Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 6 października 2018 - 10:06
  • Historii na głównej: 87 z 105
  • Punktów za historie: 33210
  • Komentarzy: 453
  • Punktów za komentarze: 2516
 

#83299

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam Dziadka. Dziadek ma działkę. Na działce ma domek, a na domku winorośl. A ponieważ dziadek jest osobą praktyczną, winorośl nie jest tak sobie puszczona po dachu, tylko rośnie na stelażu. Stelaż od dachu jest na wysokości coś powyżej kolan, a poniżej pasa ("tam gdzie się interes kończy - hłe, hłe, hłe).
Dziadek winorośl zbiera krocząc dwudziestocentymetrowymi przerwami technologicznymi pomiędzy jednym a drugim rzędem w stelażu.
Ja winorośl zbieram inaczej. Leżę na plecach na starej deskorolce, więc widzę winorośl tak "od dołu" i przesuwam się odpychając nogami wzdłuż rzędów. Tak mi wygodnie, bo mnie kręgosłup nie boli od zginania się.
Nigdy nie zbieraliśmy symultanicznie, więc - że tak powiem - nie wiedziałam, który sposób generuje więcej wiader na godzinę. Okazało się, że mój. Robił mi pomiary, jak ostatnio mu zbierałam. I pozazdrościł.

Siedzimy na rodzinnym obiedzie i Dziadek mi mówi, że on nie wie, jak mogę tak zbierać, bo paprochy na twarz lecą. No to mówię, że zbiera się za sobą, przed sobą i po bokach - to nie lecą. A nigdy nie zbiera się nad sobą.
Po czym zarejestrowałam jego podejrzanie czerwone oko i pytam się, czy próbował zbierać leżąc. No próbował. I poleciały mu paprochy w oko. I musiał jechać do szpitala na ul. Wojewódzkiej na ostry dyżur, żeby mu wypłukali. Dali mu krople i już teraz jest OK.
Brak żywej reakcji przy stole wskazywał na to, że do współbiesiadników NIE DOSZŁO co dziadek właśnie powiedział.
- Czy Dziadek autem pojechał na tę Wojewódzką?!!- no przecież się nie teleportnął. Mama struchlała.
- No tak, autem jechałem.
- I patrzył na jedno oko, a z drugim zamkniętym?!
- No tak.
- Na to lewe, na którym się tacie zaćma zaczyna? - Mama odzyskała głos.
- No tak - zapadło przy stole głuche milczenie.
- DLACZEGO TATA PO KOGOŚ NIE ZADZWONIŁ?! - huknął ojciec. - Jest Tala, M. jest, B. z żoną, na pewno któreś nie było na służbie!
- Tala była na budowie, M. w robocie... a zresztą ja na działce telefonu nie mam!
- Mówiłam, że tacie kupię komórkę - łka mama.
- Ja na działce komórkę mam, nazywa się wychodek! - przyjął dziadek pozycję obronną.
- Trzeba było dzwonić na pogotowie. Poprosić kogoś na ulicy!
- Tam nikt nie chodzi!
- Ale jest gazownia obok, trzeba było tam pójść, tam jest sekretariat!
- JA NIE BĘDĘ NIKOMU DUPY SWOIMI PROBLEMAMI ZAWRACAŁ! SAMODZIELNY JESTEM, A POGOTOWIE SIĘ WOŁA JAK JEST ZAGROŻENIE ŻYCIA I ZDROWIA! - wolałam nie mówić, że schodzenie z tego domku po przedłużonej kijami od miotły aluminiowej drabinie z jednym okiem zamkniętym a drugim z zaćmą jest zagrożeniem dla jego życia i zdrowia. - POZA TYM TAKIEJ SYTUACJI DRUGI RAZ NIE BĘDZIE, BO JA NIE BĘDĘ ZBIERAŁ JUŻ TAK JAK TALA, TYLKO STOJĄC JAK ZAWSZE ZBIERAŁEM.
Przy stole zapadło milczenie.

- Dziadziu, nawet jak jestem na budowie, to po mnie zawsze można dzwonić, ja co najwyżej powiem kierownikowi i on mnie puści.
- JAK SIĘ JEST W ROBOCIE, TO SIĘ PRACUJE! A ZRESZTĄ JA NIE POTRZEBOWAŁEM ŻADNEJ POMOCY, POJECHAŁEM SOBIE SPOKOJNIE OBWODNICĄ 20 NA GODZINĘ I DOJECHAŁEM! I NIE ŻYCZĘ SOBIE, ŻEBY ZE MNIE ROBIĆ KALEKĘ! - Mama nabrała powietrza, żeby coś powiedzieć. - KONIEC DYSKUSJI! BO SOBIE PÓJDĘ DO DOMU!
Zakończył kategorycznie, pozostawiając nas w zgrozie i niepewności.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (181)

#83231

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie ostatnio jako pracownik biurowy na budowie. Mamy jedną taką budowę, która jest na terenie zamkniętym.
Po wielkim cyrku z przepustkami osobowymi, drugim cyrku z samochodowymi i trzecim - nieco mniejszym - z przepustkami na sprzęt budowlany, który nie posiada numerów rejestracyjnych myślałam, że to już koniec "gry wstępnej" i mamy ten etap za sobą.
Otóż nie mamy.

Ostatnio Szef miał pojechać jeszcze gdzieś-tam po coś-tam, więc wyrzucił mnie z busa pod bramą. Zamysł był taki, że rozłożę się ze sprzętem w budzie biurowej i będę sobie spokojnie pykać na laptopie, w oczekiwaniu na komisję.
Podchodzę do bramy, pokazuje przepustkę i już już, miałam przekroczyć bramkę gdy zatrzymał mnie w miejscu głos ochroniarza.

- A pani co ma w tym plecaczku?
- Laptopa - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, pomna tego, że jakby co to oni mają prawo do mnie strzelać.
- SPRZĘTU KOMPUTEROWEGO NA TEREN WNOSIĆ NIE WOLNO!
Noszkurfa.
- Niby jak nie wolno?
- ZGODNIE Z PUNKTEM X REGULAMINU Y I ROZKAZEM Z KOMENDANTA Z DNIA TEGO A TEGO, SPRZĘTU KOMPUTEROWEGO NIE WNOSI SIĘ! Poszła won!

Ponieważ ten pan nawet nie jest pracownikiem Instytucji na tym Terenie Zamkniętym, tylko firmy ochroniarskiej zatrudniającej niepełnosprawnych, emerytów i rencistów postanowiłam podejść do Komendanta Ochrony.
Problem polega na tym, że żeby się do niego dostać musiałam wejść na Teren Zamknięty tzn. przejść przez inną bramkę z innym ochroniarzem, który też na pierwszy rzut oka rozpoznał plecak z laptopem.

Zadzwoniłam do gościa. Tzn. Komendanta Ochrony.
Niestety okazało się, że pomimo, że jest godzina 8, a on pracuje od 7, to jeszcze nie dotarł do pracy.
A ja mam komisję o 8.30!

W desperacji uknułam więc szatański plan, którego pomysłowości, przebiegłości i pokrętności nie mógł z pewnością przejrzeć żaden emerytowany, niepełnosprawny rencista siedzący na ochronie.
Schowałam się za najbliższy zakręt i zadzwoniłam do jadącego dopiero na Teren Zamknięty kierowcy, wiozącego na pace taki mały walec. Umówiliśmy się na parkingu pod supermarketem, a kierowca fachowo ukrył plecak z laptopem pod plandeką na walcu. Tzn podniósł plandekę, położył lapka na siedzeniu walca, dla pewności przykrył go kurtką roboczą i opuścił plandekę.
Po czym ja - z wyrazem anielskiej niewinności na twarzy - przeszłam jedną bramką, a walec pojechał drugą.

Stopień skomplikowania, przebiegłości i chytrości tego mojego planu niech będzie dla szanownych czytelników materiałem do przemyśleń.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (201)

#83142

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie ostatnio na budowie.

Mój bezpośredni szef bardzo szybko wpadł na to, że skoro ma mnie pod ręką, to mogę za niego załatwiać różne rzeczy, których on nie lubi.

Wezwał mnie i tak mi rzecze:
"Będziemy wchodzić na nową budowę na terenie zamkniętym pewnej instytucji. Pójdziesz tam i…"

a) "... podejdziesz do strażaka. Wytłumaczysz mu, że mamy zmienną liczbę ludzi na budowie, że nie da się nas przeszkolić wszystkich razem i ustalisz jakiś harmonogram, żeby zrobić to partiami”.

No to idę. Na portierni mówię, co i jak. Łączą mnie ze strażakiem. Rozmawiam z nim przez tel, przedstawiam się i mówię "… mamy zmienną liczbę ludzi na budowie, nie da się nas przeszkolić wszystkich naraz. Trzeba by to robić partiami, może ustalimy harmonogram?”.

I tu przerwał mi wściekły ryk:
- PANI NIE BĘDZIE MI MÓWIĆ, CO TRZEBA BY ZROBIĆ! JA SWOJĄ ROBOTĘ ZNAM! PROSZĘ MI SIĘ TU MNĄ NIE RZĄDZIĆ! TO JEST BEZCZELNE! NIE JESTEŚCIE PIERWSZĄ EKIPĄ, KTÓRA MA PRACOWAĆ NA TERENIE ZAMKNIĘTYM! TO JA USTALAM ZASADY, A NIE PANI. TO WY MACIE SIĘ PRZYSTOSOWAĆ DO NAS!!! A tak poza tym, idę od jutra na dwa tygodnie urlopu, proszę kontaktować się po 15! - i jeb słuchawką.

b) "... dzwonił Pan Piekielny, powiedział, że chce widzieć kogoś z nas, da ci jakieś dokumenty, to je przywieź”.

Puk, puk.
- WEJŚĆ!
- Dzień dobry. Ja z HellBUD-u. Podobno chciał pan widzieć kogoś od nas.
- JA NIKOGO NIE CHCIAŁEM WIDZIEĆ! JEŚLI O MNIE CHODZI, MÓGŁBYM WAS WSZYSTKICH NA OCZY NIE OGLĄDAĆ! PO CO JA MIAŁBYM CHCIEĆ KOGOŚ OD WAS WIDZIEĆ?! Ja chcę dopełnić formalności narzuconych na mnie przez ustawę z dnia... zgodnie z przepisem... do czego jestem zobowiązany jako… CO PANI TAK STOI?! SIADAĆ!

Siadłam.
- To może dopełnimy tych formalności?
- Pani przyjdzie jutro, nie uzupełniłem pisma jeszcze.
Noszkurfa.

c) "... zaniesiesz listę pracowników do Pana Diabelnego”.

- Pan Diabelny?
- Tak
- Dzień dobry. Ja z HellBUD-u. Przyniosłam listę pracowników do przepustek razem z oświadczeniami.
- TO ILE TEGO JEST?!
- 56.
- TO WY WSZYSCY BĘDZIECIE NA BUDOWIE?
- No naraz nie. Ale wszyscy pojawią się na budowie.
- To proszę mi dać listę 10 pracowników, którzy będą się najczęściej pojawiać, im wyrobimy stałe przepustki, a reszta niech wchodzi na jednorazowych.
- Ustalenia z górą były inne.
- Ale tu rządzę JA i będzie tak, jak JA mówię. A teraz żegnam. Aha. I listę przynieść po 15, bo jadę na urlop teraz.
Noszkurfa.

BONUS:
Siedzę w samochodzie następnego dnia i gram w Mahjonga na komórce, bo czekam aż pan Piekielny przez godzinę uzupełni trzy zdania w dokumencie. Bo jak przyszłam, to nie uzupełnił.
Podchodzi do mnie strażnik i pyta:
- A co tu tak pani?
- A czekam se - i pokazuję jednorazową przepustkę.
- Pani dostała tę przepustkę, żeby wejść, załatwić, co trzeba i wyjść. A nie sobie bimbać. Jak ma pani sobie bimbać, to poza terenem zamkniętym!
- Nie, bo jak będę wychodziła, to będę musiała oddać przepustkę i robić nową, gdy wrócę.
- Pani nie może tak sobie grać, tu jest poważna instytucja!
Noszkurfa.

- To ja idę do pana Piekielnego.
- To pani idzie.

Resztę tej godziny spędziłam za winklem, na ławce dla palaczy.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (169)

#83013

(PW) ·
| Do ulubionych
Na starych osiedlach "oryginalni" lokatorzy bardzo dobrze się znają. Na osiedlu mojego dziadka mało już ich zostało, dlatego jak któregoś ubywa, to reszta solidarnie idzie na pogrzeb.

Moja Babcia zmarła rok temu. Zmarła raczej znienacka, jakoś nic jej bardziej niż miażdżyca nie było. Tzn. miażdżycę miała od lat 70., więc każdy przyzwyczaił się, że ją ma. I że w lecie jest gorzej. I ta miażdżyca zabrała jej na ostatni miesiąc życia pamięć krótkotrwałą. No ale poza tym była na chodzie, wszystkich poznawała, trzeba ją było tylko trochę pilnować.

W każdym razie zmarł sąsiad z bloku obok. Kolega z pracy. A ponieważ Mama znała się od czasów dzieciństwa z córkami tego Pana i utrzymywała z nimi koleżeński kontakt, to razem z Dziadkiem wybrali się na Mszę i pogrzeb.

- I podchodzę z Tatą do wdowy, ledwo się kobieta na nogach trzyma, wsparta stoi o balkonik... Tata jej składa kondolencje, a ona mu przerywa, wchodzi w słowo i mówi: "A mój Józek to spokojnie we śnie umarł, nie jak twoja żona, co się męczyła i zgłupiała przed śmiercią".
- I co jej Dziadzio powiedział?
- Jej nic. Jak już poszliśmy do domu, to stwierdził, że ona zawsze była taka, że musiała mieć swoje lepsze i na wierzchu. Że nic się ludzie nie zmieniają. Ale przykro mu było.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (132)

#82604

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję ostatnio na budowie. Mój bezpośredni szef - z początku sceptyczny - bardzo szybko odkrył, że mogę za niego robić wszystko to czego on nie cierpi. I tak poza dokumentacją powykonawczą, tłumaczeniem pracownikom z dokumentacji na polskie, rozrysowywaniem schodów i sprawdzaniem alkomatem stanu załogi zrzucono na mnie kosztorysowanie i komunikację mailową.
Tzn. dostaje gotowe projekty z zapytań i kosztorysuje.

Ale, że np. ceny zetowników zimnogiętych nie da się tak po prostu sobie wygooglować, to wysyłam zapytania do firm produkujących rzeczy dziwne i dziwniejsze.
Wysyłam je z maila firmy, którego obsługuje też główne biuro firmy (bo ja siedzę w pudle na budowie pół województwa dalej od nich).

No i do początku - jako że chciałam być poważna i w ogóle - pisałam "zwracam się z uprzejmą prośbą o wycenę... w celu... w związku z inwestycją..." i podpisywałam to nazwą firmy. Czyli nie używałam tam nigdzie formy "Ja- ona".
A teraz coś wam powiem, co wywoła w was szok i niedowierzanie:

W dokumentacjach jest pełno głupot. Tylko takich nieoczywistych. Np. napisane jest żeby malować po skręceniu elementy, które przychodzą już pomalowane albo się ich w ogóle nie maluje, albo przycinać coś na wymiar gdy przycinać nie można, bo straci homologację.
Tylko ja tego nie wiem. Co lepsze - mój szef jasno mi mówi o co mam kogo pytać i też nie wie, że akurat tego elementu się nie maluje, zwłaszcza gdy w dokumentacji stoi że jak najbardziej.

No więc wysyłam te zapytania i póki podpisywałam je nazwą firmy, to przychodziły spokojne odpowiedzi typu "tego elementu nie malujemy z przyczyn technologicznych".
Ale w pewnym momencie szef powiedział, żebym podpisywała się imieniem i nazwiskiem, bo potem dostawcy dzwonią do centrali, a tam są nie w temacie i nie wiedzą gdzie kierować dalej sprawę.
No to zaczęłam. I piszę te maile dokładnie w taki sam sposób - "zwracam się z uprzejmą prośbą..." i podpisuję się imieniem i nazwiskiem i nagle przychodzą odpowiedzi:
- Czy Pani dobrze przeczytała dokumentację? To jest jakaś bzdura.
- Czy jest Pani pewna że takie rozwiązanie jest tam stosowane?
- Ten obmiar mi się nie podoba. Czy mógłby go pani ktoś sprawdzić?
Noszkurfa.

No to zaczęłam podpisywać się bez imienia, tylko z inicjałem i nazwiskiem. I nie asystentka Kierownika Budowy w X, tylko Biuro Kierownika Budowy w X.
I co?
I dokumentacje są dalej w tym samym stopniu błędne co wcześniej, ale już nikt nie sugeruje, że to dlatego, że nie umiem czytać ze zrozumieniem.
Ot ciekawostka.

Baba na budowie

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (230)

#82338

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję ostatnio na budowie.
Nie, nie kopię rowów i nie zginam zbrojenia własnymi rencyma. Na kolanie.
Odwalam najczarniejsza pracę intelektualną.
W każdym razie. Wybuchła dzisiaj afera.
Bo okazało się, że na budowie zorganizowana jest melina (żeby chłopaki daleko nie chodzili).
A zorganizowana jest przez byłego pracownika, który był wpuszczany na teren budowy, bo ochrona nie wiedziała, że go zwolniono.
A zwolniono go za jazdę po pijanemu.
Koparką.
Tadam tsss...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (184)

#81645

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiosna przyszła. Ptaki śpiewają, słoneczko zaświeciło, branża okołoremontowa budzi się do życia.
Przyszło zapytanie na "remont stropu". Jakiego stropu? Ile metrów tego stropu? Na czym opartego? Z czego ten strop? A co mu się stało, że potrzebuje remontu? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.
Ponieważ te dwa słowa to zdecydowanie za mało, by zrobić wycenę dokumentacji zgodnie ze swoja upierdliwą naturą poszłam drążyć temat.

Mamy więc kamienicę z 1830 roku. Czyli leciwa nawet jak na kamieniczne standardy. W tej kamienicy ktoś doszedł do wniosku, że standard życia z 1830 mu nie odpowiada i postanowił sobie zrobić łazienkę. Bo nie miał. W celu zrobienia tej łazienki, podzielił pokój na pół ścianką Z CEGŁY i wylał na DREWNIANY strop ZAZBROJONĄ WYLEWKĘ na 5 cm po czym położył na niej płytki. Wylewkę tą ułożył na tym stropie jak naleśnik, tzn. wylał i już. Piętro niżej niczego pod ścianką działową z cegły nie postawił (bo cudza piwnica), w żaden sposób stropu nie wzmocnił, a styk wylewki ze ścianami uszczelnił listwą przypodłogową i silikonem.

Na tym postawił wannę, prysznic, pralkę i inne takie osprzęty.
Prysznic i wanna z natury swojej wylądowały pod ścianą. Podczas kiedy szanowny pan się kąpał, woda spływała po ścianie za listwę (silikon chyba się wykruszył), wpływała pod wylewkę i tam kisła razem ze stropem.

5 LAT TEMU strop podstemplowano, bo się ugiął i starano się wytłumaczyć facetowi co zrobił źle, ale zaparł się nogami i rękami. Z tego co zrozumiałam zarzewiem konfliktu było, ze on nie będzie płacił za wymianę stropu, bo konstrukcja budynku to cześć wspólna, więc powinna być remontowana ze wspólnego funduszu remontowego. Na co wspólnota: zepsułeś to napraw ze swoich pieniędzy.

I ten pat trwał tak i trwał aż strop w grudniu zeszłego roku się załamał. A jak padł, to do wszystkiego wkroczył Nadzór Budowlany i zmusił wspólnotę do zrobienia projektu i później wyremontowania stropu. Wspólnota zamierza pozwać faceta od łazienki.
- A wie Pani, Pani Talu co jest najlepsze?
- ?
- Ten facet dalej korzysta z tej łazienki.
- ALE JAK?
- Bo trzyma się jeszcze tak ze pół metra z jednej i z drugiej strony i ta wylewka mu trochę siadła, płytki popękały, ale się na zbrojeniu podłoga trzyma. Ja pani pokażę.

I poszliśmy do tej piwnicy, a tam leżą dwie belki złamane w pół, czarne od pleśni na całej długości pomieszczenia, nad nimi widać dziurę w stropie na wylot, a nad dziurą leży jak pokrywka zbrojenie i wylewka. Widoczna od spodu. A podłoga łazienki trzyma się na jednej belce przy ścianie i drugiej belce pod ścianką działową (która to belka jest podparta stemplem, ale też zaraz rypnie).
"Remont stropu"- dwa słowa a za nimi historia o gniewie, uporze i nienawiści. Z sądem w tle.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (236)

#81457

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dziadka. Dziadek ma działkę i nadmiar wolnego czasu. Efektem tego na działce ma m.in. drzewka owocowe. Drzewo jak to drzewo - jest wyższe nieco od krzaka, do jego obsługi potrzebna jest więc drabina. I miał mój dziadek taką, używał jej od lat 70'. Drzewo jednak ma to do siebie, że rośnie - w przeciwieństwie do drabiny.

No i przychodzi któregoś dnia (jesienią) dziadek na obiad i kuśtyka. Mama zaczęła więc go przesłuchiwać i po 15 minutach zadawania krzyżowych pytań i wysłuchiwania wymijających odpowiedzi dowiedziała się prawdy:

(teraz proszę usiąść i złapać się za głowę)

Drabina była za krótka, więc dziadek dosztukował do niej dwie listewki (całkiem dobre listewki, które ktoś zupełnie głupio wywalił na śmietnik), przy pomocy sznurka (takiego konopnego, co tam w szufladzie leżał) i tak tej drabiny używał. Ale chyba związał za lekko, bo ja stanął na górze tej drabiny, to to łączenie się rozwiązało, drabina poleciała, a dziadek został uczepiony gałęzi. I tak wisiał. Póki nie spadł. A jak spadł, to teraz kuśtyka.

Po tym jak pierwsza fala żywej reakcji mojej mamy przeszła, a środki uspokajające zaczęły działać i mój wujek przestał w krótkich, żołnierskich słowach wyrażać swoją opinię nt. drabin, wiśni i jabłonek, doszliśmy wszyscy do porozumienia.

Ojciec pojedzie z dziadkiem na pogotowie zobaczyć, czy NA PEWNO nic mu się nie stało, a ja kupię mu drabinę.

Żeby było ciekawiej - faktycznie dziadkowi nic się nie stało, tylko się potłukł.

No to kupiłam - aluminiową, lekką (tak, że mogłam ją nieść jedną ręką), składającą się z trzech elementów, które można było dowolnie zestawiać, z zapięciami, żeby jak się te elementy zestawi, to konstrukcja była stabilna.

Pojechałam też na działkę i zabrałam starą drabinę z przywiązaną jedną listewką boazeryjną. I wszystkim nam się wydawało, że sprawa drabiny jest załatwiona. Do wczoraj.

…(werble)...

Jako że jestem jedyną osobą, która ma auto terenowe w rodzinie, oddelegowano mnie do odebrania dziadka z działki. Dziadek tam sobie chodzi pieszo.

No i ja przyjeżdżam i patrzę co dziadek robi - a on przycina drzewka. Stojąc na drabinie. Nie - nie na drabinie - na 1/3 drabiny aluminiowej, przedłużonej przywiązanymi do niej jakimiś patykami.

Powtórzyłam sobie trzy razy, że jestem białą lilią spokoju na falującej tafli urfa jeziora spokoju i pytam się go, co robi.

No drzewa przycina, bo już czas. No to widzę, ale dlaczego na 1/3 drabiny? Dlaczego sobie nie zestawił dziadzio dwóch elementów i nie zabezpieczył ich na te zapięcia, jak dziadziowi pokazałam? Tylko tak sztucznie drabinę przedłuża.

No bo:

- 1/3 drabiny jest w garażu. Dziadzio sobie nią wychodzi na dach garażu i zamiata. Ten dach garażu. Żeby był czysty.
- 1/3 drabiny jest w mieszkaniu. Bo dziadziowi wygodniej wyciągać rzeczy z szafek niż ze stołka. Dziadzio zabezpieczył górę drabiny dwiema skarpetkami, żeby nie porysować mebli na wysoki połysk, o które opiera 1/3 drabiny.
- no i 1/3 jest na działce, ale jest za krótka, żeby z niej obsługiwać drzewa, to se dziadzio dosztukował na długość.

!

A komórkę trzyma w domu w krysztale, bo nie chce żeby go inwigilowali. No i co z tego, że jak spadnie, to umrze. To będzie spokój.

I gadaj tu z nim.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (280)

#81294

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie bardzo duża kamienica. Za kamienicą jest bardzo duże podwórze. Żeby nie skłamać - specjalnie na potrzeby historii zmierzyłam - 1090 m2. Na teren został wydany Miejscowy Plan Zagospodarowania (MPZ), zezwalający na budowę garaży. Niestety w planie nie za bardzo jest napisane cokolwiek więcej - garaże należy sytuować na warunkach ogólnych i tyle. Tzn. 3 m od granicy działki ścianą bez otworów okiennych i drzwiowych i 4 metry ścianą z otworami. Albo w granicy działki, jeśli do tej granicy coś już przylega.

Wszystko było pięknie, póki nie kupiło się mapy do celów projektowych. A na mapie wyraźnie widać, że choć podwórze jest puste, to wcześniej były tam kamienice i zostały po nich tylko kształty działek składające się na to podwórze. Czyli tak jakby dwie litery C sklejone ze sobą, z prostokątną działką w środku. Żeby było śmieszniej, środkowa działka ma 90 właścicieli z których niekoniecznie wszyscy żyją.

Gdyby w planie miejscowym napisano, że można sytuować budynki w granicy działki, dałoby się to z głową zagospodarować. Ale że jest na przepisach ogólnych, a działka ma 10 m szerokości - to muszę odsunąć garaże na 3 m od muru granicznego. Dodajemy do tego 5.5 m szerokości garaży i wychodzi 8.5, czyli mam ścianę z bramami 1.5 m od felernej działki pośrodku. Czyli źle.

Oczywiście mogę je obrócić o 90 st. i ustawiać w rządku, przyklejone do siebie tylnymi "plecami", po dwa-przerwa na manewry i znowu dwa, ale to wygląda ewidentnie głupio.
Bo w punktu widzenia nieświadomego widza będzie to 5 par garaży porozrzucanych na podwórzu, nieprzylegające do niczego, wolnostojące, potwornie zagracające przestrzeń pustego, niezagospodarowanego pola.

A ludzie z kamienicy specjalnie jak kupowali tą działkę - pytali się.
Tylko spytali się "czy można będzie tam stawiać garaże". No tak można. MPZ pozwala. No to skoro można, to zdecydowali się kupić te dwie działki w kształcie liter C od miasta. Bo tej środkowej nie mogli.
I naprawdę to nie była by taka masakra gdyby w tym planie miejscowym (MPZ), który obejmuje TYLKO TO PODWÓRZE, ktoś pomyślał i wpisał to sytuowanie obiektów w granicy działki. Tylko tyle.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (112)

#81285

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak z okazji minionego dnia Babci i Dziadka.
Moja Babcia zmarła we wrześniu. Kompletnie znienacka, nic jej jakoś szczególnie nie było. Tzn. nowego. Bo nadciśnienie i cholesterol miała od lat 70.
W każdym razie - wstała rano, zjadła śniadanie, wypiła herbatę i umarła. W minutę.

Zostawiła rodzinę w rozpaczy i kompletnym osłupieniu.
Tzn. wszyscy wiedzieliśmy, że babcia kiedyś umrze. Ale żeby TERAZ? Byliśmy przygotowani na to jak trzy razy miała raka. Jak miała zator żylny. Jak miała cztery operacje, przy których za każdym razem nam lekarz mówił, że może się nie obudzić.
Ale żeby tak w taki pospolity wtorek, gdy nic się nie działo?

W każdym razie - zostawiła nas w osłupieniu i rozpaczy. To co działo się później jest właściwie śmieszne - z dzisiejszej, styczniowej perspektywy.

Więc po pierwsze - dziadek został jedynym wdowcem w bloku samych wdów. Tzn. jeśli patrzymy na lokatorów pierwszego rzutu, ale z jego perspektywy. "młodzi" to w tym bloku nie istnieją, tylko mu zastępują w pewnym momencie znajomych.

Więc został jedynym wdowcem w bloku wdów. I jednym z czterech ocalałych samców z całego osiedla. Okazało się, że samce gnieżdżą się w garażu, grają w karty i popadają w alkoholizm. Zaprosili go do swojego towarzystwa. A ponieważ mój dziadek nigdy jakoś szczególnie nie pił, odchorował dwa dni i zaczął okrążać garaże.

Dopadły go wdowy i ruszyły z kondolencjami. No miło, tylko nagle okazało się, że za każdym razem jak go widzą to - jak to określił dziadek - obłapiają go i obcałowują i ileż można. Dziadek zaczął wstawać o piątej i ewakuował się na działkę, żeby unikać obłapiania.

Moja mama zaproponowała dziadkowi, że będzie mu dowozić obiady. Dziadek powiedział, że nie chce, on poza kotami na działce musi sobie z kimś pogadać, musi się ruszać - będzie przychodził do rodziców i do wujostwa.
No i przychodzi od września codziennie. Nosi też pranie i ma sprzątaczkę.

W okolicy połowy października mamę zatrzymała koleżanka z dzieciństwa i w krótkich żołnierskich słowach powiedziała jej, co myśli o tym że opuściliśmy dziadka i o niego nie dbamy. Mama zaczęła się zaklinać i tłumaczyć i okazało się, że osiedlowe wdowy dziadka obserwują. i same mu chciały serwować obiady, tylko go nigdy nie ma. Waliły w drzwi i waliły, bo myślały, że nie słyszy. Aż ta młoda z mieszkania obok coś tam buczała. Nawet myślały że on też umarł, ale zauważono że przestawiają się firanki, więc nie wzywano policji.

Okazało się również, że dziadek jest "ciachem" nie tylko dla ludzi po 80-tce. Stał sobie raz w supermarkecie w kolejce i dopadła go jakaś menelica z dzieckiem. Złożyła mu gromkim głosem kondolencje i spytała się, czy nie potrzebuje kobiety w domu, bo ona oferuje swoje usługi. Przekonywała go całą drogę do kasy i do domu. Następnego dnia też. Głośno i na całą ulicę. Trzeciego dnia dziadek nie wytrzymał i ją trochę zjechał. To mu wysmarował ktoś gównem garaż.

I tak sobie dziadzio żyje. Pewnie tez któregoś dnia umrze nam znienacka. Po prostu nie przyjdzie na obiad.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (135)