Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Anytsuj

Zamieszcza historie od: 6 maja 2018 - 22:33
Ostatnio: 25 marca 2019 - 18:50
  • Historii na głównej: 8 z 9
  • Punktów za historie: 1160
  • Komentarzy: 32
  • Punktów za komentarze: 134
 

#84311

(PW) ·
| Do ulubionych
W temacie korepetycji - moja siostra kiedyś udzielała korepetycji z matematyki. Zadzwoniła do niej matka piątoklasisty, że jak najszybciej potrzebuje pomocy, bo syn ma za trzy dni pracę klasową, a nic nie potrafi.

Siostra pojechała tam jeszcze tego samego dnia - teoretycznie na godzinę, praktycznie została dwie, bo chłopak faktycznie nie potrafił nic z tego zakresu.

Następnego dnia, kiedy po trzech godzinach żmudnej pracy zakończyła lekcję, bo i tak uczeń już przysypiał (godzina ok 20.30), matka chłopca zapytała tylko "Już? Tak szybko?". Siostra przyznała, że jest źle i przydałyby się regularne korepetycje, ale matka obiecała się skontaktować później. I faktycznie, skontaktowała się.

Po kilku tygodniach prosząc o jak najszybszy przyjazd, bo syn nic nie potrafi, a za kilka dni praca klasowa z kolejnego działu... Siostra niestety miała już za bardzo obłożony grafik, żeby tam pojechać.

korepetycje rodzice

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (100)
zarchiwizowany

#84309

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia #84294 przywiodła mi na myśl piekielność, której dopuściłam się wobec nachalnej "koleżanki" z pracy.
Otóż, jakiś czas temu pracodawca zatrudnił dodatkową osobę, z którą miałam pracować w jednym zespole. Osobą tą okazała się nieco ode mnie starsza kobieta, dajmy na to Anka. Anka miała męża oraz dwóch synów, z których pierwszy miał ok 6 lat i urodził się jakieś pół roku po ślubie Anki. Ja natomiast nie miałam ani dzieci, ani męża, ani ochoty na zakładanie rodziny (mój chłopak podzielał moje stanowisko i tak sobie zgodnie i szczęśliwie żyliśmy). Minęły od tamtej pory 2-3 lata, obecnie mam 27 lat i dopiero teraz powoli włącza mi się instynkt macierzyński, a i mój luby coraz częściej stwierdza, że nic złego by się nie stało, jakbym mu powiedziała, że będziemy mieli dziecko, ale do rzeczy.
Pewnego dnia weszłyśmy z dziewczynami z pracy na temat rodziny i w ramach dyskusji powiedziałam, że na razie nie chcę mieć dzieci. Uważam, że są fajne, ale nie na tyle, żeby podjąć się takiej odpowiedzialności, bo mam świadomość, że na razie nie byłabym dobrą matką. No i zaczęło się. Anka niemal codziennie namawiała mnie na zrobienie sobie dziecka. Początkowo wdawałam się z nią w dyskusję, naiwnie wierząc, że uda mi się jej wyjaśnić, że nie wszyscy są tacy sami i to, co uszczęśliwia ją, nie musi uszczęśliwić mnie. Poddałam się szybko, bo jak dyskutować z kimś, kto twierdzi, że gdybym tak po prostu przestała o tym myśleć i zaszła w ciążę, to zarówno mi, jak i mojemu chłopakowi od razu zmieniłoby się nastawienie. Co ciekawe, Anka tylko mnie tym zakładaniem rodziny maltretowała- inne koleżanki z zespołu też nie miały dzieci lub były pannami i jakoś to jej nie przeszkadzało. Po kilku tygodniach słuchania o tym, jakie to fantastyczne mieć rodzinę, nie wytrzymałam i kiedy Anka stwierdziła, że na bank wkrótce przekonam się jak to cudownie jest być mamą (chwilę wcześniej powiedziałam, że nie czuję się najlepiej- zaczynało mi się przeziębienie) powiedziałam zamyślona, że to raczej niemożliwe w przypadku kogoś, kto jest bezpłodny. Anka spurpurowiała w tempie ekspresowym, odwróciła się do monitora i jakoś przestała dzielić się ze mną swoimi uwagami na temat macierzyństwa.
Z tego miejsca chciałabym przeprosić wszystkich, którzy zmagają się z problemem bezpłodności. Na moje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że cierpię na zespół policystycznych jajników, co utrudnia zajście w ciążę. Wiem, jak bardzo bolesne mogłoby być słuchanie uwag Anki dla kogoś, kto faktycznie tuszowałby bezpłodność gadką, że nie chce mieć dzieci, a nie nie może, bo moja siostra była właśnie w takiej sytuacji.

PS. Anka jakiś miesiąc później przyszła do pracy z mocno podkrążonymi oczami po ewidentnie nieprzespanej nocy, wyraźnie było też widać, że jest "rozedrgana" i nie może skupić się na pracy. Po godzinie zaczęła zawodzić, że ten drań ją zdradza i że czuła to od dawna. Rozwodzi się i zniszczy tego gnoja. Puści go w samych skarpetkach, ale tylko tej jednej dziurawej parze, bo go nienawidzi i że zawsze był takim prymitywem, że w sumie jej wstyd było z nim się gdzieś pokazywać. Cud, miód i orzeszki takie małżeństwo...

ciąża

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (44)

#84195

(PW) ·
| Do ulubionych
Po rozwodzie moich rodziców zamieszkałam z mamą i rodzeństwem w starym domu na uboczu niewielkiej miejscowości (na tyle niewielkiej, że "na uboczu" oznacza kilkaset metrów od "centrum" wsi). Na posesji stała też stara stodoła, praktycznie przez nas wówczas nieużywana, co jak się okazało wykorzystały miejscowe złodziejaszki i pewnego razu ukryli w w/w stodole swój łup. Miałam wtedy jakieś 6-7 lat i ze względu na naszą sytuację czas po przedszkolu/szkole spędzałam zwykle u mamy w pracy.

Była to norma- nie tylko ja i moje rodzeństwo tam przesiadywaliśmy, ale też dzieci innych kobiet, które pracowały wtedy z mamą i było to za przyzwoleniem przełożonych, więc nigdy nie było z tym problemu (wszyscy byliśmy w różnym wieku, więc i szkołę kończyliśmy o różnych porach, poza tym niektórzy czekali tam krótko, aż starsze rodzeństwo skończyło lekcje i mogło zabrać tych młodszych do domu).

Do brzegu. Któregoś popołudnia, kiedy w pracy została już tylko mama, dwie jej współpracownice i ja, pojawili się policjanci i poprosili mamę, żeby pojechała z nimi do nas do domu, bo dostali cynk, że w naszej stodole ukryto skradzione mienie i chcieliby sprawdzić. Mama umówiła się z koleżankami, że na chwilę wyjdzie, a mnie zostawi pod ich opieką (wcześniej zdarzały się podobne sytuacje, kiedy jedna z nich musiała np. wyjść do banku, na pocztę czy do biura szefa znajdującego się w innym budynku i nigdy nie było problemu). Jako, że byłam zawsze dzieckiem wstydliwym i trzymającym się maminej spódnicy, zaraz po tym, jak mama wyszła, podeszłam do okna. Widziałam jak mama wsiada do radiowozu i odjeżdża, ale myślałam, że zaraz wróci, bo mama mówiła mi o co chodzi.

W tym momencie podeszła do mnie jedna z "koleżanek" mamy i powiedziała z uśmieszkiem:
- Popatrz sobie, na mamę, popatrz. Przez jakiś czas jej nie zobaczysz.
Zmroziło mnie. Mama wróciła bardzo szybko, niedługo później skończyła pracę i ruszyłyśmy spacerem do domu. W pewnym momencie zauważyła, że robię się blada i zapytała co się dzieje. Dopiero wtedy zaczęłam płakać, opowiedziałam, co się stało pod jej nieobecność i niemal zemdlałam. Po powrocie do domu mama zmierzyła mi temperaturę- była mega wysoka. Reakcja na stres.

Następnego dnia moja mama konkretnie nawrzeszczała na to podłe babsko broniąc mnie jak lwica. Mimo to i tak kiedy pojawiłam się u mamy w pracy następnym razem, ta wiedźma napadła na mnie pytając jak mogłam coś takiego powiedzieć i że przekręciłam jej słowa. Jako mała dziewczynka oczywiście się popłakałam i wyjąkałam, że wcale nie. Minęło od tego czasu jakieś 20 lat, ale takiej zrypy, jaką dostała ta kobieta zarówno od mojej mamy, jak i pozostałych kobiet, które tam pracowały, nie słyszałam do tej pory.

Jestem już dorosłą kobietą, a mimo to, kiedy widzę to babsko nadal robi mi się nieprzyjemnie. Powiedzieć coś takiego dziecku to przecież barbarzyństwo.

praca; dziecko; straszenie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (176)

#84017

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/83774 przypomniała mi o toaletowych perypetiach z poprzedniej pracy.
Było to w sporym mieście, w budynku, w którym oprócz pań sprzątaczek byli tylko pracownicy umysłowi. Piszę o tym, bo charakter tego miejsca przywodził na myśl ludzi kulturalnych i dbających o siebie.

Chciałabym dodać, że znam sporo osób pracujących fizycznie i wiem, że to, że nie pracują za biurkiem nie oznacza, że są flejami- po prostu widząc tych wszystkich inteligentnych, świetnie ubranych, zadbanych ludzi nie spodziewałam się tego typu niespodzianek…

W damskich toaletach notorycznie panował syf. Nie tylko zachlapane lustra, ale też walające się po podłodze chusteczki, papier toaletowy czy nawet podpaski nie były rzadkością, podobnie jak usmarowane krwią deski sedesowe czy fakt, że niektóre panie zapominały o istnieniu spłuczki.


Pewnego dnia, po wizycie w toalecie zorientowałam się, że jest awaria- w spłuczce brak wody. Na szczęście w kranie było normalne ciśnienie. Obok toalety był kantorek, w którym sprzątaczki trzymają swój sprzęt, więc pożyczyłam wiadro, którym "zastąpiłam" spłuczkę.

Sytuacja opanowana, więc wywiesiłam na drzwiach informację o awarii, coby ustrzec inne panie przed takim stresikiem i poszłam zgłosić awarię w sekretariacie. Dowiedziałam się tam, że jestem chyba piątą osobą, która to zgłasza, jutro przyjdzie pan Miecio-hydraulik i że można korzystać z toalet na parterze, bo tam wszystko jest w porządku.

Na moją uwagę, że już po pierwszym zgłoszeniu wypadałoby wywiesić kartkę z informacją, bo to generuje problemy, pracownice sekretariatu stwierdziły, że to dobry pomysł i... wróciły do przeglądania facebooka.

Nie ogarniam, jak to możliwe, że co najmniej cztery osoby wykonujące prace umysłowe, więc teoretycznie inteligentne, zauważyły awarię przede mną, ponadto wiedziały o niej też dwie sekretarki i nikomu do głowy nie przyszło, żeby wywiesić chociaż proste ostrzeżenie "AWARIA".

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (138)

#83451

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku miesięcy pracuję na magazynie, na którym jestem jedyną kobietą, choć kilka razy dziennie odwiedzają nas kobiety z innych działów, więc magazynierzy mają codziennie kontakt z płcią przeciwną. Słownik magazynierów obfituje w bluzgi, ale w większości to bardzo fajni ludzie, którzy potrafią się zachować kulturalnie. No właśnie - w większości.

Jest taki jeden, nazwę go roboczo Piotr. Nie będę pisała o tym, ile Piotr ma lat, ani jak wygląda, bo z mojej perspektywy nie ma to znaczenia - niezależnie od tego, czy byłby w moim wieku czy o 30 lat starszy, jego zachowanie byłoby dla mnie tak samo przykre. Piotr jest dobrym magazynierem, da się z nim normalnie porozmawiać, ale co jakiś czas (czasem raz na dwa dni, a czasem kilka razy dziennie) włącza mu się tryb "podrywacz" i niestety Piotr preferuje w tym obszarze styl dobrze znany stereotypowym budowlańcom. Dla kogoś może to się wydawać zwykłymi, nieszkodliwymi żartami, ale uwierzcie, że słuchanie takich rzeczy kilka - kilkanaście razy w tygodniu nie jest ani trochę śmieszne.

Przykład I:
Piotr jest przeziębiony- przewiało go (jak to na magazynie), więc chodzi i kasła. Zakatarzony, charka przeciągle i mówi: "Ty, wiesz, tak źle się czuję. Katar to mam taki, że jak smarknę, to chusteczki nie starcza i aż całą rękę mam uwaloną."- serio??? Powstrzymuję odruch wymiotny.- "Ale wiesz co by mi pomogło? Okład z młodych piersi. Najlepiej takich 26-letnich."- znów charknięcie (gdyby kogoś ciekawiło, to właśnie ja mam 26 lat). Teksty o okładach z młodych (czyt. moich) piersi słyszę minimum raz w tygodniu. Zawsze towarzyszy temu obleśny uśmieszek, często w połączeniu z równie obleśnym oblizywaniem się.

Przykład II:
Wchodzę na drabinę, żeby sprawdzić towar leżący na regale. Podchodzi Piotr, staje pod drabiną i zaczyna narzekać, że noszę spodnie w pracy i że generalnie powinnam chodzić w spódnicach, bo on by sobie chętnie pooglądał. Ilekroć potrzebuję, żeby zdjął mi jakąś paletę z towarem z regału muszę się pilnować, żeby użyć określenia "zestawić paletę" zamiast "zdjąć" lub "ściągnąć" - użycie tych określeń skutkuje wysłuchiwaniem tekstów typu "Ale co mam ci zdjąć? Ja to bym ci ściągnął wiesz co" (w pakiecie oblizywanie się + obleśny uśmiech).

Przykład III:
Bez żadnego powodu i bez żadnego związku z prowadzoną właśnie rozmową Piotr potrafi zacząć się obleśnie uśmiechać, sugestywnie unosić brwi i pytać "Ale powiedz, poszłabyś ze mną, co? No przyznaj, że byś chciała." I inne w tym stylu.


Przykład IV:
Na magazyn przychodzą dwie dziewczyny pobrać towar. Inny magazynier idzie im pomóc, co robi zawsze jeśli ma taką możliwość, niezależnie, czy towar pobiera mężczyzna czy kobieta. Piotr z obleśnym uśmiechem komentuje to głośno, zwracając się do mnie, ale tak, że i tak słyszą to wszyscy: "Patrz tego. Ten tylko piersi zobaczy, a już rzuca wszystko i leci. Ja nie rozumiem o co z tymi piersiami chodzi, wiesz? Ale może jak ty byś mi swoje pokazała, to bym zrozumiał?"
Szczęka opada mi gdzieś w okolicę kostek i jedyne, na co mnie w tym szoku stać, to udawanie, że nie słyszałam. Piotr się nie poddaje: "To co? Pokażesz?"- dopytuje.

Gdyby ktoś się zastanawiał- do pracy chodzę ubrana niewyzywająco, tj. długie dżinsy z wysokim stanem, czyli takie, dzięki którym plecy mam zakryte nawet, jeśli się schylę, do tego koszulki tylu t-shirt albo swetry zawsze bez dekoltu, nigdy nie obcisłe, nigdy nie wystaje mi bielizna (oprócz skarpetek). Do pracy maluję jedynie rzęsy, więc nie wyglądam prowokująco i tak samo normalnie się zachowuję, zresztą to nie jest tak, że jestem jedynym obiektem piotrowych żartów - odnosi się tak do niemal wszystkich kobiet, które przychodzą na magazyn (i o dziwo większość śmieje się z tych żartów).

Nie podejmuję takich żartów i nie zachęcam do nich, początkowo je ignorowałam, udawałam, że nie słyszę, licząc, że facet się znudzi i przestanie, ale kiedy zaczęły się nasilać, zaczęłam reagować. Mówię, że nie bawi mnie to, że ma przestać. Raz nawet powiedziałam ze złością, że gdyby pracował w branży rozrywkowej, to już by został oskarżony o molestowanie, na co roześmiał się tylko i stwierdził, że przecież on tylko tak sobie gada i nic nie robi, to co z tego? Moje uwagi nie przynoszą żadnych efektów.

Apeluję tym wpisem do Pań i Panów - o reagowanie i nie ignorowanie chamstwa. Do Panów - o zastanowienie się jak "żartujecie" mówiąc do kobiet - proszę, zawsze zanim zażartujecie, zastanówcie się, czy nie przeszkadzałoby Wam, gdyby ktoś w taki sposób żartował w stosunku do Waszej żony (jeśli nie masz żony, to partnerki) albo córki.

praca magazyn

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (154)

#82163

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy zaczynałam moją drugą "poważną" pracę, byłam młoda, głupia i naiwna, a do tego baaardzo zapalona do pracy. To wszystko w połączeniu z faktem, że na mojej trasie
do pracy raz były korki na 20-30 minut, a raz nie było ich wcale, sprawiało, że najczęściej byłam w pracy pierwsza. Dodatkowo najczęściej wychodziłam ostatnia, co oznaczało, że spędzałam w pracy o nawet półtora godziny dłużej (nadgodziny bezpłatne, ale o tym innym razem). Tak było przez pierwszych 15 miesięcy mojej pracy w tej firmie.

Później firma przeprowadziła się w miejsce, do którego czas dojazdu miałam znacznie stabilniejszy i zaczęłam dojeżdżać do pracy z kimś (dojeżdżałam po ok 50km w jedną stronę, więc bardzo mi się to opłacało). Ta osoba nie mogła zostawać dłużej z powodów osobistych, a ja stwierdziłam, że nie muszę już tyle wysiłku wkładać w zdobywanie nowych klientów co na początku, więc mogę zrezygnować z nadgodzin. Wiązało się to z tym, że zaczynałam i kończyłam pracę 5-10 minut wcześniej/później zamiast kilkudziesięciu minut.

Po dwóch miesiącach moja przełożona na zebraniu całego mojego działu, na którym był też prezes, oświadczyła ostro, że nie podoba jej się zmiana mojego stosunku do pracy i martwi ją to, że do niedawna byłam "jedną z osób, która przychodzi do pracy jako jedna z pierwszych i wychodzi jako jedna z ostatnich", a teraz tylko patrzę, żeby czmychnąć jak tylko wybije godz. 16. Piekielnie się wkurzyłam, bo po pierwsze w swojej wypowiedzi starała się jak najbardziej umniejszyć to, co robiłam wcześniej, a po drugie mój stosunek do pracy się nie zmienił - nadal byłam zaangażowana i starałam się jak mogłam (co było widać po wynikach finansowych - w tym czasie wyrabiałam ok 110% mojego planu sprzedaży), po prostu przestałam odwalać wolontariat i za to dostałam publicznie reprymendę.

Nie piszę tego, żeby się poskarżyć, że robiłam nadgodziny za darmo, bo sama sobie jestem winna. Chodzi mi tylko o to, że inni pracowali w normalnym trybie cały czas i nikt nie miał do nich żalu, natomiast kiedy ja przestałam dawać od siebie więcej nie otrzymując nic w zamian i zaczęłam pracować normalnie, musiałam wysłuchiwać pretensji.

praca

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (212)

#82127

(PW) ·
| Do ulubionych
W poprzedniej historii wspominałam o piekielnym pracodawcy- oto jeden z powodów, dla których jest moim byłym pracodawcą.

Pracowałam wówczas jako handlowiec w firmie produkującej opakowania- produkcja na zamówienie (czyli wpada zamówienie na ściśle określony, "spersonalizowany" produkt, produkujemy to i jak najszybciej wysyłamy) tylko na potrzeby innych firm. Każdy z handlowców (a było nas 4-5 osób, w tym Pani Kierownik Działu Sprzedaży) miał swoją grupę stałych Klientów + mieliśmy za zadanie zdobywać nowych. Do naszych obowiązków należało także koordynowanie zleceń produkcyjnych, czyli ustalanie z Produkcją (zarówno Kierownikiem jak i kolegami z działu produkcji) co, kiedy i w jakiej kolejności ma schodzić z produkcji.

Firma była wtedy w dość trudnym okresie, w którym z jednej strony było ciężko o Klienta, ale i zainwestowaliśmy w nową maszynę, której trzeba było zapewnić obłożenie, więc trzeba było jeszcze bardziej niż zwykle dbać o zaspokojenie wymagań Klientów, żeby od nas nie odeszli. Zasady były jasne: czas realizacji zamówienia ok 7 dni roboczych + 2 dni na dostawę (najczęściej wysyłaliśmy towar kurierem, stąd te dodatkowe dwa dni)- taką informację dostawał każdy Klient, niezależnie od wszystkiego. Wiadomo, część Klientów to Klienci strategiczni, niektórzy wymagali od nas krótszego terminu pod groźbą zerwania współpracy i dawało się to zrobić jak trzeba było.

Na początku faktycznie tylko, jeśli sytuacja była awaryjna, ale z czasem Pani Kierownik przyzwyczaiła swoją grupę Klientów, że 4-dniowy termin realizacji to prawie standard i wystarczy powiedzieć "No fajnie byłoby to dostać szybciej", żeby Pani Kierownik "przepychała" swoje zlecenia przed nasze. Pod koniec mojej pracy tam, co najmniej raz w tygodniu jeden z jej Klientów dostawał zamówienie w ciągu 3 dni (w tym dostawa naszym transportem, żeby było szybciej). Wszystko byłoby ok, bo przecież dzięki temu zatrzymywaliśmy sporych Klientów, gdyby nie to, że "przepychanie" zleceń odbywało się kosztem:

1. naszych Klientów- niejednokrotnie nasi Klienci mieli mieć produkowane swoje zamówienie w ostatnim terminowym dniu, na drugiej zmianie, tak, żeby jeszcze tego samego dnia kurier zdążył to odebrać, czyli i tak w sporej nerwówce, bo zawsze było ryzyko, że nie uda się tego wysłać. Nie raz, nie dwa dzwoniliśmy przed wyjściem z pracy do Klientów, potwierdzaliśmy im, że zamówienie na pewno od nas danego dnia wyjedzie i jeśli kurier nie zawiedzie, to kolejnego Klient będzie miał towar, po czym okazywało się następnego dnia rano, że jak tylko wyszliśmy do domów, Pani Kierownik podchodziła do kuwety ze zleceniami produkcyjnymi i przekładała swoje zlecenia na początek kolejki (często totalnie mieszając też kolejność pozostałych zleceń, które układaliśmy konsultując to wzajemnie). Przez to czasem nasi Klienci (a zwłaszcza zaopatrzeniowcy) mieli naprawdę spory problem.

2. handlowców- nie dotrzymywaliśmy obietnic, więc często dostawaliśmy okropny opierdziel od Klientów, że ich oszukujemy, że jesteśmy niepoważni itd. Przecież w takich sytuacjach to zawsze handlowiec obrywa i nie może się bronić- przecież nie powiem, że to moja szefowa zawiniła. Druga strona medalu- każdy z nas musiał słuchać dość ostrych, kąśliwych uwag Pani Kierownik na temat tego, że nie potrafimy dobrze wykonywać swojej pracy i powinniśmy budować lepsze relacje z Klientami, mimo, że głównym problemem było to, że Klienci mieli dość ciągłego przekładania terminu dostawy na dzień przed ustalonym wcześniej terminem lub w dniu, w którym powinna mieć miejsce dostawa. Wg Pani Kierownik, gdybyśmy się z Klientami wręcz zaprzyjaźnili, byłoby im niezręcznie odchodzić, więc powinniśmy częściej się z nimi spotykać. Problem w tym, że większość z zaopatrzeniowców traktowała nas jak natrętów kiedy proponowaliśmy więcej niż drugie spotkanie w ciągu roku zwłaszcza, jeśli nie dotrzymywaliśmy terminów.

3. pracodawcy- straciliśmy przez to kilku Klientów (także tych sporych, ale nieobsługiwanych przez Panią Kierownik), bo ile razy można ściemniać, że mieliśmy przerwę w dostawie prądu, że kurier nawalił albo że UFO porwało operatora maszyny konfekcjonującej? Zarówno my jak i cała firma wyglądała bardzo nieprofesjonalnie, co zaczęło odbijać się na przychodach.

Najlepszy przykład obrazujący jak to działało. Jeden z moich największych Klientów, który współpracował z nami od lat, przechodził restrukturyzację i planował zrezygnować z jednego z dostawców. Zgłosiłam to natychmiast Pani Kierownik zaznaczając, że jednym z wymagań jest skrócenie terminu dostawy z 9 do 6 dni, a w sytuacjach szczególnych do 3. Stwierdziła, że da się to zrobić, dodatkowo sprzyjał nam fakt, że Klient miał zakład niedaleko nas, więc mogliśmy zaoszczędzić trochę czasu i dowozić zamówienia zamiast wysyłać kurierem. Dostałam polecenie, żeby traktować tego Klienta priorytetowo i nie dopuścić do tego, żeby odszedł. Za każdym razem, kiedy dostawałam od nich zamówienie, zgłaszałam to Pani Kierownik, Kierownikowi Produkcji, na samym zleceniu czerwonym długopisem dopisywałam "PILNE" oraz oczekiwaną przez klienta datę dostawy i chodziłam kilka razy dziennie na magazyn i produkcję, żeby zobaczyć czy wszystko gra.

Przez 5 miesięcy okresu "próbnego" w trakcie którego Klient oceniał spełnianie wymagań przez dostawców tylko raz udało nam się dotrzymać terminu, który wskazał Klient, bo zostałam dłużej w pracy a Pani Kierownik nie było. Na nic zdawały się rozmowy z przełożonymi (zarówno Panią Kierownik jak i samym właścicielem), tłumaczenie, prośby i groźby. Za każdym razem Pani Kierownik przekładała swoje zlecenie przed moje. Ten Klient odszedł, a ja dostałam ostrą reprymendę, że do tego dopuściłam.

praca

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)

#82136

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz dzieje się kilka lat temu w małym serwisie komputerowym mieszczącym się na piętrze pawilonu handlowego w małej mieścinie. Piętro niżej, między innymi, oddział Poczty Polskiej. W serwisie, za ladą, ja i kolega serwisant.

Przychodzi Pani z Poczty i zaczyna burkliwie:
Pani z Poczty: Dobry. (w domyśle chyba "dzień dobry", ale kto ją tam wie) Ile kosztuje naprawa drukarki?
Serwisant: Dzień dobry. A co jej jest?
Pani z Poczty: Zepsuła się.
Serwisant: No tak, ale w jakim sensie?
Pani z Poczty: Nie wiem. Zepsuła się. (Zacięła się ta Pani z Poczty, czy co?) To ile to będzie kosztować i jak szybko to naprawicie?
Serwisant: (skonsternowany) Dobrze, ale jakie są objawy tego zepsucia? Nie włącza się, zacina papier, brudzi przy druku, nie drukuje?
Pani z Poczty: (przestępuje z nogi na nogę i posapuje nie kryjąc irytacji): Skąd ja mam to wiedzieć? Co pan sobie myśli? Że ja się na tym znam? Ja tylko chcę wiedzieć czy mi się to opłaca, żeby ją naprawić i czy nie będę musiała na nią czekać nie wiadomo ile, bo jak mi ją tu będziecie u siebie trzymać z pół roku to ja nie chcę.
Serwisant: Niestety, ale nie jestem w stanie Pani tego powiedzieć, jeśli nie wiem nawet na czym polega usterka. Może mi Pani chociaż powiedzieć jaka to drukarka, jakiego producenta?

Pani z Poczty: (już zaczyna krzyczeć) Mała taka, szara. Jasna cholera, niech mnie pan nie denerwuje. Serwisy wielkie, a drukarki naprawić nie potraficie nawet. Gdzie szef jest? Jak to pan mi nie powie ile będziecie za to chcieli? To co to z pana za mechanik? Cennika nie macie?
Serwisant: Proszę mnie zrozumieć, może się okaże, że to drobna usterka i zrobię to od ręki za 20 zł, a może się okaże, że drukarka jest do wyrzucenia. To zależy też od tego, czy jakieś części będzie trzeba wymienić, bo czas i koszt będzie zależał od dostępności części. Skoro nie orientuje się pani co tam się dzieje nawet, to może niech ją pani weźmie jutro ze sobą do pracy i nam podrzuci, albo ja po nią zejdę, sprawdzę i powiem pani ile zajmie naprawa i ile będzie kosztować. Możemy się tak umówić?

Pani z Poczty: Ja żadnej drukarki nie będę ze sobą wozić jak nie wiem nawet ile to mnie będzie kosztowało!
Serwisant: Ale diagnoza nic nie kosztuje. Sprawdzę co jej dolega, zrobię wycenę naprawy, oszacuję czas i jeśli będzie pani to pasowało, to bierzemy ją na serwis. Jeśli naprawimy, to pani płaci umówioną kwotę, a jeśli naprawa się nie uda, to nie płaci pani nic.
Pani z Poczty: Boże! Po co ja tu się pchałam na to piętro. Całą przerwę zmarnowałam tylko. Mechanicy od siedmiu boleści. Głupiej drukarki naprawić nie umieją. Do widzenia!
I poszła.

Drukarkę ostatecznie przyniosła kilka dni później z wielkim fochem, tak, jakbyśmy to my ją zepsuli. Kolega zdiagnozował drukarkę, już nie pamiętam co tam wyszło, ale jakaś błahostka, którą naprawił w czasie chyba krótszym niż dyskusja z naszą piekielną klientką.

klient

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (201)

#82117

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa lata temu postanowiłam zmienić pracę z powodu jej piekielności, którą być może opiszę innym razem. Byłam wtedy tuż po skończeniu studiów i podjęłam decyzję, że pracę zmienię tylko na taką w zawodzie. Znalazłam ciekawe ogłoszenie opublikowane przez jedną z największych agencji pracy w Polsce i wysłałam CV. Na odpowiedź nie czekałam długo - zadzwoniła miła pani z agencji [Agentka] i umówiłyśmy się na rozmowę kwalifikacyjną. Byłam bardzo podekscytowana i dumna, że moje CV zostało docenione, bo w ogłoszeniu opisano sporo wymagań, które spełniałam mimo młodego wieku.

Dzień przed umówionym spotkaniem Agentka zadzwoniła raz jeszcze, żeby potwierdzić spotkanie oraz...:
Agentka: Przy okazji chciałabym dopytać, bo nie zapytałam poprzednio... Jakoś mi umknęło... Z jakiego powodu chce pani zmienić pracę?
Ja: Niedawno skończyłam studia w kierunku związanym z tym stanowiskiem i chciałabym spróbować sił w zawodzie. (Oczywiście była to tylko połowa prawdy, bo oprócz tego motywowały mnie problemy w ówczesnej pracy, ale wolałam o tym nie opowiadać).
Agentka: Taak? A, faktycznie, ma tu pani w CV wpisane studia. No to super, jakoś mi umknęło.

Przy czym była wyraźnie podekscytowana, tak jakbym jej powiedziała, że właśnie wygrała w totka. Zakończyłyśmy kurtuazyjnie rozmowę, a ja byłam tylko nieco zawiedziona faktem, że rekruterka z profesjonalnej agencji nie zauważyła w CV kierunku studiów, wpisanego pogrubioną czcionką.

Następnego dnia pojechałam na umówione spotkanie. Reakcja Agentki na mój widok totalnie zbiła mnie z tropu, bo jednym ciągiem przedstawiła się i wypaliła "O ja cię, ale pani młodziutka!" - tu szybkie spojrzenie w moje CV. "Faktycznie, '92. Jakoś mi umknęło, ale proszę się nie martwić, to żadna przeszkoda, może nawet przeciwnie". Podczas rozmowy padała prośba o opisanie moich dotychczasowych doświadczeń. Opowiadam więc co robiłam wcześniej, podkreślając, że wybrałam studia zaoczne, bo bardzo zależało mi na łączeniu pracy i nauki. Tu kolejne zaskoczenie Agentki- faktycznie, daty się pokrywają, no i racja, skoro jestem tak młoda, mam tych kilka lat doświadczenia i studia jednocześnie, to znaczy, że musiały być zaoczne. Ja naiwna myślałam, że jak wpisałam w CV "tryb niestacjonarny", to jest to jednoznaczne, ale okazało się, że... pani to umknęło wcześniej.

Zanim rozmowa dobiegła końca, nastąpiło jeszcze kilka uwag Agentki zdradzających jej niezbyt profesjonalne podejście oraz utwierdzających mnie w przekonaniu, że to, że zostałam zaproszona na rozmowę wynikało z tego, że wysłałam CV, a nie z jego treści (sama Agentka powiedziała, że w odpowiedzi na to ogłoszenie dostała zaledwie ok. 10 CV i dała do zrozumienia, że spotyka się z każdym, kto się zgłosi).

Ostatecznie dostałam tę pracę, umówiłyśmy się na spotkanie, na którym miałam podpisać umowę, ale nie dostałam żadnej informacji na temat tego, kiedy mogę stawić się po skierowanie do medycyny pracy. Kilka dni przed podpisaniem umowy napisałam więc maila do Agentki z pytaniem o to, bo już zaczynałam się martwić, że może ktoś zmienił decyzję lub próbuje mnie oszukać i będzie to umowa zlecenie zamiast obiecanej umowy o pracę. Nic z tych rzeczy... Dostałam odpowiedź, że faktycznie, powinnam zrobić badania, ale Agentce to umknęło, bo zwykle podpisuje umowy zlecenia, a nie o pracę, oraz wskazała mi termin odbioru skierowania. Zrobiłam badania, umowę podpisaliśmy.
O szkolenie BHP nie dopytałam i w trakcie 5 miesięcy trwania umowy nikt się na jego temat nie zająknął. Pewności nie mam, ale podejrzewam, że komuś umknęło...

rekrutacja

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (182)

1