki do jej potrzeb - czyli konkretnie zamontowanie prysznica i pochwytu przy toalecie. Same prace nie wymagają zgłoszenia w Wydziale Budownictwa czy też pozwolenia na remont, ale wymagają zgody wspólnoty mieszkaniowej, w której znajduje się blok.
I tu wspólnota się nie zgadza. Bo w łazience jest przepływowy piecyk gazowy (tzw. junkers), który będzie chodził podczas korzystania z prysznica i starsza pani niechybnie się zaczadzi. Poza tym montaż kabiny prysznicowej - kiedy zamknie się tą kabinę- spowoduje zmianę kubatury pomieszczenia i zakłóci cyrkulacje powietrza.

Kolega napisał odwołanie powołując się na opinię kominiarza (zatrudnionego przez zarządcę budynku) o drożności kominów, atesty i przegląd techniczny piecyka, oraz przedstawiając projekt prysznica w postaci brodzika z zasłonką na drążku, podbity przez architekta z wyraźnym oświadczeniem w części opisowej, że takie rozwiązanie nie zmieni kubatury pomieszczenia. Dodatkowo w odwołaniu zdeklarowano chęć zamontowania wiatraczka przy kratce wentylacyjnej - tak dla pewności i świętego spokoju.

Odpowiedzią na odwołanie było to samo pismo co wcześniej. Słowo w słowo, tylko z nową datą.

Z pismem w garści znajomy wybrał się do działu technicznego zarządcy grzmieć, apelować i poruszać sumienia. Usłyszał, że poszło zarządzenie z góry, by na prysznice się nie zgadzać i basta. Poszedł więc na samą górę i to samo usłyszał od prezesa. Bo oni boją się pozwów, że ktoś się zaczadzi i taką mają politykę firmy.
Więc wychodzi na to, że nawet jeśli jakimś cudem jakieś świadczenie się komuś należy, to i tak nie można go uzyskać w konfrontacji z nigdzie nie napisanym wewnętrznym zarządzeniem wybranego przez wspólnotę zarządcy budynku. Można by ewentualnie zmienić zarządcę, ale z pewnością nie w określonym przez MOPS terminie.

A społeczeństwo nam się w blokach starzeje.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (304)
zarchiwizowany

#65694

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żona kolegi zięcia sąsiada po pół roku bezowocnego poszukiwania pracy stwierdziła, że sytuacja dojrzała do tego, żeby się samozatrudnić. Po szybkim ogarnięciu opcji dofinansowań z PUPy i PROWu uznała, że założy spółdzielnię socjalną.
Kiedy spytałam czym to to jest usłyszałam: "musi być 6 bezrobotnych, dostajemy każda z nas dofinansowanie, wydajemy je wg. kosztorysu, a potem zatrudniamy siebie nawzajem". Acha.
W każdym razie- dziewczyny się między sobą dogadały. Wymyśliły bar typu mleczny z cateringiem. Bar potrzebuje kuchni z zapleczem a kuchnia potrzebuje mieć projekt adaptacji ze zmianą sposobu użytkowania, uzgodniony w sanepidzie, u strażaka i bhpowca... I tu z polecenia sąsiada zięć powiedział koledze który powtórzył żonie, że ja tanio i szybko mogę coś takiego ogarnąć:)
One niby w tej spółdzielni były równorzędne, ale jak w każdym stadzie musiała pojawić się samica alfa i wyszło na to, że to rzeczona żona.
W praktyce (a byłam przerażona wizją rozmowy z szóstką inwestorów na raz) wyglądało to tak, że zawsze byłą owa rzeczona żona i ktoś jeszcze z reszty. A że byłam na miejscu często, to szybko poznałam całą "drużynę". Z wyjątkiem jednej dziewczyny- "Aśki", z zawodu księgowej.
Gdy na żarty poruszyłam temat moje rozmówczynie zrobiły się lekko czerwone i wyznały, że mają z laską problem... bo raz, że w ogóle się nie pojawia, dwa: że trzeba do niej jeździć na głęboką wieś z dokumentami żeby cokolwiek podpisała, trzy będą same własnymi ręcami lokal remontować bo mają kasę tylko na urządzenia i nie liczą, że Aśka będzie z nimi przysłowiowe płytki kładła.A wywalić jej z całej inicjatywy nie mogą, bo muszą być w tym składzie przez rok.
Jak przyszło o zdawania dokumentacji- w atmosferze ulgi, przekroczenia kamienia milowego całego przedsięwzięcia itd- odbywającego się przy ciastku i piwku- to też Aśki nie było. Aśki nigdy nie było.
Dziewczyny wystartowały z działalnością 2.01.15- po ciężkim remoncie robionym systemem gospodarczym. Aśki na otwarciu nie było.
10.02 przyniosła chorobowe od lekarza, ze względu na szósty tydzień ciąży.
"Nawet nie udawała, że to z zaskoczenia"- skończyła mi relacjonować żona kolegi zięcia sąsiada.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (256)

#65389

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwielbiam chodzić na giełdy staroci. Nie mam żadnego wykształcania kierunkowego, ale jestem dość opatrzona. Mogę np. bez problemu powiedzieć, czy dana rzeźba była np. częścią ołtarza, rzeźba ozdobną wolnostojącą czy nagrobkiem.

-Panie, to przecież nagrobek jest!
-A gdzie tam Pani nagrobek! Porządny, betonowy aniołek! W ogródku sobie Pani postawisz! Domestosem można wyczyścić.
-To jest nagrobek bo ma ornamenty! - ten akurat stał obok złamanej kolumny, symbolu przerwanego życia, w kręgu z liści bluszczu u stóp.
-To se Pani postawisz na swoim! Taki recykling!

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 470 (580)
zarchiwizowany
Pracuję przy opracowywaniu pozwoleń na budowę. Ze względu na stosunkowo małe doświadczenie w zawodzie, nie do końca potrafię jeszcze rozmawiać z Inwestorami tak, żeby wyszło dobrze dla pacjenta tj. budynku.
Zdanie: kolorystyka elewacji na kamienicy, z której skuto sztukaterię. Przewiduje się wykonanie nowej sztukaterii z gotowych elementów styropianowych. W grę wchodzą : opaski okienne, podparapetniki, gzymsy i...
-...bonie?
-A czym są bonie?
- Na parterze w kamienicach takie wypukłe poziome pasy na 40-60 cm. Miały udawać ciosy kamienne, tak żeby nadać budynkowi ciężaru i powagi. Ja osobiście rekomenduje bonie, bo wszystkie sąsiednie kamienice mają.
-Ale my mamy parter kompletnie zmieniony- chodzi o to, że pozamurowywali sobie okna i w niektórych otworach okiennych zrobili drzwi. Na parterze był sklep spożywczy a tam nie może być dostępu światła słonecznego, dlatego pozbyli się okien. Po roku sklep zbankrutował a parter wygląda do d...uszy. Inwestorzy nie chcą jednak przywrócić stanu pierwotnego.
-Owszem, ale można zminimalizować ten efekt. Takie bonie są bardzo ładne, będzie lepiej komponowało się z otoczeniem- brnę- poza tym one są ze styropianu. To co prawda 5 cm ale jakiś efekt izolacji termicznej będzie- i tu jak się okazało strzeliłam sobie w stopę.

Na następnym spotkaniu inwestorzy ogłosili mi, że mieszkania z pierwszego i drugiego piętra przegłosowały tych z parteru i boni nie będzie. Bo dlaczego tamci mają mieć minimalną termoizolacje a góra nie, skoro wszyscy mają taką sama opłatę na fundusz remontowy od metra.
Mogłam się zamknąć.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (217)

#65224

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuje przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę. Często zajmuje się budynkami będącymi ćwierć kroku od katastrofy budowlanej. Stan ich wywołany jest przede wszystkim wiekiem, ale i w dużym stopniu specyfiką użytkowników.

Np. taki pacjent: lat 140, kroi mu się remont.
Nie posiada korytarzy, tylko galerie komunikacyjne na tylnej elewacji, które zresztą wchodzą w zakres remontu. Problemem jest bardziej to, co nie wchodzi w zakres.
Otóż kamienica - o numerze powiedzmy 666 - ma na podwórzu tzw. oficynę. Oficyna ta posiada 5 mieszkań i ogłosiła niepodległość. Przybrała numer 666A i wydzieliła sobie swoją wspólnotę mieszkaniową. Problem z nią jest taki, iż nie posiada ona ani schodów ani nawet miejsca na schody, nie ma też dostępu do ulicy. Do 666A można dostać się tylko przez bramę numeru 666, potem przez jej klatkę schodową, jej galeriami komunikacyjnymi, kładką przerzuconą nad podwórkiem i wtedy dochodzimy do korytarza na piętrze w 666A, z którego jest wejście do 3 lokali. Bo dwa są na parterze. Razem z komórkami na węgiel używanymi przez obie kamienice.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze podwórze ze stanem nawierzchni bliskim tragedii.

666 postanowiło się wyremontować i zapytali 666A czy chcą partycypować w remoncie. Nie chcą. W związku z czym 666 zamówiło remont (min.) galerii komunikacyjnych, będących w stanie technicznym złym. Ale BEZ kładki prowadzącej do 666A. Na co ci drudzy jakim prawem. Na to 666, że oni z kładki nie korzystają i należy ona do 666A- jak chcą, to niech wyłożą pieniądze na remont. W odpowiedzi 666A poszło do Nadzoru Budowlanego i wychodziło nakaz remontu kładki- adresowany do obu wspólnot, ponieważ podział fizyczny nie został nigdy przeprowadzony.
W odpowiedzi 666 wystosowywało do oficyny wezwanie do zapłaty za służebność dostępu, a 666A na odlew walnęło czynszem za komórki na węgiel.

Wtedy 666 wezwało oficynę do partycypacji 50% kosztów remontu kładki i nawierzchni placu. Problem jest w tym, że mieszkań w kamienicy - matce (666) jest dwadzieścia parę a oficyna (666A) ma mieszkań 5.
666A na to, że oni ewentualnie mogą zwrócić równowartość swojego procentu udziałów w gruncie (bo działka jest niepodzielona). Przy czym lokale na parterze z 666A ogłosiły, że ich żadne remonty nie interesują i skoro nakaz jest tylko na kładkę to oni będą płacić swoją część za kładkę, a żaden plac ich nie obchodzi. A koszt naprawy galerii to kłopot 666 i co z tego, że oni z niej korzystają. Płacą za służebność, to ich koszty remontu galerii nie interesują. No dobra, powinni zapłacić, ale nie rozmawiamy o egzekucji należności tylko o kosztach.

- No to co ja mam wpisać w zakres remontu? - spytałam się przedstawiciela kamienicy nr 666, po tym krótkim a treściwym wprowadzeniu.
- Ja bym to już nic nie remontował, ale mamy nakaz z Nadzoru. Więc dach, galerie i kładkę. Pani zapłacimy z naszych, a na separatystów naślemy komornika, jak nie będą chcieli dzielić kosztów.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 493 (537)

#63888

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu miałam ryby. Po tym okresie zostało mi mocne przeświadczenie, że już NIGDY w życiu ich nie będę miała. W moim odczuciu są równie rozrywkowe jak akwarystyczny odświeżacz ekranu, ale za to o wiele bardziej kłopotliwe. Coś niecoś jednak pamiętam.

-...a ostatnio kupiłam sobie rybki- obwieściła mi koleżanka przez GG.
-A jakie?
-Welonki. I kupiłam taką wielką kulę na 10 litrów i...-
-Zaraz, czekaj! Ale welonka to nie jest rybka do kuli, tylko do oczka wodnego!
-A co to za różnica?
-Bo welonka potrzebuje mnóstwa wody - żeby dokładnie wiedzieć ile to "mnóstwo" od razu sobie zaczęłam googlować - 40 litrów na welonkę - podzieliłam się fachową wiedzą z forum akwarystycznego.
-No to ja mam 4 w 10 l.
-A jakiś napowietrzacz masz?
-Mam takie kropelki - coś mi powiedziało, że te kropelki to jednak nie jest tlen w płynie, więc wciąż miałam wątpliwości.
-Ale one ci się poduszą!
-Facet w zoologicznym mówił, że ok i kupiłam największą kulę.
-Ale to w ogóle nie jest rybka do kuli. Za chwilę będziesz miała tam bagno.
-Oj przesadzasz, a na forach głupstwa piszą - bo wysłałam jej linka w międzyczasie.

Spotkałam koleżankę po jakimś tygodniu.
-Kupiłam sobie większe akwarium. Tamtą kule to trzeba było czyścić do 2 dni. I powiedziałam temu facetowi w zoologicznym, że welonka to do oczka a nie do akwarium, a on mi, że przecież ryba wytrzyma. Ale nie będę ich męczyć. Tylko dlaczego on mi tą kulę sprzedał - naciągacz/idiota, muszę bez sensu w tą i nazad chodzić. Mógł od razu powiedzieć, że to będzie za mało.

Od razu zaznaczę, że uważam, że to facet ze sklepu zoologicznego jest piekielny.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (441)