Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Anytsuj

Zamieszcza historie od: 6 maja 2018 - 22:33
Ostatnio: 14 października 2019 - 14:22
  • Historii na głównej: 11 z 14
  • Punktów za historie: 1534
  • Komentarzy: 59
  • Punktów za komentarze: 162
 

#85430

(PW) ·
| Do ulubionych
Staram się o kredyt na mieszkanie i bank wymaga wyceny przygotowanej przez rzeczoznawcę. Zależy mi na czasie, bo umowa rezerwacyjna niedługo wygasa. Zleciłam więc rzeczoznawcy przygotowanie wymaganych dokumentów.

Poczekałam tydzień na wolny termin (nie tak źle), przekazałam wybranemu specjaliście wszystkie konieczne dokumenty m.in. plan mieszkania i całego piętra oraz opis techniczny budynku, zapłaciłam 800 zł (można było wziąć kogoś tańszego, ale bałam się skorzystać z tańszych ofert) i dostałam wycenę z błędami.

1. W wycenie wpisano błędnie moje imię (na Fv z resztą też).
2. Blok, w którym chcę kupić mieszkanie wg rzeczoznawcy będzie miał windę - w rzeczywistości niestety nikt tego nie planował i na planach wyraźnie widać, że windy nie ma.
3. W wycenie pojawiła się informacja, że blok będzie 3-kondygnacyjny, w rzeczywistości bedą 4 kondygnacje.

Rozumiem błąd w imieniu - mogło się człowiekowi wkręcić i tyle, ale szczegóły techniczne?

Kiedy dostałam wycenę, stwierdziłam, że nie ma sensu jej czytać, skoro nie znam się na takich rzeczach, ale coś mnie tknęło, że chociaż przejrzę, co taka wycena obejmuje. Gdybym tego nie przejrzała, to bank by to wyłapał i poprosił o wyjaśnienie niezgodności, ale mogłoby to opóźnić przyznanie kredytu na tyle, że umowa rezerwacyjna mogłaby wygasnąć. Może deweloper zgodziłby się podpisać aneks i ją przedłużyć, ale po co, skoro tym mieszkaniem interesuje się też ktoś, kto mógłby je kupić od ręki, za gotówkę (wiem, że na pewno tak właśnie jest).

Specjalista

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (106)
poczekalnia

#85432

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z czasów, kiedy pracowałam w firmie produkującej opakowania. Mój pracodawca wynajął firmę sprzątającą do utrzymania czystości w całym naszym zakładzie. Piekielności? Kilka było...
Najpierw firma sprzątająca zaczęła przysyłać nam młode dziewczyny, które dorabiały sobie na studiach. Panie miały do dyspozycji szatnię, ale nie wiedzieć czemu wolały przebierać się w sprężarkowni. Sprężarkownia, to było małe pomieszczenie, do którego wchodziło się bezpośrednio z hali produkcyjnej, w którym stała wielka, przemysłowa sprężarka. Generowała ona tak dużo ciepła, że kierownik postanowił wystawić drzwi od tego pomieszczenia- gdyby były zamknięte, to sprężarka mogłaby się przegrzać, a samo otwieranie drzwi na oścież nic nie dawało, bo zawsze znalazł się ktoś, kto te drzwi zamykał (trzymaliśmy tam też środki czystości oraz wzory naszych produktów). I mimo wystawionych drzwi dziewczyny nadal wolały przebierać się tam, niż w szatni. Tak- rozbierały się do bielizny i zakładały ciuchy, w których sprzątały. Tak- pół produkcji mogło sobie oglądać, jak to robią.
Sama technika sprzątania też nie była dla nas do końca zrozumiała- standardem było, że 4 dziewczyny "sprzątały" jeden korytarz jednocześnie. To znaczy: jedna zamiatała, druga stała na końcu korytarza z szufelką i czekała na pierwszą, trzecia stała z drugą miotłą (chyba zapasową, bo nie zamiatała w tym czasie), a czwarta czekała z wiadrem z wodą i mopem. Sprzętu było więcej, więc mogły tak się podzielić zadaniami, żeby każda miała co robić.
Dziewczęta skupiały się bardzo na tym, żeby dobrze wyglądać i niezależnie od temperatury zawsze sprzątały w krótkich spodenkach. Bardzo krótkich spodenkach- takich, które nie zakrywają całych pośladków. Niektóre nosiły także bardzo głębokie dekolty- do tego jeszcze wrócę. Dziewczyny zawsze bardzo skupiały się też na tym, żeby odpowiednio prezentować sylwetkę- wyginały się i prężyły i widać było, że czasem bardziej skupiają się na odpowiednim kątem nachylenia i wypięcia niż na samym sprzątaniu. Może by to nikomu nie przeszkadzało, gdyby nie to, że część pracowników autentycznie nie mogła się skupić na pracy kiedy sprzątaczki wchodziły do danego pomieszczenia. Czarę goryczy przelała sytuacja, w której jedna z dziewczyn o bardzo obfitym, ale bardzo oszczędnie zakrytym, biuście nachyliła się nad biurkiem kierowniczki działu handlowego, żeby podnieść jej kosz na śmieci celem wymiany worka i... biust jej "wypadł" z dekoltu.
Po interwencji kierowniczki działu handlowego firma sprzątająca zaczęła przysyłać panie w wieku przedemerytalnym.
Nowa załoga ubierała i zachowywała się przyzwoicie, sprzątała też bardzo dobrze. Ogólnie wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni i bardzo się z nowymi paniami polubiliśmy. Któregoś dnia koleżanka opowiedziała nam jednak czego była świadkiem dzień prędzej. Jeśli jecie, to albo przestańcie czytać, albo jeść. Otóż, po skończonej pracy poszła do kuchni umyć kubek. Akurat przy zlewie stała pani sprzątaczka i płukała ścierkę, którą zwykle myła blaty w kuchni (wiemy, bo do każdego zastosowania używały innych kolorów ścierek)- kiedy zorientowała się, że Marlena czeka aż zwolni zlew, wyrwała jej kubek z ręki i mówi "Daj pani, ja umyję." i wstawiła go do zlewu. Marlena chciała się "wykłócać", że nie trzeba, że sama po sobie pozmywa, bo sprzątaczki i tak mają masę pracy, ale nie zdążyła się odezwać, a potem już nie była w stanie, bo sprzątaczka jak tylko wstawiła ten kubek do zlewu, zdjęła swojego klapka i zaczęła go myć. W tym zlewie. Nad tym kubkiem. Przecierając tą ścierką.
Marlena następnego dnia przyniosła sobie nowy kubek, bo starego brzydziła się mimo wyparzenia.

sprzątanie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (78)
poczekalnia

#85401

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/85169 przypomniała mi o historiach opowiadanych przez moją mamę. Działo się to notorycznie, na przestrzeni wielu lat, począwszy od wczesnych lat 90. do roku 2015, kiedy to moja mama przeszła na emeryturę. Do rzeczy- mama pracowała w sklepie, w którym można było kupić tzw. "mydło i powodło", czyli kosmetyki, chemię gospodarczą, wyposazenie domu, ubrania a także zabawki. Niektóre matki, przychodzace tam z dziećmi, kazały dzieciom zostać w części z zabawkami, żeby mamy mogły spokojnie zrobić zakupy. Jak nietrudno przewidzieć, zdecydowana większość dzieci prosiła o jakąś wypatrzoną zabawkę. Niektórzy rodzice kupowali jakiś drobiazg bez namysłu, inni odmawiali i dzieci przyjmowały to do wiadomości lub nie. Najgorsze jednak były przypadki, w których dziecko przechodziło od grzecznych próśb, przez płacz, krzyk aż po histerię i wyzywanie rodziców od głupich albo i gorzej i rodzice dopiero wtedy kupowali zabawkę.
Nie mam dzieci, więc może nie mam prawa głosu w sprawie wychowania, ale czy nie jest piekielnym dawanie dziecku nagrody za złe zachowanie i obrażanie rodziców? Bo czym innym, jeśli nie właśnie tym, jest kupowanie zabawki, nie na skutek początkowej prośby, ale późniejszych wyzwisk?

sklepy; wychowanie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (68)

#85386

(PW) ·
| Do ulubionych
Matka mojego ojca uważa za prawdziwe wnuki wyłącznie te urodzone przez jej córki. Dzieci synów to nie wnuki, bo skąd wiadomo, kto naprawdę jest ojcem?

Jak na ironię, wszystkie wnuki ze strony synów, jakie ma (w tym ja i moje rodzeństwo) odziedziczyły wygląd właśnie po ojcach. Podobieństwo jest tak silne, że ja i siostry wyglądamy jak siostry ojca na zdjęciach z młodości, a mój brat identycznie jak nasz ojciec.

Ale nie jesteśmy prawdziwymi wnukami.

rodzina

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (151)

#85371

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy dla Was "ja tylko na chwilę" jest równie piekielne, jak dla mnie, czy może jestem nadwrażliwa?
Sytuacje, w których spotykam się z "ja tylko na chwilę":

1. Parking (dowolny, w dowolnej lokalizacji).
Nie ma miesiąca, żebym nie trafiła na jakiegoś kierowcę, który zostawia swoje auto albo w przypadkowym miejscu na parkingu albo jak najbliżej wejścia do budynku, przy którym ów parking się znajduje, przy okazji znacznie utrudniając ruch innym pojazdom/pieszym i blokując kilka miejsc parkingowych (a czasem nawet blokując wyjazd komuś, kto parkuje prawidłowo). Po co mam parkować porządnie, skoro ja tylko na chwilę? No i co, że inni też na chwilę? Ja bardziej na chwilę niż Ty.

2. Kolejka do lekarza.
Standard. "Czy mogę wejść bez kolejki? Ja tylko na chwilę, po receptę, zapytać o coś tam." I siedzi taka chwilówka dłużej niż przeciętny pacjent. Chciałeś być miły, to cierp.

3. Kolejka do kasy.
Przyznaję, że to zdarza się bardzo rzadko, ale jednak. Ustawiam się w kolejce do kasy, przede mną klient z zaledwie kilkoma produktami - fajnie, szybko pójdzie. I nagle puf: "Ja tylko na chwilę skoczę po coś tam, bo mi się przypomniało...". I nie ma gościa. Kasjerka nabiła już na kasę wszystko, co delikwent miał wyłożone na taśmę, a jego nie ma. Czekam sobie coraz mniej cierpliwie, bo wiem, że gdyby mnie ten ktoś puścił przodem, to już bym pakowała moje zakupy do bagażnika, ale nie, bo mu się przypomniało, jak już kasjer skasował jego pierwszy produkt. W końcu wraca i pół biedy, jak ma jedną rzecz, ale z reguły niesie całe naręcze różnych produktów, o których wcześniej zapomniał i ma tego więcej, niż miał wyłożone na taśmie zanim zniknął "na chwilę".

Niemniej, szczytem, który przelał moją czarę goryczy i skłonił do opisania sytuacji tutaj są:

4. Współpracownicy.
U mnie w pracy część pracowników ma przerwę śniadaniową o ściśle wyznaczonej porze, a inna część może sobie przerwę zrobić kiedy chce. W związku z tym osoby na stanowiskach pośredniczących między tymi dwiema grupami, mają problem z korzystaniem z przerw. Bo jak jedni mają przerwę, to drudzy niekoniecznie i akurat wtedy potrzebują informacji od tych pośredniczących. Jak nie odbiera się od nich telefonu (no bo przecież przerwa), to przychodzą i mówią zaczynając od formułki "O, smacznego. Wy teraz macie przerwę? Ale ja tylko na chwilę...". Żadna sprawa oczywiście nie może poczekać tych maksymalnie 20 minut, bo firma upadnie, a świat się zawali.

Prośby nie pomagają, pogadanki i ustalenia też nie, bo zawsze znajdzie się jakaś osoba (choć prym wiedzie określona, niewielka grupka), która zapomni, że od godziny 10.00 większość pracowników ma przerwę. Ci drudzy nie mogą mieć przerwy tak, jak reszta zakładu "bo nie".

I tak zaczęłam obserwować sobie kierownika magazynu, z którym dzielę biuro i z tych obserwacji wynika, że zjedzenie jednej, zwykłej kanapki, zajmuje mu 40-50 minut. Autentycznie. Niedawno kierownik miał naprawdę dość i kazał takim chwilowcom wyjść i wrócić po przerwie (nie krzyczał, nie używał wulgaryzmów, po prostu nie dawał dojść do słowa i jak ktoś był namolny, to używał ostrzejszego tonu). Poszła skarga do samego prezesa, bo przecież oni wszyscy "tylko na chwilę, a kierownik nie chce współpracować". Prezesa na szczęście mamy mądrego, więc zapytał oskarżonego o jego punkt widzenia i zganił osoby przeszkadzające. Niestety po krótkim czasie wszystko zaczęło wracać "do normy", więc kierownik je teraz posiłki w kantynie, ale to i tak nie jest gwarancją, że zje w spokoju.

współpracownicy praca na_chwilę

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (96)

#84311

(PW) ·
| Do ulubionych
W temacie korepetycji - moja siostra kiedyś udzielała korepetycji z matematyki. Zadzwoniła do niej matka piątoklasisty, że jak najszybciej potrzebuje pomocy, bo syn ma za trzy dni pracę klasową, a nic nie potrafi.

Siostra pojechała tam jeszcze tego samego dnia - teoretycznie na godzinę, praktycznie została dwie, bo chłopak faktycznie nie potrafił nic z tego zakresu.

Następnego dnia, kiedy po trzech godzinach żmudnej pracy zakończyła lekcję, bo i tak uczeń już przysypiał (godzina ok 20.30), matka chłopca zapytała tylko "Już? Tak szybko?". Siostra przyznała, że jest źle i przydałyby się regularne korepetycje, ale matka obiecała się skontaktować później. I faktycznie, skontaktowała się.

Po kilku tygodniach prosząc o jak najszybszy przyjazd, bo syn nic nie potrafi, a za kilka dni praca klasowa z kolejnego działu... Siostra niestety miała już za bardzo obłożony grafik, żeby tam pojechać.

korepetycje rodzice

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (102)
zarchiwizowany

#84309

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia #84294 przywiodła mi na myśl piekielność, której dopuściłam się wobec nachalnej "koleżanki" z pracy.
Otóż, jakiś czas temu pracodawca zatrudnił dodatkową osobę, z którą miałam pracować w jednym zespole. Osobą tą okazała się nieco ode mnie starsza kobieta, dajmy na to Anka. Anka miała męża oraz dwóch synów, z których pierwszy miał ok 6 lat i urodził się jakieś pół roku po ślubie Anki. Ja natomiast nie miałam ani dzieci, ani męża, ani ochoty na zakładanie rodziny (mój chłopak podzielał moje stanowisko i tak sobie zgodnie i szczęśliwie żyliśmy). Minęły od tamtej pory 2-3 lata, obecnie mam 27 lat i dopiero teraz powoli włącza mi się instynkt macierzyński, a i mój luby coraz częściej stwierdza, że nic złego by się nie stało, jakbym mu powiedziała, że będziemy mieli dziecko, ale do rzeczy.
Pewnego dnia weszłyśmy z dziewczynami z pracy na temat rodziny i w ramach dyskusji powiedziałam, że na razie nie chcę mieć dzieci. Uważam, że są fajne, ale nie na tyle, żeby podjąć się takiej odpowiedzialności, bo mam świadomość, że na razie nie byłabym dobrą matką. No i zaczęło się. Anka niemal codziennie namawiała mnie na zrobienie sobie dziecka. Początkowo wdawałam się z nią w dyskusję, naiwnie wierząc, że uda mi się jej wyjaśnić, że nie wszyscy są tacy sami i to, co uszczęśliwia ją, nie musi uszczęśliwić mnie. Poddałam się szybko, bo jak dyskutować z kimś, kto twierdzi, że gdybym tak po prostu przestała o tym myśleć i zaszła w ciążę, to zarówno mi, jak i mojemu chłopakowi od razu zmieniłoby się nastawienie. Co ciekawe, Anka tylko mnie tym zakładaniem rodziny maltretowała- inne koleżanki z zespołu też nie miały dzieci lub były pannami i jakoś to jej nie przeszkadzało. Po kilku tygodniach słuchania o tym, jakie to fantastyczne mieć rodzinę, nie wytrzymałam i kiedy Anka stwierdziła, że na bank wkrótce przekonam się jak to cudownie jest być mamą (chwilę wcześniej powiedziałam, że nie czuję się najlepiej- zaczynało mi się przeziębienie) powiedziałam zamyślona, że to raczej niemożliwe w przypadku kogoś, kto jest bezpłodny. Anka spurpurowiała w tempie ekspresowym, odwróciła się do monitora i jakoś przestała dzielić się ze mną swoimi uwagami na temat macierzyństwa.
Z tego miejsca chciałabym przeprosić wszystkich, którzy zmagają się z problemem bezpłodności. Na moje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że cierpię na zespół policystycznych jajników, co utrudnia zajście w ciążę. Wiem, jak bardzo bolesne mogłoby być słuchanie uwag Anki dla kogoś, kto faktycznie tuszowałby bezpłodność gadką, że nie chce mieć dzieci, a nie nie może, bo moja siostra była właśnie w takiej sytuacji.

PS. Anka jakiś miesiąc później przyszła do pracy z mocno podkrążonymi oczami po ewidentnie nieprzespanej nocy, wyraźnie było też widać, że jest "rozedrgana" i nie może skupić się na pracy. Po godzinie zaczęła zawodzić, że ten drań ją zdradza i że czuła to od dawna. Rozwodzi się i zniszczy tego gnoja. Puści go w samych skarpetkach, ale tylko tej jednej dziurawej parze, bo go nienawidzi i że zawsze był takim prymitywem, że w sumie jej wstyd było z nim się gdzieś pokazywać. Cud, miód i orzeszki takie małżeństwo...

ciąża

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (45)

#84195

(PW) ·
| Do ulubionych
Po rozwodzie moich rodziców zamieszkałam z mamą i rodzeństwem w starym domu na uboczu niewielkiej miejscowości (na tyle niewielkiej, że "na uboczu" oznacza kilkaset metrów od "centrum" wsi). Na posesji stała też stara stodoła, praktycznie przez nas wówczas nieużywana, co jak się okazało wykorzystały miejscowe złodziejaszki i pewnego razu ukryli w w/w stodole swój łup. Miałam wtedy jakieś 6-7 lat i ze względu na naszą sytuację czas po przedszkolu/szkole spędzałam zwykle u mamy w pracy.

Była to norma- nie tylko ja i moje rodzeństwo tam przesiadywaliśmy, ale też dzieci innych kobiet, które pracowały wtedy z mamą i było to za przyzwoleniem przełożonych, więc nigdy nie było z tym problemu (wszyscy byliśmy w różnym wieku, więc i szkołę kończyliśmy o różnych porach, poza tym niektórzy czekali tam krótko, aż starsze rodzeństwo skończyło lekcje i mogło zabrać tych młodszych do domu).

Do brzegu. Któregoś popołudnia, kiedy w pracy została już tylko mama, dwie jej współpracownice i ja, pojawili się policjanci i poprosili mamę, żeby pojechała z nimi do nas do domu, bo dostali cynk, że w naszej stodole ukryto skradzione mienie i chcieliby sprawdzić. Mama umówiła się z koleżankami, że na chwilę wyjdzie, a mnie zostawi pod ich opieką (wcześniej zdarzały się podobne sytuacje, kiedy jedna z nich musiała np. wyjść do banku, na pocztę czy do biura szefa znajdującego się w innym budynku i nigdy nie było problemu). Jako, że byłam zawsze dzieckiem wstydliwym i trzymającym się maminej spódnicy, zaraz po tym, jak mama wyszła, podeszłam do okna. Widziałam jak mama wsiada do radiowozu i odjeżdża, ale myślałam, że zaraz wróci, bo mama mówiła mi o co chodzi.

W tym momencie podeszła do mnie jedna z "koleżanek" mamy i powiedziała z uśmieszkiem:
- Popatrz sobie, na mamę, popatrz. Przez jakiś czas jej nie zobaczysz.
Zmroziło mnie. Mama wróciła bardzo szybko, niedługo później skończyła pracę i ruszyłyśmy spacerem do domu. W pewnym momencie zauważyła, że robię się blada i zapytała co się dzieje. Dopiero wtedy zaczęłam płakać, opowiedziałam, co się stało pod jej nieobecność i niemal zemdlałam. Po powrocie do domu mama zmierzyła mi temperaturę- była mega wysoka. Reakcja na stres.

Następnego dnia moja mama konkretnie nawrzeszczała na to podłe babsko broniąc mnie jak lwica. Mimo to i tak kiedy pojawiłam się u mamy w pracy następnym razem, ta wiedźma napadła na mnie pytając jak mogłam coś takiego powiedzieć i że przekręciłam jej słowa. Jako mała dziewczynka oczywiście się popłakałam i wyjąkałam, że wcale nie. Minęło od tego czasu jakieś 20 lat, ale takiej zrypy, jaką dostała ta kobieta zarówno od mojej mamy, jak i pozostałych kobiet, które tam pracowały, nie słyszałam do tej pory.

Jestem już dorosłą kobietą, a mimo to, kiedy widzę to babsko nadal robi mi się nieprzyjemnie. Powiedzieć coś takiego dziecku to przecież barbarzyństwo.

praca; dziecko; straszenie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (177)

#84017

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/83774 przypomniała mi o toaletowych perypetiach z poprzedniej pracy.
Było to w sporym mieście, w budynku, w którym oprócz pań sprzątaczek byli tylko pracownicy umysłowi. Piszę o tym, bo charakter tego miejsca przywodził na myśl ludzi kulturalnych i dbających o siebie.

Chciałabym dodać, że znam sporo osób pracujących fizycznie i wiem, że to, że nie pracują za biurkiem nie oznacza, że są flejami- po prostu widząc tych wszystkich inteligentnych, świetnie ubranych, zadbanych ludzi nie spodziewałam się tego typu niespodzianek…

W damskich toaletach notorycznie panował syf. Nie tylko zachlapane lustra, ale też walające się po podłodze chusteczki, papier toaletowy czy nawet podpaski nie były rzadkością, podobnie jak usmarowane krwią deski sedesowe czy fakt, że niektóre panie zapominały o istnieniu spłuczki.


Pewnego dnia, po wizycie w toalecie zorientowałam się, że jest awaria- w spłuczce brak wody. Na szczęście w kranie było normalne ciśnienie. Obok toalety był kantorek, w którym sprzątaczki trzymają swój sprzęt, więc pożyczyłam wiadro, którym "zastąpiłam" spłuczkę.

Sytuacja opanowana, więc wywiesiłam na drzwiach informację o awarii, coby ustrzec inne panie przed takim stresikiem i poszłam zgłosić awarię w sekretariacie. Dowiedziałam się tam, że jestem chyba piątą osobą, która to zgłasza, jutro przyjdzie pan Miecio-hydraulik i że można korzystać z toalet na parterze, bo tam wszystko jest w porządku.

Na moją uwagę, że już po pierwszym zgłoszeniu wypadałoby wywiesić kartkę z informacją, bo to generuje problemy, pracownice sekretariatu stwierdziły, że to dobry pomysł i... wróciły do przeglądania facebooka.

Nie ogarniam, jak to możliwe, że co najmniej cztery osoby wykonujące prace umysłowe, więc teoretycznie inteligentne, zauważyły awarię przede mną, ponadto wiedziały o niej też dwie sekretarki i nikomu do głowy nie przyszło, żeby wywiesić chociaż proste ostrzeżenie "AWARIA".

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (139)

#83451

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku miesięcy pracuję na magazynie, na którym jestem jedyną kobietą, choć kilka razy dziennie odwiedzają nas kobiety z innych działów, więc magazynierzy mają codziennie kontakt z płcią przeciwną. Słownik magazynierów obfituje w bluzgi, ale w większości to bardzo fajni ludzie, którzy potrafią się zachować kulturalnie. No właśnie - w większości.

Jest taki jeden, nazwę go roboczo Piotr. Nie będę pisała o tym, ile Piotr ma lat, ani jak wygląda, bo z mojej perspektywy nie ma to znaczenia - niezależnie od tego, czy byłby w moim wieku czy o 30 lat starszy, jego zachowanie byłoby dla mnie tak samo przykre. Piotr jest dobrym magazynierem, da się z nim normalnie porozmawiać, ale co jakiś czas (czasem raz na dwa dni, a czasem kilka razy dziennie) włącza mu się tryb "podrywacz" i niestety Piotr preferuje w tym obszarze styl dobrze znany stereotypowym budowlańcom. Dla kogoś może to się wydawać zwykłymi, nieszkodliwymi żartami, ale uwierzcie, że słuchanie takich rzeczy kilka - kilkanaście razy w tygodniu nie jest ani trochę śmieszne.

Przykład I:
Piotr jest przeziębiony- przewiało go (jak to na magazynie), więc chodzi i kasła. Zakatarzony, charka przeciągle i mówi: "Ty, wiesz, tak źle się czuję. Katar to mam taki, że jak smarknę, to chusteczki nie starcza i aż całą rękę mam uwaloną."- serio??? Powstrzymuję odruch wymiotny.- "Ale wiesz co by mi pomogło? Okład z młodych piersi. Najlepiej takich 26-letnich."- znów charknięcie (gdyby kogoś ciekawiło, to właśnie ja mam 26 lat). Teksty o okładach z młodych (czyt. moich) piersi słyszę minimum raz w tygodniu. Zawsze towarzyszy temu obleśny uśmieszek, często w połączeniu z równie obleśnym oblizywaniem się.

Przykład II:
Wchodzę na drabinę, żeby sprawdzić towar leżący na regale. Podchodzi Piotr, staje pod drabiną i zaczyna narzekać, że noszę spodnie w pracy i że generalnie powinnam chodzić w spódnicach, bo on by sobie chętnie pooglądał. Ilekroć potrzebuję, żeby zdjął mi jakąś paletę z towarem z regału muszę się pilnować, żeby użyć określenia "zestawić paletę" zamiast "zdjąć" lub "ściągnąć" - użycie tych określeń skutkuje wysłuchiwaniem tekstów typu "Ale co mam ci zdjąć? Ja to bym ci ściągnął wiesz co" (w pakiecie oblizywanie się + obleśny uśmiech).

Przykład III:
Bez żadnego powodu i bez żadnego związku z prowadzoną właśnie rozmową Piotr potrafi zacząć się obleśnie uśmiechać, sugestywnie unosić brwi i pytać "Ale powiedz, poszłabyś ze mną, co? No przyznaj, że byś chciała." I inne w tym stylu.


Przykład IV:
Na magazyn przychodzą dwie dziewczyny pobrać towar. Inny magazynier idzie im pomóc, co robi zawsze jeśli ma taką możliwość, niezależnie, czy towar pobiera mężczyzna czy kobieta. Piotr z obleśnym uśmiechem komentuje to głośno, zwracając się do mnie, ale tak, że i tak słyszą to wszyscy: "Patrz tego. Ten tylko piersi zobaczy, a już rzuca wszystko i leci. Ja nie rozumiem o co z tymi piersiami chodzi, wiesz? Ale może jak ty byś mi swoje pokazała, to bym zrozumiał?"
Szczęka opada mi gdzieś w okolicę kostek i jedyne, na co mnie w tym szoku stać, to udawanie, że nie słyszałam. Piotr się nie poddaje: "To co? Pokażesz?"- dopytuje.

Gdyby ktoś się zastanawiał- do pracy chodzę ubrana niewyzywająco, tj. długie dżinsy z wysokim stanem, czyli takie, dzięki którym plecy mam zakryte nawet, jeśli się schylę, do tego koszulki tylu t-shirt albo swetry zawsze bez dekoltu, nigdy nie obcisłe, nigdy nie wystaje mi bielizna (oprócz skarpetek). Do pracy maluję jedynie rzęsy, więc nie wyglądam prowokująco i tak samo normalnie się zachowuję, zresztą to nie jest tak, że jestem jedynym obiektem piotrowych żartów - odnosi się tak do niemal wszystkich kobiet, które przychodzą na magazyn (i o dziwo większość śmieje się z tych żartów).

Nie podejmuję takich żartów i nie zachęcam do nich, początkowo je ignorowałam, udawałam, że nie słyszę, licząc, że facet się znudzi i przestanie, ale kiedy zaczęły się nasilać, zaczęłam reagować. Mówię, że nie bawi mnie to, że ma przestać. Raz nawet powiedziałam ze złością, że gdyby pracował w branży rozrywkowej, to już by został oskarżony o molestowanie, na co roześmiał się tylko i stwierdził, że przecież on tylko tak sobie gada i nic nie robi, to co z tego? Moje uwagi nie przynoszą żadnych efektów.

Apeluję tym wpisem do Pań i Panów - o reagowanie i nie ignorowanie chamstwa. Do Panów - o zastanowienie się jak "żartujecie" mówiąc do kobiet - proszę, zawsze zanim zażartujecie, zastanówcie się, czy nie przeszkadzałoby Wam, gdyby ktoś w taki sposób żartował w stosunku do Waszej żony (jeśli nie masz żony, to partnerki) albo córki.

praca magazyn

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (157)