Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 20 sierpnia 2020 - 10:59
  • Historii na głównej: 105 z 121
  • Punktów za historie: 37128
  • Komentarzy: 527
  • Punktów za komentarze: 2824
 

#86852

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie mur. W XVIII wieku pełnił funkcje obronne.

Obecnie widnieje w dokumentacjach jako "mur oporowy". Wielkie to na 20 m, ułożone w mniej/więcej kółko i działa na zasadzie bardzo dużej doniczki. Z basztami. I klasztorem w środku. Ponieważ jest trochę stary to się ciut wali. Zwłaszcza u góry się mocno troczy, a gdzieniegdzie się wybrzusza. Tu i owdzie odpada mu jakaś cegła.

Zgadnijcie gdzie w 2018 r. powstało osiedle domków jednorodzinnych.

Szczęśliwym mieszkańcom poniewczasie odpalił się instynkt samozachowawczy i zaczęli pisać do Nadzoru Budowlanego, że ten mur się sypie i ani chybi zginą niebawem pod stertą cegieł i w lawinie błotnej.

Ponieważ wewnątrz wspomnianej doniczki znajduje się klasztor, przystąpiono ratowania jakoś sytuacji. Nawet jakieś środki publiczne się znalazły. Rozpisano przetarg. Wysłano zapytania.
Wszystko to doprowadziło do wizji w terenie.

Szef: gdzie ja tu rusztowanie postawie, wszyscy 3 m od muru a połowa ma wiaty garażowe oparte o tą ruinę.

Jeden z mieszkańców: prace proszę sobie wykonywać od góry, ja nikogo na swoja działkę nie wpuszczę, zajeździć trawy nie dam.

Inny mieszkaniec ( w tonie ujadającego cziłały): jak można było nam sprzedać takie działki przy takim szkaradztwie, ja spać nie mogę, boję się, że to mnie żywcem pochowa! Ja z tych nerwów ledwo żyję! Przecież to ewidentne zaniedbanie miasta! Pozwiemy ich za narażenie naszego zdrowia!

Jeszcze inny: żadnego planowania przestrzennego. Żadnego. Cyrk nie miasto.

I następny: Jak miasto sprzedaje działki, to powinno zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom! Ja garażu rozebrać nie dam.

Mój kierownik budowy (na stronie): To się sypało już wtedy, jak ja tu w liceum tanie wino w krzakach piłem.

Szefu (patrząc na wybrzuszenie na murze nad domkami jednorodzinnymi, które bynajmniej nie pojawiło się tam w ciągu ostatniej dekady): Normanie szok i niedowierzanie.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (162)

#86104

(PW) ·
| Do ulubionych
W ramach dorocznego przeglądu poszłam sobie zbadać krew. Ponieważ otworzyli nowe laboratorium w miejscu, które mi było po drodze to poszłam sobie tam.

Baba, KTÓRĄ PIERWSZY RAZ W ŻYCIU WIDZĘ, pyta mnie o nazwisko więc przedstawiam się:
- Tala Tola Piekielna.
- Córka Toli Piekielnej?
- Tak.
- A ja z mamą w szkole w jednej klasie byłam!- patrzę na babę, możliwe, wiek na oko się zgadza i mama była na biol-chem, ale adres ma pani na Pokątnej, a nie na Prostej, jak mama.

Tu moja natura starła się z moją powierzchowną ogładą. Bo w pierwszym odruchu chciałam babie powiedzieć, że nie jej sprawa czy w wieku, o którym nie wspomnę mieszkam z rodzicami, ale wdawać się w pyskówki z samego rana i to na czczo to nie wróży dobrze na resztę dnia.

Zamilkłam.

Baba milczała wyczekująco sekundę, po czym najwyraźniej zrzuciła moje milczenie na ociężałość intelektualną.
- Ooooo!- zdziwiła się teatralnie, studiując mój pesel - Urodziła się Pani na imieniny tatusia!- noszcurfa.

Wie jak ma ojciec ma na imię i jeszcze kiedy imieniny ma.

- Tak wyszło.
- Bo mój szwagier też jest Eugeniusz, jak pani tatuś.
- To może się wkłujemy - zmieniłam temat na ten istotny.

Baba ochoczo wzięła się za wkłuwanie. Odessała co miała i studiuje skierowanie.

- A po co pani tarczyca?- spytała po czym sobie odpowiedziała- A tak, przecież w rodzinie mieliście raka...
- Profilaktycznie sobie co roku robię - odrzekłam.

Najwyraźniej znajomość chorób przewlekłych w cudzych rodzinach to też rzecz normalna i społecznie akceptowalna.
- Pewnie wuj pani poradził- uj nie wuj mi kazał!
- Nie, sama wiem że powinnam tarczycę badać.
- A jak tam jako doktorowi idzie?
- Dobrze, nie narzeka- chciałam się już ewakuować. Bardzo chciałam.

Zostawiłam swój nr telefonu do kontaktu i miałam odebrać wyniki na następny dzień.

Nazajutrz z rana przychodzi sms, że są do odebrania. Ponieważ jechałam akurat na stację benzynową, która jest obok skoczyłam po te wyniki.

- Oooooo! Jak pani szybko przyszła!- zdziwiła się baba teatralnie - pani to musi być bardzo dyspozycyjna, jak tak może sobie od razu przybiec - nic nie powiedziałam - Bo wie pani zwykle to ludzie dopiero po pracy przychodzą, po 15.30. A pani tak - hop od razu.

Miałam jej ochotę powiedzieć, że jak się ma własną działalność, to jest się w pracy non stop, ale poprosiłam o te wyniki. Ze szczękosciskiem. Normalnie baba gorsza niż Wielki Brat.

Zabrałam kartkę i poszłam. Siedzę na parkingu stacji i czytam i kartkuje i kartkuje. No i coś dużo tych kartek. Przebrnęłam przez swoją morfologię, a tu patrzę - druga. Sprawdzam nazwisko- Tola Piekielna. Wydała mi baba wyniki mojej matki! No dobra.

Jadę wieczorem do rodziców i od progu:
- Moje wyniki masz?- spytała się Mama.
- Mam, baba w laboratorium mi wydała z moimi.
- No, poskarżyła mi się na ciebie.
- ?!!!
- Że jesteś nieuprzejmym mrukiem. Bała się do ciebie odezwać, tak na nią patrzyłaś, że myślała że ją zamordujesz. Ile razy ci mówiłam, że damy są uprzejme! Nie możesz ludzi straszyć swoimi minami.

- Mamo, ona normalnie zna całą naszą rodzinę. Ja ją pierwszy raz w życiu na oczy widziałam, a ona zna historie naszych chorób i jeszcze pogwałciła tajemnicę lekarską i wydała mi twoje wyniki! - RODO urfa! pomyślałam, ale na głos nie powiedziałam, bo bym jeszcze kolacji nie dostała.

- W tej rodzinie nie ma tajemnic! A teraz porozmawiamy o twoich trójglicerydach! Masz wysokie...

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (173)

#86105

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod historią o wścibskiej laborantce pojawiło się trochę głosów, że się czepiam i baba była po prostu przyjazna, a Mama przecież nie ma nic przeciwko.
Tak więc moje podejście wynika z sytuacji, która spotkała mnie jakiś czas wcześniej i przez którą zmieniłam przychodnię.

Otóż mam dość nietypowe problemy ze wzrokiem. Okresowo widzę jednym okiem na niebiesko, a drugim na czerwono. Jakbym patrzyła przez barwione szkło. Poza tym - jakby to powiedzieć - jednym okiem widzę "aury" wokół punktowych źródeł światła, ale to nie okresowo tylko cały czas.
Przeszłam się po wszystkich okulistach w mieście naszym i usłyszałam że: sobie wymyślam, chcę zwrócić na siebie uwagę, jestem hipochondrykiem, generalnie do psychiatry i to już.

Kiedy osiągnęłam pełnoletność zrobiłam jeszcze jedną rundkę po lekarzach i usłyszałam znowu to samo. Więc pojechałam sobie do innego miasta do innego okulisty.
Ten siadł i powiedział, że jestem zdrowa. No to się poirytowałam i mu wybuchłam, że nie jestem wariatem, że źle widzę, że nie wiem co mi jest i dlaczego nikt nie traktuje mnie poważnie?!!!

No i facet tak siedzi i patrzy...
- ... no oczy ma pani zdrowe... Ale dwukolorowe widzenie to może być kręgosłup szyjny albo sprawy neurologiczne. Jeśli pani NAPRAWDĘ ma takie objawy, to nawet i guz mózgu - tu zrobił pauzę czekając na moją reakcję, ale ponieważ się nie doczekał kontynuował - dam pani skierowanie do neurologa. On niech panią wyśle na tomografię mózgu i odcinka szyjnego. Jak pani coś jest to tam.

No to poszłam do tego neurologa i dostałam stosowne skierowanie. Z adnotacją "pilne".
Ponieważ się zestresowałam, że mam guz mózgu postanowiłam nie czekać kwartał, aż przyjdzie moja NFZtowska kolejka, tylko zapłaciłam z własnych oszczędności. Przed tomografią trzeba wykonać badanie krwi na wydolność nerek, po to, żeby określić czy można komuś podać kontrast.
Ponieważ oszczędności już miałam mało, poszłam do rodzinnego po skierowanie na to badanie krwi, żeby za nie nie płacić. A rodzinny - na pewno nikt z czytelników by na to nie wpadł - obsługuje całą moją rodzinę. Tu trzeba dodać, że mama ma chorobę przewlekłą, przez którą dość często musi chodzić do lekarza na różne badania.

W każdym razie lekarz rodzinny zaczął wypytywać się mnie co i po co to powiedziałam: że mam problemy ze wzrokiem, że neurolog i może guz mózgu i się trochę boję, bo do tego tomografu to wsuwają jak Anielkę do pieca...
Generalnie wygadałam się jak to dziecko, którym dopiero formalnie przestałam być.

3 godziny później dzwoni do mnie mój brat. Pyta się dlaczego on nie wie, że mam guza mózgu. No to mu wytłumaczyłam że nie wiem czy mam. Może mam, to się dopiero okaże w czwartek. A skąd ty to wiesz? A no od Mamy...
Która była u rodzinnego na swój przegląd, więc ją rodzinny wziął za rękę i zaczął tłumaczyć, że rak to nie wyrok i trzeba wspierać chorego członka rodziny, bo to dla niego trudne. Zwłaszcza dziecko. I wszyscy musimy być silni, bo nawet jeśli okaże się najgorsze błablabla...

Moja Mama oczywiście zadzwoniła do Ojca z płaczem. Ojciec dostał wysokiego ciśnienia i sekretarka wezwała do niego pogotowie. Był hospitalizowany jako zagrożony wylewem.
Sama Mama musiała dostać jakieś leki tam na miejscu w przychodni, bo omdlała. Jak odemlała to zadzwoniła do brata, żeby ją zawiózł do domu. A brat zadzwonił do mnie.
Potem zawiózł mnie do rodziców.
Takiej awantury to ja w życiu nie miałam. Generalnie o to, że takie rzeczy to powinnam całej rodzinie ogłosić wszem i wobec.
Z czym wewnętrznie się nie zgadzam do dziś, ale głośno tego nie artykułuje.

W każdym razie od tego czasu nie lubię wścibskich ludzi w przychodniach.
Nie miałam raka mózgu, ani nawet guza mózgu.
Moje problemy ze wzrokiem powoduje kręgosłup szyjny i astygmatyzm.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (254)

#85942

(PW) ·
| Do ulubionych
Administrator wysłał zapytanie do biur projektowych - dokumentacja na wycięcie dwóch okien w piwnicy kamienicy.
Ponieważ żaden szanujący się człowiek nie da wyceny bez obadania wcześniej terenu, wybrałam się zobaczyć czy nie ma tam jakiejś miny.
I była.

Po pierwsze nie kamienica, tylko piętrowy budynek wielorodzinny z lat 50. Co to za różnica? Ano w technologii wykonania ścian i stropów. W XIX wiecznej kamienicy będą łukowe, ceglane albo odcinkowe na belkach z wypełnieniem z cegły, a tu mamy żelbetowy strop z przyzwoitym wieńcem. Poza tym ściana fundamentowa w XIX w była ceglana, a u trzeba sprawdzić, czy nie jest żelbetowa.

Ale to wszystko nic. Budynek po pełnej termomodernizacji, z tym zabójcą ścian istniejących, czyli tynkiem mozaikowym na strefie przyziemia.
Tynk mozaikowy ma to do siebie, że nie przepuszcza wilgoci a jak się go chce pozbyć, to schodzi zwykle z połową cegły pod spodem. Dlatego też wszyscy kładą go na grzyba, a potem są w ciężkim szoku, że jest jeszcze gorzej.
Na dodatek wszystkie okna piwniczne śliczne, plastikowe i zamknięte.

Przychodzi przewodniczący wspólnoty i pytam się: czy są pewni, że chcą te okna. Bo to zniszczy cześć zrobionej elewacji.
Ale jak to: zniszczy?
No bo - panie - okno musi mieć nadproże. To nie jest tak, że się dziurę w ścianie robi, wstawia okno i już. Nie, nie, nie. To panie, trzeba zrobić nadproże.
Można kupić prefabrykowane, ale to jest (panie) taka belka na 20 cm minimum. I to się panie, najpierw zakuwa wnękę z jednej strony, na połowę ściany i wstawia się to naroże. A to nadproże musi wystawać poza otwór okienny na boki, co najmniej kilkanaście cm - żeby się opierać na murze. I jak to zwiąże, to robimy to samo z drugiej strony. A jak one nie są prefabrykowane tylko robione na miejscu, to na każdą stronę 2 tygodnie.
I dopiero potem na koniec można wycinać dziurę na okno. A nawet jak macie jeszcze trochę tego (tfu) tynku mozaikowego, to będzie widać gdzie było to nadproże wstawiane. Odznaczać się na murze będzie.

A to nie można - pani- taka piłą tarczową na pilota, taką samojezdną przyjechać, dociąć i tak w ogóle wstawić w tą dziurę okno?
No, legalnie nie. A jak tak pan zrobi, to ściana może pękać. Nie od razu, ale z czasem...
No to my chyba zrezygnujemy. Ale co my zrobimy, co my zrobimy...
Ale z czym co zrobicie?
Bo tam w piwnicy grzyb się pojawił, wilgoć, pleśnieją nawet półki i śmierdzi.
To otwierajcie okna przestrzał.
Ale wszystkie okna są do piwnic prywatnych, a te dwa miały być na końcach korytarza części wspólnej. Ludzie nie chcą mieć w swoich piwnicach otwartych okien, bo im wrzucają butelki. A ostatnio jakoś tak zaczęło kisnąć bardziej i szybciej...
Od kiedy zrobiliście elewację?
Tak, od wtedy.
To tłumacze związek między tynkiem mozaikowym, zamkniętymi oknami i ideę czerpni i wyrzutni powietrza.
Pan wygląda jakby go piorun strzelił.
Dlaczego administracja nam nie powiedziała? Dlaczego nam nie doradzili? Dlaczego nie odradzili tego tynku? Dlaczego nam nie powiedzieli, jak wygląda robienie okien? Czy oni tam fachowców nie mają?

Z poczuciem rozgoryczenia i oszukania pan zdeklarował zarzucenie koncepcji wycinania tych okien. Samojezdną piłą tarczowa nią pilota.
Coś czuję, że nie mam duszy rekinki (rekinicy?) biznesu.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (154)

#85924

(PW) ·
| Do ulubionych
Odziedziczył chłop kamienicę. Prawie pustą. Z jednym lokatorem. Lokator płacący. Ponadto odziedziczył ją z Zarządcą.
Ponieważ kamienica jest w stanie wskazującym (na potrzebę remontu), to Inwestor zlecił mi inwentaryzację na potrzebę przyszłego projektu.
No i kiedy ktoś inny niż Zarządca zaczął patrzeć na tą kamienicę okazało się co następuje:

1) Lokator ma psa, a pies wyprowadza się sam na klatkę schodową i strych, sadząc miny gdzie popadnie. Miny są tam w różnym stopniu rozkładu i zmumifikowania, więc to nie jest jakiś jednorazowy wypadek, a lokator - żeby po nich nie stąpać, to miotełką je sobie rozgarnął na drodze od drzwi wejściowych do swojego mieszania.

2) Lokator lubi rożne rzeczy zbierać, a ponieważ nie musi się ograniczać, zapełnił huiwieczym piwnice i strych budynku. Ze wstępnego oglądu są tam jakieś weki porośnięte sfilcowanym kurzem, pościele porozwieszane girlandami nad polami zasuszonych min, bagażnik od "malucha" i kilkanaście metrów sześciennych reklamówek.

3) Lokatorowi pękła rura i zalał mieszkanie piętro niżej. Ktoś wykazał się na tyle małym refleksem, że gdy do tego mieszkania dotarłam, plecha na ścianach była grubości palca, a pomiędzy klepkami parkietu urosła pleśń wielkości podgrzybków.

Z pominięciem Zarządcy, poinformowałam o wszystkim szczęśliwego właściciela tej hodowli grzyba. Zarządca w wyniku konfrontacji przyjął następującą linię obrony:
przesadzam. W budynku jest wszystko ok, a po grzybie wystarczy maznąć wapnem. A ja dramatyzuję i szczuję Inwestora przeciwko Zarządcy, żeby sama przejąć kamienicę w zarząd, a potem postępem przejąć ją na własność.
Aha.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (162)

#85547

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy takiego jednego pracownika, że tak powiem intelektualnego tj. stażystę mam w budzie. Ja osobiście. Chłop jest zaraz po studiach. Czyli nie jest jakiś stary. Ale już jest męczący. Np.

1)siedzimy, piszemy i nagle:
- URFA YEBANAMAĆ!
- ? - pytam szczerze zaniepokojona, z troski mojej autentycznej i dobroci serca mojego, empatycznego.
- GRÓWNO!

2)siedzimy, piszemy i nagle vol2.:
- URFA YEBANAMAĆ! - patrzę się znacząco i pytająco - A bo... nazwałem plik z użyciem polskich znaków i nie chce mi wrzucić do załącznika poczty! - poskarżył się na swój ból istnienia.
- To zmień na znaki bez ogonków.
- No genialne, no dzięki, nie wpadłbym na to - mordować czy jeszcze poczekać? - W ogóle zyebany jestem, że używam takich poyebanych znaków jak są w polskim alfabecie.
Asekuracyjnie nie powinnam mówić nic, ale popełniłam ten błąd:
- Generalnie jednak powinieneś używać polskich znaków w listach, bo wyglądasz na idiotę jak tego nie robisz. Przynajmniej jak piszesz do Polaków i jesteś w Polsce. To raczej normalne. Tylko nie nazywaj plików z nich użyciem.
- No właśnie, JAK jestem w Polce, dobrze że za chwilę wyjeżdżam z tego yebanego kraju.
Bonwłojaż.

3) Siedzimy i jemy. Jeden z chłopaków siedzi na progu budy i karmi golonką szczura, który wyhodował nam się w hałdzie ze śmieciami. Podchodzi ten kołek, bierze łopatę i mach w zwierze, o mało koledze ręki nie przetrącił. Ale nie udało mu się zabić tego szczura tak od razu, więc podszedł i skręcił mu kark w rękach.

4) Siedzimy i jemy. Ciepło, słońce świeci. Nagle słychać pojedynczego ptaka jak śpiewa.
- Możnaby pomyśleć, że to wiosna wczesna jest, a nie zima idzie - odezwał się pan Jasio z nutą nostalgii w głosie.
- Ja tam nie lubię jak one tak kwiczą, srajptaki yebane.

5) Zaplątał się nam na budowę gołąb pocztowy.
- On nie ma lotek, o tu mu brakuje. Trzeba by go odesłać do właściciela Pani Talu - ocienił pan Januszek, pasjonat/hobbysta hodowli gołębi pocztowych - Pani go wyśle żywą paczką, ma tu adres na nodze.
- Ok, po pracy wyślę - odrzekłam, a gołąb został zdeponowany bezpiecznie w pudle pod biurkiem. W pełnym momencie pan Januszek przyszedł go napoić z plastikowego kubka i Kołek go zobaczył.
- Ale one są jadalne.
- No są.
- No to uyeb go.
- To nie mój i nie twój.
- Znalezione nie kradzione.
- On je bardziej światowy od ciebie - warknął na niego pan Januszek i zdeponował gołębia w kartonie w szatni pracowniczej aż do fajrantu.

6) Skacze nam po budowie ptak bez sterówek ogonowych. Skacze, bo nie może latać, a teren JW jest duży i widać nie ma go co zjeść. Żywi się tym co wygrzebuje z trawnika.
Tylko dlatego ten ptak nie ma sterówek?
A bo mój stażysta mu je uciął.
Okazuje się, że ten ptak zagnieździł się nam w skrzynce elektrycznej. Więc mój cudowny stażysta uciął mu nożyczkami ogon. Żeby ptak nie zagnieździł się ponownie w tej skrzynce, po tym jak Kołek usunął gniazdo na polecenie szefa.
Niby wiem, że mógł zabić.

Autentycznie tego stażysty nie lubię.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (208)

#85625

(PW) ·
| Do ulubionych
Robię sobie na boku inwentaryzację budynku mieszkalnego. W stanie wskazującym (na potrzebę remontu).

Chodzi ze mną Pani Administrator, żeby wszyscy lokatorzy mnie wpuścili, bo to w większość starsi ludzi i się boją, a własnego administratora znają.

No i opowiada mi ta Pani Administrator:
- A ta z 13 nas nie wpuści, bo z nią jesteśmy w konflikcie prawnym.
- ? - wykazałam zainteresowanie wyrazem mej twarzy, przez znaczące podniesienie lewej brwi.
- Bo ona chce sprzedać mieszkanie.
- Za to jeszcze palców nie obcinają.
- Nie, ale jest taki myk: ona nie ma własnościowego tylko 3% udziału w kamienicy. To jest jakieś 7m. Wywalczyła sądownie wskazanie jej lokalu mieszkalnego...
- ...a, że nie ma siedmiometrowych, dostała większy - dokończyłam. Klasyka tematu.
- Dokładnie. 35. Pokój, z kuchnią i łazienką. Wyremontowała i nagle ja widzę ten lokal na Piekiełko-Nieruchomości. LOKAL, a nie 3% udziału w nieruchomości! Z rzutem, piwnicą itd. No to ja tam dzwonię i mówię, że to nie tak.
- A Pan Leszek z Piekiełko-Nieruchomości co na tą rewelację?
- A Pan Leszek, że on tu tylko sprząta / nie wiem / nie znam się / zarobiony jestem i wystawia ogłoszenie jak mu klient przyniósł. Jak się kupujący doczyta u Notariusza to zobaczy, że kupuje 3%, a nie mieszkanie.
- Ale w ogłoszeniu jest cena od metra za 35m?
- A owszem. I jeszcze doliczyła do tych metrów antresole za pół ceny. Więc jako administrator wezwaliśmy ją do wyjaśnienia, ale ona jest w Niemczech, a na mieszkaniu jest jej córka. A Piekiełko-Nieruchomości ogłoszenia nie zdejmie, ręce umywa.
- Jak nic skończy się w sądzie.
- A najbardziej jest wkurfiające pani Talu, że tu jest 15 właścicieli i każdy po kolei zadzwonił jak widział to ogłoszenie, a teraz dzwoni co chwilę, żeby być poinformowanym na bieżąco.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (162)

#84968

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kiedy pracuję na budowie, to zrozumiałam, dlaczego wykonawcy tak nie lubią projektantów.

- Pani Talu, kolizja jest - rzekł kierownik brygady sanitarnych. Obecność kierownika elektryków już sugerowała z czym kolizja. Było to co najmniej niepokojące, bo prąd z wodą to kiepskie połączenie. Prawie tak kiepskie jak prąd z gazem.
- ?
- Gniazdka są za grzejnikami - wyjaśniono mi.

Odpalam więc dokumentację i faktycznie, kiedy nałoży się rysunki elektryki na sanitarne, to gniazdka elektryczne są w ścianie, a na ścianę przykręcony grzejnik.
Dzwonię wiec do przedstawiciela Inwestora, żeby dowiedzieć się czy mam przesunąć gniazdko, czy grzejnik, czy może zbudować tak jak narysowali (hłe, hłe, hłe).
- Proszę dzwonić do Projektanta - zapadł wyrok. A tu trzeba dodać, że Projektanta mamy wrednego z lekkim rysem histerii i dużą nutą oślego uporu.

To dzwonię.
Odebrał.
- ...bry.
- Dzień dobry, tu Tala Piekielna z HellBudu, budowa w Piekiełku. Mamy taki mały problem. Grzejniki nam wiszą na gnia...
- Chwila, chwila, chwila. Pani Talu, a czy pani się spytała czy mogę rozmawiać? - oto jest pytanie.
- Przepraszam - asekuracyjnie odrzekłam, choć skruchy było we mnie tyle co na Saharze lodu w lipcu - uznałam, że jak pan odbiera to może rozmawiać.
- Odbieram, bo jestem dobrze wychowany w przeciwieństwie do co poniektórych - ciekawe kogo - a wasz Szef - który, jak drodzy czytelnicy pamiętacie, nie bawi się w półśrodki - złożył na mnie pismo, że nie odbieram.
- Czy więc może pan rozmawiać?
- NIE - i yeb słuchawką.

Trzy wdechy. Jestem yebaną lilią na p...dolonym jeziorze spokoju.
Dzwonię do przedstawiciela Inwestora.

- Pan Projektant nie jest dostępny.
- To Pani maila mu wyśle i drugiego takiego samego do nas, informacyjnie. Ja już przypilnuję, żeby dzisiaj odpowiedział.

Wysyłam.
Na fajrant dostaje odpowiedź.
"Przesunąć gniazdka pół metra w górę".
Ani dzień dobry, ani nic. No ja to przynajmniej stosuję figury stylistyczne. Takie jak: "z poważaniem", pomimo że pewnych osób nie poważam.
Ale mniejsza o uprzejmości.
Telefon do Inwestora.

- No ale te gniazdka jak są nad grzejnikami pośrodku to to jest niewygodne w użytkowaniu - tłumaczę - Co oni na grzejniku czajnik na wodę postawią? Tam żadnych mebli przy tych gniazdkach i grzejnikach nie ma- odpowiedziało mi ciężkie westchnienie.
- Proszę przesunąć te gniazdka tak, żeby funkcjonalnie były do mebli. A ja już u Projektanta załatwię.

Dostaję do wiadomości maila między Projektantem, a Inwestorem. Tzn. odpowiedź Projektanta.
Sens maila jest mniej więcej taki: "tak ma być. Pokażcie mi przepis, że tak nie może być".
Mail od Inwestora do Nas, i do wiadomości do Projektanta: poprzesuwać gniazdka do sprzętów.
Projektant: Ja tego nie zatwierdzę.
Inwestor: To nie jest istotna zmiana projektowa, zrobimy jak uważamy (czyt. wal się).
Projektant: Proszę podać podstawę prawną.
Inwestor: To nie jest istotna zmiana projektowa. Poprzesuwać gniazdka do sprzętów.
Telefon od Projektanta do Mnie: Pani Talu - ani dzień dobry, ani czy mogę rozmawiać ani przepraszam... - Pani mi przygotuje rysunek zamienny na te gniazdka, żeby był do dokumentacji powykonawczej - ...ani czy mogę...

Prawdę mówiąc, to miałam mu ochotę powiedzieć, że jestem po pracy, nie mogę rozmawiać i rzucić mu telefon jako i on mnie rzucił.
Ale jestem lilią na jeziorze. Profesjonalistką, której byle kołek nie wyprowadzi z równowagi. Kwiatkiem jestem ezoterycznym ufra. Przechodzę z wdziękiem i lekkością nad problemami życia codziennego. Kto jak nie ja. Powtarzam sobie.
- Spytam się Szefa.
Szef: Narysuj mu to, bo jak ta sierota się za coś zabierze, to tak narysuje, że jeszcze tego budynku nie oddamy.
Noszcurfa.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (255)

#84865

(PW) ·
| Do ulubionych
Projekt sobie, a budowa sobie.
Mamy na naszym budynku łazienki zaprojektowane. W łazienkach są krany, bidety i inne bzdety.

Stuk puk.
-?
-Dzień dobry pani Talu. Problem jest.
-Na bramie? - spytałam z automatu, po czym oboje uśmialiśmy się po pachy, bo to kierownik robót sanitarnych był, a już była 13 i kto miał wejść już dawno był na placu. Kiedy perlisty nasz śmiech przebrzmiał odbijając się echem od nagrzanych w słońcu ścian mojej metalowej budy, Pan Karolek się rozsiadł i tako rzecze:
-Kible nie są podłączone.
-Kibli to nawet jeszcze nie przewieźli.
-Ale w papierach. Te ostatnie kible w ostatnim boksie, są niepodłączone - wyjaśnił pan Karolek, rozprostowując na kolanie wymięty rzut parteru, zalany prewencyjnie kawą i wyjaśniając pomyłkę językową.

No i faktycznie - wszystkie pomieszczenia z toaletami opajęczone były czerwonymi i niebieskimi liniami, tylko ostanie w ostatnim boksie miały linie nieprowadzące donikąd. Znaczy się rozpajęczały się i nie łączyły z resztą.

Po prewencyjnym rzucie okiem na dokumentację elektroniczną dzwonię do osoby, która nadzoruje prace sanitarne z ramienia Inwestora.

Krótko wyjaśniłam o co chodzi i słyszę w odpowiedzi:
-A pani jest pewna, że tam są kible? - zabił mnie. No może i nie jestem sanitarna, tylko architekt, ale potrafię rozpoznać kibel i umywalkę.
-TAK.
-A dlaczego jest Pani taka pewna?
-Bo są tam oznaczenia graficzne - wybąkałam w szoku i niedowierzaniu - opisane symbolami z legendy wyposażenia.
-No tak, ale tych ostatnich ubikacji na rozwinięciu wody nie ma.
-Bo się walnął projektant.
-To skąd pani wie, ze tam jest sanitariat?
-Bo tak są opisane te pomieszczenia na architekturze!
-Ale w robotach branżowych obowiązują Panią rysunki branżowe.
-To pan oczekuje od nas, że przytwierdzimy te umywalki do ścian, kible o tak postawimy i to wszystko będzie niepodłączone do sieci?
-No... trzeba ustalić, czy sanitariaty tam faktycznie są.
-No są, ewidentnie widać, że są.
-Dla MNIE to wcale nie jest takie oczywiste. Wyślę zapytanie do projektanta. Do widzenia.

Takie kible Schrödingera. Równocześnie są i ich nie ma.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (206)

#84708

(PW) ·
| Do ulubionych
Siódma rano. Ale nie sobota. Budowa na terenie zamkniętym.

Dla tych, którzy nie widzą: żeby dostać się na teren budowy, pracownik musi się wylegitymować na bramie dowodem. Dostaje jednorazową przepustkę, wchodzi sobie, a potem ja mu w ciągu dnia wyrabiam stałe papiery, uprawniające do dostępu.

Siedzę, piję kawę, skroluję kilometry przedmiaru w pdf, gdy do budy pakuje mi się pracownik. Z mojej ulubionej ekipy do prac na wysokości.

- Pani Talu, problem jest na bramie. Mareczka nie chcą wpuścić.
Noszcurfa!

Odkładam kawę i sunę na tę bramę, radosna niczym chmura gradowa.

- Trzeźwy?
- Tak.
- Dowód ma?
- Tak.
- Ważny?
- Tak.

No to czego jeszcze chcieć od życia? Docieram do bramy i się dowiaduję.

No o co nie spytałam? No o co?

O to, czy ten dowód jest cały.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (184)